Jeśli się mówi o bezrobotnych, to automatycznie oznacza, że się nie ma na myśli emerytów; to oczywiste!.
Różnie można dywagować o przyczynach, ale nie o samym fakcie! Fakt jest niezaprzeczalny. Tak by się wydawało…
A jednak nie. Głos w tej sprawie zabrała 5 marca br. dr Agnieszka Chłoń-Domińczak wykładowca ze Szkoły Głównej Handlowej i jakby mimochodem zanegowała te dane. Stwierdziła ona w rozmowie dla DGP, że „zatrudnienie jest dostępne i to głównie właśnie dla seniorów”. Twierdzenie takie opiera się na wyliczeniu Ministerstwa Finansów, świadczącym że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55. roku życia.”
Twierdzenie to stało się jednym z głównych argumentów zwolenników wydłużenia wieku emerytalnego.
Według dr Agnieszki Chłoń-Domińczak, byłej wiceminister pracy, powyższe dane Ministerstwa Finansów ... świadczą również o dużym zapotrzebowaniu przedsiębiorców na ludzi w starszym wieku. Uważa one, że „ich doświadczenie i wiedza są cenione”.
Fakty, najprostsza obserwacja życia - oczywiście temu zaprzecza, ale to w niczym nie przeszkadza pani „ekspertce” w podobnych wypowiedziach.
Stwierdziła ona także, że osoby w wieku 50 plus wcale nie są konkurencją dla młodych na rynku pracy. Oczywiście, że nie są, ale nie z sugerowanych przez „ekspertkę” powodów a dlatego, że bezrobocie w grupie ludzi młodych (do 26 lat) powoli maleje a w grupie „50 plus” – rośnie; ludzi młodych (do 26 lat) jednak częściej się zatrudnia na zasadzie „inwestycji” w przyszłość, co raczej nie dotyczy osób starszych. Dalej pani „ekspert” stwierdziła jeszcze, ze „co prawda mamy bezrobocie wśród młodych, ale z danych statystycznych wynika, że większość absolwentów, którzy ukończyli studia 2 – 3 lata temu, dzisiaj ma już zatrudnienie”. Jeśli nawet tak, to gdzie jest to praca; „na kasie” w hipermarketach?; w pizzeriach na umowach „śmieciowych”?; w smażalniach placków w Pucku czy Jastarni?; czy może „na zmywakach” w Londynie? A przecież to jest w tej sprawie najważniejsze; czy ta praca po 2 – 3 latach poszukiwania jej po zakończeniu studiów ma z nimi cokolwiek wspólnego.
Takie ekstrawaganckie stwierdzenie zadziwiło innych fachowców a niektórych po prostu oburzyło – tak bardzo jest sprzeczne z realnym doświadczeniem, obserwacją realnego życia. Dla takich osób jak p. Chłoń-Domińczak nie istnieje jednak taka sprzeczność. Skoro jakieś dane statystyczne sugerują jakiś wniosek, to są dla niej bardziej wiarygodne niż przysłowiowe „wyjrzenie przez okno”; to coś na zasadzie: „Nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne a białe – jest białe” – jeśli z danych statystycznych wynika coś przeciwnego. To swego rodzaju „zboczenie” wynikające jednak moim zdaniem z jakiegoś zasadniczego ograniczenia intelektualnego, a może raczej emocjonalnego. Już samo pochodzenie takich twierdzeń z Ministerstwa Finansów skłania do ostrożnej nieufności; przecież to także jest środowisko ludzi wyobcowanych ze społecznej rzeczywistości, zapatrzonych w liczby, owładniętych ideologią fiskalną i magią liczb średnich, danych traktowanych syntetycznie.
Kim jest dr Chłoń-Domińczak; jest ekonomistką, urzędnikiem państwowym, wykładowcą akademickim, pracuje jako adiunkt w Instytucie Statystyki i Demografii SGH w Warszawie. Od 2002 roku była Dyrektorem Departamentu w MPiPS, pełniła też inne funkcje, pracując przy poprzedniej reformie systemu emerytalnego, w resorcie polityki społecznej MPiPS oraz w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Była jednym z współtwórców słynnego już „programu solidarności pokoleniowej dla 50 plus”.
Od 8 stycznie 2008 była podsekretarzem stanu w MPiPS. Po doprowadzeniu programu „50 plus” do rozpatrywania w komisjach sejmowych została przez ówczesną Ministrę Pracy Jolantę Fedak odsunięta od prac nad reformą emerytalną i jak gdyby w proteście przeciw temu – 8 lipca 2009 r. na swój własny wniosek została odwołana ze stanowiska podsekretarza stanu, kończąc też pracę w administracji rządowej i powracając do pracy dydaktyczno-naukowej na uczelni.
Oczywiście nie wiadomo nic pewnego o przyczynach takiego kroku, jednak jakoś mnie to nie dziwi… Powracając do cytowanego wcześniej skrajnie kontrowersyjnego twierdzenia tej osoby – mam pewien pomysł na wyjaśnienie tego zjawiska.
Mamy stwierdzenie z analiz statystycznych Ministerstwa Finansów, że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 000 objęły osoby po 55. roku życia.”, i wysnuty z tego przez p. Agnieszkę Chłoń-Domińczak wniosek, że zatrudnienie jest i to głównie dla osób po 55 roku życia a także, że istnieje duże zapotrzebowanie w gospodarce na pracowników w wieku „50 plus”. Takie twierdzenia mają być także dowodem na słuszność koncepcji wydłużenia wieku przedemerytalnego do 67 roku życia.
Jest to absurdalna bzdura a wynika ona moim zdaniem właśnie ze skrajnie dogmatycznego podejścia do danych liczbowych z jednoczesnym kompletnym wyalienowaniem z życia codziennego. Dlatego też właśnie tak wiele powyżej pisałem na temat kontekstu społecznego tej sprawy.
Otóż wiadomo przecież, że jedyną dziś podstawową zasadą zatrudniania stosowaną przez większość przedsiębiorców, jest ograniczenie kosztów pracy dla zmaksymalizowania własnego osobistego zysku z działalności gospodarczej. Pracownik ma być tani i głównie to się liczy. Na tak zwanym nie wiedzieć czemu „rynku pracy” występuje szereg preferencji mających zwiększyć szanse pewnych potencjalnych pracobiorców kosztem innych; to preferencje dla osób niepełnosprawnych, ludzi w wieku do 26 lat posiadających status studenta oraz dla emerytów. Tak na prawdę jest to zawoalowana forma interwencjonizmu w gospodarkę na rzecz przedsiębiorców, będących pracodawcami. Wiadomo przecież, że prócz płacy, którą ostatecznie trudno na szczęście zmniejszyć poniżej poziomu minimalnego określonego ustawowo – najpoważniejszą pozycją kosztów pracy są składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne płacone na rzecz pracownika lub obciążające pracodawcę w związku z zatrudnianiem. Dlatego właśnie jest bardzo wiele ofert pracy dla osób niepełnosprawnych i to nawet na stanowiskach pozornie wymagających ponadprzeciętnej sprawności (ochroniarz, sprzątaczka), gdyż ich zatrudnienie nie tylko pozwala na uwolnienie się od obowiązkowego „haraczu” na rzecz PFRON, ale i uzyskać dofinansowania celowe na wiele działań, dające wymierne oszczędności przy mądrym ich wykorzystaniu, jak choćby dostosowanie, umeblowanie i wyposażenie stanowiska pracy osoby niepełnosprawnej itp.
Dlatego bardzo poszukiwani są pracownicy młodzi studiujący wieczorowo lub zaocznie, gdyż „zatrudniając” ich na umowy cywilnoprawne nie ma obowiązku odprowadzania za nich żadnych składek. Dzięki temu są tani. Dokładnie to sami dotyczy pracujących emerytów, na dodatek są oni skłonni zaakceptować znacząco niższe wynagrodzenie gdyż jest ono dodatkiem jedynie do podstawowego dla nich źródła dochodu na życie, jaką jest pobierana emerytura. Po prostu i banalnie: są tańsi niż osoby „50 plus” dlatego to oni są zatrudniani. Pod względem zmniejszenia kosztów zatrudniania nic nie świadczy na rzecz osób "50 plus" i dlatego są oni objęci ogromnym bezrobociem. W tym też kontekście należy rozumieć wspomnianą obserwację Ministerstwa Finansów; zakładając, że co do treści merytorycznej jest ona zgodna z rzeczywistością, to jest ona po prostu źle rozumiana przez "jajogłowych" wyobcowanych z życia i nieświadomych realnych aspektów codziennego życia. Nie bez znaczenia jest tu też szczególne bałaganiarstwo pojęciowe, któremu ci „naukowcy” najwyraźniej nie mogą sprostać, choć sami są jego autorami; co innego bezrobotny w wieku 50 plus, co innego ludzie nieaktywni zawodowo a jeszcze co innego – seniorzy.
Stwierdzenie, że „…z 880 tys. nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55 roku życia” – może być zgodne z prawdą. Tyle, że – jeśli liczbowo jest ono prawdziwe – to cały kruczek w tym, że „osoby w wieku po 55 roku życia” to są „wszystkie osoby starsze niż 55 lat” a w związku z wyżej przedstawioną zasadą bezwzględnego ograniczania kosztów pracy – to są chętnie zatrudniani emeryci, inwalidzi z orzeczonym stopniem niepełnosprawności a w pozostałej części 250 000 osób - studenci na umowach śmieciowych, pracownicy leasingowani i wszyscy, którzy pozwalają na zaoszczędzenie na kosztach pracy. To nie dotyczy "bezrobotnych 50 plus" - bo oni są "drodzy" i przez to - szykanowani.
Chodzi mi o to, że takie stwierdzenie pozostając słuszne, nie zaprzecza dramatycznemu bezrobociu w grupie osób sensu stricto bezrobotnych w wieku po 50 - ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, bo ta grupa nie korzysta z żadnego przywileju pozwalającego obniżyć zobowiązania pracodawcy wobec ZUS i PFRON. O tyle właśnie takie stwierdzenie Ministerstwa Finansów może być mylące dla Ministerstwa Pracy, wprowadzać też tragiczne skutki dla tej grupy wiekowej jako argument za przesunięciem wieku emerytalnego, gdyż to dla tej grupy oznacza jedynie o dwa lub siedem lat dłuższe oczekiwanie na osiągnięcie statusu emeryta, dającego dopiero szanse na jakieś zatrudnienie, poprzez wspomniany efekt „redukcji kosztu”. Minister Pracy na skutek takich danych serwowanych przez takie „ekspertki” może nawet wbrew swoim intencjom podejmować skrajnie błędne decyzje.
Może w tym właśnie należałoby dopatrywać się przyczyny wspomnianego odsunięcia niegdyś tej osoby od spraw nowej reformy emerytalnej; może ówczesna Minister Pracy z PSL Jolanta Fedak dostrzegła coś niepokojącego w dogmatycznej i „wypaczonej naukowo” osobowości swojej podwładnej… ?
Nawiasem mówiąc – przecież sam „Program solidarności pokoleń na rzecz 50 plus” jako dzieło m. in. pani Chłoń-Domińczak także okazał się kompletnym „gniotem”, pomysłem może teoretycznie dobrym, ale życiowo nierealnym, odległym od realiów i dlatego właśnie poniósł totalną klęskę?
Czas jednak płynie, ludzie cierpią, staczają się, stają się nie tylko bezrobotni, ale w rezultacie tego bezdomni, tracą zdolność życia w społeczeństwie i jakiejkolwiek pracy zawodowej, stają się „wrakami” przynoszącymi już tylko koszty społeczne a przecież to nie z ich winy zaczął się ten proces staczania się po równi pochyłej… Może więc słuszne było odejście tej „ekspertki” z pracy w administracji rządowej, w Ministerstwie Pracy.
Reasumując trzeba tu po raz kolejny podkreślić:
Osoby bezrobotne w wieku przedemerytalnym, których pracodawcy nie chcą zatrudniać ze względu na wiek – są szczególną grupą bezrobotnych, którą trzeba jaskrawo wyróżnić, domagającą się pilnej i rzeczywistej reakcji. Są to ludzie w dramatycznym położeniu. Granica początkowa jest umownie określana jako „50 plus”, ale dokładnie określa ją odmowa zatrudnienia (z powodu wieku – czego się oficjalnie nie przyznaje, gdyż byłoby to złamaniem obowiązującego prawa). Granica końcowa – to wiek uzyskania prawa do emerytury. To ludzie będący w tych granicach wiekowych są w tragicznym położeniu, nie emeryci. Mówienie tu czy pisanie o „seniorach” jest głupotą lub skrajną nieuczciwością, nastawioną na sianie zamieszania pojęciowego dla ukrycia tej prawdy. Podobnie mówienie czy pisanie o osobach w wieku powyżej 55 lat” – fałszuje prawdę poprzez „wrzucenie do jednego worka” tych nieszczęsnych bezrobotnych wraz z emerytami i dorabiającymi sobie rencistami, osobami nieaktywnymi którym praca nie jest niezbędnie potrzebna do dalszego życia - jak tym pierwszym. Publikowane w niezliczonej ilości miejsc dane, jak zacytowanie przeze mnie powyżej opracowanie na wykresach - zadają kłam wnioskom, jakie wyciąga pani „ekspertka” dr Agnieszka Chłoń-Domińczak.
Trzeba już dziś stanowczo i kategorycznie domagać się od Pana Ministra Kosiniak-Kamysza, by coś doraźnie przedsięwziął w dramatycznej sytuacji tych osób. Zapewne prawda o tym powinna być wzięta pod uwagę w całej reformie emerytalnej i potrzebnej reformie rynku pracy opartej na niezbędnej nowelizacji ustawy dotyczącej bezrobocia i jej aktów wykonawczych. Trzeba coś uczynić, by zatrudnianie tych osób opłacało się pracodawcom w takim samym stopniu jak innych; albo dać im jakieś przywileje, albo zlikwidować przywileje wszystkim innym, ustalając jednolity obowiązek wobec ZUS i jeden powszechny rodzaj zatrudniania pracowników najemnych, beż żadnych zwolnień wpływających - poprzez sprawę kosztów pracy - na postawy pracodawców.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emerytury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emerytury. Pokaż wszystkie posty
08/04/2012
51.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część II
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
bieda,
Chłoń-Domińczak,
emerytury,
fedak,
kapitalizm,
Kopacz,
Kosinak Kamysz,
neoliberalizm,
państwo nieludzkie,
paweł baranowski,
PO,
polska,
praca,
psl,
Tusk,
wykluczenie
07/04/2012
50.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część I
Sądzę, że powszechnie dziś jako społeczeństwo nie doceniamy wpływu, jaki mogą mieć pojedyncze nawet, zupełnie nam nieznane osoby – na nasze życie, na nasz los. Oczywiście tylko wtedy, gdy zajmują one na tyle wysokie stanowiska by wpływać na stan prawny, na regulacje dotyczące wielu. Słowem, gdy wejdą do tak zwanego kręgu władzy. I co najdziwniejsze, rzadko kiedy ten wpływ może być pozytywny; to nie wiedzieć czemu prawie się nie zdarza. Nie ma wielu mężów opatrznościowych, pojawiających się wtedy, kiedy trzeba i kierujących sprawy na właściwy tor zanim przybiorą niekorzystny obrót. Przeważnie jednak odwrotnie; jeden taki osobnik może zniszczyć wysiłek wielu, zasiać zamęt, wprowadzić wszystkich w błąd, skierować sprawy na manowce... Szczególnie gdy działa w sprawach od których sam nie zależy.
Namnożyło się nam ostatnio takich właśnie „ekspertów”.
Jest w tym coś bardzo charakterystycznego; dawniej inteligenci z dużych miast wyśmiewali się z takich, winę za ich istnienie zrzucając na karb tzw. ”punktów za pochodzenie”, jakie stosowała „władza ludowa” by realizować swoje „zasady sprawiedliwości społecznej”, oparte na politycznej teorii klas. Chodziło o to, że istniały w sensie obiektywnym i nie dały się ukryć kolosalne różnice w możliwościach rozwoju dzieci a następnie młodych ludzi w mieście a na wsi. Na wsi gdzie często był tylko PGR, sklep Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” , remiza strażacka oraz kościół. Braki bodźców rozwojowych, oświaty, dostępu do dóbr kultury, ale szczególnie różnice w poziomie nauczania już od pierwszej klasy podstawówki – ujawniały się na maturach, ale w szczególny sposób – na obowiązkowych wówczas egzaminach wstępnych do szkół wyższych; po prostu nikły odsetek kandydatów ze wsi dostawał się na studia, co czyniło jeszcze większą w efekcie przepaść, monopolizując niejako studia dla inteligencji miejskiej. Więc „władza ludowa” musiała zapewnić równość społeczną, a że trudno było budować biblioteki, domy kultury, żłobki i przedszkola na wsiach – znaleziono sposób dla „władzy ludowej” charakterystyczny; wyniki egzaminów wstępnych na studia były punktowane i o przyjęciu decydowała otrzymana liczba punktów, więc kandydatom ze wsi dopisywano po prostu na wstępie odpowiednią liczbę punktów „za pochodzenie społeczne chłopskie” – by niezależnie od predyspozycji, przydatności, stopnia rozwoju i posiadanej wiedzy, więcej kandydatów ze wsi na te studia się dostawało. Efekt był możliwy do przewidzenia; na wsi niewiele się zmieniało na lepsze a powstała specyficzna grupa studentów… a z tych studentów potem, specyficzna grupa absolwentów… a z tych absolwentów w końcu specyficzna grupa posłów, polityków, dyrektorów, urzędników i ministrów… i ekspertów.
Oczywiście z czasem różnice te zaczęły się wyrównywać, od czasów Gierka wieś zaczęła się zmieniać, elektryfikacja, tanie i dostępne telewizory, otwarcie na „zachód”…
Przypomniało mi się to, bo dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem może podobnym w efekcie, ale raczej chyba o jakichś innych przyczynach. Jakich – tego nie wiem i to właśnie mnie najbardziej niepokoi. Ludzie kończą studia, robią studia podyplomowe, podejmują pracę naukową (doktoraty, habilitacje) a jednocześnie w swojej dziedzinie są „impregnowani” społecznie, całkowicie oddzieleni od rzeczywistości, zamknięci w swoim świecie teorii i danych statystycznych, liczb, literatury tworzonej przez badaczy-teoretyków, jednocześnie najczęściej będących ideologami. Słowem - dla nich jajo może być kwadratowe jeśli tak wynika z ich badań; mimo że codziennie stykają się z jajowatością jaj – będą do śmierci snuć swoje teorie, podawać płynące z nich wnioski za prawdę, i starać się realizować je w życiu gospodarczym, pomijając fakt że jakikolwiek kontakt z rzeczywistością – zaprzecza im zdecydowanie.
Trochę to też przypomina stosunek katolików rzymskich do religii; swoisty „rozdział religii od życia” , od rzeczywistości poza-kościelnej.
To jest moim zdaniem rodzaj odhumanizowania. Postawa taka jest o tyle groźna, że sprowadza realne działania władzy na manowce, gdyż podaje władzy absolutnie mylne, teoretyczne dane jako dane wyjściowe do decyzji funkcjonujących w rzeczywistości realnej, w życiu, mającej określone skutki.
Podam przykład.
Wydawałoby się, że dla wszystkich rozsądnych ludzi jest oczywiste, że obecnie jest bardzo duże bezrobocie w grupie osób bezrobotnych w wieku zwanym „50 plus”. Co więcej, wydawało się oczywiste znaczenie sposobu określenia tej szczególnej grupy ludzi. Mówiąc o bezrobociu, dokładniej o stopie (wielkości) bezrobocia – mówimy wyłącznie o danych ilościowych dotyczących osób bezrobotnych. Osoba bezrobotna jest zdefiniowana przez „Ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, dokładniej przez definicję bezrobotnego tam zapisaną. Osoby nieodpowiadające tej definicji nie są bezrobotne, nawet wówczas gdy nie pracują i nie mogą uzyskać zatrudnienia. Z drugiej strony jednak, pewne efekty dotyczące rynku pracy – dotykają np. ludzi ze względu na ich wiek, tak samo bezrobotnych jak i tych którzy są w takiej samej sytuacji ale nie rejestrowali się z różnych względów w Powiatowych Urzędach Pracy (czyli osób nieaktywnych zawodowo bez swojej woli i winy). Jest wiele grup ludzi niepracujących; emeryci, osoby niepełnosprawne z całkowitą niezdolnością do pracy, osoby nieaktywne zawodowo (które nie pracują bo nie chcę (nie muszą) itp. To nie są osoby bezrobotne.
Ważna jest grupa osób z tego przedziału wiekowego zdolna i chętna do pracy a pomimo to niezatrudniana przez pracodawców - z zasady.
Bo trzeba tu podkreślić, że człowiek musi oczywiście chcieć pracować, czyli wykazać inicjatywę w tym kierunku, ale poza tym – jest on zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Do tego by pracować nie wystarczy nie wiem jak bardzo chcieć, "szukać pracy" i "zaszukać" się na śmierć; jeszcze niezbędna jest wola drugiej strony, tej która zapłaci za wykonywaną dla niej pracę i jeszcze na tym zarobi. Pracy – w sensie zadań do wykonania – także jest niezmiernie dużo, ale to nie wystarcza, by osoba bezrobotna mogła pracować, bo prócz zadań musi jeszcze być ten, kto uczynił wykonanie tych zadań własną działalnością gospodarczą i zarabia na tym, dlatego i dzięki temu płaci pracownikom najemnym którzy te zadania „dla niego” wykonują. Absurdalne jest oczekiwanie masowej aktywności gospodarczej od osób bezrobotnych, to znaczy - że one same podejmą działalność gospodarczą stwarzając dla siebie miejsca pracy. To margines możliwości.
Wydaje się więc, że jest oczywiste dla wszystkich występowanie szczególnego zjawiska odmowy zatrudniania wobec grupy bezrobotnych w wieku uznanym przez pracodawców za "niewłaściwy". Umownie określa się jego granicę na 45 lat dla kobiet i 50 dla mężczyzn. Ponieważ mowa o bezrobotnych sensu stricto, końcową granicą wieku w tej grupie jest wiek emerytalny, bo osoby w wieku emerytalnym, po przejściu na emeryturę przestają już być bezrobotnymi a zaczynają być emerytami (osobami z orzeczonym uprawnieniem do pobierania świadczenia emerytalnego z ZUS). Zgodnie natomiast z definicją bezrobotnego, emeryci nie spełniają warunków tejże definicji i nie są bezrobotni nawet wtedy gdy nie dorabiają już sobie do emerytury, nie pracują zarobkowo. Ludzi we wspomnianym przedziale wiekowym od ponad trzech lat prawie nie zatrudnia się. Dlaczego – to oddzielny trudny i dość tajemniczy temat, jednak przyczyny jakiekolwiek by nie były, należą raczej do psychologii przedsiębiorców a nie ekonomii. Takimi powodami są na przykład przekonania, że młoda załoga dobrze świadczy o wizerunku firmy (tak zwane „młode, dynamiczne zespoły”), że osoby młode są bardziej wydajne – co jest poglądem nieuzasadnionym; że ludzie starsi mają niższą wiedzę na temat technologii, nowości, nowoczesnych procesów; obawy że ludzie starsi oczekują wyższego wynagrodzenia itp. Pracodawcy są okropnie strachliwi a wobec osób z grupy 50 plus boją się praktycznie wszystkiego. Tak czy inaczej zjawisko jest faktem i co najgorsze pogłębia się. Coraz więcej osób z tego przedziału wiekowego traci dotychczasowe zajęcie zawodowe i nie znajduje nowego zatrudnienia, nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Jest na ten temat dość obszerna literatura, są badania i opracowania ilościowe, jest masa materiałów publicystycznych, artykułów dziennikarskich.
Na przykład w DGP znalazłem bez żadnych trudności następujące wykresy, przedstawiające stały od lat przyrost liczby bezrobotnych w tym wieku:
Namnożyło się nam ostatnio takich właśnie „ekspertów”.
Jest w tym coś bardzo charakterystycznego; dawniej inteligenci z dużych miast wyśmiewali się z takich, winę za ich istnienie zrzucając na karb tzw. ”punktów za pochodzenie”, jakie stosowała „władza ludowa” by realizować swoje „zasady sprawiedliwości społecznej”, oparte na politycznej teorii klas. Chodziło o to, że istniały w sensie obiektywnym i nie dały się ukryć kolosalne różnice w możliwościach rozwoju dzieci a następnie młodych ludzi w mieście a na wsi. Na wsi gdzie często był tylko PGR, sklep Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” , remiza strażacka oraz kościół. Braki bodźców rozwojowych, oświaty, dostępu do dóbr kultury, ale szczególnie różnice w poziomie nauczania już od pierwszej klasy podstawówki – ujawniały się na maturach, ale w szczególny sposób – na obowiązkowych wówczas egzaminach wstępnych do szkół wyższych; po prostu nikły odsetek kandydatów ze wsi dostawał się na studia, co czyniło jeszcze większą w efekcie przepaść, monopolizując niejako studia dla inteligencji miejskiej. Więc „władza ludowa” musiała zapewnić równość społeczną, a że trudno było budować biblioteki, domy kultury, żłobki i przedszkola na wsiach – znaleziono sposób dla „władzy ludowej” charakterystyczny; wyniki egzaminów wstępnych na studia były punktowane i o przyjęciu decydowała otrzymana liczba punktów, więc kandydatom ze wsi dopisywano po prostu na wstępie odpowiednią liczbę punktów „za pochodzenie społeczne chłopskie” – by niezależnie od predyspozycji, przydatności, stopnia rozwoju i posiadanej wiedzy, więcej kandydatów ze wsi na te studia się dostawało. Efekt był możliwy do przewidzenia; na wsi niewiele się zmieniało na lepsze a powstała specyficzna grupa studentów… a z tych studentów potem, specyficzna grupa absolwentów… a z tych absolwentów w końcu specyficzna grupa posłów, polityków, dyrektorów, urzędników i ministrów… i ekspertów.
Oczywiście z czasem różnice te zaczęły się wyrównywać, od czasów Gierka wieś zaczęła się zmieniać, elektryfikacja, tanie i dostępne telewizory, otwarcie na „zachód”…
Przypomniało mi się to, bo dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem może podobnym w efekcie, ale raczej chyba o jakichś innych przyczynach. Jakich – tego nie wiem i to właśnie mnie najbardziej niepokoi. Ludzie kończą studia, robią studia podyplomowe, podejmują pracę naukową (doktoraty, habilitacje) a jednocześnie w swojej dziedzinie są „impregnowani” społecznie, całkowicie oddzieleni od rzeczywistości, zamknięci w swoim świecie teorii i danych statystycznych, liczb, literatury tworzonej przez badaczy-teoretyków, jednocześnie najczęściej będących ideologami. Słowem - dla nich jajo może być kwadratowe jeśli tak wynika z ich badań; mimo że codziennie stykają się z jajowatością jaj – będą do śmierci snuć swoje teorie, podawać płynące z nich wnioski za prawdę, i starać się realizować je w życiu gospodarczym, pomijając fakt że jakikolwiek kontakt z rzeczywistością – zaprzecza im zdecydowanie.
Trochę to też przypomina stosunek katolików rzymskich do religii; swoisty „rozdział religii od życia” , od rzeczywistości poza-kościelnej.
To jest moim zdaniem rodzaj odhumanizowania. Postawa taka jest o tyle groźna, że sprowadza realne działania władzy na manowce, gdyż podaje władzy absolutnie mylne, teoretyczne dane jako dane wyjściowe do decyzji funkcjonujących w rzeczywistości realnej, w życiu, mającej określone skutki.
Podam przykład.
Wydawałoby się, że dla wszystkich rozsądnych ludzi jest oczywiste, że obecnie jest bardzo duże bezrobocie w grupie osób bezrobotnych w wieku zwanym „50 plus”. Co więcej, wydawało się oczywiste znaczenie sposobu określenia tej szczególnej grupy ludzi. Mówiąc o bezrobociu, dokładniej o stopie (wielkości) bezrobocia – mówimy wyłącznie o danych ilościowych dotyczących osób bezrobotnych. Osoba bezrobotna jest zdefiniowana przez „Ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, dokładniej przez definicję bezrobotnego tam zapisaną. Osoby nieodpowiadające tej definicji nie są bezrobotne, nawet wówczas gdy nie pracują i nie mogą uzyskać zatrudnienia. Z drugiej strony jednak, pewne efekty dotyczące rynku pracy – dotykają np. ludzi ze względu na ich wiek, tak samo bezrobotnych jak i tych którzy są w takiej samej sytuacji ale nie rejestrowali się z różnych względów w Powiatowych Urzędach Pracy (czyli osób nieaktywnych zawodowo bez swojej woli i winy). Jest wiele grup ludzi niepracujących; emeryci, osoby niepełnosprawne z całkowitą niezdolnością do pracy, osoby nieaktywne zawodowo (które nie pracują bo nie chcę (nie muszą) itp. To nie są osoby bezrobotne.
Ważna jest grupa osób z tego przedziału wiekowego zdolna i chętna do pracy a pomimo to niezatrudniana przez pracodawców - z zasady.
Bo trzeba tu podkreślić, że człowiek musi oczywiście chcieć pracować, czyli wykazać inicjatywę w tym kierunku, ale poza tym – jest on zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Do tego by pracować nie wystarczy nie wiem jak bardzo chcieć, "szukać pracy" i "zaszukać" się na śmierć; jeszcze niezbędna jest wola drugiej strony, tej która zapłaci za wykonywaną dla niej pracę i jeszcze na tym zarobi. Pracy – w sensie zadań do wykonania – także jest niezmiernie dużo, ale to nie wystarcza, by osoba bezrobotna mogła pracować, bo prócz zadań musi jeszcze być ten, kto uczynił wykonanie tych zadań własną działalnością gospodarczą i zarabia na tym, dlatego i dzięki temu płaci pracownikom najemnym którzy te zadania „dla niego” wykonują. Absurdalne jest oczekiwanie masowej aktywności gospodarczej od osób bezrobotnych, to znaczy - że one same podejmą działalność gospodarczą stwarzając dla siebie miejsca pracy. To margines możliwości.
Wydaje się więc, że jest oczywiste dla wszystkich występowanie szczególnego zjawiska odmowy zatrudniania wobec grupy bezrobotnych w wieku uznanym przez pracodawców za "niewłaściwy". Umownie określa się jego granicę na 45 lat dla kobiet i 50 dla mężczyzn. Ponieważ mowa o bezrobotnych sensu stricto, końcową granicą wieku w tej grupie jest wiek emerytalny, bo osoby w wieku emerytalnym, po przejściu na emeryturę przestają już być bezrobotnymi a zaczynają być emerytami (osobami z orzeczonym uprawnieniem do pobierania świadczenia emerytalnego z ZUS). Zgodnie natomiast z definicją bezrobotnego, emeryci nie spełniają warunków tejże definicji i nie są bezrobotni nawet wtedy gdy nie dorabiają już sobie do emerytury, nie pracują zarobkowo. Ludzi we wspomnianym przedziale wiekowym od ponad trzech lat prawie nie zatrudnia się. Dlaczego – to oddzielny trudny i dość tajemniczy temat, jednak przyczyny jakiekolwiek by nie były, należą raczej do psychologii przedsiębiorców a nie ekonomii. Takimi powodami są na przykład przekonania, że młoda załoga dobrze świadczy o wizerunku firmy (tak zwane „młode, dynamiczne zespoły”), że osoby młode są bardziej wydajne – co jest poglądem nieuzasadnionym; że ludzie starsi mają niższą wiedzę na temat technologii, nowości, nowoczesnych procesów; obawy że ludzie starsi oczekują wyższego wynagrodzenia itp. Pracodawcy są okropnie strachliwi a wobec osób z grupy 50 plus boją się praktycznie wszystkiego. Tak czy inaczej zjawisko jest faktem i co najgorsze pogłębia się. Coraz więcej osób z tego przedziału wiekowego traci dotychczasowe zajęcie zawodowe i nie znajduje nowego zatrudnienia, nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Jest na ten temat dość obszerna literatura, są badania i opracowania ilościowe, jest masa materiałów publicystycznych, artykułów dziennikarskich.
Na przykład w DGP znalazłem bez żadnych trudności następujące wykresy, przedstawiające stały od lat przyrost liczby bezrobotnych w tym wieku:
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
bieda,
Chłoń-Domińczak,
emerytury,
fedak,
kapitalizm,
Kosinak Kamysz,
neoliberalizm,
państwo nieludzkie,
paweł baranowski,
PO,
polska,
praca,
psl,
Tusk,
wykluczenie
30/03/2012
49.
Powrót do modelu państwa totalitarnego.
Dziś każdy pisać może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.
Może swobodnie wyrażać swoje przekonania. Choćby założyć blog za darmo i na dodatek z możliwością ukrycia się za ksywą i dowolnym obrazeczkiem użytym zamiast własnego zdjęcia. Przeważnie są to zwierzątka… a jeśli nawet nie, to i tak nie ma znaczenia...
To, że jest możliwe swobodne a nawet często i zbyt swobodne (uchodzi płazem) wypowiadanie się, zawdzięczamy demokracji która przezwyciężyła totalitaryzm władzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wspieranej przez otaczających nas „przyjaciół”. Władza tamta zawsze wiedziała co jest najlepsze dla ludzi; od Bolesława Bieruta – do Mieczysława Rakowskiego i „generała spawacza” władza zawsze robiła - co chciała a jak dziś wiemy, prawdopodobnie - co jej nakazano z Kremla, czasem na skutek protestów lekko „luzując śrubę” by nie zniszczyć propagandowego wrażenia „władzy ludu”. W końcu – gdy w propagandę już nikt nie wierzył – działała wręcz dosłownie „po trupach” stawiając na swoim, dopóki się tylko dało…
Demokracja zwyciężyła. Nawet jeśli była tylko "częściowa". W wyborach społeczeństwo wyłoniło nową władzę, która rozpoczęła proces wychodzenia z totalitarnych nawyków. Minęło 30 lat, różnie się potoczyły losy władzy, różnie przebiegały procesy transformacji gospodarki. Nikt jednak nie przypuszczał nawet, że powrót do totalitarnych nawyków jest jeszcze możliwy.
Owszem; ostatnio odzywały się ciche głosy oskarżające rząd Donalda Tuska o tendencje do „wiedzenia najlepiej” bez potrzeby konsultowania tego z organami przedstawicielskimi społeczeństwa, środowiskami, autorytetami społecznymi.
Zapowiedzią kryzysu demokracji była sprawa ACTA a zwłaszcza potajemnego przygotowania w Ministerstwie Kultury (sic!) regulacji jeszcze bardziej drakońskich i niebezpiecznych dla wolności niż te narzucane Europie przez amerykańskich lobbystów.
Niedawno Premier ogłosił, że „za wszelką cenę” podwyższy wiek emerytalny, że to nie podlega żadnej dyskusji, nikt go od tego nie odwiedzie bo jest zdeterminowany...."
Coś nam to przypomina… ?
Trudno się dziwić młodym ludziom, że dziś z trudnością potrafią sobie wyobrazić prawdziwy totalitaryzm. W opowieści z czasów PRL-u najczęściej już po prostu nie wierzą, traktują to jak "bajeczki wapniaków", jak my niegdyś - opowieści dziadka z I wojny Światowej.
Rozumiem to.
Jednak jest coś alarmistycznego w tym, gdy dziś nagle czytam w czyimś blogu:
„… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie, konieczne jest ograniczanie wydatków państwa. Czy zrobi to Platforma czy też inna partia – nie ma znaczenia. Każdy obywatel naszego kraju wie, że musimy uporządkować finanse publiczne bo inaczej zapłacimy wszyscy, trochę później rachunek za swoją nierozwagę. A raczej nierozwagę rządu…”
Ewidentny powrót do totalitaryzmu? Znów władza wie najlepiej…?
Pisze to co zacytowałem jakaś osoba anonimowa, posługująca się awatarem przedstawiającym bardzo młodą i niemożliwą do identyfikacji dziewczynę...
Każda władza miała zawsze swoich „lizusów” zwanych też „potakiwaczami” a i czasem dużo bardziej złośliwie. Także zawsze były „szare eminencje” jak i naiwni aktywiści oszołomieni ideą do tego stopnia, że nie byli już w stanie rozejrzeć się bacznie wokół siebie, zweryfikować hasła z rzeczywistością, z tym co niezaprzeczalne i nie podlegające interpretacji, co można dostrzec i odczuć osobiście. Podobno od jakiegoś czasu różne siły polityczne oraz lobbystyczne grupy nacisku mają zwyczaj nawet opłacać wynajętych „anonimów” bardzo aktywnie działających w Internecie w ściśle określony sposób, imitując „opinię publiczną” i propagując metodą "szeptaną" hasełka władzy jako oczywiste i bezdyskusyjne.
Jednak ja wierzę, że społeczeństwo już nie dopuści do powrotu totalitaryzmu. Władza musi mieć poparcie społeczne do określania działań o tak wielkich konsekwencjach jak reforma emerytalna. Skandaliczne jest dla mnie nie tylko totalitarne podejście Prezesa RM do tej reformy, także i to że społeczeństwo nadal nie wie, o co chodzi, o czym się tak naprawdę dyskutuje wśród polityków, jaki jest konkretnie projekt PO oraz poszczególnych innych sił.
O co tu chodzi, na czym polega różnica poszczególnych stanowisk. Wiemy to tylko fragmentarycznie i wyłącznie z doniesień medialnych czyli niewiarygodnych. Ale Premier nie ma zamiaru z nikim dyskutować, a najmniej - ze społeczeństwem.
To niedopuszczalne. Wysiłki niedopuszczenia do referendum także dowodzą zamiaru wprowadzenia swojego planu z pełną świadomością, że nie zostałby on zaakceptowany społecznie. Ale władza wie lepiej co dobre...zdusi wszelkie demokratyczne prawa by zrobić to - co sama chce (lub - co jej nakazano).
Niespodziewanie i w sposób niezauważalny Platforma Obywatelska stworzyła (a może raczej odtworzyła z przeszłości) model państwa totalitarnego, w którym człowiek, Polak, obywatel – ma po prostu słuchać i powinien poprzeć to co mu każą, nawet wbrew swojemu oczywistemu interesowi, a jeśli nie – to władza i tak zrobi swoje. No bo… „… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie…………..
Może swobodnie wyrażać swoje przekonania. Choćby założyć blog za darmo i na dodatek z możliwością ukrycia się za ksywą i dowolnym obrazeczkiem użytym zamiast własnego zdjęcia. Przeważnie są to zwierzątka… a jeśli nawet nie, to i tak nie ma znaczenia...
To, że jest możliwe swobodne a nawet często i zbyt swobodne (uchodzi płazem) wypowiadanie się, zawdzięczamy demokracji która przezwyciężyła totalitaryzm władzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wspieranej przez otaczających nas „przyjaciół”. Władza tamta zawsze wiedziała co jest najlepsze dla ludzi; od Bolesława Bieruta – do Mieczysława Rakowskiego i „generała spawacza” władza zawsze robiła - co chciała a jak dziś wiemy, prawdopodobnie - co jej nakazano z Kremla, czasem na skutek protestów lekko „luzując śrubę” by nie zniszczyć propagandowego wrażenia „władzy ludu”. W końcu – gdy w propagandę już nikt nie wierzył – działała wręcz dosłownie „po trupach” stawiając na swoim, dopóki się tylko dało…
Demokracja zwyciężyła. Nawet jeśli była tylko "częściowa". W wyborach społeczeństwo wyłoniło nową władzę, która rozpoczęła proces wychodzenia z totalitarnych nawyków. Minęło 30 lat, różnie się potoczyły losy władzy, różnie przebiegały procesy transformacji gospodarki. Nikt jednak nie przypuszczał nawet, że powrót do totalitarnych nawyków jest jeszcze możliwy.
Owszem; ostatnio odzywały się ciche głosy oskarżające rząd Donalda Tuska o tendencje do „wiedzenia najlepiej” bez potrzeby konsultowania tego z organami przedstawicielskimi społeczeństwa, środowiskami, autorytetami społecznymi.
Zapowiedzią kryzysu demokracji była sprawa ACTA a zwłaszcza potajemnego przygotowania w Ministerstwie Kultury (sic!) regulacji jeszcze bardziej drakońskich i niebezpiecznych dla wolności niż te narzucane Europie przez amerykańskich lobbystów.
Niedawno Premier ogłosił, że „za wszelką cenę” podwyższy wiek emerytalny, że to nie podlega żadnej dyskusji, nikt go od tego nie odwiedzie bo jest zdeterminowany...."
Coś nam to przypomina… ?
Trudno się dziwić młodym ludziom, że dziś z trudnością potrafią sobie wyobrazić prawdziwy totalitaryzm. W opowieści z czasów PRL-u najczęściej już po prostu nie wierzą, traktują to jak "bajeczki wapniaków", jak my niegdyś - opowieści dziadka z I wojny Światowej.
Rozumiem to.
Jednak jest coś alarmistycznego w tym, gdy dziś nagle czytam w czyimś blogu:
„… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie, konieczne jest ograniczanie wydatków państwa. Czy zrobi to Platforma czy też inna partia – nie ma znaczenia. Każdy obywatel naszego kraju wie, że musimy uporządkować finanse publiczne bo inaczej zapłacimy wszyscy, trochę później rachunek za swoją nierozwagę. A raczej nierozwagę rządu…”
Ewidentny powrót do totalitaryzmu? Znów władza wie najlepiej…?
Pisze to co zacytowałem jakaś osoba anonimowa, posługująca się awatarem przedstawiającym bardzo młodą i niemożliwą do identyfikacji dziewczynę...
Każda władza miała zawsze swoich „lizusów” zwanych też „potakiwaczami” a i czasem dużo bardziej złośliwie. Także zawsze były „szare eminencje” jak i naiwni aktywiści oszołomieni ideą do tego stopnia, że nie byli już w stanie rozejrzeć się bacznie wokół siebie, zweryfikować hasła z rzeczywistością, z tym co niezaprzeczalne i nie podlegające interpretacji, co można dostrzec i odczuć osobiście. Podobno od jakiegoś czasu różne siły polityczne oraz lobbystyczne grupy nacisku mają zwyczaj nawet opłacać wynajętych „anonimów” bardzo aktywnie działających w Internecie w ściśle określony sposób, imitując „opinię publiczną” i propagując metodą "szeptaną" hasełka władzy jako oczywiste i bezdyskusyjne.
Jednak ja wierzę, że społeczeństwo już nie dopuści do powrotu totalitaryzmu. Władza musi mieć poparcie społeczne do określania działań o tak wielkich konsekwencjach jak reforma emerytalna. Skandaliczne jest dla mnie nie tylko totalitarne podejście Prezesa RM do tej reformy, także i to że społeczeństwo nadal nie wie, o co chodzi, o czym się tak naprawdę dyskutuje wśród polityków, jaki jest konkretnie projekt PO oraz poszczególnych innych sił.
O co tu chodzi, na czym polega różnica poszczególnych stanowisk. Wiemy to tylko fragmentarycznie i wyłącznie z doniesień medialnych czyli niewiarygodnych. Ale Premier nie ma zamiaru z nikim dyskutować, a najmniej - ze społeczeństwem.
To niedopuszczalne. Wysiłki niedopuszczenia do referendum także dowodzą zamiaru wprowadzenia swojego planu z pełną świadomością, że nie zostałby on zaakceptowany społecznie. Ale władza wie lepiej co dobre...zdusi wszelkie demokratyczne prawa by zrobić to - co sama chce (lub - co jej nakazano).
Niespodziewanie i w sposób niezauważalny Platforma Obywatelska stworzyła (a może raczej odtworzyła z przeszłości) model państwa totalitarnego, w którym człowiek, Polak, obywatel – ma po prostu słuchać i powinien poprzeć to co mu każą, nawet wbrew swojemu oczywistemu interesowi, a jeśli nie – to władza i tak zrobi swoje. No bo… „… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie…………..
Etykiety:
bezrobocie,
demokracja,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
koalicja,
Komorowski,
Konstytucja RP,
monopol,
Platforma Obywatelska,
Premier Tusk,
reformy,
rząd,
totalitaryzm,
władza,
wolność,
zamordyzm
25/03/2012
42.
Targujmy się o swoje, o nasze…
Wiele wskazuje na to, że Premier Donald Tusk jest wynalazcą nowego znaczenia określenia „konsultacje”. Dla Premiera "konsultacje społeczne" to akcja propagandowa przekonywania o tym, że musi być i będzie tak jak Premier chce, jak chce partia, czyli - czyli tak jak mu nakazali… (lobbyści? biznesmeni? politycy "unijni"?)
Ciekaw jestem - nawet już tak zwyczajnie, po ludzku, co społeczeństwo z tym zrobi i czy w ogóle coś...
Prócz niebezpieczeństwa wynikającego z upierdliwej propagandy, która wydłużenie czasu oczekiwania na uzyskanie prawa do emerytury nazywa „wydłużeniem czasu pracy dla uzyskania wyższej emerytury” – co jest jak dotychczas czczą propagandą bez oparcia w rzeczywistości, jest też i inne widoczne już niebezpieczeństwo.
Polega ono na tym, że nowelizacją ustawy - wiek emerytalny zostanie przesunięty na 67 lat a inne konieczne działania, które powinny być wykonane wcześniej – pozostaną w formie ustnego zapewnienia, że „zrobimy”, że „tak oczywiście będzie”… kiedyś tam...
I przez to może się spełnić najgorszy scenariusz; zamiast pracować dłużej i powiększać swoją emeryturę ponad poziom „głodowy” – ludzie będą głodować już wcześniej na zasiłkach i zapomogach albo na łasce krewnych a ich emerytury będą malały z powodu braku wpłat składek, lub wpłat ale w "symbolicznej" wysokości…
Wiele wskazuje na to, że "oszołomstwo wiary w niewidzialną rękę" nadal gości w umysłach władzy i gotowa jest ona czekać z założonymi rękoma na to, aż ilość miejsc pracy "sama" wzrośnie w wyniku "naturalnego" rozwoju przedsiębiorczości, a jednocześnie popyt na pracę osób w wieku "50+" także "sam" wzrośnie w wyniku przemian demograficznych prowadzących do starzenia się społeczeństwa, na które władza także nie zamierza w żaden sposób oddziaływać.
Oczywiście - ilości ofiar tego oczekiwania nikt liczył ani tym bardziej rozliczał nie będzie...
Myślę, że jeśli nawet uznamy przesunięcie wieku emerytalnego na 67 lat życia za nieuniknione, niezbędne z jakichś przyczyn obiektywnych, ekonomicznych, kryzysowych czy demograficznych, to społeczeństwo nie powinno się zgadzać na jedynie obietnice dotyczące wszystkich niezbędnych działań „około-emerytalnych” jakie są przy takiej zmianie niezbędne.
Nie ma żadnego powodu czy przyczyny, by nie można było teraz opracować po prostu całego systemu emerytalnego, wraz z redukcją bezrobocia i systemem osłon socjalnych. Wszystkie te sprawy muszą być opracowane jako jednolity system, pakiet ustaw już teraz, razem z wydłużeniem wieku emerytalnego, nawet jeśli by to wymagało przesunięcia chwili wdrożenia tych zmian, gdyby poszczególne regulacje miały pewną kolejność wdrażania. Jest obawa, że jeśli nie powstaną teraz, to nigdy nie powstaną, albo będą knotami legislacyjnymi i pozostaną na papierze, jak projekt „Solidarność pokoleń dla 50+”. Ministra Michała Boniego.
Jeśli już uznać to co się dzieje teraz za rodzaj targu, pomiędzy koalicjantami ale i pomiędzy społeczeństwem a Rządem, to jest po prostu jedyna szansa wytargować niezbędne ustawy około-emerytalne, sprawiające że te zmiany będą dość elastyczne i że „da się żyć”, nawet i tym dla których pracy jeszcze długo nie będzie.
Nie referendum jest tu potrzebne a zwykłe targowanie się o swoje, a jest spora szansa, że Rząd to przewidział i ma z zanadrzu rezerwę do negocjacji, że będzie gotów na współpracę i przyjęcie rozsądnych żądań, byle osiągnąć swój założony cel; wiek emerytalny 67 lat.
Ciekaw jestem - nawet już tak zwyczajnie, po ludzku, co społeczeństwo z tym zrobi i czy w ogóle coś...
Prócz niebezpieczeństwa wynikającego z upierdliwej propagandy, która wydłużenie czasu oczekiwania na uzyskanie prawa do emerytury nazywa „wydłużeniem czasu pracy dla uzyskania wyższej emerytury” – co jest jak dotychczas czczą propagandą bez oparcia w rzeczywistości, jest też i inne widoczne już niebezpieczeństwo.
Polega ono na tym, że nowelizacją ustawy - wiek emerytalny zostanie przesunięty na 67 lat a inne konieczne działania, które powinny być wykonane wcześniej – pozostaną w formie ustnego zapewnienia, że „zrobimy”, że „tak oczywiście będzie”… kiedyś tam...
I przez to może się spełnić najgorszy scenariusz; zamiast pracować dłużej i powiększać swoją emeryturę ponad poziom „głodowy” – ludzie będą głodować już wcześniej na zasiłkach i zapomogach albo na łasce krewnych a ich emerytury będą malały z powodu braku wpłat składek, lub wpłat ale w "symbolicznej" wysokości…
Wiele wskazuje na to, że "oszołomstwo wiary w niewidzialną rękę" nadal gości w umysłach władzy i gotowa jest ona czekać z założonymi rękoma na to, aż ilość miejsc pracy "sama" wzrośnie w wyniku "naturalnego" rozwoju przedsiębiorczości, a jednocześnie popyt na pracę osób w wieku "50+" także "sam" wzrośnie w wyniku przemian demograficznych prowadzących do starzenia się społeczeństwa, na które władza także nie zamierza w żaden sposób oddziaływać.
Oczywiście - ilości ofiar tego oczekiwania nikt liczył ani tym bardziej rozliczał nie będzie...
Myślę, że jeśli nawet uznamy przesunięcie wieku emerytalnego na 67 lat życia za nieuniknione, niezbędne z jakichś przyczyn obiektywnych, ekonomicznych, kryzysowych czy demograficznych, to społeczeństwo nie powinno się zgadzać na jedynie obietnice dotyczące wszystkich niezbędnych działań „około-emerytalnych” jakie są przy takiej zmianie niezbędne.
Nie ma żadnego powodu czy przyczyny, by nie można było teraz opracować po prostu całego systemu emerytalnego, wraz z redukcją bezrobocia i systemem osłon socjalnych. Wszystkie te sprawy muszą być opracowane jako jednolity system, pakiet ustaw już teraz, razem z wydłużeniem wieku emerytalnego, nawet jeśli by to wymagało przesunięcia chwili wdrożenia tych zmian, gdyby poszczególne regulacje miały pewną kolejność wdrażania. Jest obawa, że jeśli nie powstaną teraz, to nigdy nie powstaną, albo będą knotami legislacyjnymi i pozostaną na papierze, jak projekt „Solidarność pokoleń dla 50+”. Ministra Michała Boniego.
Jeśli już uznać to co się dzieje teraz za rodzaj targu, pomiędzy koalicjantami ale i pomiędzy społeczeństwem a Rządem, to jest po prostu jedyna szansa wytargować niezbędne ustawy około-emerytalne, sprawiające że te zmiany będą dość elastyczne i że „da się żyć”, nawet i tym dla których pracy jeszcze długo nie będzie.
Nie referendum jest tu potrzebne a zwykłe targowanie się o swoje, a jest spora szansa, że Rząd to przewidział i ma z zanadrzu rezerwę do negocjacji, że będzie gotów na współpracę i przyjęcie rozsądnych żądań, byle osiągnąć swój założony cel; wiek emerytalny 67 lat.
Etykiety:
bezrobocie,
Donald Tusk,
ekonomia społeczna,
emerytury,
gospodarka,
Kosiniak-Kamysz,
minister pracy,
pbaranowski,
Platforma Obywatelska,
prawo,
Społeczeństwo,
sprawiedliwość,
władza
23/03/2012
38.
To zmiana wieku emerytalnego, a nie stażu pracy.
Zaroiło się nagle w mediach od ogłupiających wypowiedzi publicznych w sprawie reformy emerytalnej.
Jestem daleki od poddawania się przesadnej wierze w teorie spiskowe, z drugiej strony jednak wiem, że istnieje i działa wielka liczba ludzi, w tym i zawodowych dziennikarzy mających za zadanie siać niezrozumienie, mącić w głowach, mnożyć wersje tych samych wiadomości tak by nikt już nie był pewien, kto ma rację; czy ci co zaprzeczają sensowi reformy emerytalnej, czy ci co ją bezrefleksyjnie promują czy też ci co mają do tego stosunek ambiwalentny.
Widzę, że z wielkim naciskiem zaczyna być lansowane zdanie, że „wydłużenie pracy do 67 roku życia da wyższe emerytury”.
TO KŁAMSTWO.
TA REFORMA NIE POLEGA NA „PRZEDŁUŻENIU STAŻU PRACY DO 67 ROKU ŻYCIA”.
POLEGA ONA TYLKO NA PRZESUNIĘCIU DO 67 ROKU ŻYCIA CHWILI UZYSKANIA PRAWA DO EMERYTURY, NIE GWARANTUJĄC JEJ WYSOKOŚCI
Jest ogromne bezrobocie i stale się ono zwiększa. Szczególnie gwałtownie zaczęło przybywać kobiet bezrobotnych. W styczniu na przykład przybyło ponad sto tysięcy (100 000) kobiet bezrobotnych w porównaniu do nowych kilkunastu tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych mężczyzn. Tragicznie i to bez względu na płeć - wygląda sytuacja w grupie pracowników starszych, po umownie przyjętym pięćdziesiątym roku życia. Reforma wieku emerytalnego wydłuża czas oczekiwania na prawo do przejścia na emeryturę o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet. Rząd nie proponuje żadnych rzeczywistych działań zmniejszających bezrobocie, zwiększających szanse na zatrudnienie. Reforma wieku emerytalnego także nie zawiera takich działań, a powinny one poprzedzać wydłużenie wieku emerytalnego. Każdy kto chce pracować - powinien móc pracować i wówczas dopiero można wydłużać okres aktywności zawodowej przed uzyskaniem prawa do emerytury z ZUS. Zmiana ta jest obecnie nakierowana wyłącznie na oszczędności w budżecie, kosztem pogorszenia i tak już tragicznej sytuacji.
Przesunięcie o dwa lata wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę może wysokość emerytur powiększyć wyłącznie dla tych osób starszych w wieku przedemerytalnym, które będą gdzieś zatrudnione na zasadach generujących odprowadzanie składek społecznych (np. umowie o pracę). Pozostałe osoby, bezrobotne oraz te nieaktywne zawodowo będą musiały po prostu dłużej czekać na swoją głodową emeryturę.
Rząd powinien najpierw podjąć działania poprawiające sytuację na rynku pracy osób w wieku po 45 czy 50 roku życia, stworzyć szansę na rzeczywistą pracę do 67 roku życia, a potem dopiero wprowadzić zmianę wieku emerytalnego. Dziś – wydłużenie wieku emerytalnego jest wyłącznie działaniem antyspołecznym, cyniczną decyzją nie liczącą się z kosztami społecznymi, z kosztami ludzkimi.
Nikt jak dotychczas nie przedstawił publicznie propozycji działań alternatywnych do propozycji wydłużenia czasu oczekiwania na emeryturę, dających podobny efekt dla budżetu państwa. Jak się wydaje, patrząc i na inne kraje europejskie – przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury zdaje się nieuniknione. Działanie innych krajów (Niemcy – w 2010 roku) uwiarygodniają sensowność propozycji rządowej. Ale to nie może być działanie nie liczące się z realiami bezrobocia, nie liczące się z ofiarami. Emerytury trzeba zreformować, ale trzeba to zrobić od początku, we właściwej kolejności. Rząd Donalda Tuska zaczął od końca.
Obecna propozycja rządu przedłuża czas bezrobocia a nie czas pracy – do 67 roku życia, a to jest niedopuszczalne.
Wszyscy, którzy publicznie twierdzą, że Rząd proponuje „wydłużenie czasu pracy do 67 roku życia” – bezczelnie i karygodnie łżą i działają przeciwko społeczeństwu.
Jestem daleki od poddawania się przesadnej wierze w teorie spiskowe, z drugiej strony jednak wiem, że istnieje i działa wielka liczba ludzi, w tym i zawodowych dziennikarzy mających za zadanie siać niezrozumienie, mącić w głowach, mnożyć wersje tych samych wiadomości tak by nikt już nie był pewien, kto ma rację; czy ci co zaprzeczają sensowi reformy emerytalnej, czy ci co ją bezrefleksyjnie promują czy też ci co mają do tego stosunek ambiwalentny.
Widzę, że z wielkim naciskiem zaczyna być lansowane zdanie, że „wydłużenie pracy do 67 roku życia da wyższe emerytury”.
TO KŁAMSTWO.
TA REFORMA NIE POLEGA NA „PRZEDŁUŻENIU STAŻU PRACY DO 67 ROKU ŻYCIA”.
POLEGA ONA TYLKO NA PRZESUNIĘCIU DO 67 ROKU ŻYCIA CHWILI UZYSKANIA PRAWA DO EMERYTURY, NIE GWARANTUJĄC JEJ WYSOKOŚCI
Jest ogromne bezrobocie i stale się ono zwiększa. Szczególnie gwałtownie zaczęło przybywać kobiet bezrobotnych. W styczniu na przykład przybyło ponad sto tysięcy (100 000) kobiet bezrobotnych w porównaniu do nowych kilkunastu tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych mężczyzn. Tragicznie i to bez względu na płeć - wygląda sytuacja w grupie pracowników starszych, po umownie przyjętym pięćdziesiątym roku życia. Reforma wieku emerytalnego wydłuża czas oczekiwania na prawo do przejścia na emeryturę o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet. Rząd nie proponuje żadnych rzeczywistych działań zmniejszających bezrobocie, zwiększających szanse na zatrudnienie. Reforma wieku emerytalnego także nie zawiera takich działań, a powinny one poprzedzać wydłużenie wieku emerytalnego. Każdy kto chce pracować - powinien móc pracować i wówczas dopiero można wydłużać okres aktywności zawodowej przed uzyskaniem prawa do emerytury z ZUS. Zmiana ta jest obecnie nakierowana wyłącznie na oszczędności w budżecie, kosztem pogorszenia i tak już tragicznej sytuacji.
Przesunięcie o dwa lata wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę może wysokość emerytur powiększyć wyłącznie dla tych osób starszych w wieku przedemerytalnym, które będą gdzieś zatrudnione na zasadach generujących odprowadzanie składek społecznych (np. umowie o pracę). Pozostałe osoby, bezrobotne oraz te nieaktywne zawodowo będą musiały po prostu dłużej czekać na swoją głodową emeryturę.
Rząd powinien najpierw podjąć działania poprawiające sytuację na rynku pracy osób w wieku po 45 czy 50 roku życia, stworzyć szansę na rzeczywistą pracę do 67 roku życia, a potem dopiero wprowadzić zmianę wieku emerytalnego. Dziś – wydłużenie wieku emerytalnego jest wyłącznie działaniem antyspołecznym, cyniczną decyzją nie liczącą się z kosztami społecznymi, z kosztami ludzkimi.
Nikt jak dotychczas nie przedstawił publicznie propozycji działań alternatywnych do propozycji wydłużenia czasu oczekiwania na emeryturę, dających podobny efekt dla budżetu państwa. Jak się wydaje, patrząc i na inne kraje europejskie – przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury zdaje się nieuniknione. Działanie innych krajów (Niemcy – w 2010 roku) uwiarygodniają sensowność propozycji rządowej. Ale to nie może być działanie nie liczące się z realiami bezrobocia, nie liczące się z ofiarami. Emerytury trzeba zreformować, ale trzeba to zrobić od początku, we właściwej kolejności. Rząd Donalda Tuska zaczął od końca.
Obecna propozycja rządu przedłuża czas bezrobocia a nie czas pracy – do 67 roku życia, a to jest niedopuszczalne.
Wszyscy, którzy publicznie twierdzą, że Rząd proponuje „wydłużenie czasu pracy do 67 roku życia” – bezczelnie i karygodnie łżą i działają przeciwko społeczeństwu.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
cynizm,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kaczyński,
konstytucja,
lemingi,
manipulacja opinią publiczną,
nędza,
obowiązki państwa
25/02/2012
45.
Rozmowa głuchego ze ślepcem…?
Strona rządowa zawarła w projekcie ustawy zmieniającym system emerytalny zasadę uzależniającą prawo do przejścia na emeryturę z ukończeniem 67 roku życia, tak dla mężczyzn jak i dla kobiet, z jednoczesnym oczekiwaniem wykazania wymaganego minimalnego stażu ubezpieczeniowego (25 lat dla mężczyzn i 15 lat dla kobiet) oraz gwarancją emerytury minimalnej.
Jak dotychczas Premier wypowiadając się w tej sprawie, nie wyraził najmniejszej nawet chęci do jakiejkolwiek zmiany stanowiska rządowego. Jest to postawa tyleż butna i antydemokratyczna, co infantylna – gdy z jednej strony rozwija się platformę konsultacji społecznych, dyskusji, debaty publicznej a z drugiej strony nie ma najmniejszych oznak nawet teoretycznej gotowości do zmiany stanowiska. Widocznie Premier uważa, że konsultacje społeczne są po to, aby „ludziska sobie pogadali, ponarzekali a my i tak zrobimy swoje, bo to nie podlega dyskusji” albo traktuje konsultacje społeczne i całą dyskusję medialną wyłącznie jako formę przekazu jednostronnego, to znaczy platformę propagandy, przekonywania wszystkich do swojego zdania bez najmniejszej możliwości i zamiaru zmodyfikowania go.
Z drugiej strony – Solidarność a także odrębnie – SLD po pierwsze żądają referendum w tej sprawie, czyli przyznania prawa do decyzji większości demokratycznej, a po drugie wysuwa kontrpropozycję, by na emeryturę można było przejść po 40 latach pracy (mężczyzna) i 35 lat pracy (kobieta), niezależnie od wieku. Ogólnie – by staż pracy decydował o przejściu na emeryturę a nie wiek.
Oczywiście narzuca to wiele pytań i wątpliwości, ale strony jak widać nie chcą i nie organizują rozmów, by te wątpliwości wyjaśniać i dążyć do wypracowania kompromisu.
Przyznam, że nie odpowiadają mi propozycje SLD i Solidarności, ani co do referendum, ani co do uzależnienia prawa do emerytury tylko od stażu pracy, a to z tego powodu, że sytuacja ogólnie nie sprzyja rozumnemu czy może "rozumowemu" załatwieniu tego problemu, więc referendum będzie jedynie bezmyślnym, emocjonalnym więc sterowanym plebiscytem. Podobnie nie odpowiada mi buta Premiera i jego bezkompromisowe stanowisko.
Wątpliwości są jakoś, lepiej lub gorzej artykułowane przez dziennikarzy, polityków i blogerów, każdy kto interesuje się życiem codziennym może je poznać i nawet zająć stanowisko w tych sprawach, choćby w Internecie.
Chciałbym tu jednak zadać pytanie zasadnicze: dlaczego może być tylko tak – lub tak. Przecież mieliśmy już całkiem niedawno system dwutorowy, gdzie do przejścia na emeryturę wystarczyło spełnić jeden z warunków; albo stażu, albo wieku. Możliwość przejścia na emeryturę po uzyskaniu stażu pracy 40 lat mogłoby być wykorzystane przez mężczyzn wcześnie rozpoczynających pracę zawodową, a osoby które zaczęły pracę później, po studiach, po wojsku, po urodzeniu i odchowaniu dzieci itp. – korzystałyby z możliwości uzyskania emerytury związanego z wiekiem, bez uwzględniania stażu (prócz tego minimalnego).
Dlaczego system nie może być dwutorowy, równoległy. Wymagałoby to oczywiście analizy finansowej i symulacji na danych statystycznych, czy taki układ, uniwersalny i bardziej prospołeczny – spełniłby oczekiwane po reformie kryteria ekonomiczne dla budżetu, bo to przecież jest istotą tej reformy: pieniądze a nie ludzie są tu ważne (dla projektodawców).
Tak czy inaczej pozostaje wiele wątpliwości ale jak dotychczas nikt nie okazuje woli czy zamiaru wyjaśniania ich społeczeństwu.
Jak dotychczas Premier wypowiadając się w tej sprawie, nie wyraził najmniejszej nawet chęci do jakiejkolwiek zmiany stanowiska rządowego. Jest to postawa tyleż butna i antydemokratyczna, co infantylna – gdy z jednej strony rozwija się platformę konsultacji społecznych, dyskusji, debaty publicznej a z drugiej strony nie ma najmniejszych oznak nawet teoretycznej gotowości do zmiany stanowiska. Widocznie Premier uważa, że konsultacje społeczne są po to, aby „ludziska sobie pogadali, ponarzekali a my i tak zrobimy swoje, bo to nie podlega dyskusji” albo traktuje konsultacje społeczne i całą dyskusję medialną wyłącznie jako formę przekazu jednostronnego, to znaczy platformę propagandy, przekonywania wszystkich do swojego zdania bez najmniejszej możliwości i zamiaru zmodyfikowania go.
Z drugiej strony – Solidarność a także odrębnie – SLD po pierwsze żądają referendum w tej sprawie, czyli przyznania prawa do decyzji większości demokratycznej, a po drugie wysuwa kontrpropozycję, by na emeryturę można było przejść po 40 latach pracy (mężczyzna) i 35 lat pracy (kobieta), niezależnie od wieku. Ogólnie – by staż pracy decydował o przejściu na emeryturę a nie wiek.
Oczywiście narzuca to wiele pytań i wątpliwości, ale strony jak widać nie chcą i nie organizują rozmów, by te wątpliwości wyjaśniać i dążyć do wypracowania kompromisu.
Przyznam, że nie odpowiadają mi propozycje SLD i Solidarności, ani co do referendum, ani co do uzależnienia prawa do emerytury tylko od stażu pracy, a to z tego powodu, że sytuacja ogólnie nie sprzyja rozumnemu czy może "rozumowemu" załatwieniu tego problemu, więc referendum będzie jedynie bezmyślnym, emocjonalnym więc sterowanym plebiscytem. Podobnie nie odpowiada mi buta Premiera i jego bezkompromisowe stanowisko.
Wątpliwości są jakoś, lepiej lub gorzej artykułowane przez dziennikarzy, polityków i blogerów, każdy kto interesuje się życiem codziennym może je poznać i nawet zająć stanowisko w tych sprawach, choćby w Internecie.
Chciałbym tu jednak zadać pytanie zasadnicze: dlaczego może być tylko tak – lub tak. Przecież mieliśmy już całkiem niedawno system dwutorowy, gdzie do przejścia na emeryturę wystarczyło spełnić jeden z warunków; albo stażu, albo wieku. Możliwość przejścia na emeryturę po uzyskaniu stażu pracy 40 lat mogłoby być wykorzystane przez mężczyzn wcześnie rozpoczynających pracę zawodową, a osoby które zaczęły pracę później, po studiach, po wojsku, po urodzeniu i odchowaniu dzieci itp. – korzystałyby z możliwości uzyskania emerytury związanego z wiekiem, bez uwzględniania stażu (prócz tego minimalnego).
Dlaczego system nie może być dwutorowy, równoległy. Wymagałoby to oczywiście analizy finansowej i symulacji na danych statystycznych, czy taki układ, uniwersalny i bardziej prospołeczny – spełniłby oczekiwane po reformie kryteria ekonomiczne dla budżetu, bo to przecież jest istotą tej reformy: pieniądze a nie ludzie są tu ważne (dla projektodawców).
Tak czy inaczej pozostaje wiele wątpliwości ale jak dotychczas nikt nie okazuje woli czy zamiaru wyjaśniania ich społeczeństwu.
Etykiety:
bezrobocie,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
kosiniak kamysz,
minister pracy,
Paweł Baranowski,
pbaranowski,
Platforma Obywatelska,
PO,
polska,
praca,
rząd,
SLD,
solidarność,
Tusk
19/02/2012
32.
Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…?
Premier Donald Tusk wypowiada się butnie na temat projektu zmian wieku uprawniającego do emerytury, oficjalnie stawiając wszystko na jedną kartę, wspierając projekt całym swoim autorytetem (?), oraz nie dając żadnego pola do ustępstw, negocjacji, dyskusji. Twierdzi, że i tak nie miał zamiaru ubiegać się o kolejną kadencję, więc ryzykuje w tej sprawie cała swoją pozycję i dorobek polityczny, ale nie przyszłość.
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.
Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.
Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...
Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.
W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.
W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.
Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.
Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.
Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.
Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.
Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.
Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.
Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...
Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.
W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.
W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.
Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.
Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.
Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.
Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.
Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?
Etykiety:
50+,
arogancja,
bezrobocie,
bieda,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
liberalizm,
manipulacja opinią publiczną,
pomoc społeczna,
rynek pracy,
ZUS
18/02/2012
31.
Ruszyła machina propagandy w sprawie wieku emerytalnego.
Ruszyła machina propagandy mającej zagadać, zakrzyczeć bzdurą, zniechęcić, zastraszyć, ośmieszyć każdego, kto by chciał się sprzeciwić zasadności podnoszenia wieku emerytalnego w obecnej sytuacji w Polsce.
Z jednej strony Premier oficjalnie i w wielu wypowiedziach udowadnia nam, że uważa sprawę za przesądzoną, nie podlegającą dyskusji, gotów niby poświęcić za nią swój byt polityczny, z drugiej strony - przekazał projekt ustawy do tak zwanych „konsultacji społecznych” czyli po prostu postanowił poczekać miesiąc z wdrożeniem go, niech się ludzie wygadają, ponarzekają a my i tak swoje zrobimy, bo my wiemy lepiej…
Owe konsultacje społeczne zdaniem ministra jak widać polegają na tym, że obywatel może coś napisać, wypełniając formularz wysyłający wiadomość do ministerstwa (czyżby?). To trochę tak, jakby gadać do bardzo głębokiej studni… bo gdy gadamy do płytkiej - to choć echo odpowiada... Założę się, że informatycy ministerstwa już tak to ustawili, że kliknięcie przycisku „Wyślij” powoduje… skasowanie wiadomości, czyli wysłanie jej, ale w kosmos, w postaci wiązki atomów.
Oczywiście i na szczęście nie jest to jedyna możliwość, bo jeszcze można pisać do Ministra i do Premiera tajnie, oraz jawnie i bezpośrednio, poprzez media publiczne, tak że nie jest wówczas możliwe udawanie, że „koperta owszem, przyszła ale była pusta” jak to ostatnio urzędnicy państwowi praktykują w stosunku do korespondencji "upierdliwych" petentów.
Ruszyła machina "ściemniania", wykręcania przysłowiowego kota – ogonem, maskowania prawdy, a z drugiej strony zastraszania presją bezpośrednią; oj… nie sprzeciwiajcie się, bo ustąpimy i przyjdzie "Kaczor z Ziobrem", nie macie co się stawiać, bo my wprowadzimy tę ustawę, jesteśmy zdeterminowani, nic nas nie powstrzyma… itp.
Innym jeszcze sposobem jest tradycyjne „pokrętne gadanie” ministrów Rządu PO.
Na przykład dwutygodnik "Forbes" (pl) przytacza zdanie Premiera:
Towarzyszą temu jak zawsze różne obietnice;.
Najpierw podniesiemy wiek emerytalny a potem się wszystko dostosuje do tej zmiany przez nowe inicjatywy ustawodawcze i programy...
Premier mówił:
Trzeba tu przede wszystkim zwrócić uwagę, że sprawa ta jest realizowana znowu w bardzo złej i skompromitowanej tradycji.
Narzuca się pytanie zasadnicze: czy są inne sposoby osiągnięcia celu zakładanego w obecnych propozycjach i dlaczego do realizacji preferuje się właśnie przesunięcie wieku emerytalnego jako jedną z możliwości. Czy były, kiedy i na jakim forum omawiane i analizowane wszystkie możliwości, by wybrać z nich tę optymalną.
Nie.
Dokładnie tak jak w sprawie ustawy refundacyjnej, potem w sprawie ACTA – znów mamy charakterystyczną postawę władzy: i tak my lepiej wiemy, najpierw zróbmy a potem będziemy naprawiać, zastanawiać się... Dlatego inni nazywają nas państwem durniów. Bo trzeba działać odwrotnie: najpierw wszystko ustalić, skonsultować, zaplanować, sprawdzić, przemyśleć i przygotować a dopiero potem realizować konsekwentnie i terminowo - już wówczas nie dyskutując i nie podważając tego co zostało ustalone.
Trzeba ten proceder władzy powstrzymać, właśnie teraz. Mieliśmy już ustawę o solidarności pokoleń z 50 plus, która nic nie zmieniła, bo w zasadzie nie miała zmienić, była fikcyjnym działaniem propagandowym autoryzowanym przez Ministra Michała Boniego. Dlaczego Rząd nie może przeprowadzić tej reformy w kolejności działań, jakie by wynikały z logiki i doświadczeń innych krajów, choćby sąsiadów zza Odry, od których jak na razie od dziesięcioleci możemy się nadal wiele nauczyć i od dziesięcioleci z tego nie korzystamy.
Mamy ponad dwumilionowe bezrobocie. Bezrobocie oznacza w zasadzie brak miejsc pracy, bo w porównaniu do liczby bezrobotnych – ilość istniejących miejsc pracy nieobsadzonych – np. z powodów lokalnej struktury wymogów zawodowych – wynosi zaledwie kilkadziesiąt tysięcy etatów. Dwa miliony bezrobotnych w porównaniu z kilkudziesięcioma tysiącami istniejących miejsc pracy na które w tej chwili poszukiwani są pracownicy – to kolosalna różnica, oznaczająca jedno: brak miejsc pracy.
Brak miejsc pracy powstał z powodu rezygnacji Władzy z krajowej produkcji na rzecz nabywania towarów obcego pochodzenia. Rezygnacji z eksportu na rzecz importu. Oczywiście ktoś powie tu zaraz, że przecież jesteśmy członkiem Unii, że w Unii obowiązuje zasada swobodnego przepływu towarów i usług. Faktem jest, że to Polska władza zniszczyła większość przedsiębiorstw odziedziczonych po PRL i nie zastąpiła niczym ubytku miejsc pracy. Jeszcze nie wiadomo, jaki tu mógł być udział agentów obcego kapitału i obcych interesów, w tym przypadku przemysłu i handlu.
Trzeba było je przekształcić, unowocześnić, restrukturyzować ale zadbać o ich istnienie w nowej formie gospodarczej, bo to one dawały dodatni bilans w handlu zagranicznym i dawały miejsca pracy.
Obecnie od lat Polska jest prawie wyłącznie importerem wyrobów przemysłowych, zarabiają na tym sąsiedzi mając gdzie sprzedać swoją (nad)produkcję. Nuworysze "neoliberalnej" nieudolnej władzy zapomnieli jednak o społecznym wymiarze ekonomii, o współzależności stanu gospodarki i stanu społeczeństwa. W cywilizacji opartej na wymianie usług i produktów za pomocą środka wymiany jakim są pieniądze – praca, miejsca pracy maja kapitalne znaczenie społeczne utrzymania równowagi, gdyż środki uzyskiwane z pracy są przeznaczane na nabycie dóbr będących produktem pracy innych, a owi „inni” także za swą pracę otrzymują pieniądze i nabywają za nie produkty pracy. Bo praca w takim układzie służy zdobyciu środków za które można nabyć produkty przez siebie nie wytwarzane a często niemożliwe do indywidualnego wytworzenia. Pracuje się dla pieniędzy, czyli jeśli brak miejsc pracy, niepracujący ani nie wytwarzają zysku dla innych ani nie zdobywają środków dla siebie – powstaje ogromne napięcie społeczne z powodu wadliwego działania całego systemu.
Wniosek z tego, że Polska musi przestawić swoją gospodarkę na model produkcyjny i eksportowy, preferujący dyskretnie własne wyroby na rynek wewnętrzny. Dyskretnie - dlatego że to jest wbrew dyrektywom Unii oraz dlatego że inni też tak robią "po cichu". Polska musi odtworzyć przedsiębiorstwa gospodarcze produkcyjne, wdrożyć innowacyjność na którą są pieniądze z Unii, produkować niektóre wyroby na jakie jest stać stan technologiczny naszego przemysłu oraz nakłonić naszych rodzimych nabywców do kupowania wyrobów polskich a nie niemieckich czy chińskich. Nakłonić odpowiednią jakością i ceną tych wyrobów poziomem serwisu technicznego, oraz oświatą ekonomiczną i gospodarczą społeczeństwa, wyjaśniającą zachodzące tu mechanizmy. Jeśli Polacy by kupowali polskie pralki, lodówki itp. wytworzone w Polsce przez polaków przy 2 - 3% stopie bezrobocia (nie pracują tylko ci co nie chcą), to w niczym nie utrudnia "swobody przepływu towarów i usług" w Unii Europejskiej. Dlaczego każdy porządny Niemiec kupuje niemieckie pralki i lodówki i jeździ niemieckim samochodem i jeszcze na dodatek uważa te wyroby za najlepsze?
Pewnie nie da się tego zrobić w ciągu tych trzech miesięcy w których Premier ma zamiar wprowadzić zmiany wieku emerytalnego, ale w końcu minęły już cztery lata… Trzeba zatem przygotować choć pakiet ustaw które ruszą sprawy w opisanym kierunku, wdrożyć je. Bez stworzenia przedsiębiorstw produkcyjnych nie powstaną nowe miejsca pracy a bez nowych miejsc pracy, tych których obecnie brak, mówienie o programach aktywizacji bezrobotnych czy osób w wieku po 60 roku życia – będzie tylko czczą gadaniną. Donald Tusk nadal liczy widocznie na „niewidzialną rękę rynku” która za niego wszystko stworzy no i na niewidzialną rękę rynku pracy, które poprzez brak rąk do pracy – zmusi wreszcie przedsiębiorców do zatrudniania ludzi po 45 czy 50 roku życia; zmusi – bo młodszych nie będzie. Ale to jest nie do przyjęcia. Ja nie wierzę w „niewidzialne ręce”.
Jest też sprawa kompetencji pracowniczych; trzeba dostosować szkolnictwo zawodowe do potrzeb rynku pracy oraz przekwalifikować osoby nie posiadające właściwych kompetencji. Kiedy nastąpią pierwsze pozytywne zmiany, bezrobocie, w tym w grupie osób w wieku po 50 roku życia zacznie znacząca spadać – wtedy można wyjść ze sprawa wydłużenia wieku emerytalnego i nie spotka się to wówczas ze znaczącym sprzeciwem, wręcz przeciwnie; wywoła zadowolenie.
Z jednej strony Premier oficjalnie i w wielu wypowiedziach udowadnia nam, że uważa sprawę za przesądzoną, nie podlegającą dyskusji, gotów niby poświęcić za nią swój byt polityczny, z drugiej strony - przekazał projekt ustawy do tak zwanych „konsultacji społecznych” czyli po prostu postanowił poczekać miesiąc z wdrożeniem go, niech się ludzie wygadają, ponarzekają a my i tak swoje zrobimy, bo my wiemy lepiej…
Owe konsultacje społeczne zdaniem ministra jak widać polegają na tym, że obywatel może coś napisać, wypełniając formularz wysyłający wiadomość do ministerstwa (czyżby?). To trochę tak, jakby gadać do bardzo głębokiej studni… bo gdy gadamy do płytkiej - to choć echo odpowiada... Założę się, że informatycy ministerstwa już tak to ustawili, że kliknięcie przycisku „Wyślij” powoduje… skasowanie wiadomości, czyli wysłanie jej, ale w kosmos, w postaci wiązki atomów.
Oczywiście i na szczęście nie jest to jedyna możliwość, bo jeszcze można pisać do Ministra i do Premiera tajnie, oraz jawnie i bezpośrednio, poprzez media publiczne, tak że nie jest wówczas możliwe udawanie, że „koperta owszem, przyszła ale była pusta” jak to ostatnio urzędnicy państwowi praktykują w stosunku do korespondencji "upierdliwych" petentów.
Ruszyła machina "ściemniania", wykręcania przysłowiowego kota – ogonem, maskowania prawdy, a z drugiej strony zastraszania presją bezpośrednią; oj… nie sprzeciwiajcie się, bo ustąpimy i przyjdzie "Kaczor z Ziobrem", nie macie co się stawiać, bo my wprowadzimy tę ustawę, jesteśmy zdeterminowani, nic nas nie powstrzyma… itp.
Innym jeszcze sposobem jest tradycyjne „pokrętne gadanie” ministrów Rządu PO.
Na przykład dwutygodnik "Forbes" (pl) przytacza zdanie Premiera:
Na reformie emerytalnej mają według Donalda Tuska zyskać kobiety. Dzięki wydłużeniu wieku emerytalnego do 67 lat, wysokość ich emerytur ma znacząco wzrosnąć - twierdzi premier Tusk. Jeżeli nie wydłużymy wieku emerytalnego, to przeciętna emerytura kobiet w 2040 r. będzie wynosiła 2062 zł, ale jeżeli kobiety będą pracowały dłużej - to średnia emerytura wyniesie 3411 zł, a jest to różnica o 65 proc. - wyliczył premier Donald Tusk.Podobnie też wypowiadał się Minister Rostowski, którego wypowiedź słyszałem w TOK FM: (przytaczam z pamięci): Środowiska kobiece także popierają zmianę wieku emerytalnego, bo gdyby ich wiek emerytalny nie został ustalony na 67 lat – to kobiety byłyby poszkodowane z powodu otrzymywania w przyszłości mniejszych emerytur.
Towarzyszą temu jak zawsze różne obietnice;.
Najpierw podniesiemy wiek emerytalny a potem się wszystko dostosuje do tej zmiany przez nowe inicjatywy ustawodawcze i programy...
Premier mówił:
- Będziemy wspierać kobiety, które zdecydują się na macierzyństwo. Przy jej okazji będziemy wprowadzać przepisy, które sprawią, że obowiązki rozłożą się na ojców i matki.Minister Pracy z kolei zwracał uwagę na plany opracowania nowych przepisów dotyczących nowego projektu rządowego wsparcia zatrudnienia, aktywizacji osób po 60 roku życia i równości płci na rynku pracy.
Trzeba tu przede wszystkim zwrócić uwagę, że sprawa ta jest realizowana znowu w bardzo złej i skompromitowanej tradycji.
Narzuca się pytanie zasadnicze: czy są inne sposoby osiągnięcia celu zakładanego w obecnych propozycjach i dlaczego do realizacji preferuje się właśnie przesunięcie wieku emerytalnego jako jedną z możliwości. Czy były, kiedy i na jakim forum omawiane i analizowane wszystkie możliwości, by wybrać z nich tę optymalną.
Nie.
Dokładnie tak jak w sprawie ustawy refundacyjnej, potem w sprawie ACTA – znów mamy charakterystyczną postawę władzy: i tak my lepiej wiemy, najpierw zróbmy a potem będziemy naprawiać, zastanawiać się... Dlatego inni nazywają nas państwem durniów. Bo trzeba działać odwrotnie: najpierw wszystko ustalić, skonsultować, zaplanować, sprawdzić, przemyśleć i przygotować a dopiero potem realizować konsekwentnie i terminowo - już wówczas nie dyskutując i nie podważając tego co zostało ustalone.
Trzeba ten proceder władzy powstrzymać, właśnie teraz. Mieliśmy już ustawę o solidarności pokoleń z 50 plus, która nic nie zmieniła, bo w zasadzie nie miała zmienić, była fikcyjnym działaniem propagandowym autoryzowanym przez Ministra Michała Boniego. Dlaczego Rząd nie może przeprowadzić tej reformy w kolejności działań, jakie by wynikały z logiki i doświadczeń innych krajów, choćby sąsiadów zza Odry, od których jak na razie od dziesięcioleci możemy się nadal wiele nauczyć i od dziesięcioleci z tego nie korzystamy.
Mamy ponad dwumilionowe bezrobocie. Bezrobocie oznacza w zasadzie brak miejsc pracy, bo w porównaniu do liczby bezrobotnych – ilość istniejących miejsc pracy nieobsadzonych – np. z powodów lokalnej struktury wymogów zawodowych – wynosi zaledwie kilkadziesiąt tysięcy etatów. Dwa miliony bezrobotnych w porównaniu z kilkudziesięcioma tysiącami istniejących miejsc pracy na które w tej chwili poszukiwani są pracownicy – to kolosalna różnica, oznaczająca jedno: brak miejsc pracy.
Brak miejsc pracy powstał z powodu rezygnacji Władzy z krajowej produkcji na rzecz nabywania towarów obcego pochodzenia. Rezygnacji z eksportu na rzecz importu. Oczywiście ktoś powie tu zaraz, że przecież jesteśmy członkiem Unii, że w Unii obowiązuje zasada swobodnego przepływu towarów i usług. Faktem jest, że to Polska władza zniszczyła większość przedsiębiorstw odziedziczonych po PRL i nie zastąpiła niczym ubytku miejsc pracy. Jeszcze nie wiadomo, jaki tu mógł być udział agentów obcego kapitału i obcych interesów, w tym przypadku przemysłu i handlu.
Trzeba było je przekształcić, unowocześnić, restrukturyzować ale zadbać o ich istnienie w nowej formie gospodarczej, bo to one dawały dodatni bilans w handlu zagranicznym i dawały miejsca pracy.
Obecnie od lat Polska jest prawie wyłącznie importerem wyrobów przemysłowych, zarabiają na tym sąsiedzi mając gdzie sprzedać swoją (nad)produkcję. Nuworysze "neoliberalnej" nieudolnej władzy zapomnieli jednak o społecznym wymiarze ekonomii, o współzależności stanu gospodarki i stanu społeczeństwa. W cywilizacji opartej na wymianie usług i produktów za pomocą środka wymiany jakim są pieniądze – praca, miejsca pracy maja kapitalne znaczenie społeczne utrzymania równowagi, gdyż środki uzyskiwane z pracy są przeznaczane na nabycie dóbr będących produktem pracy innych, a owi „inni” także za swą pracę otrzymują pieniądze i nabywają za nie produkty pracy. Bo praca w takim układzie służy zdobyciu środków za które można nabyć produkty przez siebie nie wytwarzane a często niemożliwe do indywidualnego wytworzenia. Pracuje się dla pieniędzy, czyli jeśli brak miejsc pracy, niepracujący ani nie wytwarzają zysku dla innych ani nie zdobywają środków dla siebie – powstaje ogromne napięcie społeczne z powodu wadliwego działania całego systemu.
Wniosek z tego, że Polska musi przestawić swoją gospodarkę na model produkcyjny i eksportowy, preferujący dyskretnie własne wyroby na rynek wewnętrzny. Dyskretnie - dlatego że to jest wbrew dyrektywom Unii oraz dlatego że inni też tak robią "po cichu". Polska musi odtworzyć przedsiębiorstwa gospodarcze produkcyjne, wdrożyć innowacyjność na którą są pieniądze z Unii, produkować niektóre wyroby na jakie jest stać stan technologiczny naszego przemysłu oraz nakłonić naszych rodzimych nabywców do kupowania wyrobów polskich a nie niemieckich czy chińskich. Nakłonić odpowiednią jakością i ceną tych wyrobów poziomem serwisu technicznego, oraz oświatą ekonomiczną i gospodarczą społeczeństwa, wyjaśniającą zachodzące tu mechanizmy. Jeśli Polacy by kupowali polskie pralki, lodówki itp. wytworzone w Polsce przez polaków przy 2 - 3% stopie bezrobocia (nie pracują tylko ci co nie chcą), to w niczym nie utrudnia "swobody przepływu towarów i usług" w Unii Europejskiej. Dlaczego każdy porządny Niemiec kupuje niemieckie pralki i lodówki i jeździ niemieckim samochodem i jeszcze na dodatek uważa te wyroby za najlepsze?
Pewnie nie da się tego zrobić w ciągu tych trzech miesięcy w których Premier ma zamiar wprowadzić zmiany wieku emerytalnego, ale w końcu minęły już cztery lata… Trzeba zatem przygotować choć pakiet ustaw które ruszą sprawy w opisanym kierunku, wdrożyć je. Bez stworzenia przedsiębiorstw produkcyjnych nie powstaną nowe miejsca pracy a bez nowych miejsc pracy, tych których obecnie brak, mówienie o programach aktywizacji bezrobotnych czy osób w wieku po 60 roku życia – będzie tylko czczą gadaniną. Donald Tusk nadal liczy widocznie na „niewidzialną rękę rynku” która za niego wszystko stworzy no i na niewidzialną rękę rynku pracy, które poprzez brak rąk do pracy – zmusi wreszcie przedsiębiorców do zatrudniania ludzi po 45 czy 50 roku życia; zmusi – bo młodszych nie będzie. Ale to jest nie do przyjęcia. Ja nie wierzę w „niewidzialne ręce”.
Jest też sprawa kompetencji pracowniczych; trzeba dostosować szkolnictwo zawodowe do potrzeb rynku pracy oraz przekwalifikować osoby nie posiadające właściwych kompetencji. Kiedy nastąpią pierwsze pozytywne zmiany, bezrobocie, w tym w grupie osób w wieku po 50 roku życia zacznie znacząca spadać – wtedy można wyjść ze sprawa wydłużenia wieku emerytalnego i nie spotka się to wówczas ze znaczącym sprzeciwem, wręcz przeciwnie; wywoła zadowolenie.
Etykiety:
50+,
bezrobocie,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
pomoc społeczna,
reforma wieku emerytalnego,
Rostowski,
rząd,
władza,
ZUS
Subskrybuj:
Posty (Atom)
