BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoliberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neoliberalizm. Pokaż wszystkie posty

18/01/2013

Zakaz nierównego traktowania i dyskryminacji w zatrudnieniu – powszechnie nie jest przestrzegany.

Ponownie – o pewnym konkretnym, kolejnym już i jednym z wielu – szczególe, dotyczącym nieprzestrzegania prawa w „Tym Kraju”. Chodzi o Kodeks Pracy w jego przepisach dotyczących zakazu nierównego traktowania pracowników (i kandydatów do zatrudnienia).
Otóż prawo krajowe zmodyfikowane pod wpływem dyrektyw unijnych, zabrania nierównego traktowania obywateli w sprawach zatrudnienia, pod jakimkolwiek właściwie względem. Rozpatruję to w aspekcie procesu przyjęcia do pracy, procesu rekrutacji kandydatów do zatrudnienia. Kodeks wymienia literalnie informacje, jakich rekruter lub ewentualny pracodawca ma prawo żądać od kandydata. To zamknięta i krótka lista, konkretnie sformułowana w Art. 22 1 §1 Kodeksu Pracy. Oznacza to, że zakres pytań możliwych do zadania kandydatowi do pracy jest ściśle określony i jest on nawet węższy, niż dotyczący kogoś już będącego pracownikiem.
Wspomniane dane, to:
- imię (imiona – jeśli w dowodzie osobistym ma wpisane więcej niż jedno) i nazwisko;
- imiona rodziców;
- data urodzenia;
- miejsce zamieszkania, ewentualnie adres dla korespondencji, jeśli jest inny;
- wykształcenie;
- przebieg dotychczasowego zatrudnienia;
I to wszystko!
Lista jest kompletna i zamknięta.

Jest to ważne właśnie w aspekcie nierównego traktowania; prawo zabrania pytania kandydata o cokolwiek co by łatwo mogło stać się przedmiotem dyskryminacji lub zostać podane jako takie.
Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że nie jest to kwestią kultury, dobrej woli, dobrego wychowania rekrutera czy kadrowca a kwestią przestrzegania prawa sformułowanego jednoznacznie. Oczywiście kultury nie da się nie docenić, czy zastąpić przepisami, ale jednak tu chodzi o przepis prawa, nie pozostawiający żadnego miejsca na różne cechy osobowościowe człowieka to prawo realizującego. Jest to ważne, gdyż przepis ten jest powszechnie lekceważony, pomijany podczas rozmów z kandydatami do zatrudnienia i prowadzenia rekrutacji. Winnym nie wystarczy więc tu zarzucić braku kultury a po prostu niepraworządność.
Pracodawcy oraz działające w ich imieniu, z ich upoważnienia i na ich koszt firmy rekrutacyjne powszechnie łamią prawo pracy, nie tylko pod względem zatrudniania całkiem nielegalnego, nierejestrowanego, nastawionego na oszukanie Skarbu Państwa, bezprawnego nadużycia umów-zlecenia do zatrudniania (patrz: "Zatrudniasz na umowę-zlecenia zamiast na umowę o pracę – płać grzywnę 30.000 zł!), ale także i w tym zakresie; ustalają własne sposoby rozmów z kandydatami, sprzeczne z powyżej przedstawionym przepisem obowiązującego powszechnie prawa. Często są to żenujące, niby-magiczne podchody, oparte na jakiejś pseudopsychologii, i nie byłoby ostatecznie takie ważne, gdyby miało dostateczną alternatywę oraz nie decydowało dzisiaj o być albo nie być konkretnego człowieka poddanego takim „procedurom rekrutacyjnym”.

Wszystko to zaczyna przypominać jakiś potworny sen wariata, coś w stylu Franza Kafki.
Kandydaci pytani są bez oporów o stan cywilny, stan zdrowia, stan rodziny i plany „rozrodcze” na przyszłość, stan majątkowy i posiadane oszczędności, nazwisko panieńskie matki, stan majątkowy rodziców, własną przynależność polityczną i związkową oraz przynależność rodziców, narodowość i pochodzenie rodziców, itp. a nawet inne wręcz intymne sprawy osobiste.

Równie nagminną choć nieuregulowaną prawnie praktyką, jest przeprowadzanie nieformalnych „wywiadów” czy czasem wręcz „dochodzeń” co do osoby kandydata i powodów jego odejścia – w poprzednich jego miejscach zatrudnienia wymienionych w cv.

Nie wystarczy, że prawo nie wymienia tych pytań czy spraw jako dopuszczalne podczas rekrutacji; Kodeks Pracy wyraźnie określa w Art. 183a §1 wszystkie te sprawy których może dotyczyć nierówne traktowanie, w następnym paragrafie stwierdza, że nakazane powszechnie równe traktowanie w sprawach zatrudnienia oznacza obowiązek niedyskryminowania w jakikolwiek sposób, bezpośrednio lub pośrednio, z przyczyn w poprzednim paragrafie literalnie wymienionych.
Tymi okolicznościami dotyczącymi nawiązywania i rozwiązywania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania, dostępu do szkoleń podnoszących kwalifikacje – wymienionymi w ustawie są:
płeć, wiek, niepełnosprawność, rasa, religia, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkowa, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientacja seksualna, rodzaj umowy o pracę ze względu na czas jej trwania oraz wymiar czasu pracy (etatu).

Naruszenie zasady równego traktowania następuje wtedy, gdy jedna lub kilka wymienionych przyczyn spowoduje odmowę nawiązania stosunku pracy, rozwiązanie istniejącego stosunku pracy, wpływa na wielkość wynagrodzenia, warunki pracy, pominięcie przy awansowaniu, nieprzyznanie jakichś świadczeń związanych z pracą, odmowę skierowania na szkolenie podnoszące kwalifikacje zawodowe.
Sprawa jest więc w prawie jednoznacznie unormowana, to jednak nie powstrzymuje samowoli i sobiepaństwa pracodawców.
Ten jak i wiele innych przepisów prawa jest absolutnie przez nich pomijany. Często mamy tu do czynienia z jakimś dziwnym nastawieniem „antypaństwowym” czy „antyregulacyjnym”, co by można zobrazować dawnym szlacheckim zawołaniem: „Szlachcic na zagrodzie – równy wojewodzie!” Tak i przedsiębiorca-buc w sprawach zatrudniania – w jakimś „anarchistycznym” oszołomieniu nic sobie nie robi z obowiązującego prawa pracy, często nawet już w ofertach zatrudnienia udostępnianych publicznie podając sformułowania jaskrawo kolidujące z tymi przepisami Kodeksu Pracy. Jedynie Powiatowe Urzędy Pracy odmawiają przyjmowania i publikowania takich ogłoszeń i... być może dlatego mają tak mało ofert.

Jest to zjawisko które warto zauważyć i potępić publicznie. Być może to detal, ale włącza się to w całą masę podobnych zjawisk, tworząc obraz otaczającej nas rzeczywistości, obraz władzy, rządu, stanu państwa. To dziś obraz bardzo negatywny.

Nie znam żadnych przesłanek, które by mogły uzasadniać twierdzenie, że władza nie może nad tym zapanować, szczególnie, gdy szefem rządu jest przywódca największego ugrupowania politycznego, koalicji PO-PSL, posiadającego większość a obu izbach parlamentu. Dlatego przyjmuję za wyjaśnienie, iż taka jest wola władzy. Że to właśnie zostało zaplanowane i jest realizowane, przy współpracy sądów i odpowiedniej postawie Państwowej Inspekcji Pracy (podległej Sejmowi czyli większości parlamentarnej). Oczywiście nie sposób tego też nie łączyć ze sprawą absolutnej nierównowagi stron na rzekomym „rynku pracy”, który właśnie z powodu tej nierównowagi nie może być z definicji traktowany jak faktyczny rynek. To właśnie daje wraz z ogromnym bezrobociem (z którym władza nie walczy) okazję pracodawcom do zachowań bezprawnych, pozostających poza krytyką i praktycznie bezkarnych.

21/07/2012

Światełko w tunelu…?

Minister Finansów zgodził się – na wniosek Ministra Pracy Władysława Kosiniak – Kamysza na uruchomienie części środków Funduszu Pracy (od ponad roku „zamrożonego”) w kwocie 500 milionów zł na potrzeby przeciwdziałania bezrobociu. Kwota ta jest przeznaczona dla powiatów o najwyższej stopie bezrobocia, na pomoc w zdobyciu zatrudnienia dla grup wymagających priorytetowego wsparcia. Za takie grupy uznaje się bezrobotne osoby w wieku do 30 lat oraz w wieku powyżej 50 lat, tzw. osoby w „szczególnie niekorzystnej sytuacji na rynku pracy”.
Niestety informacje prasowe jak zwykle świadczą o niezrozumieniu sytuacji. Na przykład artykuł w Dzienniku – Gazecie prawnej:

http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/634162,fundusz_pracy_dostanie_z_budzetu_dodatkowe_0_5_mld_zl.html

Przede wszystkim – już tytuł artykułu jest tu idiotyczny. Chodzi tu przecież o pieniądze należące do Funduszu Pracy – które minister Finansów zawłaszczył – traktując je jak część budżetu i „zamroził” na potrzeby Ministerstwa Finansów. Kwota 500 milionów to część środków pochodzących z FP oddana (zwrócona) ponownie do dyspozycji Funduszu a nie żadne „dodatkowe środki” z budżetu. Funduszem Pracy w myśl ustawy zarządza Minister Pracy wraz z Komisją Trójstronną, nie wiadomo więc co ma tu w ogóle do powiedzenia Minister Rostowski…
Minister Pracy szacuje, że środki te powinny pomóc w przywróceniu do pracy ok. 80 tysięcy osób. Skuteczność planowaną wykorzystania tych środków minister szacuje na poziomie 50%, co jest po prostu dyktowane treścią oficjalnych danych trafiających do ministerstwa. Kierując się realizmem – niestety trzeba zastrzec, że tego rzędu skuteczność instytucji rynku pracy (traktowanych łącznie) – jest niemożliwa do uzyskania przy takim jak dziś podejściu ideologicznym władzy, choć wykazywana jest w sprawozdaniach od lat.

Ciekaw jednak jestem, czy Minister Pracy zdaje sobie sprawę, że jest to fikcja, dane „naciągane” do granic przyzwoitości.

Ale rzeczywista skuteczność w dokładnym rozumieniu tego określenia jest dużo niższa. Podawałem już taki przykład co do skuteczności szkoleń zawodowych jako formy przekwalifikowań mających doprowadzić do trwałego zatrudnienia osób szkolonych. Jeśli kobieta jest kierowana na kurs księgowości, po 6 a czasem i 20 tygodniach szkolenia oraz zdaniu końcowego testu dostaje dyplom po czym wraca do rejestru bezrobotnych, a po dalszych kilku miesiącach samodzielnego poszukiwania zatrudnienia – udaje się jej dostać pracę sprzątaczki – to skuteczność tego szkolenia powinna być wykazana w ustalonym okresie kontrolnym jako zerowa. Skuteczność działań polegających na kursie księgowości dla bezrobotnych może być mierzona wyłącznie ilością osób przeszkolonych na tym kursie, które następnie uzyskały „trwałe” zatrudnienie w dziedzinie księgowości (w tej dziedzinie której dotyczył kurs). Tymczasem urzędnicy celowo ukrywają ten prawdziwy obraz, wykazując odrębnie ilość szkoleń czy wartość pomocy bezrobotnym w formie szkoleń, w innym miejscu – ilość osób spośród biorących udział w szkoleniach – które w okresie kontrolnym znalazły zatrudnienie (i tu ilość ta oscyluje wokół 50%) ale świadomie pomija fakt, czy ta praca ma cokolwiek wspólnego z tymi konkretnie szkoleniami. To po prostu kwestia definicji, która musi zostać urzędnikom PUP narzucona. Dla urzędnika celem kursu jest odbycie kursu i wydanie uczestnikom papierków (zaświadczeń o ukończeniu) z którymi powracają oni do rejestru bezrobotnych a urzędnik – idzie wtedy do kasy po wynagrodzenie „za szkolenie bezrobotnych” – zadowolony ze swojej wspaniałej działalności.

Skandalem jednak – pomijając już fakt wyżej wspomnianego oszustwa sprawozdawczego – jest, że zgodnie z zamiarami ministerstwa – środki te zostaną przyznane głównie Urzędom Pracy o najwyższej skuteczności. Przecież oczywiste jest, że należy to rozpatrywać z punktu widzenia potrzeb konkretnego człowieka pozbawionego pracy a nie – urzędników. Bezrobotny nie jest winien że PUP w którym jest zarejestrowany ma słabą skuteczność, bo to zależy od urzędników i samorządu powiatu. Jeśli mielibyśmy go uznać za winnego, to chyba tylko tego, że dotychczas nie złapał „kałacha” i nie wystrzelał tych wszystkich urzędasów jak nie przymierzając jeden Jakub Szela kosą – chłopskich ciemiężycieli. Bezrobotny nie dość że poszkodowany tą niską skutecznością nie znalazł zatrudnienia, to jeszcze teraz drugi raz zostanie ukarany nie za swoje winy, bo nie będzie miał żadnej korzyści z tych środków. Nie tylko nie wolno karać bezrobotnych za niską skuteczność urzędników – bo to Minister powinien rozliczać kanałami służbowymi – drogą kontroli wewnętrznej z przyczyn niskiej skuteczności urzędów, a nawet wręcz przeciwnie: po wyciągnięciu wniosków służbowych, zmianie dyrektorów PUP – przekazać tam wyższe środki by pomóc w uzyskaniu zatrudnienia wcześniej poszkodowanym przez urzędników ludziom.
Równocześnie z ukazaniem się tej informacji – rozpoczęły się przewidywane, trwające już od pewnego czasu „manewry” sił zainteresowanych dobraniem się w jakiś sposób do tej „skarbony”.

Niektórzy mówią, że “pieniądze nie śmierdzą” co nie jest prawdą, ale nawet gdyby – to widocznie wydają z siebie jednak jakiś zapach na który coraz więcej ludzi w tym kraju reaguje amokiem. Na zapach takiego “szmalu” zaczynają spływać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki „dobre rady” dla Pana Ministra Pracy – na co najlepiej przeznaczyć, wydać te pieniądze. Zasada jest prosta: na co najlepiej wydać to ja najlepiej wiem, więc najlepiej dajcie je mi (mojej organizacji pozarządowej, firmie doradczej, agencji pracy) do dyspozycji…
Ktoś już namawia, by wydać tę kwotę na „programy pilotujące, poszukujące nowych innowacyjnych rozwiązań dla rynku pracy…” no i łatwo sobie wyobrazić skutki: żadnych nowych miejsc pracy, bezrobocie jeszcze wyższe niż było, setki broszur i biuletynów psu na budę z bezczelnym biurokratycznym bełkotem o innowacyjności w programach pilotażowych, wydanych w najdroższej drukarni na najlepszym kredowanym papierze a gdy się pieniądze skończą to się pilot katapultuje…

Dla bezrobotnych – żadnego rzeczywistego pożytku.

Zgłaszają się idąc za oparem szmalu różne agencje i organizacje „do walki z bezrobociem” – która polega chyba tylko na tym, że tylko dzięki takiej pozorowanej działalności ludzie tam zatrudnieni sami nie stają się bezrobotni, choć powinni.

Z kolei słynny już we wszech mediach Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan – raczej widziałby miejsce utopienia tych pieniędzy w dotowaniu tworzenia miejsc pracy. Skutek byłby jak najbardziej dla pracodawców korzystny; pieniądze te – pochodzące jak by nie było z ich składek – powróciłyby w ten sposób do ich kieszeni, w postaci opłacania im przez jakiś czas pracownika „za darmo” (czyli na koszt Funduszu Pracy stworzonego ze składek przez nich wpłacanych). Bezrobotny przestałby być bezrobotny na specjalnie dla niego stworzonym stanowisku pracy, na całkowity koszt dotacji z Funduszu Pracy i tam mógłby pracować za najniższe możliwe wynagrodzenie, na chwałę konta bankowego swojego dobrodzieja, a po wyczerpaniu się dotacji – stanowisko byłoby zlikwidowane, bezrobotny zwolniony i zarejestrowany ponownie w PUP i znów bezrobocie… znów „brak pieniędzy na aktywizację bezrobotnych”… ale już tym razem brak i w ministerstwie i w Funduszu Pracy.
Przebija z tego nie tylko kompletny brak jakiegokolwiek długofalowego programu gospodarczego rządu. Przebija – wspomniany „amok” wyrażający się skrajnym cynizmem, psychopatycznym stosunkiem do pieniędzy, zarobku,interesu,zysku, także i odczłowieczeniem w tym się objawiającym.

Premier milczy… Premier Tusk bardzo nie lubi robić błędów, a wiadomo, że – jak mówi stare przysłowie – nie myli się tylko ten, co nic nie robi, więc…

Ciekawe jest więc mimo wszystko – jak Minister Pracy sobie poradzi z manewrowaniem wśród tych wszystkich egoistycznych interesów i cynicznych ludzi – hien cmentarnych widzących oczyma wyobraźni wyłącznie swój ewentualny przyszły zysk, zdobyty nawet i na grobach bezrobotnych. Mam nadzieję, że Pan Kosiniak Kamysz zdaje sobie sprawę wśród jakich ludzi pracuje, z jaka ideologią ma do czynienia w tym kraju.

Platforma Obywatelska ze swoją ideologią – rzeczywiście zbudziła w Polakach demony…

Jestem zainteresowany rzeczywistą i skuteczną pomocą osobom pozbawionym zatrudnienia. Szczególnie osobom w wieku po 50 roku życia, które zostały całkowicie bez szans i bez pomocy – takim jak ja. Będę się przyglądał na los tych 500 milionów, ale tym razem moje wnioski przekażę Komisji Europejskiej w odpowiedniej skardze lub petycji, komisji kontrolnej Europejskiego Funduszu Społecznego oraz Parlamentowi Europejskiemu.

08/04/2012

51.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część II

Jeśli się mówi o bezrobotnych, to automatycznie oznacza, że się nie ma na myśli emerytów; to oczywiste!.

Różnie można dywagować o przyczynach, ale nie o samym fakcie! Fakt jest niezaprzeczalny. Tak by się wydawało…

A jednak nie. Głos w tej sprawie zabrała 5 marca br. dr Agnieszka Chłoń-Domińczak wykładowca ze Szkoły Głównej Handlowej i jakby mimochodem zanegowała te dane. Stwierdziła ona w rozmowie dla DGP, że „zatrudnienie jest dostępne i to głównie właśnie dla seniorów”. Twierdzenie takie opiera się na wyliczeniu Ministerstwa Finansów, świadczącym że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55. roku życia.”
Twierdzenie to stało się jednym z głównych argumentów zwolenników wydłużenia wieku emerytalnego.
Według dr Agnieszki Chłoń-Domińczak, byłej wiceminister pracy, powyższe dane Ministerstwa Finansów ... świadczą również o dużym zapotrzebowaniu przedsiębiorców na ludzi w starszym wieku. Uważa one, że „ich doświadczenie i wiedza są cenione”.

Fakty, najprostsza obserwacja życia - oczywiście temu zaprzecza, ale to w niczym nie przeszkadza pani „ekspertce” w podobnych wypowiedziach.
Stwierdziła ona także, że osoby w wieku 50 plus wcale nie są konkurencją dla młodych na rynku pracy. Oczywiście, że nie są, ale nie z sugerowanych przez „ekspertkę” powodów a dlatego, że bezrobocie w grupie ludzi młodych (do 26 lat) powoli maleje a w grupie „50 plus” – rośnie; ludzi młodych (do 26 lat) jednak częściej się zatrudnia na zasadzie „inwestycji” w przyszłość, co raczej nie dotyczy osób starszych. Dalej pani „ekspert” stwierdziła jeszcze, ze „co prawda mamy bezrobocie wśród młodych, ale z danych statystycznych wynika, że większość absolwentów, którzy ukończyli studia 2 – 3 lata temu, dzisiaj ma już zatrudnienie”. Jeśli nawet tak, to gdzie jest to praca; „na kasie” w hipermarketach?; w pizzeriach na umowach „śmieciowych”?; w smażalniach placków w Pucku czy Jastarni?; czy może „na zmywakach” w Londynie? A przecież to jest w tej sprawie najważniejsze; czy ta praca po 2 – 3 latach poszukiwania jej po zakończeniu studiów ma z nimi cokolwiek wspólnego.

Takie ekstrawaganckie stwierdzenie zadziwiło innych fachowców a niektórych po prostu oburzyło – tak bardzo jest sprzeczne z realnym doświadczeniem, obserwacją realnego życia. Dla takich osób jak p. Chłoń-Domińczak nie istnieje jednak taka sprzeczność. Skoro jakieś dane statystyczne sugerują jakiś wniosek, to są dla niej bardziej wiarygodne niż przysłowiowe „wyjrzenie przez okno”; to coś na zasadzie: „Nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne a białe – jest białe” – jeśli z danych statystycznych wynika coś przeciwnego. To swego rodzaju „zboczenie” wynikające jednak moim zdaniem z jakiegoś zasadniczego ograniczenia intelektualnego, a może raczej emocjonalnego. Już samo pochodzenie takich twierdzeń z Ministerstwa Finansów skłania do ostrożnej nieufności; przecież to także jest środowisko ludzi wyobcowanych ze społecznej rzeczywistości, zapatrzonych w liczby, owładniętych ideologią fiskalną i magią liczb średnich, danych traktowanych syntetycznie.

Kim jest dr Chłoń-Domińczak; jest ekonomistką, urzędnikiem państwowym, wykładowcą akademickim, pracuje jako adiunkt w Instytucie Statystyki i Demografii SGH w Warszawie. Od 2002 roku była Dyrektorem Departamentu w MPiPS, pełniła też inne funkcje, pracując przy poprzedniej reformie systemu emerytalnego, w resorcie polityki społecznej MPiPS oraz w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Była jednym z współtwórców słynnego już „programu solidarności pokoleniowej dla 50 plus”.
Od 8 stycznie 2008 była podsekretarzem stanu w MPiPS. Po doprowadzeniu programu „50 plus” do rozpatrywania w komisjach sejmowych została przez ówczesną Ministrę Pracy Jolantę Fedak odsunięta od prac nad reformą emerytalną i jak gdyby w proteście przeciw temu – 8 lipca 2009 r. na swój własny wniosek została odwołana ze stanowiska podsekretarza stanu, kończąc też pracę w administracji rządowej i powracając do pracy dydaktyczno-naukowej na uczelni.
Oczywiście nie wiadomo nic pewnego o przyczynach takiego kroku, jednak jakoś mnie to nie dziwi… Powracając do cytowanego wcześniej skrajnie kontrowersyjnego twierdzenia tej osoby – mam pewien pomysł na wyjaśnienie tego zjawiska.

Mamy stwierdzenie z analiz statystycznych Ministerstwa Finansów, że „z 880 000 nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 000 objęły osoby po 55. roku życia.”, i wysnuty z tego przez p. Agnieszkę Chłoń-Domińczak wniosek, że zatrudnienie jest i to głównie dla osób po 55 roku życia a także, że istnieje duże zapotrzebowanie w gospodarce na pracowników w wieku „50 plus”. Takie twierdzenia mają być także dowodem na słuszność koncepcji wydłużenia wieku przedemerytalnego do 67 roku życia.

Jest to absurdalna bzdura a wynika ona moim zdaniem właśnie ze skrajnie dogmatycznego podejścia do danych liczbowych z jednoczesnym kompletnym wyalienowaniem z życia codziennego. Dlatego też właśnie tak wiele powyżej pisałem na temat kontekstu społecznego tej sprawy.

Otóż wiadomo przecież, że jedyną dziś podstawową zasadą zatrudniania stosowaną przez większość przedsiębiorców, jest ograniczenie kosztów pracy dla zmaksymalizowania własnego osobistego zysku z działalności gospodarczej. Pracownik ma być tani i głównie to się liczy. Na tak zwanym nie wiedzieć czemu „rynku pracy” występuje szereg preferencji mających zwiększyć szanse pewnych potencjalnych pracobiorców kosztem innych; to preferencje dla osób niepełnosprawnych, ludzi w wieku do 26 lat posiadających status studenta oraz dla emerytów. Tak na prawdę jest to zawoalowana forma interwencjonizmu w gospodarkę na rzecz przedsiębiorców, będących pracodawcami. Wiadomo przecież, że prócz płacy, którą ostatecznie trudno na szczęście zmniejszyć poniżej poziomu minimalnego określonego ustawowo – najpoważniejszą pozycją kosztów pracy są składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne płacone na rzecz pracownika lub obciążające pracodawcę w związku z zatrudnianiem. Dlatego właśnie jest bardzo wiele ofert pracy dla osób niepełnosprawnych i to nawet na stanowiskach pozornie wymagających ponadprzeciętnej sprawności (ochroniarz, sprzątaczka), gdyż ich zatrudnienie nie tylko pozwala na uwolnienie się od obowiązkowego „haraczu” na rzecz PFRON, ale i uzyskać dofinansowania celowe na wiele działań, dające wymierne oszczędności przy mądrym ich wykorzystaniu, jak choćby dostosowanie, umeblowanie i wyposażenie stanowiska pracy osoby niepełnosprawnej itp.
Dlatego bardzo poszukiwani są pracownicy młodzi studiujący wieczorowo lub zaocznie, gdyż „zatrudniając” ich na umowy cywilnoprawne nie ma obowiązku odprowadzania za nich żadnych składek. Dzięki temu są tani. Dokładnie to sami dotyczy pracujących emerytów, na dodatek są oni skłonni zaakceptować znacząco niższe wynagrodzenie gdyż jest ono dodatkiem jedynie do podstawowego dla nich źródła dochodu na życie, jaką jest pobierana emerytura. Po prostu i banalnie: są tańsi niż osoby „50 plus” dlatego to oni są zatrudniani. Pod względem zmniejszenia kosztów zatrudniania nic nie świadczy na rzecz osób "50 plus" i dlatego są oni objęci ogromnym bezrobociem. W tym też kontekście należy rozumieć wspomnianą obserwację Ministerstwa Finansów; zakładając, że co do treści merytorycznej jest ona zgodna z rzeczywistością, to jest ona po prostu źle rozumiana przez "jajogłowych" wyobcowanych z życia i nieświadomych realnych aspektów codziennego życia. Nie bez znaczenia jest tu też szczególne bałaganiarstwo pojęciowe, któremu ci „naukowcy” najwyraźniej nie mogą sprostać, choć sami są jego autorami; co innego bezrobotny w wieku 50 plus, co innego ludzie nieaktywni zawodowo a jeszcze co innego – seniorzy.

Stwierdzenie, że „…z 880 tys. nowych miejsc pracy, które powstały w Polsce w latach 2007 – 2011, aż 630 tys. objęły osoby po 55 roku życia” – może być zgodne z prawdą. Tyle, że – jeśli liczbowo jest ono prawdziwe – to cały kruczek w tym, że „osoby w wieku po 55 roku życia” to są „wszystkie osoby starsze niż 55 lat” a w związku z wyżej przedstawioną zasadą bezwzględnego ograniczania kosztów pracy – to są chętnie zatrudniani emeryci, inwalidzi z orzeczonym stopniem niepełnosprawności a w pozostałej części 250 000 osób - studenci na umowach śmieciowych, pracownicy leasingowani i wszyscy, którzy pozwalają na zaoszczędzenie na kosztach pracy. To nie dotyczy "bezrobotnych 50 plus" - bo oni są "drodzy" i przez to - szykanowani.
Chodzi mi o to, że takie stwierdzenie pozostając słuszne, nie zaprzecza dramatycznemu bezrobociu w grupie osób sensu stricto bezrobotnych w wieku po 50 - ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, bo ta grupa nie korzysta z żadnego przywileju pozwalającego obniżyć zobowiązania pracodawcy wobec ZUS i PFRON. O tyle właśnie takie stwierdzenie Ministerstwa Finansów może być mylące dla Ministerstwa Pracy, wprowadzać też tragiczne skutki dla tej grupy wiekowej jako argument za przesunięciem wieku emerytalnego, gdyż to dla tej grupy oznacza jedynie o dwa lub siedem lat dłuższe oczekiwanie na osiągnięcie statusu emeryta, dającego dopiero szanse na jakieś zatrudnienie, poprzez wspomniany efekt „redukcji kosztu”. Minister Pracy na skutek takich danych serwowanych przez takie „ekspertki” może nawet wbrew swoim intencjom podejmować skrajnie błędne decyzje.

Może w tym właśnie należałoby dopatrywać się przyczyny wspomnianego odsunięcia niegdyś tej osoby od spraw nowej reformy emerytalnej; może ówczesna Minister Pracy z PSL Jolanta Fedak dostrzegła coś niepokojącego w dogmatycznej i „wypaczonej naukowo” osobowości swojej podwładnej… ?
Nawiasem mówiąc – przecież sam „Program solidarności pokoleń na rzecz 50 plus” jako dzieło m. in. pani Chłoń-Domińczak także okazał się kompletnym „gniotem”, pomysłem może teoretycznie dobrym, ale życiowo nierealnym, odległym od realiów i dlatego właśnie poniósł totalną klęskę?

Czas jednak płynie, ludzie cierpią, staczają się, stają się nie tylko bezrobotni, ale w rezultacie tego bezdomni, tracą zdolność życia w społeczeństwie i jakiejkolwiek pracy zawodowej, stają się „wrakami” przynoszącymi już tylko koszty społeczne a przecież to nie z ich winy zaczął się ten proces staczania się po równi pochyłej… Może więc słuszne było odejście tej „ekspertki” z pracy w administracji rządowej, w Ministerstwie Pracy.

Reasumując trzeba tu po raz kolejny podkreślić:
Osoby bezrobotne w wieku przedemerytalnym, których pracodawcy nie chcą zatrudniać ze względu na wiek – są szczególną grupą bezrobotnych, którą trzeba jaskrawo wyróżnić, domagającą się pilnej i rzeczywistej reakcji. Są to ludzie w dramatycznym położeniu. Granica początkowa jest umownie określana jako „50 plus”, ale dokładnie określa ją odmowa zatrudnienia (z powodu wieku – czego się oficjalnie nie przyznaje, gdyż byłoby to złamaniem obowiązującego prawa). Granica końcowa – to wiek uzyskania prawa do emerytury. To ludzie będący w tych granicach wiekowych są w tragicznym położeniu, nie emeryci. Mówienie tu czy pisanie o „seniorach” jest głupotą lub skrajną nieuczciwością, nastawioną na sianie zamieszania pojęciowego dla ukrycia tej prawdy. Podobnie mówienie czy pisanie o osobach w wieku powyżej 55 lat” – fałszuje prawdę poprzez „wrzucenie do jednego worka” tych nieszczęsnych bezrobotnych wraz z emerytami i dorabiającymi sobie rencistami, osobami nieaktywnymi którym praca nie jest niezbędnie potrzebna do dalszego życia - jak tym pierwszym. Publikowane w niezliczonej ilości miejsc dane, jak zacytowanie przeze mnie powyżej opracowanie na wykresach - zadają kłam wnioskom, jakie wyciąga pani „ekspertka” dr Agnieszka Chłoń-Domińczak.

Trzeba już dziś stanowczo i kategorycznie domagać się od Pana Ministra Kosiniak-Kamysza, by coś doraźnie przedsięwziął w dramatycznej sytuacji tych osób. Zapewne prawda o tym powinna być wzięta pod uwagę w całej reformie emerytalnej i potrzebnej reformie rynku pracy opartej na niezbędnej nowelizacji ustawy dotyczącej bezrobocia i jej aktów wykonawczych. Trzeba coś uczynić, by zatrudnianie tych osób opłacało się pracodawcom w takim samym stopniu jak innych; albo dać im jakieś przywileje, albo zlikwidować przywileje wszystkim innym, ustalając jednolity obowiązek wobec ZUS i jeden powszechny rodzaj zatrudniania pracowników najemnych, beż żadnych zwolnień wpływających - poprzez sprawę kosztów pracy - na postawy pracodawców.

07/04/2012

50.
Boże, chroń nas przed takimi ekspertami… część I

Sądzę, że powszechnie dziś jako społeczeństwo nie doceniamy wpływu, jaki mogą mieć pojedyncze nawet, zupełnie nam nieznane osoby – na nasze życie, na nasz los. Oczywiście tylko wtedy, gdy zajmują one na tyle wysokie stanowiska by wpływać na stan prawny, na regulacje dotyczące wielu. Słowem, gdy wejdą do tak zwanego kręgu władzy. I co najdziwniejsze, rzadko kiedy ten wpływ może być pozytywny; to nie wiedzieć czemu prawie się nie zdarza. Nie ma wielu mężów opatrznościowych, pojawiających się wtedy, kiedy trzeba i kierujących sprawy na właściwy tor zanim przybiorą niekorzystny obrót. Przeważnie jednak odwrotnie; jeden taki osobnik może zniszczyć wysiłek wielu, zasiać zamęt, wprowadzić wszystkich w błąd, skierować sprawy na manowce... Szczególnie gdy działa w sprawach od których sam nie zależy.

Namnożyło się nam ostatnio takich właśnie „ekspertów”.
Jest w tym coś bardzo charakterystycznego; dawniej inteligenci z dużych miast wyśmiewali się z takich, winę za ich istnienie zrzucając na karb tzw. ”punktów za pochodzenie”, jakie stosowała „władza ludowa” by realizować swoje „zasady sprawiedliwości społecznej”, oparte na politycznej teorii klas. Chodziło o to, że istniały w sensie obiektywnym i nie dały się ukryć kolosalne różnice w możliwościach rozwoju dzieci a następnie młodych ludzi w mieście a na wsi. Na wsi gdzie często był tylko PGR, sklep Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” , remiza strażacka oraz kościół. Braki bodźców rozwojowych, oświaty, dostępu do dóbr kultury, ale szczególnie różnice w poziomie nauczania już od pierwszej klasy podstawówki – ujawniały się na maturach, ale w szczególny sposób – na obowiązkowych wówczas egzaminach wstępnych do szkół wyższych; po prostu nikły odsetek kandydatów ze wsi dostawał się na studia, co czyniło jeszcze większą w efekcie przepaść, monopolizując niejako studia dla inteligencji miejskiej. Więc „władza ludowa” musiała zapewnić równość społeczną, a że trudno było budować biblioteki, domy kultury, żłobki i przedszkola na wsiach – znaleziono sposób dla „władzy ludowej” charakterystyczny; wyniki egzaminów wstępnych na studia były punktowane i o przyjęciu decydowała otrzymana liczba punktów, więc kandydatom ze wsi dopisywano po prostu na wstępie odpowiednią liczbę punktów „za pochodzenie społeczne chłopskie” – by niezależnie od predyspozycji, przydatności, stopnia rozwoju i posiadanej wiedzy, więcej kandydatów ze wsi na te studia się dostawało. Efekt był możliwy do przewidzenia; na wsi niewiele się zmieniało na lepsze a powstała specyficzna grupa studentów… a z tych studentów potem, specyficzna grupa absolwentów… a z tych absolwentów w końcu specyficzna grupa posłów, polityków, dyrektorów, urzędników i ministrów… i ekspertów.
Oczywiście z czasem różnice te zaczęły się wyrównywać, od czasów Gierka wieś zaczęła się zmieniać, elektryfikacja, tanie i dostępne telewizory, otwarcie na „zachód”…

Przypomniało mi się to, bo dziś mamy do czynienia ze zjawiskiem może podobnym w efekcie, ale raczej chyba o jakichś innych przyczynach. Jakich – tego nie wiem i to właśnie mnie najbardziej niepokoi. Ludzie kończą studia, robią studia podyplomowe, podejmują pracę naukową (doktoraty, habilitacje) a jednocześnie w swojej dziedzinie są „impregnowani” społecznie, całkowicie oddzieleni od rzeczywistości, zamknięci w swoim świecie teorii i danych statystycznych, liczb, literatury tworzonej przez badaczy-teoretyków, jednocześnie najczęściej będących ideologami. Słowem - dla nich jajo może być kwadratowe jeśli tak wynika z ich badań; mimo że codziennie stykają się z jajowatością jaj – będą do śmierci snuć swoje teorie, podawać płynące z nich wnioski za prawdę, i starać się realizować je w życiu gospodarczym, pomijając fakt że jakikolwiek kontakt z rzeczywistością – zaprzecza im zdecydowanie.

Trochę to też przypomina stosunek katolików rzymskich do religii; swoisty „rozdział religii od życia” , od rzeczywistości poza-kościelnej.

To jest moim zdaniem rodzaj odhumanizowania. Postawa taka jest o tyle groźna, że sprowadza realne działania władzy na manowce, gdyż podaje władzy absolutnie mylne, teoretyczne dane jako dane wyjściowe do decyzji funkcjonujących w rzeczywistości realnej, w życiu, mającej określone skutki.

Podam przykład.
Wydawałoby się, że dla wszystkich rozsądnych ludzi jest oczywiste, że obecnie jest bardzo duże bezrobocie w grupie osób bezrobotnych w wieku zwanym „50 plus”. Co więcej, wydawało się oczywiste znaczenie sposobu określenia tej szczególnej grupy ludzi. Mówiąc o bezrobociu, dokładniej o stopie (wielkości) bezrobocia – mówimy wyłącznie o danych ilościowych dotyczących osób bezrobotnych. Osoba bezrobotna jest zdefiniowana przez „Ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, dokładniej przez definicję bezrobotnego tam zapisaną. Osoby nieodpowiadające tej definicji nie są bezrobotne, nawet wówczas gdy nie pracują i nie mogą uzyskać zatrudnienia. Z drugiej strony jednak, pewne efekty dotyczące rynku pracy – dotykają np. ludzi ze względu na ich wiek, tak samo bezrobotnych jak i tych którzy są w takiej samej sytuacji ale nie rejestrowali się z różnych względów w Powiatowych Urzędach Pracy (czyli osób nieaktywnych zawodowo bez swojej woli i winy). Jest wiele grup ludzi niepracujących; emeryci, osoby niepełnosprawne z całkowitą niezdolnością do pracy, osoby nieaktywne zawodowo (które nie pracują bo nie chcę (nie muszą) itp. To nie są osoby bezrobotne.

Ważna jest grupa osób z tego przedziału wiekowego zdolna i chętna do pracy a pomimo to niezatrudniana przez pracodawców - z zasady.

Bo trzeba tu podkreślić, że człowiek musi oczywiście chcieć pracować, czyli wykazać inicjatywę w tym kierunku, ale poza tym – jest on zatrudniany a nie „zatrudnia się”. Do tego by pracować nie wystarczy nie wiem jak bardzo chcieć, "szukać pracy" i "zaszukać" się na śmierć; jeszcze niezbędna jest wola drugiej strony, tej która zapłaci za wykonywaną dla niej pracę i jeszcze na tym zarobi. Pracy – w sensie zadań do wykonania – także jest niezmiernie dużo, ale to nie wystarcza, by osoba bezrobotna mogła pracować, bo prócz zadań musi jeszcze być ten, kto uczynił wykonanie tych zadań własną działalnością gospodarczą i zarabia na tym, dlatego i dzięki temu płaci pracownikom najemnym którzy te zadania „dla niego” wykonują. Absurdalne jest oczekiwanie masowej aktywności gospodarczej od osób bezrobotnych, to znaczy - że one same podejmą działalność gospodarczą stwarzając dla siebie miejsca pracy. To margines możliwości.

Wydaje się więc, że jest oczywiste dla wszystkich występowanie szczególnego zjawiska odmowy zatrudniania wobec grupy bezrobotnych w wieku uznanym przez pracodawców za "niewłaściwy". Umownie określa się jego granicę na 45 lat dla kobiet i 50 dla mężczyzn. Ponieważ mowa o bezrobotnych sensu stricto, końcową granicą wieku w tej grupie jest wiek emerytalny, bo osoby w wieku emerytalnym, po przejściu na emeryturę przestają już być bezrobotnymi a zaczynają być emerytami (osobami z orzeczonym uprawnieniem do pobierania świadczenia emerytalnego z ZUS). Zgodnie natomiast z definicją bezrobotnego, emeryci nie spełniają warunków tejże definicji i nie są bezrobotni nawet wtedy gdy nie dorabiają już sobie do emerytury, nie pracują zarobkowo. Ludzi we wspomnianym przedziale wiekowym od ponad trzech lat prawie nie zatrudnia się. Dlaczego – to oddzielny trudny i dość tajemniczy temat, jednak przyczyny jakiekolwiek by nie były, należą raczej do psychologii przedsiębiorców a nie ekonomii. Takimi powodami są na przykład przekonania, że młoda załoga dobrze świadczy o wizerunku firmy (tak zwane „młode, dynamiczne zespoły”), że osoby młode są bardziej wydajne – co jest poglądem nieuzasadnionym; że ludzie starsi mają niższą wiedzę na temat technologii, nowości, nowoczesnych procesów; obawy że ludzie starsi oczekują wyższego wynagrodzenia itp. Pracodawcy są okropnie strachliwi a wobec osób z grupy 50 plus boją się praktycznie wszystkiego. Tak czy inaczej zjawisko jest faktem i co najgorsze pogłębia się. Coraz więcej osób z tego przedziału wiekowego traci dotychczasowe zajęcie zawodowe i nie znajduje nowego zatrudnienia, nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Jest na ten temat dość obszerna literatura, są badania i opracowania ilościowe, jest masa materiałów publicystycznych, artykułów dziennikarskich.

Na przykład w DGP znalazłem bez żadnych trudności następujące wykresy, przedstawiające stały od lat przyrost liczby bezrobotnych w tym wieku:

Odwiedziny: