BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roboty publiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roboty publiczne. Pokaż wszystkie posty

27/08/2013

Mamy w pup'ie czynownictwo.

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie stał się znany za sprawą swojego dyrektora – pana Kolbiarza.
Pisałem już o tym w felietonie "Kuglarstwo czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi".

To zapewne przyszły bohater „Tuskowego liberalizmu” – który postanowił udowodnić, że minister pracy miał rację – podejrzewając połowę zarejestrowanych bezrobotnych o niechęć do pracy „w ogóle”. Przy okazji zaś postanowił zawalczyć o zarobki swoje i swoich podwładnych, w związku z reformą urzędów pracy mające zależeć wreszcie od wydajności, czy może raczej skuteczności urzędu w zwalczaniu lokalnego bezrobocia.
Postanowił on w Nysie, niewielkim Opolskim miasteczku, gdzie stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie 24% – zmniejszyć bezrobocie o połowę, czyli do 12%. Żyje tam niespełna 46.000 mieszkańców, z których 10.000 było zarejestrowanych jako bezrobotni w Powiatowym Urzędzie Pracy. Dzięki posiadanym na ten cel pieniądzom, uruchomiono tam wielki program prac interwencyjnych i robót publicznych, które jak wiadomo określić można jako pracę w 50% dotowaną przez władzę z Funduszu Pracy, na umowę o pracę na czas określony (do 6 miesięcy) w pełnym wymiarze czasu pracy, wyłącznie za minimalne ustawowo określone wynagrodzenie. Program ruszył w kwietniu br. i do końca czerwca spowodował spadek stopy bezrobocia o 4 punkty procentowe.

Dyrektor Kolbiarz zapowiada kontynuację tego działania aż do końca 2014 roku i osiągnięcia założonego przez niego spadku stopy bezrobocia do 12%. To oczywiście jest realne; w taki sposób można doprowadzić w zasadzie do dowolnego założonego z góry wyniku redukcji stopy bezrobocia „na papierze” – co nie ma nic wspólnego z realiami życia, czyli ze smutną rzeczywistością.
Przygotowano w tym okresie 900 ofert pracy w ramach wspomnianej interwencji w rynek pracy i rozesłano adresowane do bezrobotnych skierowania. Na skutek tego 38 osób natychmiast zrezygnowało dobrowolnie ze statusu bezrobotnego, 91 osób przedstawiło zwolnienia lekarskie poświadczające czasową niezdolność do pracy, 328 osób utraciło czasowo zgodnie z ustawą status osoby bezrobotnej za nieuzasadnioną odmowę przyjęcia oferty pracy a pozostałe 443 osoby podjęły zaproponowaną im pracę. Projekt jest kontynuowany, to znaczy osoby bezrobotne nadal są i będą kierowane przez PUP do prac interwencyjnych a przy nieuzasadnionej odmowie przyjęcia takiej oferty – wykreślane z rejestru bezrobotnych na przewidziany ustawą o promocji zatrudnienia – okres. Na co (prócz podwyżki swojej pensji) liczy Dyrektor Kolbiarz? Liczy na to, że przy stopie 12% jego Urząd zaoszczędzi na zasiłkach – pobieranych wówczas przez mniejszą liczbę osób a ponadto – przy stopie bezrobocia 12% – wypłacanych już jedynie przez 6 a nie jak dotychczas 12 miesięcy(bo maksymalny czas wypłacania zasiłku zależy od stosunku lokalnej stopy bezrobocia do średniej krajowej). Podstawowa kwota zasiłku wynosi przez pierwsze 3 miesiące 823,60 a w następnych po 646,70 zł, ale jest to kwota brutto, od której bezrobotny ma zapłacić podatek dochodowy oraz swoją składkę ubezpieczenia zdrowotnego, co daje netto (do wypłaty dla bezrobotnego) odpowiednio 711,48 oraz 568,50 zł. Jak widać są to kwoty śmieszne przy dzisiejszych kosztach życia, z pewnością niewystarczające do podstawowego utrzymania nawet dla pojedynczej osoby, nie mającej na utrzymaniu dzieci.
Jako dyrektor urzędu pracy – myśli on więc wyłącznie w kategoriach urzędniczego interesu swojej instytucji. To drastyczny przykład „urzędniczej walki z bezrobociem”; urzędniczej i dlatego ogólnie w rzeczywistych objawach tak nieskutecznej.

To walka o efektowne statystyki do sprawozdań, raczej bardziej walka z bezrobotnymi niż z bezrobociem jako takim.
Zasadniczym „nieporozumieniem” w sprawie bezrobocia jest to, że urzędnicy i politycy uważają, iż osoba niezatrudniona posiadająca status bezrobotnej nie potrzebuje pieniędzy. Tak można wytłumaczyć „zaporowe” rozwiązania ustawowe w ustawie o promocji zatrudnienia, sztucznie minimalizujące liczbę osób bezrobotnych spełniających warunki do przyznania zasiłku. Liczba ta stale maleje i wynosi średnio 15% co oznacza, że zasiłek otrzymuje tylko 15 na 100 osób zarejestrowanych. Widocznie zdaniem ustawodawców i urzędników bezrobotny w ogóle ich nie potrzebuje, skoro ustawa pozbawia go możliwości osiągania dochodów z wynagrodzeń (pod sankcją pozbawienia statusu) wyższych, niż połowa najniższego wynagrodzenia, oraz innych przychodów z jakichkolwiek źródeł prócz… oprocentowania lokat i depozytów bankowych. Już to widzę, jak osoba posiadająca dajmy na to milion złotych ulokowane na lokatach bankowych dających istotny zysk z oprocentowania – stara się o zarejestrowanie jako bezrobotna…
Natomiast spory jest katalog oczekiwań i wymagań: bezrobotny ma być stale zdolny i gotowy do podjęcia pracy w pełnym wymiarze, ma zatrudnienia dla siebie sam aktywnie szukać między innymi kontaktując się bezpośrednio z pracodawcami, czyli ma też zachowywać co najmniej „schludny” wygląd i ubiór itp. A za co? Skąd pieniądze na utrzymanie dachu nad głową, ogrzewanie, wodę, gaz, prąd, ubiór, leki, jedzenie… tu już urzędas i biurwa cholerna wzrusza ramionami: ich to nie obchodzi, zresztą oni po prostu realizują ustawę gdyż mają taki obowiązek, a nie są przecież jej autorami. W ostateczności, w przypływie dobrego humoru, doradzą bezrobotnemu by udał się do… pomocy społecznej. Jeśli to zrobi – tam spotka się z pogardą, podejrzliwością posuniętą do paranoi, odarciem z wszelkiej ludzkiej intymności i godności osobistej oraz z propozycją „pomocy”; 200 – a najwyżej 400 złotych.

Jest tu ewidentna luka w ustawie – lecz konwencja nakazuje udawać, że jej nie ma, by nie urazić nieobeznanych z problematyką durniów czy osłów którzy to wymyślili. Nie da się żyć „za darmo”, więc człowiek postawiony przez społeczeństwo w takiej sytuacji – szuka alternatywnych form i źródeł doraźnego zarobkowania, które przy latami trwającym bezrobociu i braku pomocy – przekształcić się mogą w źródła skutecznie zastępujące pracę za minimalnym wynagrodzeniem. Jest to także wylęgarnia patologii prawnej i moralnej, która podnosi koszt społeczny tego stanu.
Brak pracy niesie za sobą degradację nie tylko ekonomiczną ale głównie psychiczną. Człowiek w okresie liczonym dziś na średnio dwa lata bezskutecznego poszukiwania zatrudnienia – staje się niezdolny do narzucenia sobie dyscypliny wewnętrznej potrzebnej do tego, aby wstać o 5.00 czy 6.00 umyć się i ubrać w uprzednio przygotowane ubranie, zdążyć na autobus czy tramwaj do pracy, w pracy poddać się podporządkowaniu przełożonego który nakazuje co, kiedy i jak ma robić, itp. Jest to tym bardziej aktualne im bardziej dotyczy osób starszych, których się dziś z zasady nie zatrudnia – z powodu „bo nie”. Upadek do poziomu kloszarda wcale nie jest uzależniony jedynie ekonomicznie, niezależnie od tego odbywa się także w sferze psychologicznej, desocjalizacji, trwałej utraty zdolności do pracy jedynie z powodu długotrwałego odrzucenia przez społeczeństwo. Po pewnym czasie człowiek taki nadaje się już tylko do resocjalizacji, wymaga długiego i kosztownego procesu przywracania do społeczeństwa. Konieczność zdobycia środków na życie i zdolności przystosowawcze człowieka są jednym z wyjaśnień przyczyn opisanej sytuacji; że większość długotrwale bezrobotnych zaczyna w pewnym stadium wyobcowania unikać pracy najemnej a pozostają bezrobotni jedynie dla ubezpieczenia zdrowotnego.
Lecz przecież to społeczeństwo ich takimi uczyniło!

Trudno się dziwić, że urzędnik stara się działać metodami urzędniczymi; chce poprawić statystyki manipulując danymi zamiast zająć się przyczyną problemów z którymi walczy – dokładnie jak dyrektor Kolbiarz. Wszyscy dziś wiedzą, że prawdziwa przyczyna tego i wielu innych problemów ma podłoże ideologiczne usytuowane w umysłach przywództwa Platformy Obywatelskiej, a z tym – jak za poprzedniej „jedynie słusznej” ideologii oraz jedynie słusznej partii – nikt nie śmie dyskutować, bo nie chce zostać zaszczuty przez tabuny „aktywistów medialnych” posługujących się z wprawą mową nienawiści. Skoro nie da się usunąć przyczyn a trzeba coś robić – to pozoruje się takie działania jak to zrobił Kolbiarz. Wiadomo przecież, że praca dotowana na kilka miesięcy szybko się skończy i osoby tak zatrudnione stawią się ponownie do PUP w Nysie – celem zarejestrowania jako bezrobotne, że osoby czasowo pozbawione statusu – po upłynięciu okresu karencji znów powrócą do rejestru bezrobotnych. Dokładnie tak samo było przecież z tak zwanymi „szkoleniami bezrobotnych” za pieniądze Unii (EFS); wszyscy wiedzieli wówczas, że to niczego nie zmieni, bo jak pracodawca przed szkoleniem nie chciał zatrudniać osób w wieku 50+ z sobie tylko znanych przyczyn, tak i po szkoleniu podania o pracę tych osób pozostawały bez odpowiedzi z powodów znanych jedynie pracodawcom. Kilka miliardów euro wydano na stworzenie fikcji „walki z bezrobociem” oraz fikcji „solidarności pokoleń”, przy okazji wiele instytucji szkoleniowych nieźle się dorobiło, fundusze zostały „sprywatyzowane” – czyli wszystko zgodnie z „ideologią chciwości” naszych „liberałów” z KLD rodem…
Co do ubezpieczenia zdrowotnego – wiadomo, że zgodnie z obowiązującą w tym kraju Konstytucją wszyscy obywatele mają prawo do nieodpłatnej podstawowej opieki zdrowotnej, więc co to za różnica – kto, jaka instytucja będzie tą, która zgłosi obywatela do tego ubezpieczenia; urząd pracy, fundusz zdrowia, urząd gminy czy jeszcze ktoś inny. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej jest jednak dla Donalda Tuska i koalicji partii rządzących fikcją, nie maja prawa jej zmienić ale i też nie mają najmniejszego zamiaru przestrzegać jej postanowień czy realizować ich.
Kto ma finansować składki ubezpieczenia zdrowotnego? Dyrektor Kolbiarz mówi: nie ja. Nie ja, bo mi to obniża zarobki. Dlatego zaczyna walkę z bezrobotnymi zamiast walki z przyczynami ich bezrobocia. Zresztą; dużo łatwiej jest znaleźć „haka” na bezrobotnego, by go choć na kilka miesięcy pozbawić statusu czyli UKRYĆ przed opinią publiczną, niż odbudować zrujnowaną gospodarkę krajową, odbudować przemysł produkujący krajowe wyroby na rynek wewnętrzny za pomocą lokalnej siły roboczej, zastosować prawdziwy program przekwalifikowań i aktualizacji kwalifikacji, by zbliżyć jak największą liczbę kandydatów do zatrudnienia – do oczekiwań pracodawców itp. Dla czynownika jedynie ważne jest jego biurowe podwóreczko, by „u mnie było w sprawozdaniach dobrze”. Bezrobotny skierowany na prace interwencyjne jest tam traktowany „jak obcy” czy jak pracownik tymczasowy i po upływie terminu umowy o pracę na czas określony – powróci do rejestru bezrobotnych by zapewnić pracę urzędnikom z PUP i dać im alibi na nagrody i premie. A od reszty spraw – jest zwierzchność.
Ale „zwierzchność” tego chyba nie wie, że „jest od reszty spraw”…

Zwierzchność harata w gałę…


27/06/2013

Czerwiec – kolejnym miesiącem szkodliwej propagandy sukcesu Ministra Pracy.

Na stronie MPiPS ukazała się kolejna notka „informacyjna” w aurze sukcesu ukazująca kolejny spadek wysokości stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego. Jest zatytułowana: „Czerwiec kolejnym miesiącem spadku bezrobocia.”
Jednak żadnego sukcesu tu nie ma. Podobnie jak i w maju – w czerwcu wskaźnik bezrobocia nieco spadł – z 13.5 do 13,2%. To zjawisko normalne związane z porą letnią, sezonem urlopowym.

W miejscowościach wczasowych otwierane są na 2 miesiące małe punkty gastronomiczne – te słynne nad morzem smażalnie ryb i placków ziemniaczanych, frytek itp, punkty sprzedaży „pamiątek z wakacji”, dodatkowe punkty sprzedaży lodów czy słodyczy - w tym obnośne bezpośrednio na plażach i deptakach. To oczywiście stwarza zapotrzebowanie na pewną liczbę niewykwalifikowanych pracowników, najczęściej ludzi młodych, zatrudnianych na umowy śmieciowe lub czasowe, wyłącznie na czas wakacji. To praca bez przyszłości, ewidentnie sezonowa. Po prostu – tak zwana „możliwość dorobienia” albo zarobienia przez jeden miesiąc – na drugi miesiąc wakacji dla studentów.
I świetnie, że jest.
Tyle że to nie ma nic wspólnego ze spadkiem bezrobocia.

Najbardziej istotnym jednak powodem nieznacznego ale jednak obniżenia się wskaźnika bezrobocia, jest zmasowana akcja interwencji na rynku pracy. Interwencji polegającej na dotowaniu zatrudnienia, czyli uruchamianiu staży płatnych z FP, prac interwencyjnych i robót publicznych – dotowanych także mniej więcej w 50%.
Wiele firm czy szczególnie instytucji po prostu nastawiło się na wykorzystywanie powstającej w ten sposób „taniej siły roboczej”, jednak są to zjawiska bezpośrednio i ściśle uzależnione od dotowania. Polegają one praktycznie na zatrudnianiu osób spośród bezrobotnych zarejestrowanych w PUP na umowę na czas określony i wyłącznie z płacą równą minimalnemu ustawowo określonemu wynagrodzeniu. Jest to umowa na czas określony… okresem dotowania; potem nie ma dotacji – to i nie ma zatrudnienia. Oczywiste więc wydaje się, że dawać to może wyłącznie efekt chwilowy podobnie jak wspomniane zatrudnienie, sezonowe (wakacyjne). Podobnie też jak i w pierwszym przypadku absolutnie pewne jest, że po okresie tak zdefiniowanego zatrudnienia – 99,9% tych osób powróci natychmiast do rejestru osób bezrobotnych prowadzonego przez właściwy dla nich PUP.
Po prostu: zatrudnienie takie jest interwencją w rynek – nastawioną na chwilową pomoc osobom bezrobotnym w utrzymaniu się „na powierzchni”, ale jest to pomoc czasowa. Jest to skwapliwie wykorzystywane przez pracodawców do zmniejszenia swoich kosztów poprzez wykorzystanie okazji do otrzymania dotacji do zatrudnienia. Wiadomo jednak, że to choć daje „oddech” części bezrobotnych – w niczym nie zmienia sytuacji na rynku pracy, przede wszystkim nie zmienia stanu bezrobocia. Ktoś dwa miesiące popracuje w kiosku albo w biurze – by pracownice etatowe mogły wykorzystać urlopy, ale nie ma tam dla niego docelowo miejsca pracy; w rzeczywistości nie było, nie ma i nie będzie.
Od dotowania zatrudnienia nie przybywa miejsc pracy, zresztą minister pracy nie ma żadnych narzędzi by ilość miejsc pracy zwiększyć, bo brak miejsc pracy dla dwóch milionów osób zdolnych i gotowych do pracy – odzwierciedla stan gospodarki. Niektórzy ekonomiści są nawet zdania, że dotowanie zatrudnienia niszczy czy wypacza rynek, że źle wpływa na stan gospodarki, stan firm, promuje złe zachowania czy praktyki, napędza tworzenie „parszywych” firm które żebrzą potem o dotacje i ulgi podatkowe a bez tego samodzielnie nie są w stanie się utrzymać; szantażują jednak potem władzę „likwidacją miejsc pracy” w przypadku odmowy dalszego dotowania. I argument ten często działa.

Wiele osób jest rzeczywiście od kilku lat w opłakanej sytuacji na rynku pracy, szczególnie osób starszych w wieku produkcyjnym i nie sposób nic nie robić, powstrzymywać się od jakiejkolwiek pomocy organizacyjnej czy jak w tym przypadku częściowo finansowej z pieniędzy publicznych, by im pomóc przetrwać. Ostatecznie państwo – to nie jest jakiś survival, gdzie najsłabsi maja „odpaść” tylko dlatego, że mają taki a nie inny wiek lub zawód. „Odpadając” – tym bardziej obciążają środki publiczne. Pewnie lepiej dać im popracować (częściowo do tego dopłacając pracodawcy) niż kazać im utrzymywać się z zasiłków czy zapomóg pomocy społecznej. Takie względy społeczne, ludzkie ale i ekonomiczne uwzględniające rachunek całościowy – świadczą za interweniowaniem w rynek pracy. To być może zło, ale konieczne.
Jednak równolegle powinny być prowadzone intensywne działania interwencyjne w gospodarce, by możliwe było jak najszybsze powstawanie jak największej liczby miejsc trwałego zatrudnienia. By osoby dziś bezrobotne – w sposób trwały były wykreślane z ewidencji bezrobotnych PUP. Tego nie jest w stanie zrobić Minister Pracy.

Z drugiej jednak strony – przedstawianie sezonowych naturalnych wahnięć zatrudnienia na plus – jako sukcesu w zwalczaniu bezrobocia, osiąganego kosztem ładowania ogromnych kwot w dotowanie zatrudnienia – jest propagandą sukcesu szkodzącą sprawie, bo zaciemniającą prawdziwy obraz bezrobocia w tym kraju.
Wiadomo, ze Platforma Obywatelska gwałtownie potrzebuje ostatnio sukcesów, jakichś „dobrych wieści” i spadek bezrobocia byłby tym oczekiwanym argumentem politycznym. Ale spadek rzeczywisty a nie sezonowe wahnięcia podane w propagandowym sosie.
A na rzeczywisty spadek – trzeba zapracować, przede wszystkim zaś moim zdaniem zrezygnować choć częściowo z ideologii nieingerencji w gospodarkę, tego gapienia się na gospodarkę jak miłośnik rybek na akwarium i mówienia: ciekawe co zrobią przedsiębiorcy, ciekawe jak zareaguje gospodarka… Ale Panowie: pobudka! To już się nie sprawdziło! To piękna bajeczka nawiedzonych teoretyków ekonomii! Marzenie anarchizujących „liberałów”. Tak już nikt nie robi w Europie – gdzie się w sposób dyskretny i skuteczny steruje własną gospodarką i warunkami jej funkcjonowania kosztem sąsiadów, korzystając z durnego zagapienia się polskich politycznych gamoniów i prostaczków z kompleksem niższości wobec Europy i Świata, marzących jedynie o pensji parlamentarzysty europejskiego!
Już dość sytuacji, gdy Polska jest traktowana jak podlotek z prowincji, której się daje w prezencie piękną suknię tylko po to – by ją „wycyckać” wtedy, gdy będzie z zachwytem ten ciuszek przymierzała. A to wy tak traktujecie Polskę. Choć nie zawsze wy „cyckacie”, bo nawet tego dobrze nie umiecie!
Dość tego!
Bezrobocie nie maleje i karygodne jest przedstawianie drobnych sezonowych wahań jako dowodu sukcesów władzy w „walce z bezrobociem”. Jest to karygodne, ba za wskaźnikiem bezrobocia w rzeczywistości stoją prawdziwi ludzie, ich bieda, troska, ich los i życie.
O tym politycy najwyraźniej zapominają.
Przypomnienie jednak może być bardzo bolesne…


bezrobocie spadło.

23/06/2013

Społeczeństwo – niechżyje! Na przekór tuskom…

Szesnastego listopada 2007 roku Donald Tusk został powołany i zaprzysiężony na Prezesa Rady Ministrów. Powołano i zaprzysiężono także osoby wchodzące w skład jego rządu. Tydzień później Rząd uzyskał wotum zaufania Sejmu PR.
Od początku 2008 roku zaczęło gwałtownie rosnąć bezrobocie. Z 1.474.000 wzrosło ono do 1.983.000 osób (II kw.2011), czyli o 509.000 osób. Jednocześnie w latach 2008 – 2011 znacząco malała liczba ofert pracy a jednocześnie rosła liczba absolwentów gotowych podjąć pracę. W II kw. 2011 roku ponad 400.000 młodych ludzi – do 24 roku życia – zarejestrowanych było jako bezrobotni. Najszybciej w tym okresie rosła liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem: ze 144.000 osób w 2008 r. – do 250.000 osób w 2011 r., czyli o ponad 70%. W efekcie tego zwiększyła się ponad trzykrotnie liczba bezrobotnych przypadających na jedną ofertę pracy.
W II kwartale 2011 r. w Polsce pracowało 14.153.000 obywateli. Wskaźnik zatrudnienia osób będących w wieku produkcyjnym (18 – 59 lat kobiety i 18 – 64 lat mężczyźni) był jednym z najniższych w Europie i wyniósł 57,8%. Osiągnięcie wartości średniego europejskiego wskaźnika wymagałoby zatrudnienia jeszcze 2.600.000 osób z grupy obywateli w wieku produkcyjnym.
W tym czasie prawie 2 miliony Polaków pracowało za granicą na rzecz rozwoju gospodarczego państw do których wyemigrowali „za praca” (dokładniej 1.940.000 osób – stan na II kw. 2011 r.). W tym samym czasie w kraju natomiast było zarejestrowanych nieco ponad 2 miliony osób bezrobotnych, czyli osób zdolnych i gotowych podjąć pracę – dla których nie było oferty zatrudnienia (dokładniej 2.097.000 osób, stan na II kw. 2011 r.). W sumie więc dla gospodarki polskiej nie pracowało 4.037.000 osób mogących pracować dla Polski co stanowi nieco ponad 28,5% wszystkich obywateli w wieku produkcyjnym.
W roku 2011 rozpoczęła się przewidywana aż do 2015 roku fala wchodzenia na rynek pracy absolwentów szkół ponad-gimnazjalnych. Liczba ich określana jest łącznie na 3.500.000 a wiec średnio 400.000 absolwentów co roku, w ciągu pięciu kolejnych lat. Dziś jesteśmy w połowie tego okresu i stan bezrobocia w grupie absolwentów jest katastrofalny. Najprawdopodobniej przekształci się on w kolejną falę masowej emigracji zarobkowej czy też co najmniej przemieszczania się młodych Polaków w ramach strefy swobodnego przepływu osób z Polski do innych krajów UE o lepszych perspektywach życia i pracy.
To ostatnia fala młodej siły roboczej i intelektualnej; w przyszłości prognozuje się pogłębiający się niż demograficzny, prowadzący do starzenia się społeczeństwa. Oznacza to utratę niezwykle cennego zasobu narodowego o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości Polski, bo jak wskazują wszystkie współczesna badania, szansa powrotu do kraju tych młodych ludzi którzy znaleźli za granicą stabilizację zawodową i rodzinną – jest minimalna.
Niezwykle pilne były i nadal są więc działania nakierowane na tworzenie miejsc pracy a więc na rozwój gospodarki krajowej. W celu zapobieżenia masowej emigracji musiałoby powstać dwa miliony miejsc pracy. Ponadto zasadnicze znaczenie ma także kwestia płac, których wzrost nie podąża za wzrostem wydajności pracy jak to ma miejsce w krajach UE i jest sztucznie hamowany (wskaźnik 0.28) , co znacznie podnosi atrakcyjność pracy za granicą szczególnie dla osób młodych „na dorobku”.

Większość urzędów pracy wykazała się bardzo niską efektywnością wykorzystania środków Funduszu Pracy na „zwalczanie bezrobocia” (rzędu 30 – 50%) a tylko nieliczne z nich osiągnęły efektywność ponad 70%. Sposób określania efektywności nakierowany był na uzyskanie dobrych danych statystycznych a nie na trwały rzeczywisty efekt.
Ogromne kwoty poświęcono na finansowanie szkoleń dla bezrobotnych zmieniających kwalifikacje lub aktualizujących je, ale za tym nie prowadzono promocji tych działań i promocji „absolwentów” tych szkoleń wśród pracodawców, co dało niezwykle mizerny efekt w porównaniu z wydatkowanymi środkami. Osoby przeszkolone mimo szkolenia nie uzyskiwały zatrudnienia i ponownie powracały do rejestru bezrobotnych.
Ogromne środki przeznaczono na dofinansowanie organizacji staży dla osób bezrobotnych. Założeniem tu była promocja konkretnych osób, zaakceptowanych i przyjętych przez pracodawcę do odbycia stażu zawodowego na podstawie deklaracji następującego po tym zawarcia z nimi stosunku pracy. Tymczasem pracodawcy uczynili sobie z tego metodę na pozyskiwanie bardzo tanich pracowników, których zatrudnienie było finansowane z Funduszu Pracy i w niczym nie wiązało pracodawcy ze stażystą (brak jakiejkolwiek umowy) a po upłynięciu okresu stażu bardzo często nie wywiązywali się oni z deklaracji dalszego zatrudnienia tych osób. Wielu pracodawców wręcz w taki sposób zorganizowało prace, że część zadań dotychczas wykonywanych przez pracownika etatowego – przeznaczyli do wykonywania przez kolejnych kierowanych z Urzędu Pracy stażystów. Stażyści ci nie generowali dla pracodawcy żadnych kosztów; ich praca wiązała się z otrzymywaniem od Urzędu Pracy jedynie stypendium stażowego w wysokości porównywalnej z zasiłkiem dla bezrobotnych, wypłacanego z Funduszu Pracy.
Pracodawcami organizującymi staże dla bezrobotnych były głównie instytucje samorządowe powiatowe i gminne w tym i same Urzędy Pracy (dotyczy to także i innych form zatrudnienia dotowanego), co powodowało jedynie w ostatecznym rozrachunku transfer pieniędzy z zasobów Funduszu Pracy do kasy powiatu lub gminy poprzez zastępowanie pracowników – stażystami opłacanymi ze środków FP.
Podobnie formy dotowanego w ok. 50% zatrudnienia w formie tzw. „prac interwencyjnych” lub „robót publicznych” okazały się źródłem taniej siły roboczej na czas określony uwarunkowany okresem dotowania, ale nie odegrały żadnej roli w promocji zatrudnienia skutkującego trwałym wykreśleniem bezrobotnego z rejestru Urzędu Pracy. Wszystkie te działania w rezultacie nakierowane były na pomnożenie zysku przedsiębiorców w tym „odzyskanie” co nieco z zasobów FP, tworzonego obowiązkowo ze składek pracodawców a nie skutkowały zmniejszeniem bezrobocia.
Wręcz przeciwnie: stanowiły one element stabilizujący bezrobocie na wysokim poziomie z tendencją do stałego wzrostu.

Pomimo tak dramatycznego stanu, w połowie 2011 roku Rząd drastycznie zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, zredukowano także budżety Powiatowych Urzędów Pracy o 30% w 2011 r., obcinając fundusze na zwalczanie skutków bezrobocia. W 2012 roku Rząd ponownie okroił budżety Urzędów Pracy co zmniejszyło możliwości finansowania podstawowych instrumentów rynku pracy. W 2012 roku urzędy pracy w wielu powiatach już przed połową roku wyczerpały środki na działania, posiadając jedynie możliwość finansowania tego co już zostało rozpoczęte; zapanował zastój i marazm. W rezultacie tego stan środków na koncie Funduszu Pracy wzrósł do 7.200.000.000 zł ze składek pracodawców. Przyczyną tego było traktowanie przez Ministra Finansów zasobów FP jako zasobów Skarbu Państwa lub przynajmniej zasobów pod bezpośrednim zarządem resortu finansów, stanowiących element stabilizacji finansowej państwa. W rezultacie to Minister Pracy jako dysponent zasobów Funduszu Pracy będącego przecież funduszem celowym, musiał ubiegać się w Resorcie Finansów o przekazanie jakiejkolwiek kwoty z FP do dyspozycji Resortu Pracy. Było to skandaliczne w tak trudnych okolicznościach panujących na rynku pracy.
W 2013 roku resort pracy dysponuje już dużo większymi zasobami finansowymi niż w omawianym okresie.
Okres ten, okres głównie pierwszego gabinetu Donalda Tuska, z punktu widzenia zwalczania przyczyn i skutków bezrobocia trzeba uznać za skandalicznie zmarnowany. Dopiero w roku bieżącym zaczęły powstawać projekty zmian systemowych, mających w zamiarze Ministra Pracy radykalnie wpłynąć na stan bezrobocia. Oczywiście – skuteczność tych zmian jest co najmniej dyskusyjna i zostanie dopiero z czasem zweryfikowana.
Jednocześnie korzystając z nieco bardziej dostępnych zasobów FP resort pracy rozpoczął zakrojoną na szerszą skalę akcję interwencji na rynku pracy poprzez dotowanie zatrudnienia czasowego w ramach „prac interwencyjnych” i „robót publicznych”. Ma ona niewątpliwie duże znaczenie dla podratowania kondycji osób długotrwale bezrobotnych i bezskutecznie od 2, 3, 4 lat, lub nawet jeszcze dłużej – poszukujących jakiegoś stabilnego zatrudnienia; w szczególności dotyczy to ludzi młodych oraz osób z grupy tzw. „50+” jeszcze walczących o powrót w sposób trwały do pracy, szczególnie w związku z wydłużeniem okresu pracy niezbędnego do uzyskania uprawnienia do emerytury. Akcja dotowania zatrudnienia jednak ma niewielki wpływ na stan bezrobocia; powoduje wahania stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego, co usłużna propaganda Platformy Obywatelskiej przedstawia jako sukces szumie zwany „spadkiem bezrobocia”. Jednak w zatrudnienia dotowane interwencyjnie jest już niejako z góry wpisany powrót osoby zatrudnionej do rejestru bezrobotnych: zatrudnienie bezrobotnego na prace interwencyjne na 4 miesiące, co jest równoznaczne z zawarciem umowy o pracę na czas określony 4 miesięcy pod warunkiem dotowania tego zatrudnienia na poziomie 50%, jest przez Urzędy Pracy wykazywane jako sukces w zwalczaniu bezrobocia, gdyż bezrobotny uzyskuje zatrudnienie na czas „nie krótszy niż trzy miesiące”, co jest traktowane jako „trwały powrót do pracy”. Tymczasem z chwilą zawarcia tej umowy na okres czterech miesięcy, powrót tej osoby bezrobotnej po zakończeniu okresu zatrudnienia dotowanego do rejestru bezrobotnych w większości przypadków jest pewny i nieunikniony, więc jest to raczej „ukrywanie bezrobocia” niż jego zwalczanie.

Podobnie jak w przypadku stażystów, pracodawcy zastępują pewne miejsca zatrudnienia osobami wykonującymi prace interwencyjne, co daje podwójną korzyść: praca jest wykonana a jeszcze przynosi ograniczenie kosztów.
Tymczasem prócz elementarnych środków do przetrwania (płaca 1186 zł netto) i utrzymania aktywności pracowniczej – w niczym nie zmniejsza to bezrobocia ani nie daje trwałego efektu, dlatego przedstawianie drobnych wahań stopy bezrobocia w dół kosztem wydatkowania sporych kwot na dotowanie zatrudnienia nie dającego żadnego trwałego efektu – jest wyłącznie oszukańczą propagandą polityczną.
U podstaw wszystkich wyżej naszkicowanych problemów leży fakt, że bezrobocie jest w istocie nadwyżką podaży pracy nad popytem na nią a więc jest to problem gospodarki, który powinien być rozwiązywany poprzez aktywne działania na gospodarce narodowej, a więc działania resortu gospodarki i infrastruktury a nie resortu pracy, który może się zajmować „gospodarowaniem” istniejącymi miejscami zatrudnienia, warunkami ich funkcjonowania itp. a nie ich tworzeniem, i w rzeczywistości – to właśnie robi. Jednocześnie jednak obserwuje się absurdalne oczekiwanie, że to resort pracy „zwalczy bezrobocie” podczas gdy w resorcie gospodarki panuje „magiczna” ideologia polityczna oparta na zasadzie „nieingerencji w gospodarkę”, która ma się sama zorganizować dzięki „samoregulacji” realizowanej przez „niewidzialną rękę”.

Wszystkie te problemy wywodzą się więc z ideologii politycznej realizowanej przez rząd Donalda Tuska – jak jakiś eksperyment na żywym (jeszcze) organizmie. Jednak kontynuowanie tego nie jest już możliwe; albo eksperymentator sam zrezygnuje i powróci do metod znanych i sprawdzonych w wielu dobrze funkcjonujących krajach, albo zostanie do tego zmuszony siłą. Jeśli „żywy organizm” – społeczeństwo, szczególnie w swojej części uzależnionej od pracy najemnej a nie należącej do uprzywilejowanych grup „wsparcia władzy” – okaże się na tyle „żywy” by móc się jeszcze bronić i na tyle mądry, by się nie dać podzielić i rozbić przydupnym propagandystom władzy,

28/04/2013

Kuglarstwo, czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi "n"?

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie, korzystając zapewne z możliwości otrzymania wyższych kwot na walkę ze skutkami bezrobocia, wygospodarował większą niż zwykle liczbę miejsc pracy dotowanej – na zasadach interwencji w rynek pracy.
To zjawisko ostatnio dość powszechne w całym kraju, bo wynikające z dyrektyw Ministerstwa Pracy; można oczywiście się spierać czy motywowanych jedynie nakazem zmniejszenia statystyk bezrobocia – dla efektu propagandowego potrzebnego Premierowi, czy też może obudziły się w urzędnikach jakieś ślady drzemiącej w nich solidarności międzyludzkiej, zrozumienia i współczucia… (no, tu chyba już przesadziłem…).
Chodzi o to, że w sytuacji wysokiego bezrobocia (w Nysie – rzędu 24%) urzędy pracy mogą interweniować w rynek pracy poprzez pomoc organizacyjną i finansowanie miejsc pracy dotowanej (do 50% kosztu wynagrodzeń i składek na ubezpieczenie społeczne) na okres do 6 a w niektórych przypadkach 12 lub 18 miesięcy. Tego typu zatrudnienie ustawa nazywa pracami interwencyjnymi oraz robotami publicznymi, zależnie od tego kto jest ich organizatorem. Możliwość ubiegania się jednostek organizacyjnych gmin, instytucji budżetowych, urzędów, instytucji kultury i edukacji – istnieje zawsze, zależnie jedynie od ilości środków jakie poszczególne powiaty mogą czy chcą przeznaczyć na ten cel; gdy są na to środki – powiatowe urzędy pracy ogłaszają także konkursy dla organizatorów staży dla osób bezrobotnych płatnych dla stażysty w wysokości zasiłku dla bezrobotnych, co także jest formą pomocy w postaci aktywizacji bezrobotnego dotowanej na rzecz organizatora stażu. Jednak, gdy staże są formą skierowania na praktykę bez wykreślania bezrobotnego z ewidencji (bez utraty statusu osoby bezrobotnej), trwają 3 – 6 miesięcy i są obliczone na uzyskanie praktyki wykonywania jakiejś pracy i zwiększenia dzięki temu szansy na trwalsze zatrudnienie dzięki poznaniu przez pracodawcę konkretnego stażysty, to prace interwencyjne oraz roboty publiczne są już normalną formą zatrudnienia.
Dotychczas oferty pracy w formie robót publicznych ukazywały się wraz z wszystkimi innymi ofertami za pośrednictwem centralnej wyszukiwarki Powszechnych Służb Zatrudnienia, obecnie często są dostępne lokalnie w PUP. Tego typu praca to zatrudnienie na umowę o pracę na czas określony, z wynagrodzeniem w wysokości najniższej płacy (obecnie 1600 brutto).
Dla osoby bardzo długo nieraz bezskutecznie starającej się o pracę, nie otrzymującej żadnych ofert od PUP lub mimo ofert systematycznie odrzucanej przez pracodawców podczas rekrutacji (np. pod jakimkolwiek pretekstem a w rzeczywistości – ze względu na wiek), zdobycie takiej pracy jest wielkim szczęściem, bo fakt dotowania zatrudnienia daje jej szansę na pracę a więc i dochód, przynajmniej przez kilka miesięcy. Przy wysokim bezrobociu ludzie pozbawieni pracy bardzo sobie cenią i walczą o takie zatrudnienie, bo jest ono bardziej dostępne (jako że kosztuje pracodawcę dużo mniej), zresztą zdają sobie oni sprawę, że przy ewentualnym „normalnym” zatrudnieniu także ich umowa najprawdopodobniej miałaby charakter czasowy a wynagrodzenie także wynosiłoby „najmniej ile tylko prawo pozwala” czyli 1600 brutto za pełny wymiar czasu pracy.

Podkreślę to szczególnie jeszcze raz: dla osoby przymierającej głodem i zadłużającej się by utrzymać dach nad głową (czynsz), osób które „polują” w PUP na każdą okazję pracy – wywalczenie skierowania na rozmowę rekrutacyjną do pracodawcy przyjmującego na roboty publiczne lub prace interwencyjne oraz pozytywny wynik tej rozmowy – przyjęcie do pracy – to wielka radość i szczęście. Piszę to z własnego doświadczenia, zarówno jako były „stażysta” PUP oraz pracownik zatrudniony na zasadzie robót publicznych.
Jeśli więc ktoś jest zarejestrowany jako bezrobotny w Nysie od 1996 roku – to znaczy że urząd nie zaoferował mu od tego czasu ani razu żadnej stałej pracy… albo pomimo ofert, żaden pracodawca nie zdecydował się tej osoby zatrudnić? Pytanie – dlaczego. W urzędzie nikt sobie ani pracodawcom tego pytania nie zadał? Przecież przez ten czas człowiek ten zdążyłby skończyć nawet dwie szkoły by się przekwalifikować na inny zawód. Jeśli natomiast to człowiek z pogranicza środowiska patologicznego, to można go było skierować na zatrudnienie socjalne, do CIS czy w ramach przyuczenia do jakichś prostych prac. Jedno jest pewne: człowiek ten nie jest bezrobotny w rozumieniu ustawy a jeśli jest – to znaczy co najwyżej, że ta ustawa jest do niczego.
Wydaje mi się jednak, że chyba żyję w jakimś innym świecie czy wymiarze, a to za sprawą „afery” wokół Dyrektora PUP w Nysie – Kordiana Kolbiarza i jego poczynań.

Powiat Nyski boryka się ze sporym kryzysem lokalnego rynku pracy, bezrobocie rejestrowane sięga tam już prawie do 24% choć to nic nie mówi o bezrobociu rzeczywistym. Istotna jest tu liczba ofert zatrudnienia: na przykład w dniu dzisiejszym jest ich łącznie 23 – zebranych z okresu minionych 30 dni. Dla porównania – w Koszalinie w tym samym czasie jest ich 82 a w Warszawie – 319 ofert. Pojawia się ich w Nysie co najwyżej kilka na dzień, natomiast zarejestrowanych bezrobotnych jest tam ponad jedenaście tysięcy, w tym wielu od bardzo dawna, nawet podobno od 1996 roku. Strona PUP lub PSZ wprowadza tu w błąd, gdyż oferty tam publikowane są przez PUP uważane za ważne przez okres 30 dni, natomiast najprawdopodobniej przy tak wielkim bezrobociu przestają być rzeczywiście aktualne już w dniu pierwszej publikacji lub w ostateczności następnego dnia rano. Pojawia się ogłoszenie, natychmiast zgłaszają się do pośredników pracy w PUP osoby bezrobotne oraz osoby poszukujące pracy, kilka z nich jest kierowanych na rozmowę do tego pracodawcy poszukującego pracownika i najczęściej jedną z nich ten pracodawca wybiera, powiadamiając o tym urząd pracy. Oferta w rzeczywistości w tym momencie przestaje być aktualna, przestaje już być aktualna gdy urząd skieruje tam 5 – 6 osób i pozostałym każe czekać na efekt, ale w PUP „wisi” ona na wykazie ofert jeszcze przez miesiąc. Żaden pracodawca nie będzie czekał aż miesiąc z faktycznym zatrudnieniem wybranego kandydata, jedynie po to, by spełnić jakieś biurokratyczne standardy PUP. Oceniając ilość ofert trzeba to uwzględnić, więc okazuje się, że jest ich w Nysie bardzo mało.
Wracając do problemu „udawanych” bezrobotnych, jak pisałem powyżej; by zweryfikować bezrobotnego należy go wezwać do urzędu i wręczyć ofertę pracy, z obowiązkiem poinformowania urzędu następnego dnia o wyniku rozmowy z pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Pracodawca nie ma obowiązku przyjąć kandydata skierowanego przez PUP i wówczas bezrobotny czeka na kolejną ofertę, albo decyduje się zatrudnić go (np. na okres próbny) informując o tym PUP.
Otóż dyrektor Kolbiarz wykorzystując zapewne dodatkowe pieniądze na zwalczanie bezrobocia jakie są do dyspozycji od początku br. – współpracując z lokalnymi instytucjami zorganizował pewną ilość miejsc pracy dotowanej na zasadach robót publicznych i skierował na nie (z inicjatywy urzędu) osoby bezrobotne najdłużej pozostające w rejestrze. Jak pisałem – normalnie ludzie starają się o te skierowania, bo to jest po prostu płatna praca, chociaż tylko czasowa; w tym przypadku bezrobotni nie musieli o to walczyć a dostali skierowania do pracy na zasadach robót publicznych z inicjatywy urzędu pracy.
Okazało się, że 70% wezwanych osób nie stawiło się w urzędzie i nie stawiło się do pracy jaką im zaoferowano.
Na dodatek, działania dyrektora Kolbiarza zostały skrytykowane zarówno przez dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy i Przewodniczącego Sejmiku Samorządowego, wielkie wątpliwości wyrażał też w tej sprawie dyrektor innego PUP – w Opolu.

W odniesieniu do treści ustawy – sprawa jest oczywista; bezrobotny otrzymał ofertę pracy, odmówił bez wystarczającego uzasadnienia, skwitował milczeniem, okazało się że jest nieobecny, bo pracuje za granicą (bez wiedzy urzędu) lub „jakoś tam” się utrzymuje (na czarno?) i nie potrzebuje takiej oferty – to traci status osoby bezrobotnej oraz związane z tym ubezpieczenie zdrowotne na okres 4 miesięcy po czym, jeśli sam chce, może się ponownie zarejestrować, jeśli tylko będzie wówczas spełniał wymogi ustawowe niezbędne do rejestracji. Podobno są plany wydłużenie tego okresu do 9 miesięcy. To absolutnie oczywiste i szkoda się nad tym rozwodzić.
Czy jednak był to ktoś kto świadomie wyłudza jedynie składkę ubezpieczenia?
To już nie jest takie oczywiste.
Urzędnicy nie rozumieją sprawy najprostszej, o której już niejednokrotnie pisałem: człowiek który został zwolniony z pracy ma początkowo jakieś niewielkie oszczędności, być może 2 – 3 tysiące odprawy czy odszkodowania, ale przy braku dochodów kwoty te niezmiernie szybko się wyczerpują i zostaje bez środków do życia (jeśli nie należy do tych 16% otrzymujących przez kilka miesięcy zasiłek dla bezrobotnych). Byłoby inaczej, gdyby urzędy pracy działały bardzo szybko i posiadały dużo ofert zatrudnienia, ale tak nie jest. Człowiek któremu skończą się posiadane zasoby, by utrzymać dach nad głową, by móc poszukiwać pracy i rozmawiać z pracodawcami – musi mieć wystarczające środki finansowe; oceniam je dziś, poza największymi ośrodkami, na 1450 – 1500,- netto, czyli rzędu 1900 – 2000,- brutto. Tymczasem zasiłek dla szczęśliwców którzy wykażą prawo do jego otrzymywania (16% bezrobotnych) wynosi ok. 800,- zł a najniższe wynagrodzenie na pełnowymiarową pracę – 1600,- brutto czyli 1180,- netto.
Człowiek nie może żyć bez pieniędzy, miesiącami czekając na jakąś ofertę pracy – jak tego od niego oczekuje ustawa czy dyrektor PUP – Kolbiarz czy jakikolwiek inny. Człowiek, gdy nie widzi szansy na ofertę pracy – sam szuka WSZELKICH MOŻLIWOŚCI zarobienia na podstawowe utrzymanie; wyjeżdża do pracy dorywczej do innego województwa albo za granicę, nie chcą go zatrudnić „normalnie” to zarabia „na czarno” – bo po prostu CHCE ŻYĆ – czyli MUSI ZAROBIĆ!.
Oczywiście; zadeklarowani oszuści czy lenie zdarzają się, to pewien margines, ale można wiele wspomnianych przypadków wyjaśnić po prostu opieszałością urzędu pracy, która wynika z kolei z zastoju gospodarczego, złej polityki gospodarczej lub jej braku – zastąpionym ślepym zdaniem się władzy na zarządzenia Komisji Europejskiej i jej dyrektywy. Człowiek po prostu nie chciał się stoczyć na śmietnik, oczekując bezskutecznie miesiącami na ofertę pracy z urzędu, więc podjął jakieś działania, choćby doraźne i nie jest niczym uzasadnione oskarżać go o próbę oszustwa czy wyłudzenia. Jeśli mógł zarobić na życie jedynie pracując nieoficjalnie i tracąc przy tym wiele choćby na IKE – to zrobił to, ale czy to można rozpatrywać w kategoriach jego winy?
To po prostu nienormalne, chore – przy statystycznym okresie poszukiwania zatrudnienia przez bezrobotnych sięgającym 1,5 roku – by oczekiwać, że będą oni szukać pracy albo choćby tylko żyć – bez pieniędzy.
Wspomniane wyżej osoby krytykujące, w działaniach dyrektora Kolbiarza dopatrywały się jedynie chęci manipulowania przy danych liczbowych, danych statystycznych.
Nie chodzi już nawet o dyspozycje władzy (rządu) by zmniejszyć bezrobocie rejestrowane (poprawić statystyki) z powodów politycznych. Nie zapominajmy, że minister pracy wprowadza także zmiany sposobu oceny poszczególnych PUP, łącznie z wpływem efektów pracy PUP na płace zatrudnionych w nim urzędników. Urzędy Pracy mają być rozliczane indywidualnie z efektów „aktywizowania bezrobotnych”, dlatego walka o korzystne dane statystyczne będzie narastała w całym kraju, nie tylko w Nysie.
Oczywiście, że można dość szybko, sztywno trzymając się treści ustawy, doprowadzić do zmniejszenia ilości osób zarejestrowanych w PUP o połowę czy nawet dwie – trzecie, ale ludzie ci w większości nadal pozostaną bezrobotni.

Obawy przed manipulacją danymi choćby dla celów kampanii wyborczej nie są tak nieuzasadnione, jakby się wydawało; ostatecznie był już okres „administracyjnego zmniejszania bezrobocia” na polecenie władzy, za czasów Jolanty Fedak z PO, będącej od 2007 roku ministrem pracy w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Urzędy Pracy praktykowały wówczas np. wręczanie bezrobotnym po 2 – 3 oferty pracy jednocześnie, w taki sposób by nie byli oni w stanie choćby pod względem czasowym stawić się w ciągu jednego dnia na rozmowy u wskazanych 2 – 3 pracodawców, by potem właśnie za niestawienie się u któregoś z nich „z winy bezrobotnego” – karnie wykreślać ich z rejestru PUP. Są to jak najbardziej metody godne władzy z PO, stąd i dziś poważne obawy i zastrzeżenia nie tylko bezrobotnych, ale i osób odpowiedzialnych na wysokich stanowiskach.
Sprawy rejestru i tzw. „fikcyjnych bezrobotnych” trzeba uregulować, to oczywiste.
Jedyną jednak metodą rzeczywistego zmniejszenia bezrobocia jest zwiększenie ilości miejsc pracy np. poprzez odbudowę niektórych zniszczonych w latach 90-tych gałęzi przemysłu, zmniejszenia importu wyrobów gotowych (np. z Niemiec) w zamian za zwiększenie krajowej produkcji, czasowe ograniczenie napływu pracowników najemnych ze wschodu i uruchomienie odpowiednich i celowych instrumentów pomocowych.
Dotowanie zatrudnienia choćby we wspomnianych stażach, pracach interwencyjnych czy robotach publicznych jest „majstrowaniem przy statystykach” i to na krótką skalę, gdyż nie wiąże się z powstaniem nowego trwałego miejsca pracy, ale wiąże się z wykreśleniem bezrobotnego z ewidencji na czas tego zatrudnienia. Oczywiste jest, że osoba zatrudniona w ramach prac interwencyjnych czy robót publicznych z całą pewnością powróci do rejestru bezrobotnych po zakończeniu tej czasowej umowy o pracę a to nie jest „walką z bezrobociem” a właśnie „walka ze statystykami” tylko na krótki okres, na przykład – na czas wyborów…

_______________________________
Tekst zainspirowany artykułem: 
Arkadiusz Kuglarz: „Walka z bezrobociem czy statystyką bezrobocia”.

Odwiedziny: