BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oszustwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą oszustwo. Pokaż wszystkie posty

25/04/2014

„Dziwne” umowy związane z zatrudnieniem.

Niedawno przedstawiałem cechy i podstawy prawne umów zlecenia – tak jak one powinny funkcjonować w prawie cywilnym. Stwierdziłem jednocześnie, że w związku z przyjętą zasadą, iż umowa jest umową o pracę wówczas gdy zawiera w sobie wszystkie jednocześnie cechy stosunku pracy – niektórzy pracodawcy łamią prawny zakaz zastępowania umów o pracę umowami zlecenia w ten sposób, iż pozbawiają faktycznie albo choćby pozornie stosunek łączący ich z pracownikiem choć jednej cechy charakterystycznej dla stosunku pracy, by twierdzić oficjalnie że to jest umowa zlecenia. To jest oczywiście oszustwo w sensie oceny intencji, ale prawo przeważnie nie ocenia intencji a posługuje się „literą prawa” w formie „suchego” zapisu, zasady – dającej się zinterpretować. Po prostu – język nie jest narzędziem w tym wypadku dość precyzyjnym by wyrazić jakąkolwiek myśli w sposób absolutnie nie podlegający interpretacji. Co prawda niegdyś funkcjonowała zasada iż to jedynie prawodawca (czyli Sejm oraz do pewnego stopnia SN a w sprawach Konstytucji – TK) ma prawo interpretować prawo, lecz dziś jak się wydaje każdy rości sobie prawo interpretowania wszystkiego i jeszcze nazywa to „wolnością”. „Litera prawa” także wydaje się być tworzona umyślnie w sposób dający możliwość „balansowania na granicy”, pole do popisów i zarobków dla cwanych zawodowców…

Lecz, powracając po powyższej dygresji do spraw pracy – w tym wypadku prawo stwierdza, że stosunek pracy ma miejsce wtedy, gdy praca jest wykonywana na rzecz pracodawcy (tego który zawarł umowę) i jest to praca określonego rodzaju, gdy jednocześnie odbywa się w czasie i miejscu wyznaczonym przez pracodawcę i pod jego kierownictwem oraz gdy przy tym co powyżej – jest ona wykonywana za wynagrodzeniem. Ponadto praca jest wykonywana osobiście bez względu na jakiekolwiek okoliczności, pracownik ma jedynie obowiązek starannego działania w celu osiągnięcia założonego przez pracodawcę rezultatu, ale nie odpowiada przed pracodawcą za osiągnięcie tego końcowego rezultatu a jedynie za wspomnianą staranność swojego działania i nie ponosi także ryzyka prowadzenia przedsiębiorstwa (ryzyka ekonomicznego, organizacyjnego, socjalnego i osobowego). Wszystkie te czynniki łącznie spełnione stanowią podstawę do orzeczenia, że mamy do czynienia ze stosunkiem pracy a więc umową o pracę opartą na Kodeksie Pracy.

To istotne, iż prawo wymaga spełnienia wszystkich tych cech jednocześnie by orzec o istnieniu stosunku pracy, przy czym nie jest ważne by były one spełnione w umowie wiążącej strony, lecz by były spełniane w praktyce jej realizacji, niezależnie od tego jak zostanie nazwana ta umowa. Umowa nazwana „umowa zlecenia” posiadająca wszystkie te cechy jednocześnie – jest po prostu umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami.

Dla wyjaśnienia dodam, że pojęcie podporządkowania pracodawcy oznacza, że to pracodawca w każdej chwili wyznacza pracownikowi zadanie (poprzez strukturę zarządzania i hierarchię służbową), określa miejsce, czas i sposób wykonania każdego z tych zadań a pracownik ma się temu ściśle podporządkowywać, dzięki temu nie odpowiada za skutek ostateczny a jedynie za staranność w wykonywaniu poleceń w ramach tego podporządkowania.

Oczywiście jak łatwo się domyśleć, z umową zleceniem związane są przeciwstawne zasady: brak podporządkowanie „operacyjnego” zleceniobiorcy wobec zlecającego (nie wolno używać określeń „pracodawca” i „pracownik” bo umowa zlecenie nie jest pracą a wykonywaniem zleconej usługi, do czego przepisy kodeksu pracy ani stosowana tam nomenklatura nie ma prawa mieć zastosowania) – który oznacza, że zlecający nie ma prawa do wyznaczania realizatorowi zlecenia ani czasu, ani sposobu i miejsca wykonania zlecenia, prócz tego oczywiście – że w samym zleceniu opisuje co jest przedmiotem tej zleconej usługi oraz przed rozpoczęciem wykonania zlecenia określa „parametry końcowe” typu kolor, kształty, wymiar docelowy itp. oraz termin końcowy wykonania zlecenia. Dopuszczalne jest doprecyzowanie w trakcie wykonywania zlecenia pewnych parametrów lub nawet ich zmiana w stosunku do pierwotnie umówionych, ale wszelkie koszty tego ponosi zlecający oraz naraża się na odstąpienie wykonującego od zlecenia z winy zlecającego.
Wykonawca zlecenia nie dość że nie musi wykonywać go osobiście to jeszcze ma prawo uzasadnionego odstąpienia od jego wykonywania w każdej chwili, oczywiście nie ma tu zastosowania ani nawet mowy o jakimkolwiek „okresie wypowiedzenia” bo jest to cecha stosunku pracy (KP) którym wykonywanie zlecenia przecież, jak już wspominałem – nie jest.
Wykonawca zlecenia działa przy jego wykonywaniu samodzielnie (choć nie zawsze osobiście) w sensie operacyjnym; sam wyznacza sobie czas (porę dnia) realizacji itp. jednak w odróżnieniu od pracy – odpowiada własnym majątkiem za skutek; terminowość oraz zarówno jego brak jak i efekt końcowy; jego poprawność w sensie jakościowym przyjętym w danej branży, czy w znaczeniu reguł np. technologicznych przyjętych w danym zawodzie.
Wykonawca zlecenia może działać nieodpłatnie, co nie jest możliwe przy zatrudnieniu, oraz uzyskuje umówione wynagrodzenie za wykonanie zlecenia po przedstawieniu rachunku zlecającemu i „odebraniu” przez niego rezultatu działań wykonawcy, w sensie zaakceptowania skutku końcowego.

Takie zasady jakby się wydawało dość jednoznacznie pozwalają odróżnić zlecenie od zatrudnienia – przy nastawieniu na praworządność i dobrej woli. Co więcej – dowodzą one, że umowa zlecenia po prostu jest potrzebna, bywa niezastąpiona. Jeśli ktoś dla przykładu ma spory ogród z trawnikiem, może np. zamówić jednorazowe jego skoszenie – zawierając z jakąś osobą fizyczną umowę zlecenia, ustalając w niej termin wykonania (jako termin w którym zadanie ma być już w całości wykonane) oraz wysokość i formę odpłatności. Reszta spraw z tym związana – jest sprawą samego wykonawcy albo jego zastępcy. Zatrudnianie ogrodnika – któremu już się jednak codziennie stawia zadania, który ma być do dyspozycji w określonym przedziale czasowym w ciągu dnia i jest z tego rozliczany, którego posiadacz ogrodu instruuje przed każdym poleceniem – jak je należy wykonywać i sprawdza to na każdym etapie, któremu każe się np. zapłacić za roślinki które się „nie przyjęły” – jest już ewidentnym stosunkiem pracy, mimo że nazwanym „umową zlecenia” i wiąże się z obowiązkiem udzieleniu urlopu wypoczynkowego, zwolnienia lekarskiego, wypłatą wynagrodzenia raz na miesiąc nie później niż do dziesiątego dnia miesiąca następnego (a nie dopiero po wykonaniu pracy), z ubezpieczeniem ogrodnika przez posiadacza ogrodu w ZUS i odprowadzeniem wszystkich należnych składek ubezpieczenia społecznego, zdrowotnego, zaliczki na podatek PIT itp. itd.
Można też zawrzeć w tej sytuacji umowę zlecenia ustalając jako przedmiot umowy – „utrzymanie ogrodu” np. do końca października danego roku. Wchodzą w to bardzo różne prace ogrodnicze i techniczne w tym i koszenie trawnika, jednak to wykonujący decyduje na podstawie swojej wiedzy ogrodniczej kiedy będzie kosił, kiedy sadził a kiedy spał na leżaczku, bo nie może być tu mowy o jakimkolwiek bezpośrednim kierowaniu jego pracą, nadzorowaniu jej na bieżąco, „liście obecności” w pracy czyli w ogrodzie, wyznaczonych godzinach pracy itp. – gdyż wówczas byłby to ewidentny stosunek pracy a nie zlecenie, z wszystkimi tego konsekwencjami o których wyżej. Można więc mieć „stałego” ogrodnika a co za tym idzie bardzo dobrze zadbany ogród i trawnik – nie zawierając z nim stosunku pracy i nie popadając przy tym w konflikt z prawem.

Są jak widać bardzo różne możliwości, sytuacja jest dość elastyczna dla uczciwych. Istnieje niestety bardzo rozpowszechniona i wspierana przez ideologię Platformy Obywatelskiej tendencja do zamiany stosunku pracy na umowę zlecenia – z powodów ewentualnej sporej oszczędności dla pracodawcy, w tym przypadku udającego zleceniodawcę. Oszczędność ta czasem ma charakter obiektywny, wynikający z ograniczeń małej i niedokapitalizowanej działalności gospodarczej, czyli tzw. „dziadowskiej firmy” a może – i to chyba częstszy przypadek – wynikać z chciwości, nieuczciwości, pazerniactwa, sknerstwa, cwaniactwa – czyli z osobistych cech charakteru ludzi. Mimo że prawo pracy jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia – jest to praktyka codzienna i nagminna, dlatego że ta władza po prostu to toleruje. (Podobnie zresztą jest z zatrudnianiem nielegalnym w nieujawnianych przedsiębiorstwach czyli w tzw. szarej strefie).
To jest z kolei powodem znacznego pogorszenia sytuacji osób żyjących z pracy najemnej; nie tylko sytuacji dziś bezpośrednio materialnej.

Przeanalizujmy tu konkretny przykład „z mojego podwórka”– oferty „zatrudnienia na umowę zlecenia” z Powiatowego Urzędu Pracy w Koszalinie (patrz ilustracja).
Już samo określenie „zatrudnienie na umowę zlecenie” oznacza złamanie przepisów prawa, gdyż łączy w jedno określenia prawnie rozdzielone.
To oferta wykonywania pracy magazyniera w spółce z o. o. zajmującej się hurtową sprzedażą części samochodowych. Mamy określenie stanowiska i zakresu obowiązków na tym stanowisku (jako typowe obowiązki magazyniera) a więc jest to praca „określonego rodzaju”, na określonym stanowisku i na rzecz właśnie tego pracodawcy. Są określone wymagania wstępne (wykształcenie, prawo jazdy, doświadczenie zawodowe, komunikatywność, umiejętność „obsługi komputera”) a więc można przypuszczać, że wykonawca nie będzie mógł przysłać w zastępstwie swojego szwagra analfabety, bez „półlitra” – kompletnie niekomunikatywnego a z „półlitrem” – to aż za bardzo, doświadczonego jedynie w powożeniu zaprzęgiem konnym a komputer używającego do łupania orzechów, bo ciężki blaszak okropnie i jak się tak „prockiem” pierdyknie to żaden orzech się nie uchowa… A więc praca musi mieć tu charakter osobisty, musi być osobiście wykonywana przez tego, kto zostanie tu przez ogłoszeniodawcę wybrany w prowadzonej przez niego rekrutacji. Określona jest stawka płacy godzinowej a nie wynagrodzenie za całkowite wykonanie zlecenia, praca została określona jako etatowa – w pełnym wymiarze etatu czyli ustawowe w Kodeksie Pracy średnio 40 godzin tygodniowo (wyraźne odniesienie do przypisów prawa pracy a nie kodeksu cywilnego). Skoro stawka płacy jest godzinowa i limitowany jest czas pracy na zasadzie KP – zrozumiałe, że pracodawca będzie tu musiał rejestrować czas pracy tego pracownika co tym bardziej jeszcze wynika ze zmianowego charakteru pracy (praca na trzy zmiany), będzie go obowiązywała codzienna dyscyplina czasu pracy – gdyż musi przyjść odpowiednio wcześnie i rozpocząć pracę o godzinie ściśle wyznaczonej trybem zmian narzuconym przez pracodawcę. Czas pracy by mieścił się w normie 40-godzinnej będzie musiał być rejestrowany poprzez podpisywanie listy potwierdzającej czas rozpoczęcia pracy, jest to konieczne by wykazać brak godzin nadliczbowych lub ich rozliczenie finansowe (dodatek). Ktoś reprezentujący pracodawcę będzie sprawdzał dyscyplinę tej pracy, obecność, spóźnienia itp. ktoś musi bezpośrednio kierować pracą co najmniej trzech osób z których każda jest na innej zmianie, częściowo pokrywającej się z pozostałymi, przydzielać pracę (odbiorcę towaru do obsłużenia), reagować w przypadku konieczności ustalenia zastępstwa dla osoby chorej – wyznaczanego np., w ramach nadgodzin spośród pozostałych pracowników… słowem jest to praca pod bezpośrednim kierownictwem pracodawcy i z podporządkowaniem mu pracowników.

Teraz już bez wahania używam określeń ściśle związanych z Kodeksem Pracy – ponieważ wszystko tu wskazuje moim zdaniem na ewidentny charakter stosunku pracy a nie umowy zlecenia. Jak się wydaje – oferowana praca ma wszelkie cechu stosunku pracy czyli powinna być zawarta umowa o pracę, a tymczasem pracodawca oferuje tu zawarcie umowy zlecenia.
Najprawdopodobniej jest tu jakiś „haczyk” czyli „kruczek prawny” który pozwala „naciągać” interpretację tej umowy – przedstawiając ją jako zlecenie, gdyż Powiatowy Urząd Pracy nie przyjąłby jako pośrednik takiej oferty – w ewidentny sposób łamiącej prawo, szczególnie ustawowy zakaz zastępowania ofert pracy – umowami zlecenia. Państwo a w tym przypadku Samorząd Terytorialny (PUP jest instytucją samorządu powiatu) – nie może promować ani brać udziału w łamanie prawa.

Powiem szczerze; nawet jeśli jest tu jakiś „kruczek” prawny to wypacza to ewidentnie obraz prawnego podziału pomiędzy KC a KP jako źródłami prawnymi umów dotyczących zatrudniania. „Kruczki” prawne – dowodzą złych intencji; intencji obchodzenia przepisów zamiast ich uczciwego realizowania.

Otóż to wszystko dokładnie wpisuje się w sytuację na „rynku pracy” w Polsce pod rządami Platformy Obywatelskiej – Donalda Tuska, rynku pracy który „rynkiem” nie jest i na dodatek panuje tu samowola, bezprawie, sobiepaństwo – usprawiedliwiane „ideologią chciwości” czy zamiarem budowania „kapitalistycznej klasy średniej” kosztem życia najsłabszych i najbardziej od pracy najemnej uzależnionych.

Ludzie, szczególnie młodzi, żyją w podświadomym przeświadczeniu, że życie i postępowanie innych jest jednak najczęściej zgodne z prawem, że ktoś (państwo) to jednak kontroluje i że jest w życiu miejsce na jakieś zaufanie do ludzi, do państwa, do władzy… Trudno się dziwić, że w takiej jak opisana sytuacji po prostu tracą zdolność pojęcia – o co tu chodzi, jak to jest możliwe.
Powiem szczerze; to jest faktycznie nie do pojęcia.
Stąd bardzo często wypływa ich rozczarowanie, decyzja o emigracji – na jakiś czas – do normalnego kraju a w rezultacie – pobyt w normalnym kraju jeszcze bardziej utrudnia im zaakceptowanie i zrozumienie tego co się dzieje w ich ojczyźnie, co często powoduje decyzję o całkowitej rezygnacji z powrotu. Dotyczy to osób najbardziej wykształconych, najzdolniejszych i najbardziej przygotowanych do samodzielności, w wyniku tego Polska traci wiele osób od których mogłaby zależeć jej lepsza przyszłość.

28/04/2013

Kuglarstwo, czy cwaniactwo urzędnicze do potęgi "n"?

Powiatowy Urząd Pracy w Nysie, korzystając zapewne z możliwości otrzymania wyższych kwot na walkę ze skutkami bezrobocia, wygospodarował większą niż zwykle liczbę miejsc pracy dotowanej – na zasadach interwencji w rynek pracy.
To zjawisko ostatnio dość powszechne w całym kraju, bo wynikające z dyrektyw Ministerstwa Pracy; można oczywiście się spierać czy motywowanych jedynie nakazem zmniejszenia statystyk bezrobocia – dla efektu propagandowego potrzebnego Premierowi, czy też może obudziły się w urzędnikach jakieś ślady drzemiącej w nich solidarności międzyludzkiej, zrozumienia i współczucia… (no, tu chyba już przesadziłem…).
Chodzi o to, że w sytuacji wysokiego bezrobocia (w Nysie – rzędu 24%) urzędy pracy mogą interweniować w rynek pracy poprzez pomoc organizacyjną i finansowanie miejsc pracy dotowanej (do 50% kosztu wynagrodzeń i składek na ubezpieczenie społeczne) na okres do 6 a w niektórych przypadkach 12 lub 18 miesięcy. Tego typu zatrudnienie ustawa nazywa pracami interwencyjnymi oraz robotami publicznymi, zależnie od tego kto jest ich organizatorem. Możliwość ubiegania się jednostek organizacyjnych gmin, instytucji budżetowych, urzędów, instytucji kultury i edukacji – istnieje zawsze, zależnie jedynie od ilości środków jakie poszczególne powiaty mogą czy chcą przeznaczyć na ten cel; gdy są na to środki – powiatowe urzędy pracy ogłaszają także konkursy dla organizatorów staży dla osób bezrobotnych płatnych dla stażysty w wysokości zasiłku dla bezrobotnych, co także jest formą pomocy w postaci aktywizacji bezrobotnego dotowanej na rzecz organizatora stażu. Jednak, gdy staże są formą skierowania na praktykę bez wykreślania bezrobotnego z ewidencji (bez utraty statusu osoby bezrobotnej), trwają 3 – 6 miesięcy i są obliczone na uzyskanie praktyki wykonywania jakiejś pracy i zwiększenia dzięki temu szansy na trwalsze zatrudnienie dzięki poznaniu przez pracodawcę konkretnego stażysty, to prace interwencyjne oraz roboty publiczne są już normalną formą zatrudnienia.
Dotychczas oferty pracy w formie robót publicznych ukazywały się wraz z wszystkimi innymi ofertami za pośrednictwem centralnej wyszukiwarki Powszechnych Służb Zatrudnienia, obecnie często są dostępne lokalnie w PUP. Tego typu praca to zatrudnienie na umowę o pracę na czas określony, z wynagrodzeniem w wysokości najniższej płacy (obecnie 1600 brutto).
Dla osoby bardzo długo nieraz bezskutecznie starającej się o pracę, nie otrzymującej żadnych ofert od PUP lub mimo ofert systematycznie odrzucanej przez pracodawców podczas rekrutacji (np. pod jakimkolwiek pretekstem a w rzeczywistości – ze względu na wiek), zdobycie takiej pracy jest wielkim szczęściem, bo fakt dotowania zatrudnienia daje jej szansę na pracę a więc i dochód, przynajmniej przez kilka miesięcy. Przy wysokim bezrobociu ludzie pozbawieni pracy bardzo sobie cenią i walczą o takie zatrudnienie, bo jest ono bardziej dostępne (jako że kosztuje pracodawcę dużo mniej), zresztą zdają sobie oni sprawę, że przy ewentualnym „normalnym” zatrudnieniu także ich umowa najprawdopodobniej miałaby charakter czasowy a wynagrodzenie także wynosiłoby „najmniej ile tylko prawo pozwala” czyli 1600 brutto za pełny wymiar czasu pracy.

Podkreślę to szczególnie jeszcze raz: dla osoby przymierającej głodem i zadłużającej się by utrzymać dach nad głową (czynsz), osób które „polują” w PUP na każdą okazję pracy – wywalczenie skierowania na rozmowę rekrutacyjną do pracodawcy przyjmującego na roboty publiczne lub prace interwencyjne oraz pozytywny wynik tej rozmowy – przyjęcie do pracy – to wielka radość i szczęście. Piszę to z własnego doświadczenia, zarówno jako były „stażysta” PUP oraz pracownik zatrudniony na zasadzie robót publicznych.
Jeśli więc ktoś jest zarejestrowany jako bezrobotny w Nysie od 1996 roku – to znaczy że urząd nie zaoferował mu od tego czasu ani razu żadnej stałej pracy… albo pomimo ofert, żaden pracodawca nie zdecydował się tej osoby zatrudnić? Pytanie – dlaczego. W urzędzie nikt sobie ani pracodawcom tego pytania nie zadał? Przecież przez ten czas człowiek ten zdążyłby skończyć nawet dwie szkoły by się przekwalifikować na inny zawód. Jeśli natomiast to człowiek z pogranicza środowiska patologicznego, to można go było skierować na zatrudnienie socjalne, do CIS czy w ramach przyuczenia do jakichś prostych prac. Jedno jest pewne: człowiek ten nie jest bezrobotny w rozumieniu ustawy a jeśli jest – to znaczy co najwyżej, że ta ustawa jest do niczego.
Wydaje mi się jednak, że chyba żyję w jakimś innym świecie czy wymiarze, a to za sprawą „afery” wokół Dyrektora PUP w Nysie – Kordiana Kolbiarza i jego poczynań.

Powiat Nyski boryka się ze sporym kryzysem lokalnego rynku pracy, bezrobocie rejestrowane sięga tam już prawie do 24% choć to nic nie mówi o bezrobociu rzeczywistym. Istotna jest tu liczba ofert zatrudnienia: na przykład w dniu dzisiejszym jest ich łącznie 23 – zebranych z okresu minionych 30 dni. Dla porównania – w Koszalinie w tym samym czasie jest ich 82 a w Warszawie – 319 ofert. Pojawia się ich w Nysie co najwyżej kilka na dzień, natomiast zarejestrowanych bezrobotnych jest tam ponad jedenaście tysięcy, w tym wielu od bardzo dawna, nawet podobno od 1996 roku. Strona PUP lub PSZ wprowadza tu w błąd, gdyż oferty tam publikowane są przez PUP uważane za ważne przez okres 30 dni, natomiast najprawdopodobniej przy tak wielkim bezrobociu przestają być rzeczywiście aktualne już w dniu pierwszej publikacji lub w ostateczności następnego dnia rano. Pojawia się ogłoszenie, natychmiast zgłaszają się do pośredników pracy w PUP osoby bezrobotne oraz osoby poszukujące pracy, kilka z nich jest kierowanych na rozmowę do tego pracodawcy poszukującego pracownika i najczęściej jedną z nich ten pracodawca wybiera, powiadamiając o tym urząd pracy. Oferta w rzeczywistości w tym momencie przestaje być aktualna, przestaje już być aktualna gdy urząd skieruje tam 5 – 6 osób i pozostałym każe czekać na efekt, ale w PUP „wisi” ona na wykazie ofert jeszcze przez miesiąc. Żaden pracodawca nie będzie czekał aż miesiąc z faktycznym zatrudnieniem wybranego kandydata, jedynie po to, by spełnić jakieś biurokratyczne standardy PUP. Oceniając ilość ofert trzeba to uwzględnić, więc okazuje się, że jest ich w Nysie bardzo mało.
Wracając do problemu „udawanych” bezrobotnych, jak pisałem powyżej; by zweryfikować bezrobotnego należy go wezwać do urzędu i wręczyć ofertę pracy, z obowiązkiem poinformowania urzędu następnego dnia o wyniku rozmowy z pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Pracodawca nie ma obowiązku przyjąć kandydata skierowanego przez PUP i wówczas bezrobotny czeka na kolejną ofertę, albo decyduje się zatrudnić go (np. na okres próbny) informując o tym PUP.
Otóż dyrektor Kolbiarz wykorzystując zapewne dodatkowe pieniądze na zwalczanie bezrobocia jakie są do dyspozycji od początku br. – współpracując z lokalnymi instytucjami zorganizował pewną ilość miejsc pracy dotowanej na zasadach robót publicznych i skierował na nie (z inicjatywy urzędu) osoby bezrobotne najdłużej pozostające w rejestrze. Jak pisałem – normalnie ludzie starają się o te skierowania, bo to jest po prostu płatna praca, chociaż tylko czasowa; w tym przypadku bezrobotni nie musieli o to walczyć a dostali skierowania do pracy na zasadach robót publicznych z inicjatywy urzędu pracy.
Okazało się, że 70% wezwanych osób nie stawiło się w urzędzie i nie stawiło się do pracy jaką im zaoferowano.
Na dodatek, działania dyrektora Kolbiarza zostały skrytykowane zarówno przez dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy i Przewodniczącego Sejmiku Samorządowego, wielkie wątpliwości wyrażał też w tej sprawie dyrektor innego PUP – w Opolu.

W odniesieniu do treści ustawy – sprawa jest oczywista; bezrobotny otrzymał ofertę pracy, odmówił bez wystarczającego uzasadnienia, skwitował milczeniem, okazało się że jest nieobecny, bo pracuje za granicą (bez wiedzy urzędu) lub „jakoś tam” się utrzymuje (na czarno?) i nie potrzebuje takiej oferty – to traci status osoby bezrobotnej oraz związane z tym ubezpieczenie zdrowotne na okres 4 miesięcy po czym, jeśli sam chce, może się ponownie zarejestrować, jeśli tylko będzie wówczas spełniał wymogi ustawowe niezbędne do rejestracji. Podobno są plany wydłużenie tego okresu do 9 miesięcy. To absolutnie oczywiste i szkoda się nad tym rozwodzić.
Czy jednak był to ktoś kto świadomie wyłudza jedynie składkę ubezpieczenia?
To już nie jest takie oczywiste.
Urzędnicy nie rozumieją sprawy najprostszej, o której już niejednokrotnie pisałem: człowiek który został zwolniony z pracy ma początkowo jakieś niewielkie oszczędności, być może 2 – 3 tysiące odprawy czy odszkodowania, ale przy braku dochodów kwoty te niezmiernie szybko się wyczerpują i zostaje bez środków do życia (jeśli nie należy do tych 16% otrzymujących przez kilka miesięcy zasiłek dla bezrobotnych). Byłoby inaczej, gdyby urzędy pracy działały bardzo szybko i posiadały dużo ofert zatrudnienia, ale tak nie jest. Człowiek któremu skończą się posiadane zasoby, by utrzymać dach nad głową, by móc poszukiwać pracy i rozmawiać z pracodawcami – musi mieć wystarczające środki finansowe; oceniam je dziś, poza największymi ośrodkami, na 1450 – 1500,- netto, czyli rzędu 1900 – 2000,- brutto. Tymczasem zasiłek dla szczęśliwców którzy wykażą prawo do jego otrzymywania (16% bezrobotnych) wynosi ok. 800,- zł a najniższe wynagrodzenie na pełnowymiarową pracę – 1600,- brutto czyli 1180,- netto.
Człowiek nie może żyć bez pieniędzy, miesiącami czekając na jakąś ofertę pracy – jak tego od niego oczekuje ustawa czy dyrektor PUP – Kolbiarz czy jakikolwiek inny. Człowiek, gdy nie widzi szansy na ofertę pracy – sam szuka WSZELKICH MOŻLIWOŚCI zarobienia na podstawowe utrzymanie; wyjeżdża do pracy dorywczej do innego województwa albo za granicę, nie chcą go zatrudnić „normalnie” to zarabia „na czarno” – bo po prostu CHCE ŻYĆ – czyli MUSI ZAROBIĆ!.
Oczywiście; zadeklarowani oszuści czy lenie zdarzają się, to pewien margines, ale można wiele wspomnianych przypadków wyjaśnić po prostu opieszałością urzędu pracy, która wynika z kolei z zastoju gospodarczego, złej polityki gospodarczej lub jej braku – zastąpionym ślepym zdaniem się władzy na zarządzenia Komisji Europejskiej i jej dyrektywy. Człowiek po prostu nie chciał się stoczyć na śmietnik, oczekując bezskutecznie miesiącami na ofertę pracy z urzędu, więc podjął jakieś działania, choćby doraźne i nie jest niczym uzasadnione oskarżać go o próbę oszustwa czy wyłudzenia. Jeśli mógł zarobić na życie jedynie pracując nieoficjalnie i tracąc przy tym wiele choćby na IKE – to zrobił to, ale czy to można rozpatrywać w kategoriach jego winy?
To po prostu nienormalne, chore – przy statystycznym okresie poszukiwania zatrudnienia przez bezrobotnych sięgającym 1,5 roku – by oczekiwać, że będą oni szukać pracy albo choćby tylko żyć – bez pieniędzy.
Wspomniane wyżej osoby krytykujące, w działaniach dyrektora Kolbiarza dopatrywały się jedynie chęci manipulowania przy danych liczbowych, danych statystycznych.
Nie chodzi już nawet o dyspozycje władzy (rządu) by zmniejszyć bezrobocie rejestrowane (poprawić statystyki) z powodów politycznych. Nie zapominajmy, że minister pracy wprowadza także zmiany sposobu oceny poszczególnych PUP, łącznie z wpływem efektów pracy PUP na płace zatrudnionych w nim urzędników. Urzędy Pracy mają być rozliczane indywidualnie z efektów „aktywizowania bezrobotnych”, dlatego walka o korzystne dane statystyczne będzie narastała w całym kraju, nie tylko w Nysie.
Oczywiście, że można dość szybko, sztywno trzymając się treści ustawy, doprowadzić do zmniejszenia ilości osób zarejestrowanych w PUP o połowę czy nawet dwie – trzecie, ale ludzie ci w większości nadal pozostaną bezrobotni.

Obawy przed manipulacją danymi choćby dla celów kampanii wyborczej nie są tak nieuzasadnione, jakby się wydawało; ostatecznie był już okres „administracyjnego zmniejszania bezrobocia” na polecenie władzy, za czasów Jolanty Fedak z PO, będącej od 2007 roku ministrem pracy w pierwszym rządzie Donalda Tuska. Urzędy Pracy praktykowały wówczas np. wręczanie bezrobotnym po 2 – 3 oferty pracy jednocześnie, w taki sposób by nie byli oni w stanie choćby pod względem czasowym stawić się w ciągu jednego dnia na rozmowy u wskazanych 2 – 3 pracodawców, by potem właśnie za niestawienie się u któregoś z nich „z winy bezrobotnego” – karnie wykreślać ich z rejestru PUP. Są to jak najbardziej metody godne władzy z PO, stąd i dziś poważne obawy i zastrzeżenia nie tylko bezrobotnych, ale i osób odpowiedzialnych na wysokich stanowiskach.
Sprawy rejestru i tzw. „fikcyjnych bezrobotnych” trzeba uregulować, to oczywiste.
Jedyną jednak metodą rzeczywistego zmniejszenia bezrobocia jest zwiększenie ilości miejsc pracy np. poprzez odbudowę niektórych zniszczonych w latach 90-tych gałęzi przemysłu, zmniejszenia importu wyrobów gotowych (np. z Niemiec) w zamian za zwiększenie krajowej produkcji, czasowe ograniczenie napływu pracowników najemnych ze wschodu i uruchomienie odpowiednich i celowych instrumentów pomocowych.
Dotowanie zatrudnienia choćby we wspomnianych stażach, pracach interwencyjnych czy robotach publicznych jest „majstrowaniem przy statystykach” i to na krótką skalę, gdyż nie wiąże się z powstaniem nowego trwałego miejsca pracy, ale wiąże się z wykreśleniem bezrobotnego z ewidencji na czas tego zatrudnienia. Oczywiste jest, że osoba zatrudniona w ramach prac interwencyjnych czy robót publicznych z całą pewnością powróci do rejestru bezrobotnych po zakończeniu tej czasowej umowy o pracę a to nie jest „walką z bezrobociem” a właśnie „walka ze statystykami” tylko na krótki okres, na przykład – na czas wyborów…

_______________________________
Tekst zainspirowany artykułem: 
Arkadiusz Kuglarz: „Walka z bezrobociem czy statystyką bezrobocia”.

24/03/2013

Fikcyjny bezrobotny – oszust czy ofiara oszusta?

Problem „fikcyjnych bezrobotnych”, a może należałoby powiedzieć wprost: oszustów wyłudzających nienależne świadczenia – wiąże się bezpośrednio z istnieniem i funkcjonowaniem a nawet rozrostem tak zwanej „szarej strefy” czyli zatrudnienia całkowicie nielegalnego.
Chodzi o osoby zgłaszające się do urzędów pracy i rejestrowane jako, bezrobotne na podstawie składanych fałszywych oświadczeń o swoim stanie – związanych z wymogami definicji osoby bezrobotnej.
Z punktu widzenia formalnego – są to osoby bezrobotne pozostające w ewidencji urzędu jako oczekujące pomocy w uzyskaniu zatrudnienia.
W rzeczywistości to osoby pracujące zarobkowo, tyle że w sposób całkowicie nielegalny.
Pisząc o legalności mam oczywiście na myśli standardowe obowiązki przedsiębiorcy zatrudniającego pracownika, dotyczące zgłoszenia tego do ZUS wraz z odprowadzaniem właściwych składek ubezpieczenia, do właściwego urzędu podatkowego wraz z odprowadzaniem za pracownika właściwych zaliczek na jego podatek dochodowy, ewentualnego zgłoszenia do PIP itp.
Spośród świadczeń związanych z pracą najbardziej istotna z punktu widzenia praktycznego jest składka do NFZ na ubezpieczenie zdrowotne, której zapłacenie daje prawo do korzystania ze "kontraktowej" służby zdrowia, np. lekarza rodzinnego, oraz refundacji na niektóre leki i usługi. Tu właśnie jest przyczyna rejestrowania się w urzędzie pracy pomimo świadomości niespełniania w rzeczywistości podstawowych wymogów definicji bezrobotnego; uzyskanie statusu osoby bezrobotnej powoduje automatyczne objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym. Rejestracja taka następuje w wyniku złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą lub w wyniku zatajenia zmiany jaka nastąpiła już po zarejestrowaniu. Niewątpliwie jest to oszustwo, wyłudzenie nienależnych świadczeń. W ten sposób osoba taka ma pracę zarobkową a w niej stosunkowo wysokie wynagrodzenie, bo nie obciążone żadnymi odliczeniami, także nie opodatkowane i ma ubezpieczenie zdrowotne płacone nie przez pracodawcę a fundowane przez skarb państwa.
Niestety nie wiadomo, jaki jest zakres ilościowy tego zjawiska, tak przynajmniej twierdzą urzędy pracy a za nimi ministerstwo. Minister Władysław Kosiniak Kamysz wyznał niedawno w blogu Kancelarii Prezesa, że z pobieżnych analiz (a na czym opartych i z jaką metodologią?) dokonanych przez ministerstwo wynika, jakoby tych „fałszywych” bezrobotnych mogło być nawet 60% liczby wszystkich zarejestrowanych. Jeśli tak, to świadczy to o upadku całego systemu.
Skoro politycy domagając się władzy obiecywali społeczeństwu oparcie procedur załatwiania różnych spraw na oświadczeniach samych zainteresowanych z domniemaniem ich prawdziwości – to jest tego skutek.
W myśl ustawy i promocji zatrudnienia, Art. 119 ust. 2 – „Bezrobotny, który podjął zatrudnienie, inną pracę zarobkową lub działalność gospodarczą bez powiadomienia o tym właściwego powiatowego urzędu pracy, podlega karze grzywny nie niższej niż 500 zł”. Dużo wyższa ona też praktycznie nie może być. Ryzyko wykrycia oszustwa jest obecnie jeszcze niewielkie, może więc to poczucie bezkarności napędza ten proceder?
Mamy tu cały ciąg wzajemnych zależności różnych spraw. Oczywiście źródłem wszystkiego jest aspołeczna i anarchizująca ideologia Platformy Obywatelskiej. Istotne w tym przypadku jest gremialne przyzwolenie na bogacenie się i zarabianie przez przedsiębiorców „za wszelką cenę”, czyli pewna odmiana „róbta co chceta”. Stąd wszelkie metody zmniejszania kosztów, w swoistej mitomanii zrzucane na „kryzys” a w rzeczywistości służące wyłącznie MAKSYMALIZACJI WŁASNEGO ZYSKU NETTO i to za wszelką cenę.
W tej pogoni za „szmalem” pracodawcy domagają się wszelkiej swobody, idącej jednak w odwrotnym niż oczekiwany kierunku, cięcia kosztów – zamiast maksymalizacji przychodów. Ta „swoboda” – na pograniczu anarchii i bezprawia, korzystająca z nieformalnej ochrony politycznej, wyraża się w absurdalnych oczekiwaniach wobec pracownika, skandalicznym rozdźwięku pomiędzy wymaganiami a płacą, kompletnym bimbaniem sobie przedsiębiorców z prawa, w tym z prawa pracy, samowolą, sobiepaństwem i ciągłym narzekaniem na „wysokie koszty”. Pracodawcy poszukując pracowników publikują całkowicie bezprawne, łamiące prawo oferty zatrudnienia. Prywatne portale ogłoszeniowe przyjmują je do publikacji z zastrzeżeniem wyłącznej odpowiedzialności nadawcy (autora), jednak Urzędy Pracy tego robić nie mogą, gdyż bezpośrednio zabrania tego przedmiotowa ustawa, Art. 36, ust. 5e i 5f. Po prostu – Urzędy Pracy nie mogą przyjmować od pracodawców ofert zatrudnienia jawnie sprzecznych z wymogami ustawy Kodeks Pracy. A takich ofert jest większość, bo jak wspominałem – jest na to przyzwolenie polityczne. Dlatego Urzędy mają do dyspozycji zazwyczaj bardzo niewiele ofert.
Urząd ograniczany jest w przyznawaniu zasiłku dla bezrobotnych bardzo rygorystycznymi warunkami określonymi w ustawie. Dlatego statystycznie jedynie ok. 16% osób zarejestrowanych otrzymuje prawo do takiego zasiłku, najczęściej na 6 miesięcy, w niektórych przypadkach do 12 miesięcy. Statystyczny okres poszukiwania zatrudnienia wynosi obecnie ok. 20 miesięcy. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć ofertę pracy w Urzędzie Pracy, jeszcze trudniej jest otrzymać zasiłek dla bezrobotnych. Status osoby bezrobotnej wymaga spełnienia warunku nieuzyskiwania dochodów w postaci wynagrodzeń wyższych niż połowa najniższej ustawowo określonej płacy, co obecnie wynosi 600 zł brutto a za tyle nie da się utrzymać w gotowości do podjęcia pracy zawodowej.

Trudno się dziwić, że niektóre osoby, szczególnie mające na utrzymaniu dzieci, decydują się gdy mają okazję, na podjęcie takiej pracy nielegalnej, w której zyskują możliwość doraźnego utrzymania się, ale tracą możliwość składania na własną emeryturę, możliwość uzyskania zasiłku chorobowego itp. Można więc tu się zastanawiać i sprzeczać, czy osoby te są oszustami, czy też ofiarami antyspołecznego systemu. A może po prostu – i to, i to…
Osoba bezrobotna ma określone w ustawie obowiązki wobec urzędu pracy i są one niezależne od faktu otrzymywania bądź nieotrzymywania zasiłku dla bezrobotnych.
Przede wszystkim status osoby bezrobotnej jest ustalany drogą decyzji administracyjnej w czasie rejestracji a następnie przedłużany podczas kolejnych, obowiązkowych wizyt w z góry wyznaczonym terminie. Jeśli dana osoba do ustalonego terminu obowiązkowego stawienie się u pośrednika pracy nie znalazła zatrudnienia a urząd pracy także nie posiada dla niej propozycji odpowiedniej pracy – status osoby bezrobotnej jest przedłużany do czasu kolejnej obowiązkowej wizyty lub do chwili zatrudnienia, jeśli nastąpi ono wcześniej.
Konieczność stawiania się w urzędzie pracy w wyznaczonych terminach celem przyjęcia ofert pracy jest istotnym utrudnieniem dla tych nielegalnie pracujących, bo wymusza zwalnianie się z pracy, dojazd do siedziby urzędu z sąsiednich gmin itp. Urzędy Pracy twierdząc że wielu zarejestrowanych nie jest bezrobotnymi – powołuje się na liczne przypadki odmowy przyjęcia oferty zatrudnienia przedstawionej bezrobotnemu podczas takiej obowiązkowej wizyty. W wyjątkowych przypadkach odmowa może być uzasadniona, bo na przykład oferta nie dotyczy wymogu pracy „odpowiedniej” jak to definiuje ustawa, ale można przyjąć, że w większości przypadków to wykręt takich właśnie oszustów, którzy chcą zachować prawo do ubezpieczenia zdrowotnego na koszt społeczeństwa, ale nie są przecież w stanie przyjąć drugiej pełnoetatowej pracy i to gorzej płatnej.
Tyle, że to nie jest przecież żaden problem dla urzędów, bo ustawa daje w tym przypadku możność pozbycia się takiej nieuczciwej osoby z rejestru bezrobotnych na pewien czas a w konsekwencji na zawsze.

Chodzi mi o Art. 33 przedmiotowej ustawy, którego fragment zacytuję:

1. Powiatowe urzędy pracy rejestrują bezrobotnych i poszukujących pracy oraz prowadzą rejestr tych osób.
2. Rejestracja bezrobotnych i poszukujących pracy następuje po przedstawieniu przez te osoby dokumentów niezbędnych do ustalenia ich statusu i uprawnień.
3. Bezrobotny ma obowiązek zgłaszania się do właściwego powiatowego urzędu pracy w wyznaczonym przez urząd terminie w celu przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy proponowanej przez urząd lub w innym celu wynikającym z ustawy i określonym przez urząd pracy, w tym potwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W przypadku bezrobotnego będącego dłużnikiem alimentacyjnym, w rozumieniu przepisów o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, wyznaczony termin nie może być dłuższy niż 90 dni.
4. Starosta, z zastrzeżeniem art. 75 ust. 3, pozbawia statusu bezrobotnego, który:
(…)
3) odmówił bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy określonej w ustawie lub poddania się badaniom lekarskim lub psychologicznym, mającym na celu ustalenie zdolności do pracy lub udziału w innej formie pomocy określonej w ustawie; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia odmowy na okres:
a) 120 dni w przypadku pierwszej odmowy,
b) 180 dni w przypadku drugiej odmowy,
c) 270 dni w przypadku trzeciej i każdej kolejnej odmowy;
4) nie stawił się w powiatowym urzędzie pracy w wyznaczonym terminie i nie powiadomił w okresie do 7 dni o uzasadnionej przyczynie tego niestawiennictwa; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia niestawienia się w powiatowym urzędzie pracy odpowiednio na okres wskazany w pkt 3, w zależności od liczby niestawiennictw;(…) 


Nie widzę więc tu zgłaszanego przez urzędy problemu: bezrobotny bez wystarczającego uzasadnienia odmawia przyjęcia oferty pracy, więc zgodnie z ustawą jest automatycznie wykreślany z rejestru bezrobotnych na 4, 6, lub 9 miesięcy… Chodzi o to, że władza musi zdobyć rzetelną wiedzę, ilu w rzeczywistości miejsc pracy brakuje i mniej więcej jakich; aby taką wiedzę zdobyć trzeba uporządkować bałagan jaki powstał w tej sprawie.

Urzędy Pracy nie mają zastępować Pomocy Społecznej.
Z drugiej strony nielegalne zatrudnienie choć rozładowuje jednak praktycznie nieco problem bezrobocia, jest zjawiskiem bardzo szkodliwym dla całej gospodarki i całego społeczeństwa. Cóż z tego, że ktoś zostanie pozbawiony możliwości nielegalnego zarabiania na życie, gdy urzędy pracy nie mają mu do zaoferowania ani zasiłku, ani zatrudnienia z powodów o których już wspominałem. Z punktu finansowego nic to nie zmienia: składki ZUS nadal nie wpływają, podatek też nie, składkę na NFZ nadal finansuje skarb państwa… biedny człowiek domaga się zapomóg i zasiłków z pomocy społecznej, bo chce żyć, a tych nie dostanie w wysokości takiej jak mu to gwarantowała jego nielegalna płaca…
Obawiam się, że tu nie wystarczy jakaś nowelizacja ustawy przygotowywana przez ministra pracy, jakieś profilowanie bezrobotnych i inne zmiany kosmetyczne. Powinien się zmienić cały system a – by to było możliwe – musi się zmienić ideologia polityczna władzy.

30/09/2011

13.
Prawda; szukanie igły w stogu siana…

Motto: „Jeśli słyszysz lub czytasz jakieś zdanie i natychmiast jesteś gotów się z nim zgodzić – nie znaczy to, że sam je wymyśliłeś”.

Powyższe motto jest dość przewrotne w swojej wielości znaczeń. Truizmem dla osób, które pamiętają czasy przed "stanem wojennym" byłoby stwierdzenie, że prasa, radio czy telewizja już dawno przestała być źródłem informacji. Jest to oczywiste. Druk czy też minuta emisji zbyt dużo kosztuje, aby ci, co politycznie zarządzają tymi „mediami” mogli sobie pozwolić na marnowanie pieniędzy na bezproduktywne i szkodliwe mówienie prawdy. Z jednej strony za dużo kosztuje, z drugiej – stanowi zbyt ważną możliwość wpływu, realizacji własnych celów.
Wszystkie te „środki przekazu”, które są w stanie docierać do wystarczająco istotnej ilości ludzi – są areną i jednocześnie narzędziem walki politycznej i to walki bezwzględnej. Dlatego też można tam znaleźć jedynie propagandę własnej linii politycznej i „osiągnięć” oraz anty-propagandę dotyczącą wszystkich innych, szczególnie przeciwników oraz rywali politycznych. A że to jednak kosztuje – wymaga zarabiania pieniędzy, dlatego reszta pozostałego czasu antenowego, pewna - niemała czasem część „łamów” i „fal” - przeznaczona jest na reklamy, bzdurne, często oszukańcze, zachwalające bezwartościowe wyroby i podpierające się przy tym wyssanymi z palca „badaniami naukowymi”. Mam tu na myśli wszystkie te reklamy lub coraz liczniejsze kryptoreklamy udające informacje - zaczynające się na przykład od słów: najnowsze badania naukowe udowodniły, że ...

Dotyczy to tym bardziej Internetu, co wynika i z jego popularności i z grupy społecznej najczęściej zeń korzystającej – młodzieży, najbardziej wartej oszukania, – bo przyszłościowej. Im bardziej staje się on u nas popularny i dostępny, tym lepiej przydaje się do dyskretnego ogłupiania, jak niegdyś prasa, potem radio a jeszcze później - telewizja.

Słowem: wszelkie środki przekazu zawierają jedynie propagandę, anty-propagandę i reklamy komercyjne. Doszukiwanie się tam informacji (wiedzy) a zwłaszcza powoływanie się na nią - jest naiwnością. Oczywiście, jeśli traktujemy to bezpośrednio.
To pewna przesada, przerysowanie, uogólnienie. Złośliwość i szyderstwo przeze mnie przemawia, bezradna wściekłość, – bo tak źle może jednak nie jest – od czasu przerwania monopolu informacyjnego. Bo Internet – cokolwiek by o nim nie powiedzieć – przerwał monopol informacyjny, jakiego nie rozumieją ci, co znają „san wojenny” - tylko jako bajkę z dzieciństwa, z opowiadań. Tak źle zresztą nie może być, bo gdyby w "mediach" była jedynie oczywista bzdura – ludzie przestaliby czytać, oglądać i słuchać a na to nie pozwolą ich eksploatatorzy; ludzie nie są przecież pozbawieni inteligencji. Od czasu do czasu musi być coś prawdziwego i "sprawdzalnego", dla podbudowy zaufania do całej machiny, źródła ogromnej rzeki bzdur lub kłamstw płynących z niej dniami i nocami. I to "coś" prawdziwego, możliwego do łatwego lub mniej łatwego sprawdzenia - biednym, naiwnym odbiorcom także podrzucają fachowcy od manipulacji i dezinformacji, by uwiarygodnić samych siebie... Nic tu nie podlega przypadkowości...

Ale Internet stworzył możliwości przekazu, nad jakimi nie może zapanować żaden totalitaryzm; dostęp do serwerów amerykańskich fizycznie znajdujących się na terenie USA. Treści tam umieszczane, o ile są legalne z punktu widzenia prawa federalnego i stanowego – podlegają ochronie, jako podstawowy element wolności słowa. Żadna siła nie może „zamknąć mordy” ludziom w taki sposób przekazującym swoją wiedzę lub informacje… przynajmniej legalnie nie może. Jednak ci, którzy za wszelką cenę chcą te „mordy” zamykać każdemu, kto mówi coś innego niż oni (niż było na odprawie służbowej), nie tak łatwo rezygnują z walki z wolnością.
Dobry przykład, to portal - www.aferyprawa.com – prezentujący rzeczywisty stan praworządności w Polsce, stan moralny sędziów, dramatyczne „przekręty”, samowole, sobiepaństwo… nie tylko teraz - za czasów rządów Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska, ale także wcześniej…
Gdy zawiodły wszystkie oficjalne pochodzące z Polski bezpośrednio, jak i z użyciem pewnych instytucji europejskich – próby zmuszenia właścicieli serwera amerykańskiego do usunięcia tego portalu i treści tam publikowanych, między innymi poprzez straszenie procesami, oskarżenia o nielegalną reklamę itp. – nastąpił „profesjonalny” a wiec całkiem skuteczny atak hackerski na ten serwer.
Atak był całkowicie skuteczny, gdyż prawdopodobnie Amerykanie – jak to Amerykanie – nie doceniali zawziętości, absurdalnych nakładów sił i środków użytych w tak dla nich dziwacznym celu. A serwer został przez hackera po prostu "wyczyszczony" z danych. Przypuszczam zresztą, że wykonawcą ataku musiały być „odpowiednie służby” inspirowane przez „klan zawodowy”, – bo amatorzy raczej niechętnie zajmują się takimi sprawami (chyba, że za bardzo odpowiednią opłatą, – co by także dawało obraz siły motywacji zleceniodawców). Tu potrzebny jest odpowiedni, i na dodatek „oryginalny” jeszcze nie użyty tak zwany „exploit” – a te są w cenie i nie używa się ich do „tanich” akcji. Portal „aferyprawa” był na szczęście prawidłowo backup’owany, więc został odtworzony i działa sobie nadal, po lepszym zabezpieczeniu. To jedynie przykład walki z wolnością przekazu treści nieakceptowanych przez siły walczące o całkowity monopol.

Ale do czego zmierzam: walka polityczna prowadzona przy pomocy doświadczonych specjalistów wymaga uwagi; jeśli pojawia się jakaś zaskakująca informacja, której nie da się zastopować – np. nagłe niespodziewane wystąpienie publiczne ważnego polityka z opozycji, osoby pełniącej ważną funkcję - należy ją natychmiast przykryć innymi informacjami, które czynią zamieszanie pojęciowe, zaprzeczają tejże prawdziwej informacji powołując się na „najnowsze badania naukowe” których nikt nie widział i nie zobaczy, różne wersje z częściowo tylko pozmienianymi faktami albo i faktami odwróconymi (jak w przysłowiowym "Radiu Erewań") albo przynajmniej dosłownie "byle co", sieczka, baloniki z podwiązkami - po to, aby zepchnąć tę niewygodną informację niżej w rankingach, na listach chronologicznych odnośników do informacji, jej współczynnika "page-rank" w wyszukiwarkach np. Google itp. Bo trzeba wiedzieć, że tak zwane „pozycjonowanie stron” to nie jest jedynie metoda promocji, reklamy, ale także i metoda walki z „niechcianymi” stronami, treściami. Doskonale to pamiętamy w tym jeszcze amatorskim, przed-internetowym wydaniu propagandy PRL-owskiej; jeśli gdzieś Milicja Obywatelska brutalnie rozpędziła protestujących - to natychmiast ukazywała się "informacja" o tym, że w Ameryce murzynów biją, film o prześladowaniu chrześcijan przez Inkwizycję w Rzymie, film o bandytach mordujących policjantów lub coś podobnego. Dziś te metody już nie są takie amatorskie i naiwne...

Walka polityczna jest dziś niestety po prostu totalna. Powiem więcej; walka polityczna nie jest już tylko „polityczna” a totalna właśnie, bo obejmuje wszystkie dziedziny życia i aktywności człowieka.
Jeśli prawda jest przysłowiową "igłą" - to "stóg siana”, w którym trudno ją odnaleźć jest na tę igłę narzucany celowo...
Mało; wydaje się jakby tych, co szukają owej „igły” było jak zawsze dużo mniej niż tych, – co
d o r z u c a j ą tego siana…

Nie ma nic przypadkowego w informacjach podawanych w mediach i dlatego trzeba być bardzo ostrożnym odbiorcą, czytelnikiem czy słuchaczem. Wiadomości otrzymywane, ich czas, kontekst - mogą być a nawet powinny być jedynie materiałem do własnych przemyśleń.
Często cytując jakąś "wiadomość" – stajemy po konkretnej stronie w tej wojnie medialnej; dobrze jeszcze, jeśli czynimy to świadomie (w ramach własnej wolności i odpowiedzialności), ale gorzej, gdy nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy, że przenosząc dalej "fałszywkę" - nieświadomie współpracujemy z tym, kto ją stworzył i rozpowszechnił. Zjawisko ma tak powszechny charakter, że nie sposób się tego ustrzec. Bazuje na tym i szczególna metoda; propaganda "wirusowa".

Trzeba chyba zaufać własnej intuicji, podświadomości i intelektowi. Dostarczać im danych z możliwie różnych, nawet skrajnie różnych źródeł i w odpowiedniej ilości i… mieć zaufanie do tego, jakie wnioski z dostarczonych do „obróbki” danych zostaną nam "przedstawione" przez nasz własny umysł jako najbardziej właściwe, skrystalizują się w postaci naszego wewnętrznego przekonania.

Więc powiedzmy to jeszcze raz z naciskiem: trzeba myśleć o s o b i ś c i e.

29/09/2011

12.
Sprzeciw przeciwko temu co uważamy za złe – jest dowodem dojrzałości.

W sprawie wolności wyborów.

Wraz z pojawieniem się pogłosek wynikających z sondaży (bo prawdy i tak się przecież nie dowiemy) o spadaniu poparcia dla PO a dużo szybszym wzroście poparcia wyborczego dla PiS – rozpoczęła się zmasowana akcja polityczna Platformy, nakierowana na zmaksymalizowanie frekwencji wyborczej. Akcja potwierdza alarmistyczne dla PO prognozy a ratunkiem może okazać się wzrost frekwencji ogólnej. Dlatego właśnie i programy radiowe (nie tylko "tuba propagandowa" Tok FM) zaroiły się od wypowiedzi politycznie sterowanych, już nie namawiających do takiego czy innego głosowania a do głosowania w ogóle.
To zjawisko, co zrozumiałe, przenika także do portali internetowych, w tym i tego portalu opinii.
Jakie się tu stosuje „zabiegi”?
Na przykład sugestie, że jeśli ktoś nie zamierza iść na wybory – jest niedojrzały. To oskarżenie mające zawstydzić młodego człowieka, zmitygować go; – jeśli mają mnie mieć za niedojrzałego, to już może lepiej dla "świętego spokoju" pójdę… No właśnie! I o to chodzi!
To cyniczna gra, bo przecież dla autorów takich manipulacji – ten młody człowiek natychmiast po tym, gdy jego karta wyborcza zniknie w otworze urny – przestanie się liczyć. Zrobił swoje.
„Choć to fizyce wbrew, wskazówka cofa się, niej niż zero…”

Idealizm nie jest „skażeniem”.
To chciwość, cynizm i koniunkturalizm jest skażeniem.
Wszystko co dobre w dziejach świata stało się dzięki idealistom i ich idealizmowi. To oni nie pozwalają skostnieć społeczeństwom w ich zadufaniu; To oni skonstruowali pierwszy komputer, utworzyli zaczątki sieci ogólnoświatowej. To oni doprowadzili do upadku obcego systemu, wycofania się wojsk obcego mocarstwa, przyczynili Się do upadku haniebnego muru – a przecież wówczas nikomu nie przyszło nawet do głowy, że kiedykolwiek może przestać istnieć coś takiego, jak Związek Radziecki… Ale przecież bardzo wielu wówczas nawoływało: tolerujmy ich nadal dla mniejszego zła…
Cała wartość młodych ludzi, nadzieja jaką świat w nich widzi – to właśnie to, że nie godzą się na „zło konieczne”, na wybieranie mniejszego zła – tak jakby ono było konieczne i nieuniknione. To zawsze jest argumentacja winnych. Najgorsi zbrodniarze, na przykład faszystowscy tak się właśnie tłumaczyli: to prawda, że nie byłem idealny, robiłem różne złe rzeczy, ale gdyby nie ja – to by z pewnością przyszedł ktoś GORSZY niż ja, kto by jeszcze bardziej gnębił i mordował… Byłem mniejszym złem…
To straszne, że obecnie Platforma powtarza argumentację zbrodniarzy hitlerowskich z ich procesów przed trybunałami międzynarodowymi.
Po tym następują argumenty dotyczące pieniędzy, bogactwa, majętności, PKB – jedyne argumenty, jakie mają wartość i przemawiają do „kapitalistycznych oszołomów”. Tylko pieniądze się liczą. Nie jest ważne, że ma je tylko elita, tylko część wybrańców. Liczy się „wzrost PKB i pozycja gospodarcza Polski” – nie ludzie przymierający z biedy i niewidzący dla siebie żadnych szans. Ludzie, którzy byli tym „większym złem” i dlatego ich „nie wybrano”.
Nieważne, że ludzie w wieku 50 – 65 lat są systemowo pozbawieni możliwości zatrudnienia. Nie przeszkadza im, że młodzi w ogromnej liczbie też nie maja pracy, a jeśli mają to ogłupiające, tymczasowe, "śmieciowe" zajęcia usługowe, zupełnie nie mające związku z ich wykształceniem; że nie widzą szans ani przyszłości w tym kraju a już mają na tyle rozeznania; że wiedzą doskonale, iż w jakimkolwiek innym kraju będą zawsze obcymi, przyjezdnymi, intruzami; że tylko tu można być „u siebie”, i że to właśnie znaczy - OJCZYZNA. Dla PO nie ma takiego pojęcia, to by było przecież idealistyczne, naiwne politycznie niedojrzałe i śmieszne... nade wszystko nieopłacalne no i sprzeczne z ideą unii, "rozpuszczenia" Polski w europejskiej "zupie"...
Liczy się przecież tylko szmal… prawda?
Liczy się podwójne obywatelstwo, kilka paszportów, rodzinka w USA lub Izraelu… No i możliwość zdobycia zielonej karty do USA, „dla dzieci”...
Ale Pan Prezes RM nic przecież o tym nie wiedział… Zresztą łatwo jest powiedzieć: „Rządzenie nie jest rzeczą łatwą, nie da się każdego zadowolić…” Was – młodzi ludzie – nie dało się zadowolić, ale głosujcie na nas…, bo przyjdzie gorszy… Was ludzie wyrzuceni z pracy w wieku po pięćdziesiątce, którym konsekwentnie odmawia się jakiegokolwiek zatrudnienia – nie zadowoliliśmy, ale – jeśli uda wam się dożyć do wyborów – to głosujcie na nas, jesteście przecież dojrzali…

Polityka wcale nie musi być obrzydliwa! Nie musi aż w takim stopniu opierać się na kłamstwie, nieodpowiedzialności, prywacie! Nie zgadzajcie się na to – głosując na mniejsze zło.
Wymagajcie rozliczenia czynów i słów, w tym czynów przestępczych i słów dramatycznie skutkujących, jak „dorzynanie watahy”. Nie dajcie sobie wmówić, że jesteście niedojrzali, że jesteście śmiesznymi romantykami, oczekującymi niemożliwego i stojącymi na drodze „dojrzałej demokracji”.
To wy jesteście NADZIEJĄ prawdziwej demokracji o ile przeciwstawicie się siłom manipulacji i oszczerstwa. Tak też i mówił do Was nasz kochany Papież Jan Paweł II w swoich przemówieniach, na przykład na Westerplatte; Przyszłość Polski zależy od Was. I musi od Was zależeć. To jest Wasza Ojczyzna. Wasze „być” i Wasze „mieć”...
Zależy od tego, czy pozostaniecie idealistami domagającymi się normalności od każdego, kto się garnie do rządzenia, czy jednak dacie się oszukać lub kupić, zagłosujecie na zło (obojętne – mniejsze czy większe).
Udział w wyborach jest prawem obywatela a nie jego obowiązkiem. Nieskorzystanie z tego prawa, też jest swoistym głosem wyborczym, głosem mówiącym NIE. O prawdę i dobro trzeba walczyć, kłamstwo, głupota i zło – przychodzą same i nieproszone. Udział w wyborach albo powstrzymanie się od niego - to zbyt mało...

22/09/2011

7.
Pasożytowanie na pomocy publicznej przeznaczonej dla bezrobotnych

Reasumując poprzednio opublikowany tekst pt. Polska Platformy Obywatelskiej - Państwo tylko dla "zaradnych". – omawiam pokrótce zjawisko wywoływania i podsycania agresji i (lub) pogardy wobec osób pozbawionych pracy, potrzebujących pomocy – niekoniecznie nawet materialnej.
Agresja ta jest obserwowalna w warstwie języka, tworzonych pojęć, wyrażeń, synonimów a także rozpowszechniana poprzez celową propagandę upowszechnianą w dostępnych popularnych miejscach, jak fora internetowe i portale społecznościowe przez osoby często wynajęte, robiące to odpłatnie.
Reakcją osób poddanych takiej presji jest odwracanie się od Państwa, tzw. emigracja wewnętrzna, przechodzenie do szarej strefy, postawy całkowicie aspołeczne. Ma to bardzo negatywny wpływ na sytuację samego społeczeństwa. Szkodzi społeczeństwu. Trzeba o tym wiedzieć i myśleć samodzielnie, nie poddawać się presji i nie podporządkowywać się „prawdom zasłyszanym”.
Tak jak dawniej władza niemogąca spełnić oczekiwań wywołanych głoszoną przez siebie ideologią – nazywała Polskę „państwem budowy ustroju socjalistycznego”, co sugerowało społeczeństwu, że „wszystko co obiecane – będzie, gdy się budowa zakończy” – tak samo i obecna władza próbuje rozbieżności pomiędzy swoimi deklaracjami a obserwowalną rzeczywistością usprawiedliwiać hasłem „Polska w budowie”. To także jest następującym komunikatem kierowanym do wyborcy: nie da się ukryć że nie jest tak jak obiecaliśmy wtedy gdy na nas głosowaliście, ale dajcie nam jeszcze kolejna lata sprawować władzę a zbudujemy wam to „państwo obiecane” …
Nic nie wskazuje na to, że nie jest to jedynie oszukańcze hasło propagandowe władzy, żebrzącej o pozwolenie na kontynuację tego, co dotychczas. I tak jak „budowa socjalizmu” nigdy się nie powiodła – nie powiedzie się budowa PO-wskiego modelu Polski. Powstaną jedynie ofiary, długi do spłacania przez następne pokolenia a władza (Tusk), jak dawniej znów powie „Ja chciałem dobrze…”
Jeśli ustrój PRL nazywano kiedyś „budową ustroju socjalistycznego” a dziś czasem używa się określenia „socjalizm realny” – co ma oznaczać tę jedynie część (czy wersję) idei, którą udało się zrealizować w praktyce, tak i dziś obecny ustrój Polski należałoby nazwać „gospodarką rynkową realną” czy „realnym liberalizmem” – jako wypaczoną i okrojoną, nieudaną czyli inaczej mówiąc - "spolszczoną" wersją idei głoszonej przez władzę – możliwą do osiągnięcia w praktyce. Hasło propagandowe Platformy Obywatelskiej „Polska w budowie” – potwierdza takie wyjaśnienie.
Rozbieżność pomiędzy teorią (deklaracją ideową) a obserwowalną na co dzień rzeczywistością – dotyczą nie tylko pracy Rządu ale przede wszystkim postaw ludzi, indywidualnych osób, których suma stanowi o kształcie rzeczywistości, o rzeczywistym obrazie Państwa. Stąd właśnie podobnie jak w PRL wywodzi się różnica pomiędzy ideą a życiem.
Jakiekolwiek by nie były hasła ideologiczne czy nawet i autentyczne przekonania władzy, dojście niegdyś do władzy przez Platformę Obywatelską przez ludzi widziane było, jako powszechne przyzwolenie na „robienie interesów”, bogacenie się nawet i niezbyt zgodne z prawem. Władza PO - cokolwiek by nie mówiła oficjalnie, formalnie – usankcjonowała tak na prawdę porzucenie wszelkich idei a zrobienie najwyższej wartości z "bogacenia się", które odbywało się także kosztem niszczenia tego, co nie musiało być zniszczone, kosztów na przykład dramatycznego bezrobocia – które nie musiały być tak wielkie, gdyby nie rzeczywiste przyzwolenie władzy. Znakomita większość z tych ponad 10 milionów obywateli popierających "Solidarność" nie przypuszczała nawet, że stworzona przez nich nowa władza może doprowadzić do niszczenia całej istniejącej infrastruktury gospodarczej bez nawet próby reformowanie jej części czy zastąpienia jej czymś innym dla rozłożenia ciężaru i kosztów przemian w czasie w sposób dający mniej ofiar.
Jednym z objawów bezrozumnego i bezdusznego pędu do wzbogacenia się była i jest aktywizacja „chętnych na zysk” wszędzie tam, gdzie następuje duży przepływ pieniądza (bogate i najlepiej publiczne (społeczne) źródła finansowania) i związana z tym jakaś potrzeba (cel finansowania). Jednym z takich źródeł jest Europejski Fundusz Społeczny (EFS).
Na takie okoliczności polują właśnie ci ludzie ogarnięci manią „zarabiania” i jak pasożyty przysysają się do źródełka pieniędzy, obudowując ten właściwy pierwotny, rzeczywisty cel finansowania – swoimi działaniami pozorowanymi, zbędnymi, wtórnymi – partycypując w ten sposób w udziale, – jako pasożyt – w finansowaniu, odbierając część środków początkowemu, głównemu beneficjentowi albo i z czasem – nawet eliminując go.
Przykładem mogą być instytucje „badawcze” dotyczące bezrobocia, żywiące się z funduszów przeznaczonych na walkę z bezrobociem albo możliwych do spożytkowania w tym celu a niczego do tej walki nie wnoszące, prócz kosztów swojej działalności. Buduje się nieraz całą sieć redystrybucji środków, wydawanych nie na cel pierwotny a na sztuczne, celowo wymyślane zadania, stanowiące jedynie pretekst do udziału w finansowaniu ale niczego potrzebnego nie wnoszące. Jeśli powstaje na przykład projekt badawczy dotyczący bezrobocia, to powstaje też Redakcja materiałów produkowanych przez ten zespół badawczy, następnie powstaje (lub jest angażowane istniejące) wydawnictwo, które wydaje drukiem materiały wytwarzane przez tę redakcję i to wydaje w ekskluzywnej, możliwie jak najdroższej formie (patrz załączone zdjęcie), następnie jeszcze firma produkująca i wydająca płyty multimedialne CD do tego wydawnictwa a na końcu – dystrybutor rozprowadzający te produkty, który przedstawia także swoje faktury na koszty dystrybucji. Ostateczny produkt – jest rozprowadzany nieodpłatnie (darmowy), czyli w pełni finansowany przez to pierwotne źródełko. Są tysiące takich przypadków a to jedynie jeden przykład. Najbardziej istotne jest jednak – że jest to całkowicie zbędne, przez nikogo niezamawiane i nie ma żadnego wpływu na pomoc dla bezrobotnych, dla których pierwotnie przeznaczone były pieniądze na to wydane, (mimo że trudno je nazwać całkowicie zmarnowanymi, zdefraudowanymi itp.). Planując takie działania ma się na myśli jedynie swój zarobek przy okazji tego a nie wpływ na stan bezrobocia i to nazywam pasożytowaniem.
Zjawisko to jest powszechne, w wielu dziedzinach gdzie występują duże źródła finansowania, szczególnie pochodzące z funduszy unijnych, a co najważniejsze moim zdaniem nie wynika ono z ideologii głoszonej przez władzę, a raczej z jej wypaczenia dokonywanego przez indywidualne osoby wbrew tej oficjalnej ideologii. Stąd jednoznaczne skojarzenia s historią komunizmu czy socjalizmu w wydaniu radzieckim.
Dostawcy źródeł finansowania walki z bezrobociem nie otrzymują danych analitycznych dotyczących form i metod faktycznego zużycia środków, dlatego prawdopodobnie nie są świadomi realiów i nie kontrolują ich. Należy więc ich o tym informować, by przynajmniej upewnić się co do ich intencji. Jednym z przykładów dowodzących takiego twierdzenia jest rozliczanie efektywności finansowania Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki za pomocą wskaźnika, jakim jest tempo wydawania środków przyznanych na ten program a nie skutek dla beneficjenta ostatecznego. Dowodem na to jest wywiad z Dyrektorem WUP w Szczecinie przytoczony i omówiony w moim kolejnym artykule „Kto najszybciej wyda pieniądze z PO KL”.
Dobre tempo wydawanie tych środków zostało „nagrodzone” w styczniu w woj. Zachodniopomorskim dodatkowymi środkami (54 miliony euro) z Krajowej Rezerwy Wykonania PO KL, ale dotychczas pieniądze te nie ujawniły się w Urzędach Pracy. Za to Powiatowe Urzędy Pracy wcześniej zostały ograbione ze środków na swoją ustawową działalność o 70% w stosunku do roku ubiegłego, w ramach „oszczędności wydatków” przez Premiera. Łącznie na Polskę rozdysponowano dodatkowo ponad 230 milionów złotych z "Rezerwy Wykonania", ale bezrobocie się nie zmniejsza, co wzmacnia jedynie obawy, że będzie to karma dla kolejnych „pasożytów” a nie realna pomoc dla rzeczywiście potrzebujących takiej pomocy. Na dodatek to ci z winy państwa potrzebujący pomocy są teraz oskarżani niesłusznie o „pasożytowanie”.
Podobne procesy „pasożytowania”- to znaczy stwarzania sztucznych, zupełnie zbędnych, wymyślnych, rzekomych potrzeb wymagających zaspokojenia – są zjawiskiem powszechnym, w różnych dziedzinach życia. Być może na tym polega postęp w mniemaniu PO(?). Moje obawy i protest wzbudza jedynie to, że dzieje się to kosztem rugowania, pomijania i niezaspakajania tych najważniejszych, rzeczywistych i dramatycznych potrzeb – jak walka z bezrobociem osób, które bezrobotne być nie chcą, oraz z jego nieuniknionymi konsekwencjami: bezdomnością, nędzą, rozbijaniem rodzin, bezpowrotnym odrywaniem się od własnego społeczeństwa, emigracją wewnętrzną i fizyczną, lawinowym wzrostem przestępczości i jej brutalizacją, przedwczesnymi zgonami, samobójstwami w poczuciu beznadziejności własnej sytuacji (samobójstwami z biedy).
Problem niedostrzegania lub marginalizowania bezrobocia i jego skutków, lekceważenia ich, bagatelizowania objawów społecznych – wiąże się ze wspomnianym trendem do „bogacenia się za wszelką cenę” i wynika z niego.
Lekceważenie i bagatelizowanie tego – jest samoobroną "społeczności" osób oszalałych na punkcie zdobycia kapitału i bogactwa, a proces wyszydzania, oskarżania i odmawiania prawa do życia, odmawiania powrotu do pracy osób bezrobotnych – jest stosowany wobec osób bezrobotnych poprzez wspomnianą wcześniej parszywą „propagandę szemraną” – także jako rodzaj „zwalczania konkurencji do pieniędzy” – nie przez oficjalną ideologię Platformy a przez wypaczających ją „oszołomów kapitalistycznych” nad którymi władza nie chce lub nie potrafi zapanować.
Jednym z objawów przedstawianych tu procesów jest zadziwiająca nieskuteczność wszelkich szkoleń finansowanych z EFS, mających w oficjalnym zamierzeniu zmniejszyć bezrobocie - poprzez taką poprawę sytuacji przynajmniej części osób bezrobotnych, by mogły one zostać długotrwale zatrudnione. Szkolenia te – także są doskonałym pretekstem jedynie dla działalności wielu firm i osób, działających na własny rachunek, od lat współdziałających przy ich wykonywaniu na koszt dofinansowania unijnego, ale w taki sposób, aby szkolenia te pozostawały nieskuteczne, by ilość bezrobotnych nie zmniejszała się – nie zamykając takiego „rynku usług”. To mniej więcej tak, jakby ktoś założył wielką drukarnię np. kalendarzy, – które mają tę własność, że po tygodniu od powieszenia – płowieją i stają się nieczytelne, a w dodatku miał na to zapewnione stałe finansowanie zamawiającego, który jest ociemniały a więc nie jest w stanie tego sprawdzić. Dokładnie tak jest z "kursami unijnymi" i ich brakiem skutku.
Podawałem przykłady z kursów, w których brałem udział, dowodzące tego przypuszczenia – o celowej i zaplanowanej ich nieskuteczności.
Prawdziwości zjawiska dowodzą także inne materiały ukazujące się w różnych publikatorach, jak na przykład tekst mówiący o obawach tych firm szkoleniowych , w związku z możliwością wyczerpania się źródełka finansowania unijnego dającego im pretekst do ich szkodliwej działalności;

Rzeczpospolita: "Firmy szkoleniowe boją się wygasania unijnych dotacji".

Odwiedziny: