BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawda. Pokaż wszystkie posty

27/06/2013

Czerwiec – kolejnym miesiącem szkodliwej propagandy sukcesu Ministra Pracy.

Na stronie MPiPS ukazała się kolejna notka „informacyjna” w aurze sukcesu ukazująca kolejny spadek wysokości stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego. Jest zatytułowana: „Czerwiec kolejnym miesiącem spadku bezrobocia.”
Jednak żadnego sukcesu tu nie ma. Podobnie jak i w maju – w czerwcu wskaźnik bezrobocia nieco spadł – z 13.5 do 13,2%. To zjawisko normalne związane z porą letnią, sezonem urlopowym.

W miejscowościach wczasowych otwierane są na 2 miesiące małe punkty gastronomiczne – te słynne nad morzem smażalnie ryb i placków ziemniaczanych, frytek itp, punkty sprzedaży „pamiątek z wakacji”, dodatkowe punkty sprzedaży lodów czy słodyczy - w tym obnośne bezpośrednio na plażach i deptakach. To oczywiście stwarza zapotrzebowanie na pewną liczbę niewykwalifikowanych pracowników, najczęściej ludzi młodych, zatrudnianych na umowy śmieciowe lub czasowe, wyłącznie na czas wakacji. To praca bez przyszłości, ewidentnie sezonowa. Po prostu – tak zwana „możliwość dorobienia” albo zarobienia przez jeden miesiąc – na drugi miesiąc wakacji dla studentów.
I świetnie, że jest.
Tyle że to nie ma nic wspólnego ze spadkiem bezrobocia.

Najbardziej istotnym jednak powodem nieznacznego ale jednak obniżenia się wskaźnika bezrobocia, jest zmasowana akcja interwencji na rynku pracy. Interwencji polegającej na dotowaniu zatrudnienia, czyli uruchamianiu staży płatnych z FP, prac interwencyjnych i robót publicznych – dotowanych także mniej więcej w 50%.
Wiele firm czy szczególnie instytucji po prostu nastawiło się na wykorzystywanie powstającej w ten sposób „taniej siły roboczej”, jednak są to zjawiska bezpośrednio i ściśle uzależnione od dotowania. Polegają one praktycznie na zatrudnianiu osób spośród bezrobotnych zarejestrowanych w PUP na umowę na czas określony i wyłącznie z płacą równą minimalnemu ustawowo określonemu wynagrodzeniu. Jest to umowa na czas określony… okresem dotowania; potem nie ma dotacji – to i nie ma zatrudnienia. Oczywiste więc wydaje się, że dawać to może wyłącznie efekt chwilowy podobnie jak wspomniane zatrudnienie, sezonowe (wakacyjne). Podobnie też jak i w pierwszym przypadku absolutnie pewne jest, że po okresie tak zdefiniowanego zatrudnienia – 99,9% tych osób powróci natychmiast do rejestru osób bezrobotnych prowadzonego przez właściwy dla nich PUP.
Po prostu: zatrudnienie takie jest interwencją w rynek – nastawioną na chwilową pomoc osobom bezrobotnym w utrzymaniu się „na powierzchni”, ale jest to pomoc czasowa. Jest to skwapliwie wykorzystywane przez pracodawców do zmniejszenia swoich kosztów poprzez wykorzystanie okazji do otrzymania dotacji do zatrudnienia. Wiadomo jednak, że to choć daje „oddech” części bezrobotnych – w niczym nie zmienia sytuacji na rynku pracy, przede wszystkim nie zmienia stanu bezrobocia. Ktoś dwa miesiące popracuje w kiosku albo w biurze – by pracownice etatowe mogły wykorzystać urlopy, ale nie ma tam dla niego docelowo miejsca pracy; w rzeczywistości nie było, nie ma i nie będzie.
Od dotowania zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, zresztą minister pracy nie ma żadnych narzędzi by ilość miejsc pracy zwiększyć, bo brak miejsc pracy dla dwóch milionów osób zdolnych i gotowych do pracy – odzwierciedla stan gospodarki. Niektórzy ekonomiści są nawet zdania, że dotowanie zatrudnienia niszczy czy wypacza rynek, że źle wpływa na stan gospodarki, stan firm, promuje złe zachowania czy praktyki, napędza tworzenie „parszywych” firm które żebrzą potem o dotacje i ulgi podatkowe a bez tego samodzielnie nie są w stanie się utrzymać; szantażują jednak potem władzę „likwidacją miejsc pracy” w przypadku odmowy dalszego dotowania. I argument ten często działa.

Wiele osób jest rzeczywiście od kilku lat w opłakanej sytuacji na rynku pracy, szczególnie osób starszych w wieku produkcyjnym i nie sposób nic nie robić, powstrzymywać się od jakiejkolwiek pomocy organizacyjnej czy jak w tym przypadku częściowo finansowej z pieniędzy publicznych, by im pomóc przetrwać. Ostatecznie państwo – to nie jest jakiś survival, gdzie najsłabsi maja „odpaść” tylko dlatego, że mają taki a nie inny wiek lub zawód. „Odpadając” – tym bardziej obciążają środki publiczne. Pewnie lepiej dać im popracować (częściowo do tego dopłacając pracodawcy) niż kazać im utrzymywać się z zasiłków czy zapomóg pomocy społecznej. Takie względy społeczne, ludzkie ale i ekonomiczne uwzględniające rachunek całościowy – świadczą za interweniowaniem w rynek pracy. To być może zło, ale konieczne.
Jednak równolegle powinny być prowadzone intensywne działania interwencyjne w gospodarce, by możliwe było jak najszybsze powstawanie jak największej liczby miejsc trwałego zatrudnienia. By osoby dziś bezrobotne – w sposób trwały były wykreślane z ewidencji bezrobotnych PUP. Tego nie jest w stanie zrobić Minister Pracy.

Z drugiej jednak strony – przedstawianie sezonowych naturalnych wahnięć zatrudnienia na plus – jako sukcesu w zwalczaniu bezrobocia, osiąganego kosztem ładowania ogromnych kwot w dotowanie zatrudnienia – jest propagandą sukcesu szkodzącą sprawie, bo zaciemniającą prawdziwy obraz bezrobocia w tym kraju.
Wiadomo, ze Platforma Obywatelska gwałtownie potrzebuje ostatnio sukcesów, jakichś „dobrych wieści” i spadek bezrobocia byłby tym oczekiwanym argumentem politycznym. Ale spadek rzeczywisty a nie sezonowe wahnięcia podane w propagandowym sosie.
A na rzeczywisty spadek – trzeba zapracować, przede wszystkim zaś moim zdaniem zrezygnować choć częściowo z ideologii nieingerencji w gospodarkę, tego gapienia się na gospodarkę jak miłośnik rybek na akwarium i mówienia: ciekawe co zrobią przedsiębiorcy, ciekawe jak zareaguje gospodarka… Ale Panowie: pobudka! To już się nie sprawdziło! To piękna bajeczka nawiedzonych teoretyków ekonomii! Marzenie anarchizujących „liberałów”. Tak już nikt nie robi w Europie – gdzie się w sposób dyskretny i skuteczny steruje własną gospodarką i warunkami jej funkcjonowania kosztem sąsiadów, korzystając z durnego zagapienia się polskich politycznych gamoniów i prostaczków z kompleksem niższości wobec Europy i Świata, marzących jedynie o pensji parlamentarzysty europejskiego!
Już dość sytuacji, gdy Polska jest traktowana jak podlotek z prowincji, której się daje w prezencie piękną suknię tylko po to – by ją „wycyckać” wtedy, gdy będzie z zachwytem ten ciuszek przymierzała. A to wy tak traktujecie Polskę. Choć nie zawsze wy „cyckacie”, bo nawet tego dobrze nie umiecie!
Dość tego!
Bezrobocie nie maleje i karygodne jest przedstawianie drobnych sezonowych wahań jako dowodu sukcesów władzy w „walce z bezrobociem”. Jest to karygodne, ba za wskaźnikiem bezrobocia w rzeczywistości stoją prawdziwi ludzie, ich bieda, troska, ich los i życie.
O tym politycy najwyraźniej zapominają.
Przypomnienie jednak może być bardzo bolesne…


bezrobocie spadło.

30/09/2011

13.
Prawda; szukanie igły w stogu siana…

Motto: „Jeśli słyszysz lub czytasz jakieś zdanie i natychmiast jesteś gotów się z nim zgodzić – nie znaczy to, że sam je wymyśliłeś”.

Powyższe motto jest dość przewrotne w swojej wielości znaczeń. Truizmem dla osób, które pamiętają czasy przed "stanem wojennym" byłoby stwierdzenie, że prasa, radio czy telewizja już dawno przestała być źródłem informacji. Jest to oczywiste. Druk czy też minuta emisji zbyt dużo kosztuje, aby ci, co politycznie zarządzają tymi „mediami” mogli sobie pozwolić na marnowanie pieniędzy na bezproduktywne i szkodliwe mówienie prawdy. Z jednej strony za dużo kosztuje, z drugiej – stanowi zbyt ważną możliwość wpływu, realizacji własnych celów.
Wszystkie te „środki przekazu”, które są w stanie docierać do wystarczająco istotnej ilości ludzi – są areną i jednocześnie narzędziem walki politycznej i to walki bezwzględnej. Dlatego też można tam znaleźć jedynie propagandę własnej linii politycznej i „osiągnięć” oraz anty-propagandę dotyczącą wszystkich innych, szczególnie przeciwników oraz rywali politycznych. A że to jednak kosztuje – wymaga zarabiania pieniędzy, dlatego reszta pozostałego czasu antenowego, pewna - niemała czasem część „łamów” i „fal” - przeznaczona jest na reklamy, bzdurne, często oszukańcze, zachwalające bezwartościowe wyroby i podpierające się przy tym wyssanymi z palca „badaniami naukowymi”. Mam tu na myśli wszystkie te reklamy lub coraz liczniejsze kryptoreklamy udające informacje - zaczynające się na przykład od słów: najnowsze badania naukowe udowodniły, że ...

Dotyczy to tym bardziej Internetu, co wynika i z jego popularności i z grupy społecznej najczęściej zeń korzystającej – młodzieży, najbardziej wartej oszukania, – bo przyszłościowej. Im bardziej staje się on u nas popularny i dostępny, tym lepiej przydaje się do dyskretnego ogłupiania, jak niegdyś prasa, potem radio a jeszcze później - telewizja.

Słowem: wszelkie środki przekazu zawierają jedynie propagandę, anty-propagandę i reklamy komercyjne. Doszukiwanie się tam informacji (wiedzy) a zwłaszcza powoływanie się na nią - jest naiwnością. Oczywiście, jeśli traktujemy to bezpośrednio.
To pewna przesada, przerysowanie, uogólnienie. Złośliwość i szyderstwo przeze mnie przemawia, bezradna wściekłość, – bo tak źle może jednak nie jest – od czasu przerwania monopolu informacyjnego. Bo Internet – cokolwiek by o nim nie powiedzieć – przerwał monopol informacyjny, jakiego nie rozumieją ci, co znają „san wojenny” - tylko jako bajkę z dzieciństwa, z opowiadań. Tak źle zresztą nie może być, bo gdyby w "mediach" była jedynie oczywista bzdura – ludzie przestaliby czytać, oglądać i słuchać a na to nie pozwolą ich eksploatatorzy; ludzie nie są przecież pozbawieni inteligencji. Od czasu do czasu musi być coś prawdziwego i "sprawdzalnego", dla podbudowy zaufania do całej machiny, źródła ogromnej rzeki bzdur lub kłamstw płynących z niej dniami i nocami. I to "coś" prawdziwego, możliwego do łatwego lub mniej łatwego sprawdzenia - biednym, naiwnym odbiorcom także podrzucają fachowcy od manipulacji i dezinformacji, by uwiarygodnić samych siebie... Nic tu nie podlega przypadkowości...

Ale Internet stworzył możliwości przekazu, nad jakimi nie może zapanować żaden totalitaryzm; dostęp do serwerów amerykańskich fizycznie znajdujących się na terenie USA. Treści tam umieszczane, o ile są legalne z punktu widzenia prawa federalnego i stanowego – podlegają ochronie, jako podstawowy element wolności słowa. Żadna siła nie może „zamknąć mordy” ludziom w taki sposób przekazującym swoją wiedzę lub informacje… przynajmniej legalnie nie może. Jednak ci, którzy za wszelką cenę chcą te „mordy” zamykać każdemu, kto mówi coś innego niż oni (niż było na odprawie służbowej), nie tak łatwo rezygnują z walki z wolnością.
Dobry przykład, to portal - www.aferyprawa.com – prezentujący rzeczywisty stan praworządności w Polsce, stan moralny sędziów, dramatyczne „przekręty”, samowole, sobiepaństwo… nie tylko teraz - za czasów rządów Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska, ale także wcześniej…
Gdy zawiodły wszystkie oficjalne pochodzące z Polski bezpośrednio, jak i z użyciem pewnych instytucji europejskich – próby zmuszenia właścicieli serwera amerykańskiego do usunięcia tego portalu i treści tam publikowanych, między innymi poprzez straszenie procesami, oskarżenia o nielegalną reklamę itp. – nastąpił „profesjonalny” a wiec całkiem skuteczny atak hackerski na ten serwer.
Atak był całkowicie skuteczny, gdyż prawdopodobnie Amerykanie – jak to Amerykanie – nie doceniali zawziętości, absurdalnych nakładów sił i środków użytych w tak dla nich dziwacznym celu. A serwer został przez hackera po prostu "wyczyszczony" z danych. Przypuszczam zresztą, że wykonawcą ataku musiały być „odpowiednie służby” inspirowane przez „klan zawodowy”, – bo amatorzy raczej niechętnie zajmują się takimi sprawami (chyba, że za bardzo odpowiednią opłatą, – co by także dawało obraz siły motywacji zleceniodawców). Tu potrzebny jest odpowiedni, i na dodatek „oryginalny” jeszcze nie użyty tak zwany „exploit” – a te są w cenie i nie używa się ich do „tanich” akcji. Portal „aferyprawa” był na szczęście prawidłowo backup’owany, więc został odtworzony i działa sobie nadal, po lepszym zabezpieczeniu. To jedynie przykład walki z wolnością przekazu treści nieakceptowanych przez siły walczące o całkowity monopol.

Ale do czego zmierzam: walka polityczna prowadzona przy pomocy doświadczonych specjalistów wymaga uwagi; jeśli pojawia się jakaś zaskakująca informacja, której nie da się zastopować – np. nagłe niespodziewane wystąpienie publiczne ważnego polityka z opozycji, osoby pełniącej ważną funkcję - należy ją natychmiast przykryć innymi informacjami, które czynią zamieszanie pojęciowe, zaprzeczają tejże prawdziwej informacji powołując się na „najnowsze badania naukowe” których nikt nie widział i nie zobaczy, różne wersje z częściowo tylko pozmienianymi faktami albo i faktami odwróconymi (jak w przysłowiowym "Radiu Erewań") albo przynajmniej dosłownie "byle co", sieczka, baloniki z podwiązkami - po to, aby zepchnąć tę niewygodną informację niżej w rankingach, na listach chronologicznych odnośników do informacji, jej współczynnika "page-rank" w wyszukiwarkach np. Google itp. Bo trzeba wiedzieć, że tak zwane „pozycjonowanie stron” to nie jest jedynie metoda promocji, reklamy, ale także i metoda walki z „niechcianymi” stronami, treściami. Doskonale to pamiętamy w tym jeszcze amatorskim, przed-internetowym wydaniu propagandy PRL-owskiej; jeśli gdzieś Milicja Obywatelska brutalnie rozpędziła protestujących - to natychmiast ukazywała się "informacja" o tym, że w Ameryce murzynów biją, film o prześladowaniu chrześcijan przez Inkwizycję w Rzymie, film o bandytach mordujących policjantów lub coś podobnego. Dziś te metody już nie są takie amatorskie i naiwne...

Walka polityczna jest dziś niestety po prostu totalna. Powiem więcej; walka polityczna nie jest już tylko „polityczna” a totalna właśnie, bo obejmuje wszystkie dziedziny życia i aktywności człowieka.
Jeśli prawda jest przysłowiową "igłą" - to "stóg siana”, w którym trudno ją odnaleźć jest na tę igłę narzucany celowo...
Mało; wydaje się jakby tych, co szukają owej „igły” było jak zawsze dużo mniej niż tych, – co
d o r z u c a j ą tego siana…

Nie ma nic przypadkowego w informacjach podawanych w mediach i dlatego trzeba być bardzo ostrożnym odbiorcą, czytelnikiem czy słuchaczem. Wiadomości otrzymywane, ich czas, kontekst - mogą być a nawet powinny być jedynie materiałem do własnych przemyśleń.
Często cytując jakąś "wiadomość" – stajemy po konkretnej stronie w tej wojnie medialnej; dobrze jeszcze, jeśli czynimy to świadomie (w ramach własnej wolności i odpowiedzialności), ale gorzej, gdy nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy, że przenosząc dalej "fałszywkę" - nieświadomie współpracujemy z tym, kto ją stworzył i rozpowszechnił. Zjawisko ma tak powszechny charakter, że nie sposób się tego ustrzec. Bazuje na tym i szczególna metoda; propaganda "wirusowa".

Trzeba chyba zaufać własnej intuicji, podświadomości i intelektowi. Dostarczać im danych z możliwie różnych, nawet skrajnie różnych źródeł i w odpowiedniej ilości i… mieć zaufanie do tego, jakie wnioski z dostarczonych do „obróbki” danych zostaną nam "przedstawione" przez nasz własny umysł jako najbardziej właściwe, skrystalizują się w postaci naszego wewnętrznego przekonania.

Więc powiedzmy to jeszcze raz z naciskiem: trzeba myśleć o s o b i ś c i e.

Odwiedziny: