Zastanawiając się – w aspekcie tego co napisałem w poprzednim artykule pt.
Bezrobocie - niewygodna dla władzy prawda – co jest najpoważniejszą przyczyną bezrobocia, trzeba brać pod uwagę cały ciąg faktów nawzajem na siebie się nakładających i powiązanych związkiem skutkowo - przyczynowym. Nie ulega jednak wątpliwości, że to brak ilościowy i jednocześnie - „rodzajowy” miejsc pracy. To z kolei wynika z całkowitej anarchii gospodarczej lat 90-tych, rządu Tadeusza Mazowieckiego i następnych, gdy nastąpiła lawinowa likwidacja krajowego przemysłu, porzucanego niejako przez państwo na żer cwaniaków posiadających jakieś zasoby kapitałowe (często absolutnie podejrzanego pochodzenia), jakichś „dzikich prywatyzacji” najczęściej tylko po to by doprowadzić do upadłości i na tej upadłości zarobić, a zarobione tak pieniądze znów „zainwestować” w doprowadzanie do upadłości kolejnej firmy. Później – eksces rządów premiera Bieleckiego, z jego kultem „niewidzialnej ręki”…
Trzeba przyznać, że rząd Tuska przejął ten stan jako schedę przeszłości, ale nie potrafił zaradzić jego skutkom społecznym. Polska stała się wielkim odbiorcą dóbr wyprodukowanych za granicą, szczególnie co do gałęzi produkcji najbardziej zniszczonej niedbalstwem czy sabotażem… Można tu faktycznie zastanawiać się nad rolą obcej agentury gospodarczej i lobbingowej w stworzeniu takiego stanu gospodarki, opartego na nabywaniu produktów które mogłyby być z łatwością wytwarzane w kraju; zgodnie ze starą zasadą prawa rzymskiego, że „winien (najbardziej podejrzany) ten - co najwięcej na przestępstwie zyskał”, a zyskał obcy kapitał i pojedyncze osoby „z kręgu władzy” w Polsce.
Mniejsza jednak o to.
Dziś walcząc o rozwój gospodarki, przedsiębiorczości – który niewątpliwie przecież następuje – nie można jednak zapominać o tych ofiarach przemian, lekko licząc setkach tysięcy czy milionie (wśród 2,3 miliona zarejestrowanych bezrobotnych) ludzi w wieku z powodu którego nie mogą uzyskać żadnego zatrudnienia, zawsze przegrywając konkurencję w młodszymi, lepiej wykształconymi albo po prostu lepiej „ustosunkowanymi” niż oni. Dlatego właśnie skupiam się na tym wybranym sektorze bezrobocia: osobach bez szans, w wieku niepozwalającym na uzyskanie zatrudnienia (przeciętnie 45/50 – 60/65 lat).
Trzeba tu poruszyć dwie kwestie zasadnicze: dlaczego ludzie ci nie mogą znaleźć zatrudnienia oraz jakie to ma skutki jednostkowe i społeczne.
Co do tego pierwszego tematu; analizując oferty pracy łatwo dojść do wniosku, co jest kluczem zatrudniania dziś; to KOSZT. Jest to związane z absurdalnym systemem przywilejów, regulacji – które stawiają niektóre osoby w lepszym położeniu na tzw. „rynku pracy” a jedynym czynnikiem decydującym o pozycji człowieka jako potencjalnego pracownika – jest koszt jego pracy.
Co ciekawe – co świadczy o zaściankowości i prymitywizmie przedsiębiorców – zysk z pracy człowieka zatrudnionego, wytwarzana przez niego wartość jest dla nich czymś oczywistym i zupełnie nie rekompensuje kosztu; jeśli przykładowo człowiek swoją pracą wytworzy przychód 15 albo 30 tysięcy to jest absolutnie normalne, ale konieczność odliczenia od tego 700 czy 800 zł kosztu pracy jest dla buraka-przedsiębiorcy w obu przypadkach takim samym dramatem. Punkt widzenia ludzki czy społeczny jest dla przedsiębiorców absolutnie niedostępny, raczej postawa najbardziej prymitywnego wyzysku, przywodząca na myśl dziewiętnastowieczne początki kapitalizmu a nie jego formę oczekiwaną od dwudziestego pierwszego wieku.
Pierwsza grupa osób szczególnie traktowanych to osoby niepełnosprawne. Osoby te z zasady nie są przez pracodawców doceniane, ale ich zatrudnianie po prostu opłaca się. Wynika to z ustawy o PFRON, której filozofię można streścić następująco: państwo nie ma zamiaru „utrzymywać” osób niepełnosprawnych, dlatego jeśli pracodawcy nie chcą zatrudniać tych osób, to oni maja je utrzymywać. Ustala się obowiązkową wpłatę („haracz”) od każdego większego pracodawcy na rzecz funduszu osób niepełnosprawnych, od którego można się uwolnić jedynie zatrudniając takie osoby. Ustala się też obowiązkowy limit ilościowy (procentowy) zatrudnienia osób niepełnosprawnych i wspomniany obowiązkowy „haracz” umniejsza się stosownie do stopnia realizacji tego limitu. Słowem – każda zatrudniona osoba niepełnosprawna powoduje proporcjonalne do narzuconego limitu umniejszenie obowiązkowej wpłaty na PFRON, czyli – zmniejsza koszty.
Nie oceniam tu tego rozwiązania choć wydaje się ono niewspółczesne i wymagające modernizacji; są możliwe inne sposoby rozwiązania problemu pracy osób niepełnosprawnych. Trzeba tu zauważyć, że jest to słuszna, ale jednak ewidentna interwencja państwa w funkcjonowanie rynku pracy, stawiająca „rynek” pod znakiem zapytania. Jeśli jest więc narzucony poziom kosztu, a można go uniknąć lub umniejszyć, to pracodawcy robią wszystko by z tego skorzystać, preferując osoby niepełnosprawne nawet często wbrew ich interesowi czy podstawowej logice myślenia. Ofert pracy dla osób niepełnosprawnych jest dużo i dotyczą one absurdalnie takich prac jak ochrona oraz sprzątanie obiektów. Znakomita większość ofert zatrudnienia na stanowisku ochrony obiektu zawiera wymóg posiadania przez kandydatów orzeczenia o stopniu niepełnosprawności. Nikogo nie dziwi, że funkcja z zasady wymagająca szczególnej sprawności, posiadania przynajmniej potencjalnych możliwości emanujących z wyglądu i postawy człowieka - mającego za zadanie utrzymać pewien porządek, podporządkować sobie osoby skłonne do niewłaściwego zachowania itp. – jest powierzana osobie o której z dużym prawdopodobieństwem można sądzić, że są niepełnosprawne fizycznie, czyli że można je śmiało ignorować. Podobnie i z pracą osób sprzątających; zadania wymagające tężyzny, szczególnej właśnie sprawności i poczucia równowagi przy pracy na drabinie – powierzana jest osobom niepełnosprawnym tylko dlatego, że jest wówczas tania; eliminacja składki na PFRON, inne dotacje i dofinansowania dla pracodawcy z funduszu PFRON, niskie pensje dla pracujących. Oczywiście nikt rozsądny nie zazdrości osobom niepełnosprawnym pracy bo i nie zazdrości im niepełnosprawności, zresztą wiadomo że fakt pracowania i osiągania dochodów jest bardzo ważny psychologicznie dla tych osób, faktem jednak jest i to że sytuacja ma cechy absurdu.
Druga grupa to pracujący emeryci. W istniejącym stanie prawnym osoby w wieku emerytalnym mogą pracować zarobkowo i osiągać dochody bez limitu jednocześnie pobierając emeryturę. Osoby takie są chętnie zatrudniane bo zadowalają się wtedy dużo niższą płacą niż te dla których miałoby to być jedynym dochodem na utrzymanie. Równie chętnie zawiera się z nimi umowy cywilne o wykonywanie cyklicznych zadań, bo w pewnych warunkach nie ma obowiązku odprowadzania za nie składek ubezpieczenia. Wykonują pracę a mało „kosztują” i dlatego są preferowane.
Inna grupa – to osoby w wieku do 26 roku życia. Są to przeważnie studenci i są bardzo poszukiwani na rynku pracy, wyłącznie dlatego, że pracodawca nie ma obowiązku odprowadzać za nie żadnych składek. Są tani.
Podobnie z osobami posiadającymi jakąś stała pracę u tzw. „pierwszego pracodawcy” – które są poszukiwane jako pracownicy tymczasowi do prac dodatkowych u innego pracodawcy; sytuacja ta umożliwia uwolnienie się od obowiązku odprowadzania składek czyli pomniejsza koszt pracodawcy. Każda możliwość pomniejszenia kosztu jest skrzętnie wyłapywana i wykorzystywana.
Niestety grupa osób w wieku zwanym „50 plus” nie jest objęta żadną preferencją, zwolnieniem z kosztów czy innym czynnikiem zmniejszającym koszty ich zatrudniania. Dlatego są w chwili obecnej w niezmiernie niekorzystnym położeniu na tzw. „rynku pracy”, który jak widać wcale nie kieruje się zasadami rynku a raczej jest przez państwo w różnym stopniu sterowany ręcznie.
Wydaje się, że istnieje konieczność natychmiastowej „deregulacji” tego, poprzez zniesienie wszelkich szczególnych zwolnień i przywilejów oczywiście poza konieczną szczególną regulacją zatrudniania niepełnosprawnych. Po prostu trzeba znieść wszelkie przepisy pozwalające na nienaliczanie i nieodprowadzanie składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. Za wszystkie pełnosprawne osoby zatrudnione i wykonujące umowy cywilne musi być odprowadzana kwota zobowiązań do ZUS i NFZ , bez żadnych wyjątków.
Na pytanie więc, dlaczego osoby w wieku „50 plus” nie mogą uzyskać zatrudnienia, można odpowiedzieć: bo jest wiele podmiotów „tańszych” w sensie kosztów pracy.
Oczywiście jest i wiele innych powodów.
Skutkiem takiej sytuacji jest to, że stworzono w ten sposób ogromną grupę (którą ocenia się na 700 000 – 800 000 obywateli) pozbawioną własnych środków utrzymania. Ludzie ci miast przynosić wpływy do ZUS, urzędów skarbowych, NFZ. – tylko kosztują, czasem czerpiąc coś z zasobów społecznych. Nie są nabywcami, usługobiorcami – więc nie wspomagają rozwoju gospodarki, która zależy przecież w jakimś stopniu od odbiorców, od popytu, od obrotów – szczególnie w sektorze drobnej wytwórczości i usług. Ludzie ci nie mając prawa do zasiłku dla bezrobotnych obciążają czasowo budżety swoich rodzin, krewnych czy dzieci, bo życie, egzystencja nieuchronnie wiąże się z kosztami. Nie odżywiają się właściwie, nie leczą się właściwie, stanowiąc dla NFZ swoistą „bombę z opóźnionym zapłonem” w tym znaczeniu, że kiedyś ta sytuacja wpłynie znacząco na budżet NFZ.
To co dziś się propagandowo nazywa "rynkiem pracy" jest w rzeczywistości konglomeratem przywilejów, zwolnień, ingerencji regulacyjnych i obszarów "zapomnianych". Rynek pracy w sensie definicji - NIE ISTNIEJE.
Jestem pewien, że gdyby dziś na przykład zlikwidowano wszystkie zwolnienia od składek obciążających pracodawców a wprowadzono zasadę, że tylko zatrudnienie osoby „50 plus” zwalnia np. na dwa lata od tych wszystkich obciążeń, to natychmiast praca byłaby wyłącznie dla osób z tej grupy wiekowej a studenci, emeryci i niepełnosprawni pozostawaliby bez zatrudnienia. Nagle wymyślane dziś powody odmowy zatrudniania osób z grupy "50 plus" przestałyby być ważne.
Nie chodzi jednak o to by odwracać działanie niesprawiedliwych preferencji a o to, by władza dostrzegła, że stworzyła niszę kompletnego odrzucenia, wyobcowanie, beznadziei i wykluczenia społecznego dla ogromnej grupy obywateli i to na dodatek tych obywateli którym obiecywała pomoc i wsparcie w przystosowaniu się do skutków koniecznego przekształcenia gospodarki, złagodzenie tych skutków.
BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemingi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lemingi. Pokaż wszystkie posty
28/03/2012
47.
Socjalistyczny „rynek pracy” w Polsce.
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
manipulacja,
minister pracy,
następca Tuska,
obowiązki państwa,
paweł baranowski,
prawo,
zasiłki,
zatrudnienie
27/03/2012
46.
Bezrobocie; niewygodna dla władzy prawda.
Niewygodna dla Pana Władysława Kosiniak Kamysza - obecnie jeszcze ministra pracy.
Sytuacja osób w wieku umownie zwanym „50 plus” staje się absolutnie dramatyczna.
Niewątpliwie przyczynia się do tego prócz polityki rządu także cały szereg innych czynników, mniej lub bardziej pośrednich. Do nich trzeba zaliczyć i ogromną masę negatywnych stereotypów, nieporozumień, mitów na temat bezrobocia i bezrobotnych, atmosferę niezdrowej rywalizacji o miejsca pracy których brakuje, powszechny urzędniczy i dziennikarski bełkot, także i negowanie bezrobocia pomimo faktów – jako reakcje obronną na krytykę rządu, pomimo że merytorycznie brak kontrargumentów, czyli reakcję bezmyślnej agresji na krytykę. To nie jest przecież wymysł PO; było to charakterystyczne dla dawnej władzy PRL-u, że władza zawsze musiała „mieć rację” więc gdy jej nie miała, uciszano krytyków socjotechniczną manipulacją oraz agresją.
Fakt, że krytyka jest konstruktywna, co oznacza że dotyczy działania władzy a nie władzy jako takiej – prowadząc do uzasadnienia potrzeby zmiany działania władzy a nie samej władzy, niczego nie zmienia w atmosferze politycznej przypominającej bardziej gówniarskie mordobicie na weselu a nie spokojne i rzeczowe rozwiązywanie problemów. W takiej sytuacji wysiłki ludzi kompetentnych skupiają się na obronie PR Premiera, na tuszowaniu faktów, wprowadzaniu zamieszania pojęciowego, zamiast na rozmowie o rzeczywistości. Jednym ze sposobów „obronnego” wprowadzania zamieszania jest manipulowanie nawet i samym pojęciem „50 plus” jako określeniem grupy obywateli w podobnej sytuacji; zazwyczaj wtedy władza zaczyna używać słowa „senior”.
Senior to po prostu człowiek w starczym wieku, staruszek, dziadek, starszy pan, najstarszy w rodzinie. Określenie to sugeruje wyłącznie „starszy wiek” i nic poza tym, nie ma żadnego odniesienia do pozycji na „rynku pracy”, źródła dochodu na utrzymanie – czyli tych wszystkich czynników jakie nas tu interesują. Senior, to pojęcie bardziej towarzyskie, rodzinne; stosowanie go w kontekście rynku pracy jest skandaliczną manipulacja zaciemniającą obraz rzeczywistości. To samo dotyczy wszelkich działań mających poprawić komfort życia "seniorów", ich dostęp do informacji, kultury itp.
Mówiąc natomiast o osobach z grupy „50 plus” mamy na myśli w tym wypadku konkretnie i wyłącznie osoby w wieku produkcyjnym po 50 a niektórzy nawet twierdzą, że po 45 roku życia, ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, osoby zdolne do pracy zawodowej i chętne do tej pracy, poszukujące możliwości zatrudnienia. Chodzi o osoby, dla których praca najemna jest jedynym albo podstawowym, zasadniczym źródłem dochodu niezbędnego do utrzymania się. Granica początkowe wieku wyznaczona jest przez zjawisko odmowy zatrudniania ze względu na wiek. Ma to charakter lokalnie zróżnicowany. Ponadto zjawisko jest trudne do obserwacji czy badań, bo jest ono przecież nielegalne, jest jawnym złamaniem prawa. To jakby łamanie prawa z całym błogosławieństwem prawa; przepisy swoje a praktyka swoje – i nikomu prócz „ofiar” to nie przeszkadza… Natomiast końcowa granica tego wyróżnionego sektora – to osiągnięcie wieku emerytalnego. Osoby w wieku emerytalnym są po prostu emerytami, nie są „50 plus” ani nie są bezrobotnymi, nawet jeśli maja ponad 50 lat i nie pracują. Praktycznie więc określenie „50 plus” oznacza szczególną osobę bezrobotną, której pracodawcy odmawiają zatrudnienia.
Jak już wspomniałem, trudno badać przyczyny tego zjawiska, gdyż ma ono znamiona bezprawności; prawem zabronionego szykanowania ze względu na wiek czy też nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia z powodu ich wieku.
Kluczem jednak do sprawy jest – jakie znaczenie dla pracodawcy ma ten wiek, skąd taka negatywna reakcja. Pytani o to pracodawcy czy eksperci Konfederacji Pracodawców Prywatnych, zaczynają dziwnie kluczyć i bąkać pod nosem… prawdopodobnie zdając sobie w pełni sprawę z niemalże jawnej bezprawności takiego stanowiska. Jedyną wymówką oficjalnie podawaną jest sprawa tej nieszczęsnej „ochrony” stosunku pracy w okresie przedemerytalnym, czyli na cztery lata przed osiągnięciem tego wieku. Zgodnie z obecnymi zasadami mężczyzny zatrudnionego który przekroczył wiek 61 lat (4 lata przed emeryturą) nie można już zwolnić z pracy o ile wykonuje swoje obowiązki zawodowe, i by nie dopuścić do tego – pracodawca rozwiązuje taki stosunek pracy zanim mężczyzna ten wejdzie we wspomniany okres „ochrony”. Jest to możliwe, gdyż stosunek pracy ma charakter dobrowolny dla każdej ze stron, więc każda ze stron umowy o pracę może ją rozwiązać z zachowaniem zasad określonych w prawie pracy. Łatwo tu stwierdzić, że to co miało chronić przed rozwiązaniem stosunku pracy – właśnie powoduje jego rozwiązanie, czyli rzekomy przywilej ochrony – szkodzi, ale to jakoś zupełnie nie robi wrażenia na decydentach.
Generalnie – mamy na rynku pracy ogromny niedobór ilościowy miejsc pracy. Ma on także charakter strukturalny, to znaczy struktura kompetencji kandydatów do pracy nie odpowiada strukturze kompetencji oczekiwanych przez pracodawców. Likwidacja wielu gałęzi produkcji i wielu zakładów produkcyjnych stworzyła dużą grupę bezrobotnych posiadających doświadczenie zawodowe w zawodach obecnie zbędnych, osób z wykształceniem zawodowym lub ogólnym, bardzo często z dość słabą umiejętnością posługiwania się sprzętem IT, także często nie posługujących się jakimkolwiek językiem obcym w stopniu umożliwiającym zastosowanie tego w pracy lub podjęcie pracy za granicą. W tej grupie – mówiąc o osobach „50 plus” mamy na myśli osoby bezrobotne z definicji, to znaczy spełniające wszystkie kryteria jakie są wymagane do uzyskania statusu osoby bezrobotnej. Nie należą więc do tej grupy emeryci, osoby niezdolne do pracy z powodu alkoholizmu, osoby w trakcie resocjalizacji, inwalidzi i osoby niepełnosprawne, osoby bierne zawodowo, osoby bezdomne z wieloletnią dezaktywacją zawodową itp., gdyż nie są to osoby bezrobotne, nawet jeśli nie pracują i są w wieku 50 i więcej lat. Osoby niepełnosprawne lecz zdolne do jakiejś, odpowiedniej dla nich pracy nie zaliczam do "50 plus" gdyż objęte są one szczególnymi przepisami dotyczącymi osób niepełnosprawnych (ustawa o PFRON), są odrębną grupą na rynku pracy, korzystającą ze szczególnej kierunkowanej pomocy państwa jaka nie przysługuje innym osobom z grupy 50 plus.
Sytuacja tej grupy osób jest w chwili obecnej dramatyczna, bo praktycznie nie mają one szans na zatrudnienie. Brak obecnie jakichkolwiek programów wsparcia dotyczących do-kwalifikowania czy przekwalifikowania z jednoczesną aktywizacją zawodową. Fundusze na staże, szkolenia i prace interwencyjne organizowane w ramach zadań PUP są drastycznie okrojone. Z powodu długotrwałości bezrobocia i absurdalnie drakońskich wymogów formalnych – coraz mniej osób z tej grupy ma prawo do zasiłku dla bezrobotnych. Osoby te coraz częściej pozostają bez żadnych środków do życia i bez szans na zmianę swojej sytuacji, korzystają z minimalnej pomocy rodzin, pozwalającej przetrwać fizycznie w ograniczonym okresie czasu.
Widać dziś całkowity brak zrozumienia tej sytuacji wśród decydentów albo – pomimo pełnego zrozumienia – brak woli podjęcia jakichś działań zaradczych a raczej – działania na rzecz ukrycia czy zbagatelizowania problemu, byle notowania polityczne Premiera nie spadały…
Niestety: spadną! Skorzystają na tym ci, co nie powinni; skrajna prawica i skrajna lewica. I o to mam właśnie pretensję do władzy z Platformy Obywatelskiej; o sprzyjanie niepokojom i zamieszkom, prowokowanie „rewolucji”, ekstremistycznych wybryków zamiast spokojnego, rozumnego i cywilizowanego, zrównoważonego i społecznie sprawiedliwego rozwoju.
Sytuacja osób w wieku umownie zwanym „50 plus” staje się absolutnie dramatyczna.
Niewątpliwie przyczynia się do tego prócz polityki rządu także cały szereg innych czynników, mniej lub bardziej pośrednich. Do nich trzeba zaliczyć i ogromną masę negatywnych stereotypów, nieporozumień, mitów na temat bezrobocia i bezrobotnych, atmosferę niezdrowej rywalizacji o miejsca pracy których brakuje, powszechny urzędniczy i dziennikarski bełkot, także i negowanie bezrobocia pomimo faktów – jako reakcje obronną na krytykę rządu, pomimo że merytorycznie brak kontrargumentów, czyli reakcję bezmyślnej agresji na krytykę. To nie jest przecież wymysł PO; było to charakterystyczne dla dawnej władzy PRL-u, że władza zawsze musiała „mieć rację” więc gdy jej nie miała, uciszano krytyków socjotechniczną manipulacją oraz agresją.
Fakt, że krytyka jest konstruktywna, co oznacza że dotyczy działania władzy a nie władzy jako takiej – prowadząc do uzasadnienia potrzeby zmiany działania władzy a nie samej władzy, niczego nie zmienia w atmosferze politycznej przypominającej bardziej gówniarskie mordobicie na weselu a nie spokojne i rzeczowe rozwiązywanie problemów. W takiej sytuacji wysiłki ludzi kompetentnych skupiają się na obronie PR Premiera, na tuszowaniu faktów, wprowadzaniu zamieszania pojęciowego, zamiast na rozmowie o rzeczywistości. Jednym ze sposobów „obronnego” wprowadzania zamieszania jest manipulowanie nawet i samym pojęciem „50 plus” jako określeniem grupy obywateli w podobnej sytuacji; zazwyczaj wtedy władza zaczyna używać słowa „senior”.
Senior to po prostu człowiek w starczym wieku, staruszek, dziadek, starszy pan, najstarszy w rodzinie. Określenie to sugeruje wyłącznie „starszy wiek” i nic poza tym, nie ma żadnego odniesienia do pozycji na „rynku pracy”, źródła dochodu na utrzymanie – czyli tych wszystkich czynników jakie nas tu interesują. Senior, to pojęcie bardziej towarzyskie, rodzinne; stosowanie go w kontekście rynku pracy jest skandaliczną manipulacja zaciemniającą obraz rzeczywistości. To samo dotyczy wszelkich działań mających poprawić komfort życia "seniorów", ich dostęp do informacji, kultury itp.
Mówiąc natomiast o osobach z grupy „50 plus” mamy na myśli w tym wypadku konkretnie i wyłącznie osoby w wieku produkcyjnym po 50 a niektórzy nawet twierdzą, że po 45 roku życia, ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, osoby zdolne do pracy zawodowej i chętne do tej pracy, poszukujące możliwości zatrudnienia. Chodzi o osoby, dla których praca najemna jest jedynym albo podstawowym, zasadniczym źródłem dochodu niezbędnego do utrzymania się. Granica początkowe wieku wyznaczona jest przez zjawisko odmowy zatrudniania ze względu na wiek. Ma to charakter lokalnie zróżnicowany. Ponadto zjawisko jest trudne do obserwacji czy badań, bo jest ono przecież nielegalne, jest jawnym złamaniem prawa. To jakby łamanie prawa z całym błogosławieństwem prawa; przepisy swoje a praktyka swoje – i nikomu prócz „ofiar” to nie przeszkadza… Natomiast końcowa granica tego wyróżnionego sektora – to osiągnięcie wieku emerytalnego. Osoby w wieku emerytalnym są po prostu emerytami, nie są „50 plus” ani nie są bezrobotnymi, nawet jeśli maja ponad 50 lat i nie pracują. Praktycznie więc określenie „50 plus” oznacza szczególną osobę bezrobotną, której pracodawcy odmawiają zatrudnienia.
Jak już wspomniałem, trudno badać przyczyny tego zjawiska, gdyż ma ono znamiona bezprawności; prawem zabronionego szykanowania ze względu na wiek czy też nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia z powodu ich wieku.
Kluczem jednak do sprawy jest – jakie znaczenie dla pracodawcy ma ten wiek, skąd taka negatywna reakcja. Pytani o to pracodawcy czy eksperci Konfederacji Pracodawców Prywatnych, zaczynają dziwnie kluczyć i bąkać pod nosem… prawdopodobnie zdając sobie w pełni sprawę z niemalże jawnej bezprawności takiego stanowiska. Jedyną wymówką oficjalnie podawaną jest sprawa tej nieszczęsnej „ochrony” stosunku pracy w okresie przedemerytalnym, czyli na cztery lata przed osiągnięciem tego wieku. Zgodnie z obecnymi zasadami mężczyzny zatrudnionego który przekroczył wiek 61 lat (4 lata przed emeryturą) nie można już zwolnić z pracy o ile wykonuje swoje obowiązki zawodowe, i by nie dopuścić do tego – pracodawca rozwiązuje taki stosunek pracy zanim mężczyzna ten wejdzie we wspomniany okres „ochrony”. Jest to możliwe, gdyż stosunek pracy ma charakter dobrowolny dla każdej ze stron, więc każda ze stron umowy o pracę może ją rozwiązać z zachowaniem zasad określonych w prawie pracy. Łatwo tu stwierdzić, że to co miało chronić przed rozwiązaniem stosunku pracy – właśnie powoduje jego rozwiązanie, czyli rzekomy przywilej ochrony – szkodzi, ale to jakoś zupełnie nie robi wrażenia na decydentach.
Generalnie – mamy na rynku pracy ogromny niedobór ilościowy miejsc pracy. Ma on także charakter strukturalny, to znaczy struktura kompetencji kandydatów do pracy nie odpowiada strukturze kompetencji oczekiwanych przez pracodawców. Likwidacja wielu gałęzi produkcji i wielu zakładów produkcyjnych stworzyła dużą grupę bezrobotnych posiadających doświadczenie zawodowe w zawodach obecnie zbędnych, osób z wykształceniem zawodowym lub ogólnym, bardzo często z dość słabą umiejętnością posługiwania się sprzętem IT, także często nie posługujących się jakimkolwiek językiem obcym w stopniu umożliwiającym zastosowanie tego w pracy lub podjęcie pracy za granicą. W tej grupie – mówiąc o osobach „50 plus” mamy na myśli osoby bezrobotne z definicji, to znaczy spełniające wszystkie kryteria jakie są wymagane do uzyskania statusu osoby bezrobotnej. Nie należą więc do tej grupy emeryci, osoby niezdolne do pracy z powodu alkoholizmu, osoby w trakcie resocjalizacji, inwalidzi i osoby niepełnosprawne, osoby bierne zawodowo, osoby bezdomne z wieloletnią dezaktywacją zawodową itp., gdyż nie są to osoby bezrobotne, nawet jeśli nie pracują i są w wieku 50 i więcej lat. Osoby niepełnosprawne lecz zdolne do jakiejś, odpowiedniej dla nich pracy nie zaliczam do "50 plus" gdyż objęte są one szczególnymi przepisami dotyczącymi osób niepełnosprawnych (ustawa o PFRON), są odrębną grupą na rynku pracy, korzystającą ze szczególnej kierunkowanej pomocy państwa jaka nie przysługuje innym osobom z grupy 50 plus.
Sytuacja tej grupy osób jest w chwili obecnej dramatyczna, bo praktycznie nie mają one szans na zatrudnienie. Brak obecnie jakichkolwiek programów wsparcia dotyczących do-kwalifikowania czy przekwalifikowania z jednoczesną aktywizacją zawodową. Fundusze na staże, szkolenia i prace interwencyjne organizowane w ramach zadań PUP są drastycznie okrojone. Z powodu długotrwałości bezrobocia i absurdalnie drakońskich wymogów formalnych – coraz mniej osób z tej grupy ma prawo do zasiłku dla bezrobotnych. Osoby te coraz częściej pozostają bez żadnych środków do życia i bez szans na zmianę swojej sytuacji, korzystają z minimalnej pomocy rodzin, pozwalającej przetrwać fizycznie w ograniczonym okresie czasu.
Widać dziś całkowity brak zrozumienia tej sytuacji wśród decydentów albo – pomimo pełnego zrozumienia – brak woli podjęcia jakichś działań zaradczych a raczej – działania na rzecz ukrycia czy zbagatelizowania problemu, byle notowania polityczne Premiera nie spadały…
Niestety: spadną! Skorzystają na tym ci, co nie powinni; skrajna prawica i skrajna lewica. I o to mam właśnie pretensję do władzy z Platformy Obywatelskiej; o sprzyjanie niepokojom i zamieszkom, prowokowanie „rewolucji”, ekstremistycznych wybryków zamiast spokojnego, rozumnego i cywilizowanego, zrównoważonego i społecznie sprawiedliwego rozwoju.
Etykiety:
50 plus,
50+,
bezrobocie,
bieda,
dezaktywizacja,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
manipulacja opinią publiczną,
minister pracy,
praca,
PUP,
wykluczenie
23/03/2012
38.
To zmiana wieku emerytalnego, a nie stażu pracy.
Zaroiło się nagle w mediach od ogłupiających wypowiedzi publicznych w sprawie reformy emerytalnej.
Jestem daleki od poddawania się przesadnej wierze w teorie spiskowe, z drugiej strony jednak wiem, że istnieje i działa wielka liczba ludzi, w tym i zawodowych dziennikarzy mających za zadanie siać niezrozumienie, mącić w głowach, mnożyć wersje tych samych wiadomości tak by nikt już nie był pewien, kto ma rację; czy ci co zaprzeczają sensowi reformy emerytalnej, czy ci co ją bezrefleksyjnie promują czy też ci co mają do tego stosunek ambiwalentny.
Widzę, że z wielkim naciskiem zaczyna być lansowane zdanie, że „wydłużenie pracy do 67 roku życia da wyższe emerytury”.
TO KŁAMSTWO.
TA REFORMA NIE POLEGA NA „PRZEDŁUŻENIU STAŻU PRACY DO 67 ROKU ŻYCIA”.
POLEGA ONA TYLKO NA PRZESUNIĘCIU DO 67 ROKU ŻYCIA CHWILI UZYSKANIA PRAWA DO EMERYTURY, NIE GWARANTUJĄC JEJ WYSOKOŚCI
Jest ogromne bezrobocie i stale się ono zwiększa. Szczególnie gwałtownie zaczęło przybywać kobiet bezrobotnych. W styczniu na przykład przybyło ponad sto tysięcy (100 000) kobiet bezrobotnych w porównaniu do nowych kilkunastu tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych mężczyzn. Tragicznie i to bez względu na płeć - wygląda sytuacja w grupie pracowników starszych, po umownie przyjętym pięćdziesiątym roku życia. Reforma wieku emerytalnego wydłuża czas oczekiwania na prawo do przejścia na emeryturę o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet. Rząd nie proponuje żadnych rzeczywistych działań zmniejszających bezrobocie, zwiększających szanse na zatrudnienie. Reforma wieku emerytalnego także nie zawiera takich działań, a powinny one poprzedzać wydłużenie wieku emerytalnego. Każdy kto chce pracować - powinien móc pracować i wówczas dopiero można wydłużać okres aktywności zawodowej przed uzyskaniem prawa do emerytury z ZUS. Zmiana ta jest obecnie nakierowana wyłącznie na oszczędności w budżecie, kosztem pogorszenia i tak już tragicznej sytuacji.
Przesunięcie o dwa lata wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę może wysokość emerytur powiększyć wyłącznie dla tych osób starszych w wieku przedemerytalnym, które będą gdzieś zatrudnione na zasadach generujących odprowadzanie składek społecznych (np. umowie o pracę). Pozostałe osoby, bezrobotne oraz te nieaktywne zawodowo będą musiały po prostu dłużej czekać na swoją głodową emeryturę.
Rząd powinien najpierw podjąć działania poprawiające sytuację na rynku pracy osób w wieku po 45 czy 50 roku życia, stworzyć szansę na rzeczywistą pracę do 67 roku życia, a potem dopiero wprowadzić zmianę wieku emerytalnego. Dziś – wydłużenie wieku emerytalnego jest wyłącznie działaniem antyspołecznym, cyniczną decyzją nie liczącą się z kosztami społecznymi, z kosztami ludzkimi.
Nikt jak dotychczas nie przedstawił publicznie propozycji działań alternatywnych do propozycji wydłużenia czasu oczekiwania na emeryturę, dających podobny efekt dla budżetu państwa. Jak się wydaje, patrząc i na inne kraje europejskie – przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury zdaje się nieuniknione. Działanie innych krajów (Niemcy – w 2010 roku) uwiarygodniają sensowność propozycji rządowej. Ale to nie może być działanie nie liczące się z realiami bezrobocia, nie liczące się z ofiarami. Emerytury trzeba zreformować, ale trzeba to zrobić od początku, we właściwej kolejności. Rząd Donalda Tuska zaczął od końca.
Obecna propozycja rządu przedłuża czas bezrobocia a nie czas pracy – do 67 roku życia, a to jest niedopuszczalne.
Wszyscy, którzy publicznie twierdzą, że Rząd proponuje „wydłużenie czasu pracy do 67 roku życia” – bezczelnie i karygodnie łżą i działają przeciwko społeczeństwu.
Jestem daleki od poddawania się przesadnej wierze w teorie spiskowe, z drugiej strony jednak wiem, że istnieje i działa wielka liczba ludzi, w tym i zawodowych dziennikarzy mających za zadanie siać niezrozumienie, mącić w głowach, mnożyć wersje tych samych wiadomości tak by nikt już nie był pewien, kto ma rację; czy ci co zaprzeczają sensowi reformy emerytalnej, czy ci co ją bezrefleksyjnie promują czy też ci co mają do tego stosunek ambiwalentny.
Widzę, że z wielkim naciskiem zaczyna być lansowane zdanie, że „wydłużenie pracy do 67 roku życia da wyższe emerytury”.
TO KŁAMSTWO.
TA REFORMA NIE POLEGA NA „PRZEDŁUŻENIU STAŻU PRACY DO 67 ROKU ŻYCIA”.
POLEGA ONA TYLKO NA PRZESUNIĘCIU DO 67 ROKU ŻYCIA CHWILI UZYSKANIA PRAWA DO EMERYTURY, NIE GWARANTUJĄC JEJ WYSOKOŚCI
Jest ogromne bezrobocie i stale się ono zwiększa. Szczególnie gwałtownie zaczęło przybywać kobiet bezrobotnych. W styczniu na przykład przybyło ponad sto tysięcy (100 000) kobiet bezrobotnych w porównaniu do nowych kilkunastu tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych mężczyzn. Tragicznie i to bez względu na płeć - wygląda sytuacja w grupie pracowników starszych, po umownie przyjętym pięćdziesiątym roku życia. Reforma wieku emerytalnego wydłuża czas oczekiwania na prawo do przejścia na emeryturę o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet. Rząd nie proponuje żadnych rzeczywistych działań zmniejszających bezrobocie, zwiększających szanse na zatrudnienie. Reforma wieku emerytalnego także nie zawiera takich działań, a powinny one poprzedzać wydłużenie wieku emerytalnego. Każdy kto chce pracować - powinien móc pracować i wówczas dopiero można wydłużać okres aktywności zawodowej przed uzyskaniem prawa do emerytury z ZUS. Zmiana ta jest obecnie nakierowana wyłącznie na oszczędności w budżecie, kosztem pogorszenia i tak już tragicznej sytuacji.
Przesunięcie o dwa lata wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę może wysokość emerytur powiększyć wyłącznie dla tych osób starszych w wieku przedemerytalnym, które będą gdzieś zatrudnione na zasadach generujących odprowadzanie składek społecznych (np. umowie o pracę). Pozostałe osoby, bezrobotne oraz te nieaktywne zawodowo będą musiały po prostu dłużej czekać na swoją głodową emeryturę.
Rząd powinien najpierw podjąć działania poprawiające sytuację na rynku pracy osób w wieku po 45 czy 50 roku życia, stworzyć szansę na rzeczywistą pracę do 67 roku życia, a potem dopiero wprowadzić zmianę wieku emerytalnego. Dziś – wydłużenie wieku emerytalnego jest wyłącznie działaniem antyspołecznym, cyniczną decyzją nie liczącą się z kosztami społecznymi, z kosztami ludzkimi.
Nikt jak dotychczas nie przedstawił publicznie propozycji działań alternatywnych do propozycji wydłużenia czasu oczekiwania na emeryturę, dających podobny efekt dla budżetu państwa. Jak się wydaje, patrząc i na inne kraje europejskie – przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury zdaje się nieuniknione. Działanie innych krajów (Niemcy – w 2010 roku) uwiarygodniają sensowność propozycji rządowej. Ale to nie może być działanie nie liczące się z realiami bezrobocia, nie liczące się z ofiarami. Emerytury trzeba zreformować, ale trzeba to zrobić od początku, we właściwej kolejności. Rząd Donalda Tuska zaczął od końca.
Obecna propozycja rządu przedłuża czas bezrobocia a nie czas pracy – do 67 roku życia, a to jest niedopuszczalne.
Wszyscy, którzy publicznie twierdzą, że Rząd proponuje „wydłużenie czasu pracy do 67 roku życia” – bezczelnie i karygodnie łżą i działają przeciwko społeczeństwu.
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
cynizm,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kaczyński,
konstytucja,
lemingi,
manipulacja opinią publiczną,
nędza,
obowiązki państwa
22/03/2012
37.
Pogadać jak Minister z pielęgniarką…
Nie, nie... Panu Ministrowi jak na razie j e s z c z e nic się nie stało... :)
Spotkanie Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z Ministrem Pracy jakie dziś się odbyło - oczywiście w związku z konsultacjami w sprawie przesunięcia wieku emerytalnego, jest niezłym pretekstem do poruszenia pewnej sprawy. Związkowcy jak łatwo się domyśleć, argumentowali sprzeciw wobec tego projektu. Twierdzili, że wydłużenie okresu pracy pielęgniarek przed nabyciem prawa do emerytury jest groźne dla bezpieczeństwa pacjentów.
Otwiera to nowe możliwości, których się spodziewałem; rozpatrywania tego projektu przez jego przeciwników z punktu widzenia po kolei poszczególnych zawodów.
Nie dość, że już teraz zmiana wieku emerytalnego nie ma dotyczyć górników, wszystkich służb mundurowych, sędziów i prokuratorów no i w rolnictwie sytuacja jest całkiem niejasna pod tym względem, to teraz poszczególne branże będą jak przypuszczam walczyć po kolei „o swoich”. Mamy szansę otrzymać w ten sposób system dużo bardziej skomplikowany, najeżony wyjątkami, wyjątkami od wyjątków, regulacjami szczególnymi itp. – czyli tak zwany „polski bajzel” który Niemcy nazywają grzecznie „das polnische mischmasch”.
Pisałem już o cwanych i oszukańczych argumentach pojawiających się po stronie Rządu w tej sprawie, głównie ministrów pracy i finansów oraz samego "herszta", szczególnie objawiających się w ostentacyjnym mówieniu o „wydłużeniu okresu pracy do 67 lat” a nie o „wydłużeniu okresu oczekiwania na nabycie uprawnień” – jak się powinno to zgodnie z prawdą określać, biorąc pod uwagę, że osoby te <strong>nie będą dłużej pracowały</strong>, przynajmniej duża ich liczba.
Ale okazuje się, że po drugiej stronie „konsultacji” także pojawiać się mogą podobnie irracjonalne albo po prostu nieuczciwe argumenty. Jednym z nich jest taki sposób przedstawiania sprawy: czy ktoś może sobie wyobrazić 66-letnią lekarkę przyjmującą pacjentów, 66-letnią pielęgniarkę na dyżurze w szpitalu, od której zależy bezpieczeństwo każdego z pacjentów jej powierzonych, albo 66-letnią tancerkę w balecie operowym czy nawet kasjerkę w sklepie?
To oczywiście argumenty tylko pozornie słuszne a w rzeczywistości skrajna demagogia. Irracjonalnie – taka argumentacja także odwołuje się do tego samego „przekrętu” jakim jest udawanie, że się nie odróżnia okresu „pracy do emerytury” od okresu „nabycia uprawnień do emerytury”. Projekt zmiany ustawy emerytalnej mówi jedynie o wydłużeniu do 67 lat okresu nabycia uprawnień do emerytury. Przed nabyciem uprawnień do emerytury w wieku 67 lat - można być na rencie ze względu na niezdolność do pracy, czasową albo stałą, można być na bezpłatnym urlopie, na bezrobociu, można być czasowo nieczynnym zawodowo - byle mieć wymagany wcześniejszy okres składkowy i nieskładkowy łącznie 25 lat. Uprawnienie do emerytury nie wymaga wcale bezwzględnej pracy bez przerwy do ukończenia 67 roku życia.
O tyle fałszywe czy wręcz demagogiczne jest mówienie z jednej strony o podwyższeniu kwoty emerytury dzięki dłuższej pracy a z drugiej strony o konieczności tańczenia w balecie do ukończenia 67 roku życia. To skrajnie nieuczciwa demagogia z obu stron.
Powtórzę więc jeszcze raz: podwyższenie wieku nabycia uprawnień do emerytury to jedno a realna możliwość utrzymania zatrudnienia do tego wieku – to co innego. Najpierw trzeba było - dzięki wcześniejszym reformom - zapewnić realne szanse rzeczywistej pracy do wieku 67 lat (abstrahując od zawodu), tak by wystąpił efekt zwiększenia wymiaru emerytury przez dłuższy czas płacenia składek do IKE, a dopiero wtedy wystąpić z końcowym etapem reformy – zmianą ustawy emerytalnej co do wieku nabycia uprawnień emerytalnych.
Zresztą jeśli ktoś ukończy 67 rok życia pracując, to wcale nie znaczy, że MUSI pracę już zakończyć i odejść na emeryturę; to znaczy że ma takie uprawnienie ale jeśli porozumie się z pracodawcą co do dalszego zatrudniania – może pracować dalej i pobierać emeryturę (zgodnie z obecnie obowiązującym prawem).
Co do owych „67-letnich baletnic” – jak byśmy nazwali ogólnie ten problem:
Każda praca ma swoją specyfikę, charakterystykę. Charakterystyki te są opracowywane i udostępniane w postaci opisów dostępnych w WUP, PUP , w punktach doradztwa zawodowego i w Internecie. Także w procesie nauki można zdobyć wszelką wiedzę dotyczącą zagrożeń długości pracy w danym zawodzie. Na przykład w zawód tancerki baletowej jest już z góry i z natury wpisana nieubłagana „sezonowość” pracy bezpośrednio artystycznej. Podobnie i wśród modelek. Każda tancerka wie doskonale, że - choć to też trochę od niej zależy, to ma przed sobą bardzo krótki okres bezpośredniego uprawiania zawodu artystycznego; 10 lat, może 20 lat. W każdym razie z pewnością nie do emerytury nawet i w wieku 55 lat. Dużo krócej. Ale ktoś musi przecież uczyć nowe tancerki i osoba która ma za sobą etap pracy na scenie – jest do tego najlepiej przygotowana. To samo można wykazać na przykładzie sportowców, bokserów (których do sportowców nie zaliczam), pilotów – szczególnie wojskowych itp. Ogólnie – w wiele zawodów wpisana jest z natury ich czasowość i musi istnieć, przeważnie też istnieje jakaś dalsza droga. Mało tego: człowiek uprawiający ten zawód i wiedzący o tym fakcie „sezonowości” – sam powinien myśleć o swojej przyszłości. Tenisiści zakładają szkoły tenisowe albo produkują sprzęt. Bokserzy lubią inwestować oszczędności w branżę restauratorską. Generalnie przecież każdy człowiek sam odpowiada przed sobą za swoją przyszłość, drogę zawodową, także za możliwość wycofania się z tej drogi, przydatność zdobywanej wiedzy. Przecież każdy człowiek ma "rzeźbić" swoje życie tak jak chce ale i mieć coś w zanadrzu na chwilę nieprzewidzianych problemów czy zmian. Na tym polega mądrość życia i nikt a już z pewnością nie Państwo nikogo w tym nie zastąpi, może co najwyżej nieco dopomóc lub utrudniać.
Wracając do pielęgniarek i położnych: każdy człowiek pracuje w swoim zawodzie do kiedy może. Jeśli staje się niezdolny do wykonywania swojej pracy uzyskuje orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, zgodnie z którym podejmuje taką pracę którą jako osoba niepełnosprawna jest w stanie wykonywać. Jeśli całkowicie nie jest w stanie pracować – otrzymuje rentę. Jeśli jest w stanie wykonywać swoje obowiązki w danym zawodzie – to pracuje nawet i do samej emerytury. Dlatego argument związkowców o „67-letniej pielęgniarce” jest tak bardzo demagogiczny. Ale związkowcy mają prawo do swojego punktu widzenia a może i nawet mają taki obowiązek wobec płacących składki związkowe.
Jest tu istotnie problem, tylko się o nim zbyt mało mówi. Sprawa kształtowania kariery zawodowej, odpowiedniej informacji. Sprawa tzw. zarządzania wiekiem w firmach, także i produkcyjnych. Pielęgniarka, jeśli już nie może z pełną odpowiedzialnością pełnić dyżurów na oddziałach szpitalnych, może mogłaby być pielęgniarką towarzyszącą lekarzowi rodzinnemu. Może mogłaby jeszcze być opiekunką osoby starszej wymagającej opieki pielęgniarskiej, pracownikiem DPS-u . W końcu – mogłaby być pracownikiem ewidencji medycznej, rejestracji, wykonywać prace biurowe w szpitalu – wymagające wiedzy zawodowej o sprawach medycznych i organizacyjnych ochrony zdrowia. Wcale nie jest nigdzie powiedziane ani nikomu gwarantowane, że będzie pracował bezpośrednio w swoim zawodzie aż do emerytury. Oczywiście nie można człowieka pozostawić samemu sobie z tym problemem, pracodawca powinien mieć to na uwadze. Powinien istnieć system prawny tzw. ustaw około emerytalnych obejmujących i to zagadnienie. Na dodatek – to powinno być wprowadzone wcześniej, przed wydłużeniem czasu oczekiwania na nabycie uprawnień do emerytury.
Dziś jest zupełnie odwrotnie. Rejestratorką, pracownikiem biurowym szpitala nie może być pielęgniarka która już nie może pełnić odpowiedzialnych dyżurów ze względu na wiek czy stan zdrowia. Nie może, bo stanowiska te są najczęściej obsadzane ludźmi młodymi na zasadach nepotyzmu i prywaty. Wiadomo, że przysłowiowa córeczka czy wnusia wielkiego pana prezesa, dyrektora czy radnego musi mieć pracę, przecież nie zarejestruje się w Urzędzie pracy razem z tą „hołotą” – więc załatwiana jej jest praca biurowa; w urzędzie, w szpitalu, w samorządzie… Tak samo często z (mamin)synkami i rozpieszczonymi wnusiami panów prezesów, którym już znudziło się siedzenie w domu i popalanie „marychy” po kątach; tatuś załatwi „odpowiednią” pracę…
Ja tak świadomie przejaskrawiam, wyszydzam i drwię - ale chcę dobitnie tu przedstawić, co dziś funkcjonuje zamiast „zarządzania wiekiem pracownika” czy odpowiednią polityką kadrową związaną z osobami starszymi. Rząd miał obowiązek dotychczas się z tym uporać, uporządkować sprawy około emerytalne zanim wystąpił z obecnym projektem. Ale wszystko wskazuje na to, ze pan Premier jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, zamiast zapowiedzianego ograniczenia administracji, nastąpił jej gwałtowny rozrost o dziesiątki tysięcy stanowisk. Najprawdopodobniej – stanowisk zupełnie niepotrzebnych, a uszykowanych dla wnuczek i synalków, którzy przecież nie mogą być bezrobotni. Zresztą – jak powiedział wicepremier Pawlak oskarżany przez prasę o nepotyzm – „nie ma nic złego w tym, że syn pójdzie w ślady ojca”… a córeczka w ślady matki – chciałoby się dopowiedzieć.
Nie ma więc mowy o tym, aby 67-letnia „babcia” musiała być czynną pielęgniarką – jeśli nie może, ale też nie ma obecnie mowy o tym, aby mogła być przesunięta odpowiednio wcześniej na inne zbliżone stanowisko na którym także korzystałaby ze swojej wiedzy – bo stanowisko to musi być dla córeczek i wnusi „Pana Prezesa”.
Dlatego, gdy pielęgniarka już nie będzie mogła być pielęgniarką, będzie musiała na zasiłku, na jałmużnie z opieki społecznej doczekać do wieku w którym będzie mogła przejść na wypracowaną już emeryturę i emerytura ta może być dużo niższa, niż gdyby pracowała przez cały czas do wieku 55 lat i w tym wieku przeszła na emeryturę.
Na tym właśnie polega oszustwo władzy.
Spotkanie Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z Ministrem Pracy jakie dziś się odbyło - oczywiście w związku z konsultacjami w sprawie przesunięcia wieku emerytalnego, jest niezłym pretekstem do poruszenia pewnej sprawy. Związkowcy jak łatwo się domyśleć, argumentowali sprzeciw wobec tego projektu. Twierdzili, że wydłużenie okresu pracy pielęgniarek przed nabyciem prawa do emerytury jest groźne dla bezpieczeństwa pacjentów.
Otwiera to nowe możliwości, których się spodziewałem; rozpatrywania tego projektu przez jego przeciwników z punktu widzenia po kolei poszczególnych zawodów.
Nie dość, że już teraz zmiana wieku emerytalnego nie ma dotyczyć górników, wszystkich służb mundurowych, sędziów i prokuratorów no i w rolnictwie sytuacja jest całkiem niejasna pod tym względem, to teraz poszczególne branże będą jak przypuszczam walczyć po kolei „o swoich”. Mamy szansę otrzymać w ten sposób system dużo bardziej skomplikowany, najeżony wyjątkami, wyjątkami od wyjątków, regulacjami szczególnymi itp. – czyli tak zwany „polski bajzel” który Niemcy nazywają grzecznie „das polnische mischmasch”.
Pisałem już o cwanych i oszukańczych argumentach pojawiających się po stronie Rządu w tej sprawie, głównie ministrów pracy i finansów oraz samego "herszta", szczególnie objawiających się w ostentacyjnym mówieniu o „wydłużeniu okresu pracy do 67 lat” a nie o „wydłużeniu okresu oczekiwania na nabycie uprawnień” – jak się powinno to zgodnie z prawdą określać, biorąc pod uwagę, że osoby te <strong>nie będą dłużej pracowały</strong>, przynajmniej duża ich liczba.
Ale okazuje się, że po drugiej stronie „konsultacji” także pojawiać się mogą podobnie irracjonalne albo po prostu nieuczciwe argumenty. Jednym z nich jest taki sposób przedstawiania sprawy: czy ktoś może sobie wyobrazić 66-letnią lekarkę przyjmującą pacjentów, 66-letnią pielęgniarkę na dyżurze w szpitalu, od której zależy bezpieczeństwo każdego z pacjentów jej powierzonych, albo 66-letnią tancerkę w balecie operowym czy nawet kasjerkę w sklepie?
To oczywiście argumenty tylko pozornie słuszne a w rzeczywistości skrajna demagogia. Irracjonalnie – taka argumentacja także odwołuje się do tego samego „przekrętu” jakim jest udawanie, że się nie odróżnia okresu „pracy do emerytury” od okresu „nabycia uprawnień do emerytury”. Projekt zmiany ustawy emerytalnej mówi jedynie o wydłużeniu do 67 lat okresu nabycia uprawnień do emerytury. Przed nabyciem uprawnień do emerytury w wieku 67 lat - można być na rencie ze względu na niezdolność do pracy, czasową albo stałą, można być na bezpłatnym urlopie, na bezrobociu, można być czasowo nieczynnym zawodowo - byle mieć wymagany wcześniejszy okres składkowy i nieskładkowy łącznie 25 lat. Uprawnienie do emerytury nie wymaga wcale bezwzględnej pracy bez przerwy do ukończenia 67 roku życia.
O tyle fałszywe czy wręcz demagogiczne jest mówienie z jednej strony o podwyższeniu kwoty emerytury dzięki dłuższej pracy a z drugiej strony o konieczności tańczenia w balecie do ukończenia 67 roku życia. To skrajnie nieuczciwa demagogia z obu stron.
Powtórzę więc jeszcze raz: podwyższenie wieku nabycia uprawnień do emerytury to jedno a realna możliwość utrzymania zatrudnienia do tego wieku – to co innego. Najpierw trzeba było - dzięki wcześniejszym reformom - zapewnić realne szanse rzeczywistej pracy do wieku 67 lat (abstrahując od zawodu), tak by wystąpił efekt zwiększenia wymiaru emerytury przez dłuższy czas płacenia składek do IKE, a dopiero wtedy wystąpić z końcowym etapem reformy – zmianą ustawy emerytalnej co do wieku nabycia uprawnień emerytalnych.
Zresztą jeśli ktoś ukończy 67 rok życia pracując, to wcale nie znaczy, że MUSI pracę już zakończyć i odejść na emeryturę; to znaczy że ma takie uprawnienie ale jeśli porozumie się z pracodawcą co do dalszego zatrudniania – może pracować dalej i pobierać emeryturę (zgodnie z obecnie obowiązującym prawem).
Co do owych „67-letnich baletnic” – jak byśmy nazwali ogólnie ten problem:
Każda praca ma swoją specyfikę, charakterystykę. Charakterystyki te są opracowywane i udostępniane w postaci opisów dostępnych w WUP, PUP , w punktach doradztwa zawodowego i w Internecie. Także w procesie nauki można zdobyć wszelką wiedzę dotyczącą zagrożeń długości pracy w danym zawodzie. Na przykład w zawód tancerki baletowej jest już z góry i z natury wpisana nieubłagana „sezonowość” pracy bezpośrednio artystycznej. Podobnie i wśród modelek. Każda tancerka wie doskonale, że - choć to też trochę od niej zależy, to ma przed sobą bardzo krótki okres bezpośredniego uprawiania zawodu artystycznego; 10 lat, może 20 lat. W każdym razie z pewnością nie do emerytury nawet i w wieku 55 lat. Dużo krócej. Ale ktoś musi przecież uczyć nowe tancerki i osoba która ma za sobą etap pracy na scenie – jest do tego najlepiej przygotowana. To samo można wykazać na przykładzie sportowców, bokserów (których do sportowców nie zaliczam), pilotów – szczególnie wojskowych itp. Ogólnie – w wiele zawodów wpisana jest z natury ich czasowość i musi istnieć, przeważnie też istnieje jakaś dalsza droga. Mało tego: człowiek uprawiający ten zawód i wiedzący o tym fakcie „sezonowości” – sam powinien myśleć o swojej przyszłości. Tenisiści zakładają szkoły tenisowe albo produkują sprzęt. Bokserzy lubią inwestować oszczędności w branżę restauratorską. Generalnie przecież każdy człowiek sam odpowiada przed sobą za swoją przyszłość, drogę zawodową, także za możliwość wycofania się z tej drogi, przydatność zdobywanej wiedzy. Przecież każdy człowiek ma "rzeźbić" swoje życie tak jak chce ale i mieć coś w zanadrzu na chwilę nieprzewidzianych problemów czy zmian. Na tym polega mądrość życia i nikt a już z pewnością nie Państwo nikogo w tym nie zastąpi, może co najwyżej nieco dopomóc lub utrudniać.
Wracając do pielęgniarek i położnych: każdy człowiek pracuje w swoim zawodzie do kiedy może. Jeśli staje się niezdolny do wykonywania swojej pracy uzyskuje orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, zgodnie z którym podejmuje taką pracę którą jako osoba niepełnosprawna jest w stanie wykonywać. Jeśli całkowicie nie jest w stanie pracować – otrzymuje rentę. Jeśli jest w stanie wykonywać swoje obowiązki w danym zawodzie – to pracuje nawet i do samej emerytury. Dlatego argument związkowców o „67-letniej pielęgniarce” jest tak bardzo demagogiczny. Ale związkowcy mają prawo do swojego punktu widzenia a może i nawet mają taki obowiązek wobec płacących składki związkowe.
Jest tu istotnie problem, tylko się o nim zbyt mało mówi. Sprawa kształtowania kariery zawodowej, odpowiedniej informacji. Sprawa tzw. zarządzania wiekiem w firmach, także i produkcyjnych. Pielęgniarka, jeśli już nie może z pełną odpowiedzialnością pełnić dyżurów na oddziałach szpitalnych, może mogłaby być pielęgniarką towarzyszącą lekarzowi rodzinnemu. Może mogłaby jeszcze być opiekunką osoby starszej wymagającej opieki pielęgniarskiej, pracownikiem DPS-u . W końcu – mogłaby być pracownikiem ewidencji medycznej, rejestracji, wykonywać prace biurowe w szpitalu – wymagające wiedzy zawodowej o sprawach medycznych i organizacyjnych ochrony zdrowia. Wcale nie jest nigdzie powiedziane ani nikomu gwarantowane, że będzie pracował bezpośrednio w swoim zawodzie aż do emerytury. Oczywiście nie można człowieka pozostawić samemu sobie z tym problemem, pracodawca powinien mieć to na uwadze. Powinien istnieć system prawny tzw. ustaw około emerytalnych obejmujących i to zagadnienie. Na dodatek – to powinno być wprowadzone wcześniej, przed wydłużeniem czasu oczekiwania na nabycie uprawnień do emerytury.
Dziś jest zupełnie odwrotnie. Rejestratorką, pracownikiem biurowym szpitala nie może być pielęgniarka która już nie może pełnić odpowiedzialnych dyżurów ze względu na wiek czy stan zdrowia. Nie może, bo stanowiska te są najczęściej obsadzane ludźmi młodymi na zasadach nepotyzmu i prywaty. Wiadomo, że przysłowiowa córeczka czy wnusia wielkiego pana prezesa, dyrektora czy radnego musi mieć pracę, przecież nie zarejestruje się w Urzędzie pracy razem z tą „hołotą” – więc załatwiana jej jest praca biurowa; w urzędzie, w szpitalu, w samorządzie… Tak samo często z (mamin)synkami i rozpieszczonymi wnusiami panów prezesów, którym już znudziło się siedzenie w domu i popalanie „marychy” po kątach; tatuś załatwi „odpowiednią” pracę…
Ja tak świadomie przejaskrawiam, wyszydzam i drwię - ale chcę dobitnie tu przedstawić, co dziś funkcjonuje zamiast „zarządzania wiekiem pracownika” czy odpowiednią polityką kadrową związaną z osobami starszymi. Rząd miał obowiązek dotychczas się z tym uporać, uporządkować sprawy około emerytalne zanim wystąpił z obecnym projektem. Ale wszystko wskazuje na to, ze pan Premier jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, zamiast zapowiedzianego ograniczenia administracji, nastąpił jej gwałtowny rozrost o dziesiątki tysięcy stanowisk. Najprawdopodobniej – stanowisk zupełnie niepotrzebnych, a uszykowanych dla wnuczek i synalków, którzy przecież nie mogą być bezrobotni. Zresztą – jak powiedział wicepremier Pawlak oskarżany przez prasę o nepotyzm – „nie ma nic złego w tym, że syn pójdzie w ślady ojca”… a córeczka w ślady matki – chciałoby się dopowiedzieć.
Nie ma więc mowy o tym, aby 67-letnia „babcia” musiała być czynną pielęgniarką – jeśli nie może, ale też nie ma obecnie mowy o tym, aby mogła być przesunięta odpowiednio wcześniej na inne zbliżone stanowisko na którym także korzystałaby ze swojej wiedzy – bo stanowisko to musi być dla córeczek i wnusi „Pana Prezesa”.
Dlatego, gdy pielęgniarka już nie będzie mogła być pielęgniarką, będzie musiała na zasiłku, na jałmużnie z opieki społecznej doczekać do wieku w którym będzie mogła przejść na wypracowaną już emeryturę i emerytura ta może być dużo niższa, niż gdyby pracowała przez cały czas do wieku 55 lat i w tym wieku przeszła na emeryturę.
Na tym właśnie polega oszustwo władzy.
Etykiety:
arogancja,
bezrobocie,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
kłamstwa,
Kosiniak-Kamysz,
lemingi,
manipulacja opinią publiczną,
reforma wieku emerytalnego
03/03/2012
41.
Bezrobocie z definicji.
Bezrobocie polega na powstaniu nadwyżki „podaży” pracy, czyli ilości osób zdolnych i gotowych natychmiast podjąć pracę zawodową, nad „popytem na pracę najemną” czyli potrzebami przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą i zatrudniających do realizacji tej działalności - pracowników.
Nadwyżka ta (czyli bezrobocie) istnieje stale, jednak normalny, tak zwany naturalny jej poziom nie przekracza 2 – 3 % i problemy z tym związane rozwiązywane są automatycznie w procesie tak zwanej fluktuacji kadr. Oznacza to, że w każdej chwili niewielka części pracowników jest akurat zwalniana lub sami zwalniają się ze stosunku pracy z dotychczasowym zatrudniającym a inni w tym czasie niejako na ich miejsce pracę tę podejmują. Jest to po prostu jakby „strefa zmiany” dotycząca z jednej strony pracowników a z drugiej – zatrudniających . Pewien niewielki niedobór ilości miejsc pracy najemnej powoduje atmosferę zdrowej rywalizacji, stabilizując zatrudnienie z korzyścią dla płynności pracy firm. Czas poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jest stosunkowo krótki, z łatwością zanik dochodu z pracy rekompensowany jest zasobami własnymi pracownika lub w ostateczności – zasiłkiem dla osób poszukujących pracy, pobieranym co najwyżej kilka miesięcy. To wszystko jeszcze mieści się w granicach normalnych zjawisk w dziedzinie pracy.
Bezrobocie przewyższające ten stan naturalny nazywa się bezrobociem nadmiernym i podlega ustawowemu obowiązkowi zwalczania (przeciwdziałania).
Pojęcie bezrobocia wiąże się ściśle z pojęciem bezrobotnego.
Osobą bezrobotną w Polsce jest osoba która nie jest zatrudniona, ani nie wykonuje żadnej innej pracy zarobkowej a jednocześnie jest chętna, zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia odpowiedniej pracy zawodowej w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie. Jest to osoba w wieku powyżej 18 lat ale nie powyżej 60 (kobiety) lub 65 (mężczyźni) lat, nieucząca się ani niestudiująca na studiach stacjonarnych, nieposiadająca emerytury, renty socjalnej, renty zdrowotnej, renty szkoleniowej, zasiłku przedemerytalnego, chorobowego, macierzyńskiego, nie jest posiadaczem gospodarstwa rolnego o powierzchni powyżej 2 ha, nie ma wpisu do ewidencji działalności gospodarczej lub działalność jest zawieszona, nie podlega na podstawie jakichkolwiek obowiązujących przepisów obowiązkowi ubezpieczenia społecznego i nieosiągająca dochodów miesięcznych przekraczających połowy minimalnego ustawowego wynagrodzenia za pracę z jakichkolwiek źródeł z wyłączeniem odsetek lub innych przychodów od środków zgromadzonych na rachunkach bankowych.
To nie jest jeszcze pełna definicja ale zawiera główne wyznaczniki pojęcia osoby bezrobotnej. Jakiekolwiek osoby niespełniające wymogów wynikających z definicji ustawowej – nie są osobami bezrobotnymi w Polsce.
Stosownie więc do tego – bezrobocie określa się jako stosunek pomiędzy całkowitą ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki i jednocześnie zatrudnionych – a ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki a niezatrudnionych – wyrażoną w procentach.
W myśl zasad ustawowych obowiązujących powszechnie – nie jest osobą bezrobotną :
- osoba która nie ukończyła 18 lat;
- osoba które nie jest zdolna do natychmiastowego podjęcia pracy w pełnym wymiarze;
- osoba która osiągnęła wiek emerytalny (niezależnie od tego czy ma decyzję o przyznaniu emerytury);
- osoba która jest rencistą z tytułu niezdolności do pracy;
- pobiera stały zasiłek z pomocy społecznej;
- ma wpis o działalności gospodarczej a działalność nie jest zawieszona (niezależnie od tego czy działalność przynosi dochód).
- osoba aresztowana lub odbywająca karę pozbawienia wolności;
- osoba która jest uczniem szkoły nie dla dorosłych lub studentem studiów stacjonarnych;
- osoba która osiąga z jakichkolwiek źródeł prócz odsetek od sum zgromadzonych na koncie bankowym dochód miesięczny większy niż 690 zł (750 zł po wejściu w życie ustawy o podwyższeniu minimalnej płacy do 1500 zł brutto).
Oprócz osób bezrobotnych wyróżnia się jeszcze osoby bierne zawodowo.
Osoby bierne zawodowo nie są osobami bezrobotnymi.
Do osób biernych zawodowo należą:
Emeryci
Renciści
Osoby na urlopie wychowawczym
Osoby na urlopie macierzyńskim
Osoby odbywające karę więzienia
Zakonnicy i zakonnice
Osoby przebywający w domach opieki
Rentierzy
Pomijając szczegóły, najważniejsze jest jednak to co wyróżnia szczególnie osoby uznane za bezrobotne. To że taka osoba poszukuje możliwości uzyskania zatrudnienia, oraz że jest praktycznie gotowa i zdolna do podjęcia pracy w pełnym wymiarze dla danego zawodu.
Ma to swoje realne i logiczne konsekwencje: jeśli na przykład bezrobotny zachoruje i uzyska krótkotrwałe zwolnienie lekarskie – korzysta ze zwolnienia na zasadach analogicznych jak pracownik. Jeśli jednak choruje długotrwale, otrzymuje zasiłek chorobowy z ZUS i wówczas traci prawo do statusu osoby bezrobotnej, ponieważ przestaje być zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiście ukrywanie przez kogoś faktów lub okoliczności dla uzyskania statusu osoby bezrobotnej, podczas gdy w rzeczywistości nie spełnia on warunków lub przekracza je – jest pospolitym oszustwem, wiąże się z przestępstwem wyłudzenia nienależnego zasiłku i podlega ściganiu w przypadku ujawnienia. Pospolite oszustwa zdarzają się w wielu okolicznościach i wszędzie więc nie stanowią one cechy charakterystycznej bezrobocia.
Inną konsekwencją jest to, że najczęściej alkoholik, osoba uzależniona od spożycia alkoholu nie jest zdolna i gotowa natychmiast podjąć pracę. Osoby o znacznie ograniczonym stopniu zrozumienia treści im przekazywanych, otoczenia, osoby w widocznie złym stanie psychicznym – także nie mogą być uznane za spełniające ten warunek. Oczywiście zarówno w tym jak i w poprzednim przypadku odnoszę się do praktyki urzędów pracy polegającej na bezmyślnym i nieodpowiedzialnym stosowaniu przepisów w sposób wyłącznie formalny.
Prowadzi to do szkodzenia osobom poszukującym pracy, gdyż powoduje nieudzielenie im potrzebnej pomocy, obniżenie wiarygodności urzędu pracy jako pośrednika pracy czyli szkodzi wszystkim.
Urzędy pracy działają na podstawie ustawy i przepisów wykonawczych. Mają wszelkie narzędzia dla odpowiedniego zapobiegania oszustwom, wyłudzeniom albo wykrywania ich i przekazywania do organów ścigania. Nie czynią tego jednak, dlatego status osoby bezrobotnej jest statusem niezwykle niskim. Z powodu złej polityki i praktyki, osoby nieuczciwe albo niezdolne do pracy zbyt łatwo uzyskują status osoby bezrobotnej, a następnie – wysłane do pracodawcy w celu podjęcia pracy – kompromitują Urząd jako pośrednika, siebie ale przy okazji także i ogół, sam status osoby bezrobotnej, powodując efekt uogólnienia obrazu, wytworzenia negatywnego stereotypu. Jest to ewidentna wina Urzędów Pracy, a więc zarządzających nimi dyrektorów, powołujących ich starostów (prezydentów miast) czyli ogólnie mówiąc – władzy. Władza lokalna w większości wywodzi się ze środowiska politycznego partii rządzącej. Z pewnością nie jest to wina osób rzeczywiście bezrobotnych. To wynik działania złej ustawy, a ustawa stworzona została przez parlament, który reprezentuje większość parlamentarną skupioną wokół siły politycznej jaka wygrała wybory i utworzyła rząd. A więc w konsekwencji – za opisaną tu sytuację odpowiada Rząd. Akurat w tym wypadku – Rząd Donalda Tuska, co stwierdzam absolutnie bez satysfakcji.
Sytuację pod tym względem powinno poprawić działanie polegające na restrykcyjnym stosowaniu w praktyce wymogów definicji osoby bezrobotnej oraz ściganiu oszustw jak i kierowaniu do właściwej pomocy osób uczciwych lecz niespełniających podstawowego wymogu definicji; zdolności do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiście te wszystkie dywagacje wiążą się z tym, że dotyczą istniejącej liczby miejsc pracy. Jest ich zbyt mało. O ile za mało, tego tak naprawdę nie wiadomo, gdyż ewidencyjne dane o ilości osób bezrobotnych nie są do końca wiarygodnie, a to dlatego, że obejmują one także pewną część osób np. pracujących „na czarno” jak i osób absolutnie w rzeczywistości niezdolnych do podjęcia jakiejkolwiek zorganizowanej pracy, np. czynnych alkoholików, osoby znacznie ograniczone umysłowo a nieposiadające statusu osoby niepełnosprawnej itp.
Panuje system wrzucający „do jednego worka” wszystkich którzy mogą wykazać formalne spełnienie wymogów i składają oświadczenie o innych okolicznościach – oświadczenie którego nikt potem nie sprawdza.
Formalistyczne podejście urzędników do treści ustawy objawia się tym na przykład, że osobie wykazującej pełne typowe cechy zewnętrzne zaawansowanego alkoholika i to na wygląd i na "wyczucie" - najwyraźniej bezdomnego - podsuwa się pod nos druk oświadczenia, że "jest zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy" po czym staje się on bezrobotnym, otrzymuje np. zasiłek dla bezrobotnych który oczywiście pogrąża go jeszcze bardziej w alkoholizmie, jest wzywany co dwa miesiące do obowiązkowej wizyty w Urzędzie by podpisać kolejny taki sam papierek, i tak przez półtorej roku. Urząd Pracy nie daje nikomu ofert, nie proponuje nikomu konkretnej pracy, jeśli ktoś sam nie szuka i nie pyta. Urząd Pracy w najlepszym przypadku zdobywa oferty pracy i je publikuje w centralnej bazie ofert oraz w formie papierowych ogłoszeń na tablicach informacyjnych w siedzibie urzędu. Be4zrobotny ma sam znaleźć sobie ofertę i o nią zapytać w Urzędzie - czy zechcą go tam skierować. A w tym przypadku - alkoholik nie pyta i nie szuka. Chce jak najdłużej dostawać od Państwa na wódkę.
Podobnie z osobami normalnie pracującymi na pełnym etacie, tyle że "na czarno". Formalnie spełniają one wszystkie wymogi, jeśli ukryją nigdzie nie notowany fakt posiadania stałej pracy i osiągania dochodów. Do osiąganych dochodów dołączą sobie jeszcze i zasiłek, a co... należy się...
Przy obowiązkowym stawiennictwie raz na dwa miesiące w z góry ustalonych terminach - z łatwością można pogodzić te obowiązki ze stałą pracą. Nie byłoby to możliwe, gdyby stawiennictwo było częstsze, nieregularne, w różnych godzinach i gdyby delikwent otrzymywał często oferty odpowiedniej pracy z obowiązkiem stawienia się do pracodawcy i udokumentowania tego. Inaczej pewnie też by było, gdyby wyłudzenia nienależnego zasiłku było surowo karane, nie tylko obowiązkiem jego zwrotu na zasadach podobnych do egzekucji obowiązku alimentacyjnego ale i odpowiedzialnością karną oraz upublicznieniem. Kara ma mieć działanie odstręczające od zamiaru przestępczego, wyłudzenie np. zasiłku nie może się w żadnym przypadku opłacać.
Jeśli urząd pracy wyśle alkoholika do pracodawcy jako kandydata do pracy poszukiwanego przez tego pracodawcę, to ośmiesza nie tylko Urząd jako pośrednika ale psuje wizerunek wszystkich kandydatów kierowanych przez urzędy pracy. Rodzi się w ten sposób stereotyp bardzo szkodliwy i niesprawiedliwy dla tych rzeczywistych, prawdziwych bezrobotnych.
Jeśli Urząd skieruje do pracodawcy osobę już gdzieś na czarno pracującą, to będzie się ona tam broniła rękami i nogami przed zatrudnieniem jej, co rodzi stereotyp że bezrobotni to lenie wcale nie chcący pracować, stereotyp bardzo szkodzący opinii ogólnej o bezrobotnych a więc głównie tym prawdziwym bezrobotnym, rzeczywiście poszukującym zatrudnienia.
Na dodatek: to co opisałem powyżej - to nie jest wina rzeczywistych bezrobotnych. Nie mają oni na to żadnego wpływu. To wina głupiej ustawy, biurokracji w Urzędzie, a więc wina Władzy. Wina Rządu. I owszem: wina Tuska. Jako premiera i szefa partii rządzącej.
Osoby rzeczywiście bezrobotne chcą pracować, potrzebują szybkiej i skutecznej pomocy, głównie dotyczącej przekonania pracodawcy do realizacji zamiaru zatrudnienia ich> Osoby bezrobotne nie życzą sobie być "wrzucane do jednego worka" z alkoholikami, oszustami, osobami niepełnosprawnymi umysłowo czy bezdomnymi. Dla tych wymienionych osób potrzebna jest inna, specjalistyczna pomoc i zasługują one na nią; alkoholicy na leczenia a potem resocjalizację, oszuści na odpowiedzialność za próbę wyłudzenia - co także należy uznać za pomoc; pomoc w zrozumieniu zasad funkcjonowania społeczeństwa praworządnego. Osoby nie w pełni sprawne umysłowo, na odpowiednią opiekę i pomoc ale nie z Urzędu Pracy a z Opieki społecznej. Urzędy pracy powinny selektywnie zajmować się tylko rzeczywiście bezrobotnymi.
Cały istniejący system jest straszliwie niefunkcjonalny i marnuje ogromne środki publiczne, nie osiągając podstawowego i głównego celu. Równolegle z przeciwdziałaniem skutkom bezrobocia muszą towarzyszyć działania zapobiegające przyczynom bezrobocia, a więc rozkładowi gospodarki, zastępowaniu likwidowanej produkcji własnej, lokalnej – importem obcych wyrobów, rozwijaniu i promowaniu turystyki do Polski dającej lokalnie wiele miejsc pracy (obsługi turystycznej) wraz z działaniami ekologicznymi, odbudową części przemysłu zniszczonego w latach 90-tych, właściwej polityce edukacji zawodowej i szkolnictwa wyższego itp. To wszystko jest konstytucyjnym obowiązkiem siły politycznej jaka przyjęła władzę i stworzyła Rząd Rzeczypospolitej Polskiej.
Nadwyżka ta (czyli bezrobocie) istnieje stale, jednak normalny, tak zwany naturalny jej poziom nie przekracza 2 – 3 % i problemy z tym związane rozwiązywane są automatycznie w procesie tak zwanej fluktuacji kadr. Oznacza to, że w każdej chwili niewielka części pracowników jest akurat zwalniana lub sami zwalniają się ze stosunku pracy z dotychczasowym zatrudniającym a inni w tym czasie niejako na ich miejsce pracę tę podejmują. Jest to po prostu jakby „strefa zmiany” dotycząca z jednej strony pracowników a z drugiej – zatrudniających . Pewien niewielki niedobór ilości miejsc pracy najemnej powoduje atmosferę zdrowej rywalizacji, stabilizując zatrudnienie z korzyścią dla płynności pracy firm. Czas poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jest stosunkowo krótki, z łatwością zanik dochodu z pracy rekompensowany jest zasobami własnymi pracownika lub w ostateczności – zasiłkiem dla osób poszukujących pracy, pobieranym co najwyżej kilka miesięcy. To wszystko jeszcze mieści się w granicach normalnych zjawisk w dziedzinie pracy.
Bezrobocie przewyższające ten stan naturalny nazywa się bezrobociem nadmiernym i podlega ustawowemu obowiązkowi zwalczania (przeciwdziałania).
Pojęcie bezrobocia wiąże się ściśle z pojęciem bezrobotnego.
Osobą bezrobotną w Polsce jest osoba która nie jest zatrudniona, ani nie wykonuje żadnej innej pracy zarobkowej a jednocześnie jest chętna, zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia odpowiedniej pracy zawodowej w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie. Jest to osoba w wieku powyżej 18 lat ale nie powyżej 60 (kobiety) lub 65 (mężczyźni) lat, nieucząca się ani niestudiująca na studiach stacjonarnych, nieposiadająca emerytury, renty socjalnej, renty zdrowotnej, renty szkoleniowej, zasiłku przedemerytalnego, chorobowego, macierzyńskiego, nie jest posiadaczem gospodarstwa rolnego o powierzchni powyżej 2 ha, nie ma wpisu do ewidencji działalności gospodarczej lub działalność jest zawieszona, nie podlega na podstawie jakichkolwiek obowiązujących przepisów obowiązkowi ubezpieczenia społecznego i nieosiągająca dochodów miesięcznych przekraczających połowy minimalnego ustawowego wynagrodzenia za pracę z jakichkolwiek źródeł z wyłączeniem odsetek lub innych przychodów od środków zgromadzonych na rachunkach bankowych.
To nie jest jeszcze pełna definicja ale zawiera główne wyznaczniki pojęcia osoby bezrobotnej. Jakiekolwiek osoby niespełniające wymogów wynikających z definicji ustawowej – nie są osobami bezrobotnymi w Polsce.
Stosownie więc do tego – bezrobocie określa się jako stosunek pomiędzy całkowitą ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki i jednocześnie zatrudnionych – a ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki a niezatrudnionych – wyrażoną w procentach.
W myśl zasad ustawowych obowiązujących powszechnie – nie jest osobą bezrobotną :
- osoba która nie ukończyła 18 lat;
- osoba które nie jest zdolna do natychmiastowego podjęcia pracy w pełnym wymiarze;
- osoba która osiągnęła wiek emerytalny (niezależnie od tego czy ma decyzję o przyznaniu emerytury);
- osoba która jest rencistą z tytułu niezdolności do pracy;
- pobiera stały zasiłek z pomocy społecznej;
- ma wpis o działalności gospodarczej a działalność nie jest zawieszona (niezależnie od tego czy działalność przynosi dochód).
- osoba aresztowana lub odbywająca karę pozbawienia wolności;
- osoba która jest uczniem szkoły nie dla dorosłych lub studentem studiów stacjonarnych;
- osoba która osiąga z jakichkolwiek źródeł prócz odsetek od sum zgromadzonych na koncie bankowym dochód miesięczny większy niż 690 zł (750 zł po wejściu w życie ustawy o podwyższeniu minimalnej płacy do 1500 zł brutto).
Oprócz osób bezrobotnych wyróżnia się jeszcze osoby bierne zawodowo.
Osoby bierne zawodowo nie są osobami bezrobotnymi.
Do osób biernych zawodowo należą:
Emeryci
Renciści
Osoby na urlopie wychowawczym
Osoby na urlopie macierzyńskim
Osoby odbywające karę więzienia
Zakonnicy i zakonnice
Osoby przebywający w domach opieki
Rentierzy
Pomijając szczegóły, najważniejsze jest jednak to co wyróżnia szczególnie osoby uznane za bezrobotne. To że taka osoba poszukuje możliwości uzyskania zatrudnienia, oraz że jest praktycznie gotowa i zdolna do podjęcia pracy w pełnym wymiarze dla danego zawodu.
Ma to swoje realne i logiczne konsekwencje: jeśli na przykład bezrobotny zachoruje i uzyska krótkotrwałe zwolnienie lekarskie – korzysta ze zwolnienia na zasadach analogicznych jak pracownik. Jeśli jednak choruje długotrwale, otrzymuje zasiłek chorobowy z ZUS i wówczas traci prawo do statusu osoby bezrobotnej, ponieważ przestaje być zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiście ukrywanie przez kogoś faktów lub okoliczności dla uzyskania statusu osoby bezrobotnej, podczas gdy w rzeczywistości nie spełnia on warunków lub przekracza je – jest pospolitym oszustwem, wiąże się z przestępstwem wyłudzenia nienależnego zasiłku i podlega ściganiu w przypadku ujawnienia. Pospolite oszustwa zdarzają się w wielu okolicznościach i wszędzie więc nie stanowią one cechy charakterystycznej bezrobocia.
Inną konsekwencją jest to, że najczęściej alkoholik, osoba uzależniona od spożycia alkoholu nie jest zdolna i gotowa natychmiast podjąć pracę. Osoby o znacznie ograniczonym stopniu zrozumienia treści im przekazywanych, otoczenia, osoby w widocznie złym stanie psychicznym – także nie mogą być uznane za spełniające ten warunek. Oczywiście zarówno w tym jak i w poprzednim przypadku odnoszę się do praktyki urzędów pracy polegającej na bezmyślnym i nieodpowiedzialnym stosowaniu przepisów w sposób wyłącznie formalny.
Prowadzi to do szkodzenia osobom poszukującym pracy, gdyż powoduje nieudzielenie im potrzebnej pomocy, obniżenie wiarygodności urzędu pracy jako pośrednika pracy czyli szkodzi wszystkim.
Urzędy pracy działają na podstawie ustawy i przepisów wykonawczych. Mają wszelkie narzędzia dla odpowiedniego zapobiegania oszustwom, wyłudzeniom albo wykrywania ich i przekazywania do organów ścigania. Nie czynią tego jednak, dlatego status osoby bezrobotnej jest statusem niezwykle niskim. Z powodu złej polityki i praktyki, osoby nieuczciwe albo niezdolne do pracy zbyt łatwo uzyskują status osoby bezrobotnej, a następnie – wysłane do pracodawcy w celu podjęcia pracy – kompromitują Urząd jako pośrednika, siebie ale przy okazji także i ogół, sam status osoby bezrobotnej, powodując efekt uogólnienia obrazu, wytworzenia negatywnego stereotypu. Jest to ewidentna wina Urzędów Pracy, a więc zarządzających nimi dyrektorów, powołujących ich starostów (prezydentów miast) czyli ogólnie mówiąc – władzy. Władza lokalna w większości wywodzi się ze środowiska politycznego partii rządzącej. Z pewnością nie jest to wina osób rzeczywiście bezrobotnych. To wynik działania złej ustawy, a ustawa stworzona została przez parlament, który reprezentuje większość parlamentarną skupioną wokół siły politycznej jaka wygrała wybory i utworzyła rząd. A więc w konsekwencji – za opisaną tu sytuację odpowiada Rząd. Akurat w tym wypadku – Rząd Donalda Tuska, co stwierdzam absolutnie bez satysfakcji.
Sytuację pod tym względem powinno poprawić działanie polegające na restrykcyjnym stosowaniu w praktyce wymogów definicji osoby bezrobotnej oraz ściganiu oszustw jak i kierowaniu do właściwej pomocy osób uczciwych lecz niespełniających podstawowego wymogu definicji; zdolności do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiście te wszystkie dywagacje wiążą się z tym, że dotyczą istniejącej liczby miejsc pracy. Jest ich zbyt mało. O ile za mało, tego tak naprawdę nie wiadomo, gdyż ewidencyjne dane o ilości osób bezrobotnych nie są do końca wiarygodnie, a to dlatego, że obejmują one także pewną część osób np. pracujących „na czarno” jak i osób absolutnie w rzeczywistości niezdolnych do podjęcia jakiejkolwiek zorganizowanej pracy, np. czynnych alkoholików, osoby znacznie ograniczone umysłowo a nieposiadające statusu osoby niepełnosprawnej itp.
Panuje system wrzucający „do jednego worka” wszystkich którzy mogą wykazać formalne spełnienie wymogów i składają oświadczenie o innych okolicznościach – oświadczenie którego nikt potem nie sprawdza.
Formalistyczne podejście urzędników do treści ustawy objawia się tym na przykład, że osobie wykazującej pełne typowe cechy zewnętrzne zaawansowanego alkoholika i to na wygląd i na "wyczucie" - najwyraźniej bezdomnego - podsuwa się pod nos druk oświadczenia, że "jest zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy" po czym staje się on bezrobotnym, otrzymuje np. zasiłek dla bezrobotnych który oczywiście pogrąża go jeszcze bardziej w alkoholizmie, jest wzywany co dwa miesiące do obowiązkowej wizyty w Urzędzie by podpisać kolejny taki sam papierek, i tak przez półtorej roku. Urząd Pracy nie daje nikomu ofert, nie proponuje nikomu konkretnej pracy, jeśli ktoś sam nie szuka i nie pyta. Urząd Pracy w najlepszym przypadku zdobywa oferty pracy i je publikuje w centralnej bazie ofert oraz w formie papierowych ogłoszeń na tablicach informacyjnych w siedzibie urzędu. Be4zrobotny ma sam znaleźć sobie ofertę i o nią zapytać w Urzędzie - czy zechcą go tam skierować. A w tym przypadku - alkoholik nie pyta i nie szuka. Chce jak najdłużej dostawać od Państwa na wódkę.
Podobnie z osobami normalnie pracującymi na pełnym etacie, tyle że "na czarno". Formalnie spełniają one wszystkie wymogi, jeśli ukryją nigdzie nie notowany fakt posiadania stałej pracy i osiągania dochodów. Do osiąganych dochodów dołączą sobie jeszcze i zasiłek, a co... należy się...
Przy obowiązkowym stawiennictwie raz na dwa miesiące w z góry ustalonych terminach - z łatwością można pogodzić te obowiązki ze stałą pracą. Nie byłoby to możliwe, gdyby stawiennictwo było częstsze, nieregularne, w różnych godzinach i gdyby delikwent otrzymywał często oferty odpowiedniej pracy z obowiązkiem stawienia się do pracodawcy i udokumentowania tego. Inaczej pewnie też by było, gdyby wyłudzenia nienależnego zasiłku było surowo karane, nie tylko obowiązkiem jego zwrotu na zasadach podobnych do egzekucji obowiązku alimentacyjnego ale i odpowiedzialnością karną oraz upublicznieniem. Kara ma mieć działanie odstręczające od zamiaru przestępczego, wyłudzenie np. zasiłku nie może się w żadnym przypadku opłacać.
Jeśli urząd pracy wyśle alkoholika do pracodawcy jako kandydata do pracy poszukiwanego przez tego pracodawcę, to ośmiesza nie tylko Urząd jako pośrednika ale psuje wizerunek wszystkich kandydatów kierowanych przez urzędy pracy. Rodzi się w ten sposób stereotyp bardzo szkodliwy i niesprawiedliwy dla tych rzeczywistych, prawdziwych bezrobotnych.
Jeśli Urząd skieruje do pracodawcy osobę już gdzieś na czarno pracującą, to będzie się ona tam broniła rękami i nogami przed zatrudnieniem jej, co rodzi stereotyp że bezrobotni to lenie wcale nie chcący pracować, stereotyp bardzo szkodzący opinii ogólnej o bezrobotnych a więc głównie tym prawdziwym bezrobotnym, rzeczywiście poszukującym zatrudnienia.
Na dodatek: to co opisałem powyżej - to nie jest wina rzeczywistych bezrobotnych. Nie mają oni na to żadnego wpływu. To wina głupiej ustawy, biurokracji w Urzędzie, a więc wina Władzy. Wina Rządu. I owszem: wina Tuska. Jako premiera i szefa partii rządzącej.
Osoby rzeczywiście bezrobotne chcą pracować, potrzebują szybkiej i skutecznej pomocy, głównie dotyczącej przekonania pracodawcy do realizacji zamiaru zatrudnienia ich> Osoby bezrobotne nie życzą sobie być "wrzucane do jednego worka" z alkoholikami, oszustami, osobami niepełnosprawnymi umysłowo czy bezdomnymi. Dla tych wymienionych osób potrzebna jest inna, specjalistyczna pomoc i zasługują one na nią; alkoholicy na leczenia a potem resocjalizację, oszuści na odpowiedzialność za próbę wyłudzenia - co także należy uznać za pomoc; pomoc w zrozumieniu zasad funkcjonowania społeczeństwa praworządnego. Osoby nie w pełni sprawne umysłowo, na odpowiednią opiekę i pomoc ale nie z Urzędu Pracy a z Opieki społecznej. Urzędy pracy powinny selektywnie zajmować się tylko rzeczywiście bezrobotnymi.
Cały istniejący system jest straszliwie niefunkcjonalny i marnuje ogromne środki publiczne, nie osiągając podstawowego i głównego celu. Równolegle z przeciwdziałaniem skutkom bezrobocia muszą towarzyszyć działania zapobiegające przyczynom bezrobocia, a więc rozkładowi gospodarki, zastępowaniu likwidowanej produkcji własnej, lokalnej – importem obcych wyrobów, rozwijaniu i promowaniu turystyki do Polski dającej lokalnie wiele miejsc pracy (obsługi turystycznej) wraz z działaniami ekologicznymi, odbudową części przemysłu zniszczonego w latach 90-tych, właściwej polityce edukacji zawodowej i szkolnictwa wyższego itp. To wszystko jest konstytucyjnym obowiązkiem siły politycznej jaka przyjęła władzę i stworzyła Rząd Rzeczypospolitej Polskiej.
Etykiety:
50 plus,
bezrobocie,
bieda,
biznes,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
gospodarka,
Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
liberalizm,
nędza,
nieetyczność,
obowiązki państwa,
Platforma Obywatelska
02/03/2012
40.
Głupotą jest w milczeniu borykać się z - celowo tworzonymi - trudnościami.
Pisząc o "działalności "cholernego gamonia", robiącego sobie a muzom wywiady z ministrem pracy dla „Gazety Prawnej”…" miałem na myśli durny tekst:
http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/598883,bezrobotny_ktory_nie_chce_podjac_pracy_na_dwa_lata_straci_ubezpieczenie_zdrowotne.html
To bardzo trudne doświadczenie; jak zetknięcie głowy z murem – gdy się stykamy nagle z własną bezradnością. Stajemy się jej świadomi.
Możliwe, że to jest zwyczajne doświadczenie każdego, kto chciał mieć wpływ na jakieś obserwowane, negatywne zjawisko. Ciekawe więc, czy przez podobny etap zniechęcenia, załamania, wściekłości - przechodzą zawsze młodzi dziennikarze zaczynający pracę. Zrozumiałe, że - wyposażeni w „warsztat”, czyli nie tylko umiejętność formułowania wypowiedzi na piśmie, ale i dostęp do informacji, prawo do zadawania pytań oraz dostęp do możliwości publikowania, upubliczniania informacji - czują się pewnie silni, kompetentni, czują że coś zrobić mogą...
To niestety pozory, mrzonka. Najczęściej okazuje się, że choćby się zagadali czy zapisali na śmierć, dalej będą się spotykali z tymi samymi durnymi postawami, tymi samymi stereotypowymi, dogmatycznymi lub bezmyślnymi argumentami – z którymi walczyli. Może zawodowy dziennikarz po prostu szybko staje się prawdziwym zawodowcem, który „robi” to co ma robić zupełnie nie mając ambicji „zrobienia” czegoś tak od początku do końca. Wie już, że ogromu, bezwładności ludzkiej głupoty nie da się przezwyciężyć, dlatego pisze co każą, w idealnej sytuacji pisze co sam myśli, w co wierzy, ale nie oczekuje żadnego skutku prócz zapłaty, miesięcznej pensji lub stawki za objętość tekstu, za news. Tak jak doktor, który leczy uczciwie - nie musi zaraz być „Judymem”…
Piszę tak, bo właśnie czuję, że walę głową w ścianę – występując od ponad pół roku – z tekstami dotyczącymi bezrobocia. Nijak się to ma do działalności cholernego gamonia, robiącego sobie a muzom wywiady z ministrem pracy dla "Gazety Prawnej"...
Ważna jest, szczególnie dla mnie - postawa „bycia po właściwej stronie”, mężnej próby pozostania wiernym sobie czy „swojej” prawdzie tak jak ją rozumiemy. Ale byłoby przecież skrajną próżnością, gdybyśmy tylko to mieli za motywację i cel. Motywacją i celem było przekonanie kogoś, wpłynięcie na bieg spraw albo choć bieg dyskusji, zainicjowanie zainteresowania danym problemem. A to się nie udało. Świadczą o tym kolejne wypowiedzi osób ważnych i najważniejszych, powtarzających bzdurę za bzdurą, w całkowitym oderwaniu od realiów. Świadczą o tym i bzdety zawodowych dziennikarzy - durniów. Jak aktualny wywiad w D-GP z ministrem.
Nie jestem na przykład takim Tomaszem Lisem, nie mam żadnych możliwości finansowych, zawodowych, towarzyskich, organizacyjnych ani doświadczenia, nikt nie czeka na moje słowa ani po to by się zgodzić, ani - by się programowo sprzeciwić, dlatego mam poczucie bezradności, pełnej klęski. PO prostu przegrałem z tamtym gamoniem piszącym bzdury w D-GP o bezrobociu, przegrałem z wieloma innymi, nawet i tu, na tym portalu - czytającymi przecież chyba od początku moje teksty a dziś dalej tkwiącymi w swoich zatęchłych stereotypach o bezrobotnych... Nie udało mi się nic nikomu wyjaśnić ani przekonać kogokolwiek...
Cóż; jestem prywatną, nikomu nie znaną osobą. Może próżnością z mojej strony jest już sama chęć wpływu na los wielu podobnych do mnie, tych poszkodowanych, skazanych na przegraną. Nie jestem też takim „nadawcą” jak np. pan Jarosław Kaczyński, który napisał kilka postów w swoim blogu (już chyba porzuconym) a każdy z nich w ciągu kilku godzin po ich zamieszczeniu przeczytało kilkadziesiąt tysięcy osób. Podobnie i jego bratanica – pani Marta Kaczyńska Dubieniecka... pisząca jakiś czas pięknie, mądrze, ale.. na jeden, najważniejszy dla niej temat.
Niestety – osoby posiadające takie możliwości, zupełnie z nich nie korzystają. A jeśli nawet – to w sprawach osobistych (śmierć rodziców w katastrofie).
Społeczeństwo jest ślepe i głuche, milczy i w milczeniu boryka się z trudnościami.
W najbliższym czasie – społeczeństwu zafundowane będą „wielkie igrzyska” no i trochę chleba, więc władza odracza co się da do tego czasu; „społeczeństwo” się zajmie meczami a "władza" w tym czasie przeprowadzi zaplanowane wcześniej zmiany, bez szczególnego zainteresowania nimi tych do niedawna pokrzykujących swoje "veto". Już i o ACTA nikt nie będzie się denerwował, i emerytury jakby staną się mniej ważne niż wynik meczu Polska – Czechy… i bezrobocie przestanie denerwować gdy Polska wygra...
Cóż; stan świadomości społecznej poszczególnych jednostek jest po prostu różny, wielu specjalistów od „spokoju społecznego” pracuje nad tym, by społeczeństwo nie przeszkadzało władzy w rządzeniu. W bajeczki o demokracji nikt przecież już nie wierzy, nie traktuje tego poważnie, a jeśli już – jest na końcu argument nie do odparcia: dyrektywa unijna nr…
To bardzo trudne.
Jeszcze do niedawna śmieszyło mnie gdy słyszałem mówienie tak charakterystyczne dla ludzi starych, wspominających dawne czasy; „bo za moich czasów panie to…”. Wygląda na to, że czasy zmieniają się dużo szybciej niż ludzie. Wręcz nawet jest tu przeciwieństwo tendencji; naprzeciw coraz szybciej zmieniającego się świata staje człowiek, któremu coraz trudniej jest nadążyć z analizą, przyjmowaniem i rozumieniem zmian, dlatego pewnie coraz częściej odrzuca je jako obce, niezrozumiałe, nie do przyjęcia. Można śmiało powiedzieć, że „czasy przestają być jego czasami”, czasami które rozumiał, z którymi się identyfikował i na które miał jakiś wpływ, albo przynajmniej miał takie odczucie.
Zresztą, czy można się dziwić, ze człowiek który czuje że traci jakikolwiek wpływ na otoczenie, odwraca się od „nie swoich” decyzji, od ich skutków, przestaje się utożsamiać z władzą, potem z państwem a na końcu z całą otaczającą go rzeczywistością, z „czasami” – głupimi, obcymi, niemoralnymi…
Sztuką życia wydaje się dziś zachowanie do końca swojej moralnej tożsamości, zachowanie wpływu choćby na siebie jednego, przeżycie swojego czasu do końca „po swojemu”, zgodnie ze swoim ideałem wartości życia, tak, by móc się pod tym „podpisać” kiedy przyjdzie czas.
Gorzej jest, gdy zbyt wcześnie przyjdzie komuś utracić możliwość takiej kontroli...
http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/598883,bezrobotny_ktory_nie_chce_podjac_pracy_na_dwa_lata_straci_ubezpieczenie_zdrowotne.html
To bardzo trudne doświadczenie; jak zetknięcie głowy z murem – gdy się stykamy nagle z własną bezradnością. Stajemy się jej świadomi.
Możliwe, że to jest zwyczajne doświadczenie każdego, kto chciał mieć wpływ na jakieś obserwowane, negatywne zjawisko. Ciekawe więc, czy przez podobny etap zniechęcenia, załamania, wściekłości - przechodzą zawsze młodzi dziennikarze zaczynający pracę. Zrozumiałe, że - wyposażeni w „warsztat”, czyli nie tylko umiejętność formułowania wypowiedzi na piśmie, ale i dostęp do informacji, prawo do zadawania pytań oraz dostęp do możliwości publikowania, upubliczniania informacji - czują się pewnie silni, kompetentni, czują że coś zrobić mogą...
To niestety pozory, mrzonka. Najczęściej okazuje się, że choćby się zagadali czy zapisali na śmierć, dalej będą się spotykali z tymi samymi durnymi postawami, tymi samymi stereotypowymi, dogmatycznymi lub bezmyślnymi argumentami – z którymi walczyli. Może zawodowy dziennikarz po prostu szybko staje się prawdziwym zawodowcem, który „robi” to co ma robić zupełnie nie mając ambicji „zrobienia” czegoś tak od początku do końca. Wie już, że ogromu, bezwładności ludzkiej głupoty nie da się przezwyciężyć, dlatego pisze co każą, w idealnej sytuacji pisze co sam myśli, w co wierzy, ale nie oczekuje żadnego skutku prócz zapłaty, miesięcznej pensji lub stawki za objętość tekstu, za news. Tak jak doktor, który leczy uczciwie - nie musi zaraz być „Judymem”…
Piszę tak, bo właśnie czuję, że walę głową w ścianę – występując od ponad pół roku – z tekstami dotyczącymi bezrobocia. Nijak się to ma do działalności cholernego gamonia, robiącego sobie a muzom wywiady z ministrem pracy dla "Gazety Prawnej"...
Ważna jest, szczególnie dla mnie - postawa „bycia po właściwej stronie”, mężnej próby pozostania wiernym sobie czy „swojej” prawdzie tak jak ją rozumiemy. Ale byłoby przecież skrajną próżnością, gdybyśmy tylko to mieli za motywację i cel. Motywacją i celem było przekonanie kogoś, wpłynięcie na bieg spraw albo choć bieg dyskusji, zainicjowanie zainteresowania danym problemem. A to się nie udało. Świadczą o tym kolejne wypowiedzi osób ważnych i najważniejszych, powtarzających bzdurę za bzdurą, w całkowitym oderwaniu od realiów. Świadczą o tym i bzdety zawodowych dziennikarzy - durniów. Jak aktualny wywiad w D-GP z ministrem.
Nie jestem na przykład takim Tomaszem Lisem, nie mam żadnych możliwości finansowych, zawodowych, towarzyskich, organizacyjnych ani doświadczenia, nikt nie czeka na moje słowa ani po to by się zgodzić, ani - by się programowo sprzeciwić, dlatego mam poczucie bezradności, pełnej klęski. PO prostu przegrałem z tamtym gamoniem piszącym bzdury w D-GP o bezrobociu, przegrałem z wieloma innymi, nawet i tu, na tym portalu - czytającymi przecież chyba od początku moje teksty a dziś dalej tkwiącymi w swoich zatęchłych stereotypach o bezrobotnych... Nie udało mi się nic nikomu wyjaśnić ani przekonać kogokolwiek...
Cóż; jestem prywatną, nikomu nie znaną osobą. Może próżnością z mojej strony jest już sama chęć wpływu na los wielu podobnych do mnie, tych poszkodowanych, skazanych na przegraną. Nie jestem też takim „nadawcą” jak np. pan Jarosław Kaczyński, który napisał kilka postów w swoim blogu (już chyba porzuconym) a każdy z nich w ciągu kilku godzin po ich zamieszczeniu przeczytało kilkadziesiąt tysięcy osób. Podobnie i jego bratanica – pani Marta Kaczyńska Dubieniecka... pisząca jakiś czas pięknie, mądrze, ale.. na jeden, najważniejszy dla niej temat.
Niestety – osoby posiadające takie możliwości, zupełnie z nich nie korzystają. A jeśli nawet – to w sprawach osobistych (śmierć rodziców w katastrofie).
Społeczeństwo jest ślepe i głuche, milczy i w milczeniu boryka się z trudnościami.
W najbliższym czasie – społeczeństwu zafundowane będą „wielkie igrzyska” no i trochę chleba, więc władza odracza co się da do tego czasu; „społeczeństwo” się zajmie meczami a "władza" w tym czasie przeprowadzi zaplanowane wcześniej zmiany, bez szczególnego zainteresowania nimi tych do niedawna pokrzykujących swoje "veto". Już i o ACTA nikt nie będzie się denerwował, i emerytury jakby staną się mniej ważne niż wynik meczu Polska – Czechy… i bezrobocie przestanie denerwować gdy Polska wygra...
Cóż; stan świadomości społecznej poszczególnych jednostek jest po prostu różny, wielu specjalistów od „spokoju społecznego” pracuje nad tym, by społeczeństwo nie przeszkadzało władzy w rządzeniu. W bajeczki o demokracji nikt przecież już nie wierzy, nie traktuje tego poważnie, a jeśli już – jest na końcu argument nie do odparcia: dyrektywa unijna nr…
To bardzo trudne.
Jeszcze do niedawna śmieszyło mnie gdy słyszałem mówienie tak charakterystyczne dla ludzi starych, wspominających dawne czasy; „bo za moich czasów panie to…”. Wygląda na to, że czasy zmieniają się dużo szybciej niż ludzie. Wręcz nawet jest tu przeciwieństwo tendencji; naprzeciw coraz szybciej zmieniającego się świata staje człowiek, któremu coraz trudniej jest nadążyć z analizą, przyjmowaniem i rozumieniem zmian, dlatego pewnie coraz częściej odrzuca je jako obce, niezrozumiałe, nie do przyjęcia. Można śmiało powiedzieć, że „czasy przestają być jego czasami”, czasami które rozumiał, z którymi się identyfikował i na które miał jakiś wpływ, albo przynajmniej miał takie odczucie.
Zresztą, czy można się dziwić, ze człowiek który czuje że traci jakikolwiek wpływ na otoczenie, odwraca się od „nie swoich” decyzji, od ich skutków, przestaje się utożsamiać z władzą, potem z państwem a na końcu z całą otaczającą go rzeczywistością, z „czasami” – głupimi, obcymi, niemoralnymi…
Sztuką życia wydaje się dziś zachowanie do końca swojej moralnej tożsamości, zachowanie wpływu choćby na siebie jednego, przeżycie swojego czasu do końca „po swojemu”, zgodnie ze swoim ideałem wartości życia, tak, by móc się pod tym „podpisać” kiedy przyjdzie czas.
Gorzej jest, gdy zbyt wcześnie przyjdzie komuś utracić możliwość takiej kontroli...
Etykiety:
bezrobocie,
bieda,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
kosiniak kamysz,
Kręcina,
lemingi,
liberalizm,
PO,
premier,
rząd,
tumiwisizm
20/02/2012
35.
Podejrzana reprezentacja narodu…
W artykule pt. Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…? znalazł się fragment dotyczący projektu zmiany wieku emerytalnego; fragment do którego chciałbym powrócić, by go nieco rozwinąć.
„…Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa z PSL– jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, zachowują się jawnie nielojalnie jako koalicjant - apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie – do polityków i ich nieodpowiedzialnych „zagrywek” w których społeczeństwo jest częściej piłką niż graczem lub sędzią…”
Polska „klasa polityczna” zachowuje się od lat dziwacznie. Wydawałoby się oczywiste, że do władzy, do podejmowania decyzji, do zarządzania, realizacji prawa i jego ustalania – społeczeństwo powinno delegować najlepszych swoich przedstawicieli, jednostki wybitne i merytorycznie i moralnie. To po prostu logiczne. Tymczasem widzimy zjawisko dokładnie odwrotne. Nie chodzi o jednostki, jednostkowy przypadki czy wybryki - bo jakiś margines jest wszędzie gdzie jest człowiek; afery uwidaczniają się w każdym społeczeństwie i na każdym kontynencie, ale u nas margines raczej stanowią ci kompetentni i normalni.
Musi być jakaś przyczyna a leży ona i w jakości wychowania i kształcenia młodego pokolenia – od dawna, i w systemie politycznej reprezentacji. Systemie partyjnym.
To skomplikowany problem którego nie chcę tu analizować szczegółowo (dobry temat na pracę doktorską), ale trzeba sobie zdać sprawę, że jak świadczą fakty - rządzą nami najgorsi i najgłupsi i że to system wyłaniania Rządu, Sejmu czy Senatu decyduje o najdrobniejszym nawet szczególe codziennego istnienia każdego obywatela, o jego losie, jakości życia a nawet i jakości pogrzebu. Los i jakość życia każdego z nas zależy od tego bezpośrednio.
Co do zasady warto więc chyba zastanowić się co zrobić, by społeczeństwo kształciło młode kadry stanowiące tę właściwą, rzeczywistą elitę decyzyjną i wykonawczą władzy, no i by władza wywodziła się z tych właśnie osób przygotowanych do pełnienia funkcji administracyjnych i decyzyjnych. To przerażające ale i absurdalne że ludzie wydają się tego zupełnie nie rozumieć.
Odnoszę wrażenie, że władza i „elity decyzyjne” dotychczas były przypadkowe, a przede wszystkim od czasów Mazowieckiego – po prostu amatorskie. Czy młodzieniec słabo się uczący, kiepsko dopilnowany przez rodziców zajętych pracą i borykaniem się z „komuną”, popalający „trawkę” z kumplami po kątach i niezbyt na dodatek utożsamiający się z Polską - – to rzeczywiście idealny kandydat na przyszłego premiera? Minione afery i sprawy po części tylko ujawnione przez Sejmowe Komisje Śledcze – dowodzą nam, że do władzy, Sejmu i Rządu dostaje się najgorszy element społeczny, najgorszy „sort” obywateli. To były często wręcz pokazy cynizmu, krętactwa, prywaty, nepotyzmu, niekompetencji, nieuczciwości, prostactwa, prymitywizmu moralnego.
Zostawiamy to przypadkowi i obcej agenturze układającej nasze losy znacznie skuteczniej niż my sami. Ale czy ciągłe grzebanie w systemie szkolnictwa, spadająca jego jakość, promowanie marihuany i jej depenalizowanie nie spowoduje, że gdy przyjdzie czas na zmianę pokoleniową we władzy, znów będziemy mieli zaćpanych i niedouczonych, nafaszerowanych "dopalaczami" i otumanionych grami komputerowymi kandydatów „na haju”? Powierzymy im nasz los?
Może to apel idealisty, ale uważam, że czas z tym skończyć. Społeczeństwo w geście samoobrony musi to zmienić i MOŻE to zmienić – tak jak powstrzymało ACTA.
„…Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa z PSL– jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, zachowują się jawnie nielojalnie jako koalicjant - apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie – do polityków i ich nieodpowiedzialnych „zagrywek” w których społeczeństwo jest częściej piłką niż graczem lub sędzią…”
Polska „klasa polityczna” zachowuje się od lat dziwacznie. Wydawałoby się oczywiste, że do władzy, do podejmowania decyzji, do zarządzania, realizacji prawa i jego ustalania – społeczeństwo powinno delegować najlepszych swoich przedstawicieli, jednostki wybitne i merytorycznie i moralnie. To po prostu logiczne. Tymczasem widzimy zjawisko dokładnie odwrotne. Nie chodzi o jednostki, jednostkowy przypadki czy wybryki - bo jakiś margines jest wszędzie gdzie jest człowiek; afery uwidaczniają się w każdym społeczeństwie i na każdym kontynencie, ale u nas margines raczej stanowią ci kompetentni i normalni.
Musi być jakaś przyczyna a leży ona i w jakości wychowania i kształcenia młodego pokolenia – od dawna, i w systemie politycznej reprezentacji. Systemie partyjnym.
To skomplikowany problem którego nie chcę tu analizować szczegółowo (dobry temat na pracę doktorską), ale trzeba sobie zdać sprawę, że jak świadczą fakty - rządzą nami najgorsi i najgłupsi i że to system wyłaniania Rządu, Sejmu czy Senatu decyduje o najdrobniejszym nawet szczególe codziennego istnienia każdego obywatela, o jego losie, jakości życia a nawet i jakości pogrzebu. Los i jakość życia każdego z nas zależy od tego bezpośrednio.
Co do zasady warto więc chyba zastanowić się co zrobić, by społeczeństwo kształciło młode kadry stanowiące tę właściwą, rzeczywistą elitę decyzyjną i wykonawczą władzy, no i by władza wywodziła się z tych właśnie osób przygotowanych do pełnienia funkcji administracyjnych i decyzyjnych. To przerażające ale i absurdalne że ludzie wydają się tego zupełnie nie rozumieć.
Odnoszę wrażenie, że władza i „elity decyzyjne” dotychczas były przypadkowe, a przede wszystkim od czasów Mazowieckiego – po prostu amatorskie. Czy młodzieniec słabo się uczący, kiepsko dopilnowany przez rodziców zajętych pracą i borykaniem się z „komuną”, popalający „trawkę” z kumplami po kątach i niezbyt na dodatek utożsamiający się z Polską - – to rzeczywiście idealny kandydat na przyszłego premiera? Minione afery i sprawy po części tylko ujawnione przez Sejmowe Komisje Śledcze – dowodzą nam, że do władzy, Sejmu i Rządu dostaje się najgorszy element społeczny, najgorszy „sort” obywateli. To były często wręcz pokazy cynizmu, krętactwa, prywaty, nepotyzmu, niekompetencji, nieuczciwości, prostactwa, prymitywizmu moralnego.
Zostawiamy to przypadkowi i obcej agenturze układającej nasze losy znacznie skuteczniej niż my sami. Ale czy ciągłe grzebanie w systemie szkolnictwa, spadająca jego jakość, promowanie marihuany i jej depenalizowanie nie spowoduje, że gdy przyjdzie czas na zmianę pokoleniową we władzy, znów będziemy mieli zaćpanych i niedouczonych, nafaszerowanych "dopalaczami" i otumanionych grami komputerowymi kandydatów „na haju”? Powierzymy im nasz los?
Może to apel idealisty, ale uważam, że czas z tym skończyć. Społeczeństwo w geście samoobrony musi to zmienić i MOŻE to zmienić – tak jak powstrzymało ACTA.
Etykiety:
Ewa Kopacz,
lemingi,
manipulacja opinią publiczną,
następca Tuska,
pasożytnictwo,
Platforma Obywatelska,
polityka,
polska,
Sejm,
Senat,
Tusk,
UE,
władza
19/02/2012
32.
Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…?
Premier Donald Tusk wypowiada się butnie na temat projektu zmian wieku uprawniającego do emerytury, oficjalnie stawiając wszystko na jedną kartę, wspierając projekt całym swoim autorytetem (?), oraz nie dając żadnego pola do ustępstw, negocjacji, dyskusji. Twierdzi, że i tak nie miał zamiaru ubiegać się o kolejną kadencję, więc ryzykuje w tej sprawie cała swoją pozycję i dorobek polityczny, ale nie przyszłość.
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.
Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.
Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...
Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.
W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.
W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.
Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.
Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.
Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.
Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.
Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.
Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.
Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...
Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.
W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.
W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.
Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.
Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.
Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.
Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.
Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.
Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?
Etykiety:
50+,
arogancja,
bezrobocie,
bieda,
dezaktywizacja,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
liberalizm,
manipulacja opinią publiczną,
pomoc społeczna,
rynek pracy,
ZUS
18/02/2012
31.
Ruszyła machina propagandy w sprawie wieku emerytalnego.
Ruszyła machina propagandy mającej zagadać, zakrzyczeć bzdurą, zniechęcić, zastraszyć, ośmieszyć każdego, kto by chciał się sprzeciwić zasadności podnoszenia wieku emerytalnego w obecnej sytuacji w Polsce.
Z jednej strony Premier oficjalnie i w wielu wypowiedziach udowadnia nam, że uważa sprawę za przesądzoną, nie podlegającą dyskusji, gotów niby poświęcić za nią swój byt polityczny, z drugiej strony - przekazał projekt ustawy do tak zwanych „konsultacji społecznych” czyli po prostu postanowił poczekać miesiąc z wdrożeniem go, niech się ludzie wygadają, ponarzekają a my i tak swoje zrobimy, bo my wiemy lepiej…
Owe konsultacje społeczne zdaniem ministra jak widać polegają na tym, że obywatel może coś napisać, wypełniając formularz wysyłający wiadomość do ministerstwa (czyżby?). To trochę tak, jakby gadać do bardzo głębokiej studni… bo gdy gadamy do płytkiej - to choć echo odpowiada... Założę się, że informatycy ministerstwa już tak to ustawili, że kliknięcie przycisku „Wyślij” powoduje… skasowanie wiadomości, czyli wysłanie jej, ale w kosmos, w postaci wiązki atomów.
Oczywiście i na szczęście nie jest to jedyna możliwość, bo jeszcze można pisać do Ministra i do Premiera tajnie, oraz jawnie i bezpośrednio, poprzez media publiczne, tak że nie jest wówczas możliwe udawanie, że „koperta owszem, przyszła ale była pusta” jak to ostatnio urzędnicy państwowi praktykują w stosunku do korespondencji "upierdliwych" petentów.
Ruszyła machina "ściemniania", wykręcania przysłowiowego kota – ogonem, maskowania prawdy, a z drugiej strony zastraszania presją bezpośrednią; oj… nie sprzeciwiajcie się, bo ustąpimy i przyjdzie "Kaczor z Ziobrem", nie macie co się stawiać, bo my wprowadzimy tę ustawę, jesteśmy zdeterminowani, nic nas nie powstrzyma… itp.
Innym jeszcze sposobem jest tradycyjne „pokrętne gadanie” ministrów Rządu PO.
Na przykład dwutygodnik "Forbes" (pl) przytacza zdanie Premiera:
Towarzyszą temu jak zawsze różne obietnice;.
Najpierw podniesiemy wiek emerytalny a potem się wszystko dostosuje do tej zmiany przez nowe inicjatywy ustawodawcze i programy...
Premier mówił:
Trzeba tu przede wszystkim zwrócić uwagę, że sprawa ta jest realizowana znowu w bardzo złej i skompromitowanej tradycji.
Narzuca się pytanie zasadnicze: czy są inne sposoby osiągnięcia celu zakładanego w obecnych propozycjach i dlaczego do realizacji preferuje się właśnie przesunięcie wieku emerytalnego jako jedną z możliwości. Czy były, kiedy i na jakim forum omawiane i analizowane wszystkie możliwości, by wybrać z nich tę optymalną.
Nie.
Dokładnie tak jak w sprawie ustawy refundacyjnej, potem w sprawie ACTA – znów mamy charakterystyczną postawę władzy: i tak my lepiej wiemy, najpierw zróbmy a potem będziemy naprawiać, zastanawiać się... Dlatego inni nazywają nas państwem durniów. Bo trzeba działać odwrotnie: najpierw wszystko ustalić, skonsultować, zaplanować, sprawdzić, przemyśleć i przygotować a dopiero potem realizować konsekwentnie i terminowo - już wówczas nie dyskutując i nie podważając tego co zostało ustalone.
Trzeba ten proceder władzy powstrzymać, właśnie teraz. Mieliśmy już ustawę o solidarności pokoleń z 50 plus, która nic nie zmieniła, bo w zasadzie nie miała zmienić, była fikcyjnym działaniem propagandowym autoryzowanym przez Ministra Michała Boniego. Dlaczego Rząd nie może przeprowadzić tej reformy w kolejności działań, jakie by wynikały z logiki i doświadczeń innych krajów, choćby sąsiadów zza Odry, od których jak na razie od dziesięcioleci możemy się nadal wiele nauczyć i od dziesięcioleci z tego nie korzystamy.
Mamy ponad dwumilionowe bezrobocie. Bezrobocie oznacza w zasadzie brak miejsc pracy, bo w porównaniu do liczby bezrobotnych – ilość istniejących miejsc pracy nieobsadzonych – np. z powodów lokalnej struktury wymogów zawodowych – wynosi zaledwie kilkadziesiąt tysięcy etatów. Dwa miliony bezrobotnych w porównaniu z kilkudziesięcioma tysiącami istniejących miejsc pracy na które w tej chwili poszukiwani są pracownicy – to kolosalna różnica, oznaczająca jedno: brak miejsc pracy.
Brak miejsc pracy powstał z powodu rezygnacji Władzy z krajowej produkcji na rzecz nabywania towarów obcego pochodzenia. Rezygnacji z eksportu na rzecz importu. Oczywiście ktoś powie tu zaraz, że przecież jesteśmy członkiem Unii, że w Unii obowiązuje zasada swobodnego przepływu towarów i usług. Faktem jest, że to Polska władza zniszczyła większość przedsiębiorstw odziedziczonych po PRL i nie zastąpiła niczym ubytku miejsc pracy. Jeszcze nie wiadomo, jaki tu mógł być udział agentów obcego kapitału i obcych interesów, w tym przypadku przemysłu i handlu.
Trzeba było je przekształcić, unowocześnić, restrukturyzować ale zadbać o ich istnienie w nowej formie gospodarczej, bo to one dawały dodatni bilans w handlu zagranicznym i dawały miejsca pracy.
Obecnie od lat Polska jest prawie wyłącznie importerem wyrobów przemysłowych, zarabiają na tym sąsiedzi mając gdzie sprzedać swoją (nad)produkcję. Nuworysze "neoliberalnej" nieudolnej władzy zapomnieli jednak o społecznym wymiarze ekonomii, o współzależności stanu gospodarki i stanu społeczeństwa. W cywilizacji opartej na wymianie usług i produktów za pomocą środka wymiany jakim są pieniądze – praca, miejsca pracy maja kapitalne znaczenie społeczne utrzymania równowagi, gdyż środki uzyskiwane z pracy są przeznaczane na nabycie dóbr będących produktem pracy innych, a owi „inni” także za swą pracę otrzymują pieniądze i nabywają za nie produkty pracy. Bo praca w takim układzie służy zdobyciu środków za które można nabyć produkty przez siebie nie wytwarzane a często niemożliwe do indywidualnego wytworzenia. Pracuje się dla pieniędzy, czyli jeśli brak miejsc pracy, niepracujący ani nie wytwarzają zysku dla innych ani nie zdobywają środków dla siebie – powstaje ogromne napięcie społeczne z powodu wadliwego działania całego systemu.
Wniosek z tego, że Polska musi przestawić swoją gospodarkę na model produkcyjny i eksportowy, preferujący dyskretnie własne wyroby na rynek wewnętrzny. Dyskretnie - dlatego że to jest wbrew dyrektywom Unii oraz dlatego że inni też tak robią "po cichu". Polska musi odtworzyć przedsiębiorstwa gospodarcze produkcyjne, wdrożyć innowacyjność na którą są pieniądze z Unii, produkować niektóre wyroby na jakie jest stać stan technologiczny naszego przemysłu oraz nakłonić naszych rodzimych nabywców do kupowania wyrobów polskich a nie niemieckich czy chińskich. Nakłonić odpowiednią jakością i ceną tych wyrobów poziomem serwisu technicznego, oraz oświatą ekonomiczną i gospodarczą społeczeństwa, wyjaśniającą zachodzące tu mechanizmy. Jeśli Polacy by kupowali polskie pralki, lodówki itp. wytworzone w Polsce przez polaków przy 2 - 3% stopie bezrobocia (nie pracują tylko ci co nie chcą), to w niczym nie utrudnia "swobody przepływu towarów i usług" w Unii Europejskiej. Dlaczego każdy porządny Niemiec kupuje niemieckie pralki i lodówki i jeździ niemieckim samochodem i jeszcze na dodatek uważa te wyroby za najlepsze?
Pewnie nie da się tego zrobić w ciągu tych trzech miesięcy w których Premier ma zamiar wprowadzić zmiany wieku emerytalnego, ale w końcu minęły już cztery lata… Trzeba zatem przygotować choć pakiet ustaw które ruszą sprawy w opisanym kierunku, wdrożyć je. Bez stworzenia przedsiębiorstw produkcyjnych nie powstaną nowe miejsca pracy a bez nowych miejsc pracy, tych których obecnie brak, mówienie o programach aktywizacji bezrobotnych czy osób w wieku po 60 roku życia – będzie tylko czczą gadaniną. Donald Tusk nadal liczy widocznie na „niewidzialną rękę rynku” która za niego wszystko stworzy no i na niewidzialną rękę rynku pracy, które poprzez brak rąk do pracy – zmusi wreszcie przedsiębiorców do zatrudniania ludzi po 45 czy 50 roku życia; zmusi – bo młodszych nie będzie. Ale to jest nie do przyjęcia. Ja nie wierzę w „niewidzialne ręce”.
Jest też sprawa kompetencji pracowniczych; trzeba dostosować szkolnictwo zawodowe do potrzeb rynku pracy oraz przekwalifikować osoby nie posiadające właściwych kompetencji. Kiedy nastąpią pierwsze pozytywne zmiany, bezrobocie, w tym w grupie osób w wieku po 50 roku życia zacznie znacząca spadać – wtedy można wyjść ze sprawa wydłużenia wieku emerytalnego i nie spotka się to wówczas ze znaczącym sprzeciwem, wręcz przeciwnie; wywoła zadowolenie.
Z jednej strony Premier oficjalnie i w wielu wypowiedziach udowadnia nam, że uważa sprawę za przesądzoną, nie podlegającą dyskusji, gotów niby poświęcić za nią swój byt polityczny, z drugiej strony - przekazał projekt ustawy do tak zwanych „konsultacji społecznych” czyli po prostu postanowił poczekać miesiąc z wdrożeniem go, niech się ludzie wygadają, ponarzekają a my i tak swoje zrobimy, bo my wiemy lepiej…
Owe konsultacje społeczne zdaniem ministra jak widać polegają na tym, że obywatel może coś napisać, wypełniając formularz wysyłający wiadomość do ministerstwa (czyżby?). To trochę tak, jakby gadać do bardzo głębokiej studni… bo gdy gadamy do płytkiej - to choć echo odpowiada... Założę się, że informatycy ministerstwa już tak to ustawili, że kliknięcie przycisku „Wyślij” powoduje… skasowanie wiadomości, czyli wysłanie jej, ale w kosmos, w postaci wiązki atomów.
Oczywiście i na szczęście nie jest to jedyna możliwość, bo jeszcze można pisać do Ministra i do Premiera tajnie, oraz jawnie i bezpośrednio, poprzez media publiczne, tak że nie jest wówczas możliwe udawanie, że „koperta owszem, przyszła ale była pusta” jak to ostatnio urzędnicy państwowi praktykują w stosunku do korespondencji "upierdliwych" petentów.
Ruszyła machina "ściemniania", wykręcania przysłowiowego kota – ogonem, maskowania prawdy, a z drugiej strony zastraszania presją bezpośrednią; oj… nie sprzeciwiajcie się, bo ustąpimy i przyjdzie "Kaczor z Ziobrem", nie macie co się stawiać, bo my wprowadzimy tę ustawę, jesteśmy zdeterminowani, nic nas nie powstrzyma… itp.
Innym jeszcze sposobem jest tradycyjne „pokrętne gadanie” ministrów Rządu PO.
Na przykład dwutygodnik "Forbes" (pl) przytacza zdanie Premiera:
Na reformie emerytalnej mają według Donalda Tuska zyskać kobiety. Dzięki wydłużeniu wieku emerytalnego do 67 lat, wysokość ich emerytur ma znacząco wzrosnąć - twierdzi premier Tusk. Jeżeli nie wydłużymy wieku emerytalnego, to przeciętna emerytura kobiet w 2040 r. będzie wynosiła 2062 zł, ale jeżeli kobiety będą pracowały dłużej - to średnia emerytura wyniesie 3411 zł, a jest to różnica o 65 proc. - wyliczył premier Donald Tusk.Podobnie też wypowiadał się Minister Rostowski, którego wypowiedź słyszałem w TOK FM: (przytaczam z pamięci): Środowiska kobiece także popierają zmianę wieku emerytalnego, bo gdyby ich wiek emerytalny nie został ustalony na 67 lat – to kobiety byłyby poszkodowane z powodu otrzymywania w przyszłości mniejszych emerytur.
Towarzyszą temu jak zawsze różne obietnice;.
Najpierw podniesiemy wiek emerytalny a potem się wszystko dostosuje do tej zmiany przez nowe inicjatywy ustawodawcze i programy...
Premier mówił:
- Będziemy wspierać kobiety, które zdecydują się na macierzyństwo. Przy jej okazji będziemy wprowadzać przepisy, które sprawią, że obowiązki rozłożą się na ojców i matki.Minister Pracy z kolei zwracał uwagę na plany opracowania nowych przepisów dotyczących nowego projektu rządowego wsparcia zatrudnienia, aktywizacji osób po 60 roku życia i równości płci na rynku pracy.
Trzeba tu przede wszystkim zwrócić uwagę, że sprawa ta jest realizowana znowu w bardzo złej i skompromitowanej tradycji.
Narzuca się pytanie zasadnicze: czy są inne sposoby osiągnięcia celu zakładanego w obecnych propozycjach i dlaczego do realizacji preferuje się właśnie przesunięcie wieku emerytalnego jako jedną z możliwości. Czy były, kiedy i na jakim forum omawiane i analizowane wszystkie możliwości, by wybrać z nich tę optymalną.
Nie.
Dokładnie tak jak w sprawie ustawy refundacyjnej, potem w sprawie ACTA – znów mamy charakterystyczną postawę władzy: i tak my lepiej wiemy, najpierw zróbmy a potem będziemy naprawiać, zastanawiać się... Dlatego inni nazywają nas państwem durniów. Bo trzeba działać odwrotnie: najpierw wszystko ustalić, skonsultować, zaplanować, sprawdzić, przemyśleć i przygotować a dopiero potem realizować konsekwentnie i terminowo - już wówczas nie dyskutując i nie podważając tego co zostało ustalone.
Trzeba ten proceder władzy powstrzymać, właśnie teraz. Mieliśmy już ustawę o solidarności pokoleń z 50 plus, która nic nie zmieniła, bo w zasadzie nie miała zmienić, była fikcyjnym działaniem propagandowym autoryzowanym przez Ministra Michała Boniego. Dlaczego Rząd nie może przeprowadzić tej reformy w kolejności działań, jakie by wynikały z logiki i doświadczeń innych krajów, choćby sąsiadów zza Odry, od których jak na razie od dziesięcioleci możemy się nadal wiele nauczyć i od dziesięcioleci z tego nie korzystamy.
Mamy ponad dwumilionowe bezrobocie. Bezrobocie oznacza w zasadzie brak miejsc pracy, bo w porównaniu do liczby bezrobotnych – ilość istniejących miejsc pracy nieobsadzonych – np. z powodów lokalnej struktury wymogów zawodowych – wynosi zaledwie kilkadziesiąt tysięcy etatów. Dwa miliony bezrobotnych w porównaniu z kilkudziesięcioma tysiącami istniejących miejsc pracy na które w tej chwili poszukiwani są pracownicy – to kolosalna różnica, oznaczająca jedno: brak miejsc pracy.
Brak miejsc pracy powstał z powodu rezygnacji Władzy z krajowej produkcji na rzecz nabywania towarów obcego pochodzenia. Rezygnacji z eksportu na rzecz importu. Oczywiście ktoś powie tu zaraz, że przecież jesteśmy członkiem Unii, że w Unii obowiązuje zasada swobodnego przepływu towarów i usług. Faktem jest, że to Polska władza zniszczyła większość przedsiębiorstw odziedziczonych po PRL i nie zastąpiła niczym ubytku miejsc pracy. Jeszcze nie wiadomo, jaki tu mógł być udział agentów obcego kapitału i obcych interesów, w tym przypadku przemysłu i handlu.
Trzeba było je przekształcić, unowocześnić, restrukturyzować ale zadbać o ich istnienie w nowej formie gospodarczej, bo to one dawały dodatni bilans w handlu zagranicznym i dawały miejsca pracy.
Obecnie od lat Polska jest prawie wyłącznie importerem wyrobów przemysłowych, zarabiają na tym sąsiedzi mając gdzie sprzedać swoją (nad)produkcję. Nuworysze "neoliberalnej" nieudolnej władzy zapomnieli jednak o społecznym wymiarze ekonomii, o współzależności stanu gospodarki i stanu społeczeństwa. W cywilizacji opartej na wymianie usług i produktów za pomocą środka wymiany jakim są pieniądze – praca, miejsca pracy maja kapitalne znaczenie społeczne utrzymania równowagi, gdyż środki uzyskiwane z pracy są przeznaczane na nabycie dóbr będących produktem pracy innych, a owi „inni” także za swą pracę otrzymują pieniądze i nabywają za nie produkty pracy. Bo praca w takim układzie służy zdobyciu środków za które można nabyć produkty przez siebie nie wytwarzane a często niemożliwe do indywidualnego wytworzenia. Pracuje się dla pieniędzy, czyli jeśli brak miejsc pracy, niepracujący ani nie wytwarzają zysku dla innych ani nie zdobywają środków dla siebie – powstaje ogromne napięcie społeczne z powodu wadliwego działania całego systemu.
Wniosek z tego, że Polska musi przestawić swoją gospodarkę na model produkcyjny i eksportowy, preferujący dyskretnie własne wyroby na rynek wewnętrzny. Dyskretnie - dlatego że to jest wbrew dyrektywom Unii oraz dlatego że inni też tak robią "po cichu". Polska musi odtworzyć przedsiębiorstwa gospodarcze produkcyjne, wdrożyć innowacyjność na którą są pieniądze z Unii, produkować niektóre wyroby na jakie jest stać stan technologiczny naszego przemysłu oraz nakłonić naszych rodzimych nabywców do kupowania wyrobów polskich a nie niemieckich czy chińskich. Nakłonić odpowiednią jakością i ceną tych wyrobów poziomem serwisu technicznego, oraz oświatą ekonomiczną i gospodarczą społeczeństwa, wyjaśniającą zachodzące tu mechanizmy. Jeśli Polacy by kupowali polskie pralki, lodówki itp. wytworzone w Polsce przez polaków przy 2 - 3% stopie bezrobocia (nie pracują tylko ci co nie chcą), to w niczym nie utrudnia "swobody przepływu towarów i usług" w Unii Europejskiej. Dlaczego każdy porządny Niemiec kupuje niemieckie pralki i lodówki i jeździ niemieckim samochodem i jeszcze na dodatek uważa te wyroby za najlepsze?
Pewnie nie da się tego zrobić w ciągu tych trzech miesięcy w których Premier ma zamiar wprowadzić zmiany wieku emerytalnego, ale w końcu minęły już cztery lata… Trzeba zatem przygotować choć pakiet ustaw które ruszą sprawy w opisanym kierunku, wdrożyć je. Bez stworzenia przedsiębiorstw produkcyjnych nie powstaną nowe miejsca pracy a bez nowych miejsc pracy, tych których obecnie brak, mówienie o programach aktywizacji bezrobotnych czy osób w wieku po 60 roku życia – będzie tylko czczą gadaniną. Donald Tusk nadal liczy widocznie na „niewidzialną rękę rynku” która za niego wszystko stworzy no i na niewidzialną rękę rynku pracy, które poprzez brak rąk do pracy – zmusi wreszcie przedsiębiorców do zatrudniania ludzi po 45 czy 50 roku życia; zmusi – bo młodszych nie będzie. Ale to jest nie do przyjęcia. Ja nie wierzę w „niewidzialne ręce”.
Jest też sprawa kompetencji pracowniczych; trzeba dostosować szkolnictwo zawodowe do potrzeb rynku pracy oraz przekwalifikować osoby nie posiadające właściwych kompetencji. Kiedy nastąpią pierwsze pozytywne zmiany, bezrobocie, w tym w grupie osób w wieku po 50 roku życia zacznie znacząca spadać – wtedy można wyjść ze sprawa wydłużenia wieku emerytalnego i nie spotka się to wówczas ze znaczącym sprzeciwem, wręcz przeciwnie; wywoła zadowolenie.
Etykiety:
50+,
bezrobocie,
Donald Tusk,
emerytury,
Ewa Kopacz,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
pomoc społeczna,
reforma wieku emerytalnego,
Rostowski,
rząd,
władza,
ZUS
16/01/2012
23.
Konstruktywna krytyka jest nie tylko uprawniona ale wręcz niezbędna !
Kiedy przychodzi chwila prawdy, świadcząca o klęsce władzy, niepowodzeniu jakiejś koncepcji rządzenia, wówczas nieodmiennie pada argument, kiedyś - pierwszego sekretarza KC PZPR który odpowiadał przed społeczeństwem, a dziś – Premiera-Szefa Platformy Obywatelskiej, który jeszcze całkiem nie popadł w arogancję: myśmy nic nie wiedzieli, urzędnicy ukrywali przed nami prawdę, alarmujące sygnały nie docierały do władz, władza chciała dobrze… a wyszło – jak zawsze.
Władza szuka w tym zawsze usprawiedliwienia; brak informacji zwrotnej.
Jednocześnie jednak władza najchętniej otacza się tymi, którzy nie dopuszczają do niej informacji prawdziwych, szczególnie tych niekorzystnych, złych ale prawdziwych. Woli zawsze dobre wieści – choćby i nieprawdziwe. Tym bardziej woli je średni personel administracji, bo ich premie od tego zależą, awanse...
To nielogiczne, że każda władza ma swoich parszywych propagandystów na usługi, jakieś obserwatorki medialne, pilnie czytające wszystko co uczciwi ludzie piszą, szczególnie prawdę - nieraz krytyczną, jaką starają się w dobrej wierze przekazać władzy z intencją informacyjną, konstruktywną, by władza wiedziała co wymaga ulepszenia, zmiany. Bo władza nie potrzebuje laurek codziennych, kwiatów i podziękowań, To potrafi sobie sama zorganizować. Władza potrzebuje informacji, zakładając że ma jeszcze choć odrobinę dobrych intencji.
Z drugiej strony – jak świat światem, kasta wszelakiego „urzędactwa” zawsze blokuje informacje niekorzystne, świadczące o własnych niepowodzeniach i zaniedbaniach, a więc najczęściej niestety – blokuję prawdę.
Jeśli gdzieś publicznie pojawia się jakakolwiek informacja negatywnie mogąca świadczyć o władzy – natychmiast jest ona przykrywana innymi informacjami, mającymi po pierwsze zepchnąć prawdę z "czołówek", zamącić w głowach ludziom, by już nie byli pewni o co chodzi, postraszyć jak źle jest w innych miejscach, krajach czy środowiskach no i roztoczyć wspaniałe wizje najbliższej przyszłości – oczywiście wyssane w najlepszym przypadku z palca. Nie jestem naiwny i wiem, że to działanie zorganizowane, bo zawsze znajdują się usłużni komentatorzy lub partyjniacy – gotowi zakłamać każdą prawdę. Nie rozumiem jednak; jak można do tego stopnia wyzbyć się uczciwości, godności osobistej, jakiegoś wewnętrznego głosu sumienia który w każdym jest, w każdym się odzywa, choć niektóre obserwatorki medialne potrafią go w sobie jakoś zagłuszyć. Czego ci ludzie się spodziewają; awansu w pracy, nagrody za słuszną przynależność, podwyżki...? Ile jest warta prawda.
Jedno jest charakterystyczne; że gęby swojej nigdy nie pokazują, tylko jakiś paskudny ryj zwierzęcy... najczęściej są anonimowi...
Ja wiem, że każdy dziś może pisać blog - bo są takie portale darmowe. Ja wiem, że niektórzy nawet muszą pisać blog - bo dostali takie polecenie od swojego oficera prowadzącego, takie jest ich zadanie: przykrywać wszelką krytykę - bełkotem, bzdurą, lamerstwem, kłamstwem. Ja wiem, że jest wolność słowa gwarantowana jak za „komuny” - Konstytucją. I bardzo dobrze że można, że wolno. I tu nie chodzi o jednego z drugim gówniarza z Młodzieżówki Platformy Obywatelskiej ani z Młodzieżówki PiS. Trollującego na blogach czy forach publicznych gówniarza zawsze można rozpoznać i po prostu zbagatelizować, nie ma on znaczenia a "swoje zasługi" dla swojej partii jakoś tam sobie zdobywa; może zostanie radnym, może zostanie Posłem bo osłem to już jest od urodzenia, ale można go potraktować tak jak zasługuje, czyli ominąć - jak psią kupę na chodniku. Ale dlaczego takie indywidua nie rozumieją, że szkodzą społeczeństwu, kadząc władzy tylko po to, by stłamsić jedyną nadzieję tego społeczeństwa - jaką jest odpowiedzialna i konstruktywna krytyka władzy. Te resztki konstruktywnej krytyki na jakie coraz bardziej nieliczni się zdobywają wobec totalitaryzmu władzy.
Zresztą zawsze twierdziłem, że robić błędy każdy może, słuchać rad też każdy może, ale posłuchać kogoś dobrze radzącego, zastosować się do jego uwag i osiągnąć korzyść, a jednocześnie nie przyznać doradcy tej jego racji, nie podziękować za pomoc tylko zwalczać go jako krytykanta - to największa podłość jaką można sobie w tej sprawie wyobrazić.
Władza potrzebuje informacji. Władza potrzebuje krytyki. Niestety w naszym społeczeństwie powstała zadziwiająca maniera: nie ma zainteresowania sytuacją społeczeństwa, nie ma postawy służenia tym, którzy powierzyli władzę, niejako delegowali swoją władzę na poszczególne osoby wybrane w demokratycznych wyborach. Nie ma partii z jawnym, spójnym i całościowym programem politycznym i społecznym. Są „bandy” pod wodzą swoich hersztów, walczące o władzę, o dostęp do publicznych pieniędzy, jakieś niby-partie utożsamiane z osobami liderów, obrzucające się nawzajem oskarżeniami i nieczystościami.
Całkowicie brak opozycji politycznej, która w normalnej demokracji ma właśnie rolę wykazywania błędów, niedoróbek, szkodliwych skutków i zagrożeń, czego partia rządząca we własnym interesie nigdy nie ujawnia.
Tak rozumiana krytyka, nastawiona na samo „przechwycenie władzy” i tylko to, ponad społeczeństwem – jest szkodliwa. Ale to jest przecież wielkim wypaczeniem demokracji, polityki czy państwa. Trzeba rozumieć czym się różni obecna bezwzględna walka hersztów i ich band – od konstruktywnej, niezbędnej krytyki.
Istnienie niehamowanego przepływu informacji, między innymi w formie krytyki konstruktywnej – jest nadzieją i jedyną szansą tego społeczeństwa.
Kneblowanie głosu społeczeństwa jest działaniem haniebnym i szkodliwym.
Władza szuka w tym zawsze usprawiedliwienia; brak informacji zwrotnej.
Jednocześnie jednak władza najchętniej otacza się tymi, którzy nie dopuszczają do niej informacji prawdziwych, szczególnie tych niekorzystnych, złych ale prawdziwych. Woli zawsze dobre wieści – choćby i nieprawdziwe. Tym bardziej woli je średni personel administracji, bo ich premie od tego zależą, awanse...
To nielogiczne, że każda władza ma swoich parszywych propagandystów na usługi, jakieś obserwatorki medialne, pilnie czytające wszystko co uczciwi ludzie piszą, szczególnie prawdę - nieraz krytyczną, jaką starają się w dobrej wierze przekazać władzy z intencją informacyjną, konstruktywną, by władza wiedziała co wymaga ulepszenia, zmiany. Bo władza nie potrzebuje laurek codziennych, kwiatów i podziękowań, To potrafi sobie sama zorganizować. Władza potrzebuje informacji, zakładając że ma jeszcze choć odrobinę dobrych intencji.
Z drugiej strony – jak świat światem, kasta wszelakiego „urzędactwa” zawsze blokuje informacje niekorzystne, świadczące o własnych niepowodzeniach i zaniedbaniach, a więc najczęściej niestety – blokuję prawdę.
Jeśli gdzieś publicznie pojawia się jakakolwiek informacja negatywnie mogąca świadczyć o władzy – natychmiast jest ona przykrywana innymi informacjami, mającymi po pierwsze zepchnąć prawdę z "czołówek", zamącić w głowach ludziom, by już nie byli pewni o co chodzi, postraszyć jak źle jest w innych miejscach, krajach czy środowiskach no i roztoczyć wspaniałe wizje najbliższej przyszłości – oczywiście wyssane w najlepszym przypadku z palca. Nie jestem naiwny i wiem, że to działanie zorganizowane, bo zawsze znajdują się usłużni komentatorzy lub partyjniacy – gotowi zakłamać każdą prawdę. Nie rozumiem jednak; jak można do tego stopnia wyzbyć się uczciwości, godności osobistej, jakiegoś wewnętrznego głosu sumienia który w każdym jest, w każdym się odzywa, choć niektóre obserwatorki medialne potrafią go w sobie jakoś zagłuszyć. Czego ci ludzie się spodziewają; awansu w pracy, nagrody za słuszną przynależność, podwyżki...? Ile jest warta prawda.
Jedno jest charakterystyczne; że gęby swojej nigdy nie pokazują, tylko jakiś paskudny ryj zwierzęcy... najczęściej są anonimowi...
Ja wiem, że każdy dziś może pisać blog - bo są takie portale darmowe. Ja wiem, że niektórzy nawet muszą pisać blog - bo dostali takie polecenie od swojego oficera prowadzącego, takie jest ich zadanie: przykrywać wszelką krytykę - bełkotem, bzdurą, lamerstwem, kłamstwem. Ja wiem, że jest wolność słowa gwarantowana jak za „komuny” - Konstytucją. I bardzo dobrze że można, że wolno. I tu nie chodzi o jednego z drugim gówniarza z Młodzieżówki Platformy Obywatelskiej ani z Młodzieżówki PiS. Trollującego na blogach czy forach publicznych gówniarza zawsze można rozpoznać i po prostu zbagatelizować, nie ma on znaczenia a "swoje zasługi" dla swojej partii jakoś tam sobie zdobywa; może zostanie radnym, może zostanie Posłem bo osłem to już jest od urodzenia, ale można go potraktować tak jak zasługuje, czyli ominąć - jak psią kupę na chodniku. Ale dlaczego takie indywidua nie rozumieją, że szkodzą społeczeństwu, kadząc władzy tylko po to, by stłamsić jedyną nadzieję tego społeczeństwa - jaką jest odpowiedzialna i konstruktywna krytyka władzy. Te resztki konstruktywnej krytyki na jakie coraz bardziej nieliczni się zdobywają wobec totalitaryzmu władzy.
Zresztą zawsze twierdziłem, że robić błędy każdy może, słuchać rad też każdy może, ale posłuchać kogoś dobrze radzącego, zastosować się do jego uwag i osiągnąć korzyść, a jednocześnie nie przyznać doradcy tej jego racji, nie podziękować za pomoc tylko zwalczać go jako krytykanta - to największa podłość jaką można sobie w tej sprawie wyobrazić.
Władza potrzebuje informacji. Władza potrzebuje krytyki. Niestety w naszym społeczeństwie powstała zadziwiająca maniera: nie ma zainteresowania sytuacją społeczeństwa, nie ma postawy służenia tym, którzy powierzyli władzę, niejako delegowali swoją władzę na poszczególne osoby wybrane w demokratycznych wyborach. Nie ma partii z jawnym, spójnym i całościowym programem politycznym i społecznym. Są „bandy” pod wodzą swoich hersztów, walczące o władzę, o dostęp do publicznych pieniędzy, jakieś niby-partie utożsamiane z osobami liderów, obrzucające się nawzajem oskarżeniami i nieczystościami.
Całkowicie brak opozycji politycznej, która w normalnej demokracji ma właśnie rolę wykazywania błędów, niedoróbek, szkodliwych skutków i zagrożeń, czego partia rządząca we własnym interesie nigdy nie ujawnia.
Tak rozumiana krytyka, nastawiona na samo „przechwycenie władzy” i tylko to, ponad społeczeństwem – jest szkodliwa. Ale to jest przecież wielkim wypaczeniem demokracji, polityki czy państwa. Trzeba rozumieć czym się różni obecna bezwzględna walka hersztów i ich band – od konstruktywnej, niezbędnej krytyki.
Istnienie niehamowanego przepływu informacji, między innymi w formie krytyki konstruktywnej – jest nadzieją i jedyną szansą tego społeczeństwa.
Kneblowanie głosu społeczeństwa jest działaniem haniebnym i szkodliwym.
Etykiety:
50+,
anarchia,
arogancja,
bezrobocie,
bieda,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
ideologia,
Kaczyński,
Kosiniak-Kamysz,
lemingi,
minister pracy,
następca Tuska,
nędza,
obowiązki państwa,
PO,
rynek pracy,
solidarność
28/12/2011
Hańba
Polska jest w tej złej sytuacji, że ma za sobą skutki sześćdziesięciu lat walki władzy politycznej czyli w tym przypadku praktycznie - państwa, z przedsiębiorczością, własnością prywatną, naturalną niejako dla człowieka współczesnego chęcią osiągnięcia korzyści materialnej, podwyższenia swojego statusu majątkowego, wzbogacenia się i na dodatek… osobistego korzystania z tego wszystkiego.
Bo państwo, władza państwowa, Polska, kierowała się przez ponad półwiecze ideologią komunistyczną przyniesioną tu z Kraju Rad „na bagnetach” Armii Czerwonej, idącej na Berlin a niejako „przy okazji” wyzwalającej nasz kraj spod okupacji niemieckiej, zastępując ją... swoją własną okupacją.
Nie miejsce tu na wykłady historyczne a i ja nie jestem dość kompetentny, chodzi mi tu jedynie o podkreślenie tego aspektu historii: państwo zwalczało jak tylko mogło przedsiębiorców i właścicieli, przedsiębiorczość i własność prywatną.
Najpierw było tzw. „rozkułaczanie” polegające na zabieraniu (nacjonalizowaniu) własności ziemi uprawnej i gospodarstw a zastępowanie ich budową Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR-ów), – które miały stanowić odpowiednik radzieckich „kołchozów” (Koliektiwnoje haziajstwo). Kto posiadał ziemię – był „kułakiem” – wrogiem ideologicznym, któremu należało siłą odebrać absolutnie wszystko (nie tylko ziemię) i w ostateczności - dać mu kufajkę, gumiaki i zatrudnić go na etat „oborowego” w tym – jeszcze do niedawna jego własnym – gospodarstwie. To w najlepszym przypadku, bo jeśli władza wyczuwała jakiekolwiek sprzeciwy, delikwent przepadał w więzieniu NKWD albo wędrował gdzieś na daleki północny-wschód… Bo radziecka NKWD miała w Polsce swoje więzienia dla wrogów polskiej władzy ludowej.
W domach tychże dawnych właścicieli powstawały regionalne dyrekcje RGR-ów, Państwowe Ośrodki Maszynowe do obsługi PGR-owskiego sprzętu rolniczego, Dyrekcje Lasów Państwowych (także znacjonalizowanych) albo inne urzędy państwowe terenowe i trwały tam do czasu, gdy jeszcze można było tam fizycznie egzystować, a gdy dom już popadał w ruinę bez remontów – władza wyprowadzała się a okoliczna ludność rozkradała wszystko, co jeszcze się do czegokolwiek nadawało, choćby na opał… Bo władza ludowa niczego tak bardzo nie nienawidziła – jak remontować cokolwiek, a już szczególnie, gdy to było „poniemieckie”.
Później pojawiali się inni wrogowie ludu: to „badylarze” – czyli ze wszech miar godni pogardy i podejrzani ideologicznie właściciele małych szklarni i tunelów foliowych, czy szkółek sadowniczych. Oczywiście – dobrze było, że coś produkują, w szczególności żywność, ale skandalem było to, że to jest ich własne, a na dodatek – zarabiają na tym i to dla siebie, nie dla klasy robotniczej…!
Byli też „cinkciarze”, czyli ludzie nielegalnie handlujący walutami obcymi. W Polsce obrót walutami, np. dolarami amerykańskimi – był surowo zabroniony i był przestępstwem. Legalne były jakby „zamienniki walut”, czyli tzw. „Bony Pewexu” oraz specjalne bony „Baltona” – dla elity osób zarabiających legalnie w walutach wymienialnych. Obrót mimo to oczywiście istniał, istniało też „podziemie” i „półświatek” a i spora część obecnie najbogatszych osób w Polsce – swoje majątki początkowo wywodzi z tego właśnie okresu. Przypuszczam, że aby to robić, należało być emerytowanym milicjantem, funkcjonariuszem „służb”, albo przynajmniej tymże - sowicie się „odpłacać”…
W czasach gierkowskich, gdy kontrola nad tym wszystkim stała się coraz trudniejsza – władza państwowa wymyśliła inny sposób; mniej zwracano uwagę na sposób i miejsce powstania zysku "prywatnego", a coraz bardziej – na miejsce jego ulokowania, lub wydatkowania.
Więc nie – co, gdzie i jak ktoś zarobił, a – czego jest właścicielem, co ma. Nie powinien przy takiej polityce władzy w zasadzie nic mieć, a jeśli miał – to należało wyjaśnić, skąd.
Zrodził się wówczas pomysł dodatkowego zapanowania nad dyscypliną podatkową; ocena dochodów po stanie posiadania, a nie po oficjalnie ujawnianych zarobkach. Wiadomo zresztą, czemu cały świat się dziwił od zawsze, że Polak więcej wydawał niż zarabiał i poniekąd do dzisiaj tak jest. Władza nie chciała się jednak z tym pogodzić, to znaczy z aż taką konkurencją dla siebie; przestawała być elitą, towarzysze z komitetów się oburzali… więc wymyślono nowy sposób kontroli podatkowej: podatek nie tyle od wykazywanych dochodów a „po znamionach luksusu”. Z samochodami nie było jeszcze wówczas takiego problemu, bo tu „luksusu” w ogóle raczej nie było, (choć to rzecz względna), ale powstawać zaczęły bardzo dziwne domy. Jak dekoracje do filmów grozy. Szczególnie do tego nadawały się niewielkie wille poniemieckie na przedmieściach albo w dzielnicach willowych, jeszcze często ze śladami na elewacji po seriach z ruskiej „pepeszy”, z ubytkami w otynkowaniu, dziurami w dachówkach. Zewnętrznie – po prostu bieda, ruina, nędza, zniszczenie… strach podchodzić, bo się zawali. A za to w środku…......
Bo wewnątrz nikt „znamion luksusu” nie mógł tak łatwo poszukiwać, a na zewnątrz – było widać to, co „trzeba”… czyli nic.
Dlaczego ja to piszę?
Chcę nawiązać do pojęcia SOLIDARYZMU SPOŁECZNEGO, czy po prostu solidarności.
Solidarności międzyludzkiej, czyli – ludzkiej. Solidarności ludzkiej w wymiarze społecznym.
Te wszystkie zaszłości, czynniki kształtujące postawy ludzkie i sposoby myślenia - dotyczyły ludzi dziś będących w wieku zwanym "50+".
Mam wrażenie, że trzeba o tym mówić, pisać i rozmawiać, bo nie jest to dość szeroko rozumiane, a wyraźnie widać, że jakieś” siły” starają się tym „grać” i jak najbardziej to zagmatwać, wypaczyć, ośmieszyć i skompromitować.
Całkowita „klapa” programu rządowego pod nazwą „Program Solidarność Pokoleń, działania na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+” nie jest już dziś nawet negowana przez autorów, przez „czynniki rządowe”. Mówi się; no nie wyszło, całkowicie się nie udało, zostało zbojkotowane przez pracodawców… itp. Nie mówi się – dlaczego tak się stało, kto za to odpowiada no i… co dalej. Co dalej! - bo program ten miał konkretne uzasadnienie i cel. Cel społeczny najwyższej wagi, który nie został osiągnięty ani niczym zastąpiony. Kluczowymi postaciami związanymi z tym jest Michał Boni i Władysław Kosiniak Kamysz.
O jakich tu ludziach (beneficjentach ostatecznych) piszę:
Dzisiejsza młodzież ma w szkołach pełną swobodę nauki języków obcych, wręcz jest to propagowane, promowane, ułatwiane. Bardzo rozpowszechniony jest już dostęp do komputerów, jeśli nie osobistych to choćby w bibliotekach, świetlicach, kafejkach internetowych a to daje bazę do używania programów multimedialnych edukacyjnych, w tym i do nauki języków. W czasie, o którym pisałem wcześniej – przyznanie się do posiadania krewnych za granicą było bardzo niebezpieczne, zamykało wiele drzwi i możliwości, zamiast je otwierać. Uczenie się języka obcego poza rosyjskim (który był obowiązkowym przedmiotem nauczania w szkołach), było jakieś podejrzane, nie chwalono się tym, pomocą bywały tylko „czarne” płyty gramofonowe a później – kasety magnetofonowe, bardzo kiepskie podręczniki szkolne wyłącznie polskich autorów, zatwierdzone przez Ministra i Komitet. Zresztą - po co było się tego języka obcego wówczas uczyć; granice były zamknięte, paszporty - jeśli już ktoś posiadał - nie wolno było trzymać w domu a w depozycie w komendzie Milicji Obywatelskiej. Każdy wyjazd z Polski był niemalże UCIECZKĄ i... co najważniejsze - nikt nie wierzył, że to się kiedykolwiek może zmienić...
Młodzież w wieku Pana Ministra Kosiniaka - Kamysza, od połowy lat dziewięćdziesiątych czyli w swoim wieku licealnym, miała możność obserwować przed wejściem w wiek "produkcyjny" wszystko to, co się dzieje z gospodarką Kraju, te "dzikie" prywatyzacje, bezmyślne niszczenie zakładów, które mogły być zmodernizowane, nagłe upadłości, gwałtowny wzrost bezrobocia, nieudolność i bezmyślność władzy. Dla starszego pokolenia było już za późno, ale oni mogli jeszcze dostosować się do tego co obserwują, zrewidować swoje plany czy wykształcenie zgodnie z przemianami gospodarki.
Dzisiejsza młodzież ma w programie nauczania zajęcia z przedsiębiorczości, są do tego podręczniki, wszelka dostępna literatura w bibliotekach i Internecie, poradniki, samouczki, uczniowie poznają zasady powstawania i organizacji firm, uczą się tworzenia biznesplanów. Są inne pomoce, gry edukacyjne jak Bankrut, niezliczone materiały w Internecie nie do ogarnięcia. W czasach, o których pisałem wcześniej – nie było to dostępne, zbytnie interesowanie się tym było negatywnie oceniane, szkodziło uczniowi i pracownikowi, było to ideologicznie podejrzane i zwalczane. Własność miała być wyłącznie społeczna, a od biznesu był Pan Dyrektor i Pan Sekretarz organizacji zakładowej PZPR. Ludzie wówczas nie mieli takiej niezależności spojrzenia, samoświadomości – dlatego uważali, że tak widocznie ma być a zgniły kapitalizm już za chwilę upadnie. Jedynym podręcznikiem na wszystkich kierunkach studiów była „Ekonomia polityczna kapitalizmu” – Oskara Lange. Jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych zestaw informacji o formach działalności gospodarczej, przepisach prawnych, podatkowych, procedurach postępowania itp - można było wyłącznie nabyć za "ciężkie pieniądze" w niektórych firmach consultingowych...
Dziś się uczy i przyzwyczaja młodych ludzi do mobilności zawodowej, do tego, że pracę można a nawet należy zmieniać, gdy czują zastój, brak możliwości awansu itp. Że praca jest dla człowieka, ma dawać mu satysfakcję nie tylko materialną, ale i osobistą, poczucie rozwoju i wykorzystania swoich możliwości. Że pracę należy wręcz zmieniać co kilka lat – by uniknąć „wypalenia zawodowego” czy rutyny… W czasach, o których pisałem wcześniej, ówczesnych młodych ludzi dziś będących właśnie w wieku 50+ uczono i przekonywano, że liczy się wierność firmie, że najlepiej całe życie pracować w jednym miejscu, bo to zaszczyt i honor. Awans był możliwy głównie poprzez struktury partyjne, dlatego dla wielu był niedostępny. Nie traktowano poważnie tych, co często zmieniali pracę; uważani byli za niepewnych i mieli trudności ze znalezieniem dobrej pracy. Premiowało się doświadczenie, rutynę, nieprzerwany staż.
Mógłbym tak w nieskończoność wymieniać różnice a najczęściej – przeciwieństwa pomiędzy tamtym systemem a obecnym. Oczywiście nie będę tego robił, ale chcę wykazać, że ludzie dziś w wieku 50+ a wówczas młodzi – są tacy jak ich nauczono, jakie były wymogi uznawane powszechnie przez ówczesne społeczeństwo. Tamten system był dla nich niezależną od nich rzeczywistością, oczywistością.
W czasie upadku minionego systemu, rozwiązania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej a następnie rozpoczęciu przemian gospodarki w założeniu z „socjalistycznej” na „wolnorynkową” – zdawano sobie sprawę, że będą problemy dla pokolenia pracowników wychowanych w starym systemie, mających już kilku czy kilkunastoletni staż pracy a obecnie nagle przenoszonych do innego systemu gospodarczego. Wszystko to wymknęło się jednak spod kontroli władzy państwowej - o ile założymy optymistyczne, że władza chciała to kontrolować, ale nie potrafiła.
Wszystko odbyło się w sposób chaotyczny, bezmyślny i barbarzyński.
Przemiany musiały jednak nastąpić a chodziło o to by złagodzić ich skutki dla Bogu ducha winnych, dobrych i wydajnych jeszcze do niedawna pracowników, dobiegających wtedy wieku czterdziestu lub czterdziestu kilku lat. Polska odzyskała suwerenność w tym i gospodarczą, ale chodziło o to, by ci ludzie, którzy tę suwerenność wywalczyli – mogli także się z niej cieszyć, mino że ona zniszczyła cały ich świat wartości i dorobku zawodowego.
Aby mogli się cieszyć z odzyskanej wolności - patrząc w przyszłość, a nie przeklinać ją - patrząc ciągle wstecz.
Dziś niedouczonej, cynicznej gówniarzerii łatwo jest rzucać oskarżenia; że ci "50+" są mało przedsiębiorczy, nie znają się na informatyce, nie znają języków obcych a i czasem - swój własny, ojczysty - dość kiepsko im "idzie", że są mało "mobilni" zawodowo, słabo tolerują zmiany i nowości, często nie mają prawa jazdy... A przecież są tacy jacy mieli być, jak ich wychowano, jak tego oczekiwało społeczeństwo; to samo społeczeństwo tego samego kraju...
Bez przesady zresztą; w takim gadaniu jest wiele przesady i złośliwości. poszukiwania sztucznych, naciąganych i nieprawdziwych oskarżeń. Ludzie ci kończą kursy, w tym i komputerowe, nie są ograniczeni umysłowo. Mogli być bardzo przydatni. Wiek pięćdziesiąt kilka lat - to jeszcze szczyt możliwości, a już - szczyt doświadczenia, równowagi. Zresztą - przecież mają pracować do wieku 67 lat...
Na zasadach solidaryzmu społecznego ludzie ci mieli uzyskać pomoc społeczeństwa w dostosowaniu się do transformacji gospodarczej.
Już wówczas zostali oszukani przez społeczeństwo, gdyż zamiast pomocy - rozprzestrzeniło się wśród „pracodawców” przekonanie, że „ludzie w wieku ponad 40 lat nie nadają się już do żadnej pracy, tak są zdemoralizowani „socjalizmem”… Byli zwalniani z pracy, powstała pierwsza ogromna fala bezrobocia dla ówczesnych 40+. Dzisiejsze bezrobocie także najbardziej dotyka tę grupę, z tym, że dziś mają oni już po pięćdziesiąt kilka lat.
Jeszcze nie mają uprawnień do emerytur, jeszcze są pełnosprawni - więc nie mają uprawnień do rent, nie istnieją już emerytury wcześniejsze, czy specjalne emerytury dla bezrobotnych - jak w Niemczech czy Norwegii. A oni już nie mogą nigdzie uzyskać zatrudnienia, są skandalicznie szykanowani z całą obojętnością władzy i błogosławieństwem prawa, które przecież zabrania szykanowania kogokolwiek!
Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii, pazernych "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy, i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo a zwłaszcza władza - nie dorosła do solidaryzmu.
Nawet zasiłki związane z rejestrowanym bezrobociem, mimo że są tylko czasowe, przyznawane na dość krótki okres czasu, przyznawane są jednie nie więcej jak 20% bezrobotnych. Jak żyją pozostali? Te 80% które zasiłków nie otrzymuje? Jak umierają?! Jakie cierpienia fizyczne i psychiczne znoszą – próbując walczyć o przetrwanie, o zachowanie przynajmniej godności do końca. Ciągle wzbudzając w sobie nadzieję i tracąc ją...
Co do wspomnianego „Programu Rządowego”, który był od początku fikcyjny i nie został zrealizowany - przygotowanego przez Platformę Obywatelską pod przewodnictwem Pana dr Michała Boniego – będę analizował tu w przyszłości bardziej szczegółowo jego elementy. Także dokument implementacyjny oraz „sprawozdanie z realizacji” jakie sprokurowało Ministerstwo Pracy Pani Minister Fedak z PSL w styczniu 2011 roku, także we współpracy z Panem dr Bonim. (Pan Boni jest doktorem kulturoznawstwa, ale specjalizował się chyba w kulturze dzikich...)
Taki program, takie działania - jeszcze powinny powstać i powinny być pilnie, natychmiast wdrożone, przynajmniej wobec tych, którzy jeszcze są w stanie podjąć normalną, odpowiednią dla nich pracę. Jest późno, ale nie za późno, przynajmniej dla części osób z tego przedziału wiekowego. Zaczną pracować, płacić składki ZUS-owskie, podatki i zarabiać na obecnych emerytów. Pozostali powinni otrzymać jakieś świadczenie pozwalające na egzystencję, bo to państwo przecież nie wykonało swojego konstytucyjnego obowiązku, odrzuciło ich, uniemożliwiło im pracę dla wypracowania dochodu narodowego i samodzielnego utrzymania się.
Trzeba być dziś skończonym sukinsynem, by tym ludziom zalecać dziś "zakładanie działalności gospodarczej" i zarzucać im, że tylko jednostkom się to udaje, albo zalecać im wyjazdy do pracy za granicę i zarzucać im brak mobilności i nieznajomość języków, a już tym bardziej kazać im sobie samodzielnie "radzić" w imię jakiejś idiotycznej lewackiej "równości" - na tak zwanym "rynku pracy" - który przecież żadnym rynkiem nie jest, a jeśli - to skrajnie wypaczonym i pogrążonym w bezprawiu... szczególnie co do "prawa pracy". Trzeba być skończonym sukinsynem, ale... jednak takich przecież nie brakuje...
Jestem przekonany, że historia kiedyś właściwie oceni ten czas, winy i zasługi konkretnych osób; polityków, teoretyków i działaczy. Że badacze życia społecznego już niedługo obiektywnie zbadają, udokumentują i opiszą to, z czym mamy do czynienia teraz. Że określą z imienia i nazwiska - winnych. Chciałbym, aby wówczas – jak dawniej w odniesieniu do ludzi, których uznano za zdrajców narodu – ich portrety były pokazywane w telewizji wraz z wielkimi napisami:
Ofiarom to nie da satysfakcji, ale...
W Polsce brak opozycji politycznej. Nie jest nią PiS ani Pan Kaczyński, nie jest nią SLD ani Pan Miller, nie jest nią Palikot ani Pawlak. Najlepsze co może zrobić Pan Jarosław Kaczyński - to "dać sobie spokój" i zająć się wreszcie kotkiem, (broń Boże - nie pali..., no i najlepiej - swoim) pozwalając wreszcie na powstanie autentycznej opozycji zajmującej się skutecznie sytuacją społeczną wewnątrz Kraju. W Polsce brak autentycznych związków zawodowych, zajmujących się działalnością syndykalną. Panoszą się konfederacje pracodawców - lobbystów zdziczałego, zacofanego, polskiego, wypaczonego kapitalizmu...
Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii - czyli tzw. polityków, pazernych buraków i "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo dotyczące pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo ale w szczególności zwłaszcza władza - cywilizacyjnie nie dorosło do solidaryzmu.
Bo państwo, władza państwowa, Polska, kierowała się przez ponad półwiecze ideologią komunistyczną przyniesioną tu z Kraju Rad „na bagnetach” Armii Czerwonej, idącej na Berlin a niejako „przy okazji” wyzwalającej nasz kraj spod okupacji niemieckiej, zastępując ją... swoją własną okupacją.
Nie miejsce tu na wykłady historyczne a i ja nie jestem dość kompetentny, chodzi mi tu jedynie o podkreślenie tego aspektu historii: państwo zwalczało jak tylko mogło przedsiębiorców i właścicieli, przedsiębiorczość i własność prywatną.
Najpierw było tzw. „rozkułaczanie” polegające na zabieraniu (nacjonalizowaniu) własności ziemi uprawnej i gospodarstw a zastępowanie ich budową Państwowych Gospodarstw Rolnych (PGR-ów), – które miały stanowić odpowiednik radzieckich „kołchozów” (Koliektiwnoje haziajstwo). Kto posiadał ziemię – był „kułakiem” – wrogiem ideologicznym, któremu należało siłą odebrać absolutnie wszystko (nie tylko ziemię) i w ostateczności - dać mu kufajkę, gumiaki i zatrudnić go na etat „oborowego” w tym – jeszcze do niedawna jego własnym – gospodarstwie. To w najlepszym przypadku, bo jeśli władza wyczuwała jakiekolwiek sprzeciwy, delikwent przepadał w więzieniu NKWD albo wędrował gdzieś na daleki północny-wschód… Bo radziecka NKWD miała w Polsce swoje więzienia dla wrogów polskiej władzy ludowej.
W domach tychże dawnych właścicieli powstawały regionalne dyrekcje RGR-ów, Państwowe Ośrodki Maszynowe do obsługi PGR-owskiego sprzętu rolniczego, Dyrekcje Lasów Państwowych (także znacjonalizowanych) albo inne urzędy państwowe terenowe i trwały tam do czasu, gdy jeszcze można było tam fizycznie egzystować, a gdy dom już popadał w ruinę bez remontów – władza wyprowadzała się a okoliczna ludność rozkradała wszystko, co jeszcze się do czegokolwiek nadawało, choćby na opał… Bo władza ludowa niczego tak bardzo nie nienawidziła – jak remontować cokolwiek, a już szczególnie, gdy to było „poniemieckie”.
Później pojawiali się inni wrogowie ludu: to „badylarze” – czyli ze wszech miar godni pogardy i podejrzani ideologicznie właściciele małych szklarni i tunelów foliowych, czy szkółek sadowniczych. Oczywiście – dobrze było, że coś produkują, w szczególności żywność, ale skandalem było to, że to jest ich własne, a na dodatek – zarabiają na tym i to dla siebie, nie dla klasy robotniczej…!
Byli też „cinkciarze”, czyli ludzie nielegalnie handlujący walutami obcymi. W Polsce obrót walutami, np. dolarami amerykańskimi – był surowo zabroniony i był przestępstwem. Legalne były jakby „zamienniki walut”, czyli tzw. „Bony Pewexu” oraz specjalne bony „Baltona” – dla elity osób zarabiających legalnie w walutach wymienialnych. Obrót mimo to oczywiście istniał, istniało też „podziemie” i „półświatek” a i spora część obecnie najbogatszych osób w Polsce – swoje majątki początkowo wywodzi z tego właśnie okresu. Przypuszczam, że aby to robić, należało być emerytowanym milicjantem, funkcjonariuszem „służb”, albo przynajmniej tymże - sowicie się „odpłacać”…
W czasach gierkowskich, gdy kontrola nad tym wszystkim stała się coraz trudniejsza – władza państwowa wymyśliła inny sposób; mniej zwracano uwagę na sposób i miejsce powstania zysku "prywatnego", a coraz bardziej – na miejsce jego ulokowania, lub wydatkowania.
Więc nie – co, gdzie i jak ktoś zarobił, a – czego jest właścicielem, co ma. Nie powinien przy takiej polityce władzy w zasadzie nic mieć, a jeśli miał – to należało wyjaśnić, skąd.
Zrodził się wówczas pomysł dodatkowego zapanowania nad dyscypliną podatkową; ocena dochodów po stanie posiadania, a nie po oficjalnie ujawnianych zarobkach. Wiadomo zresztą, czemu cały świat się dziwił od zawsze, że Polak więcej wydawał niż zarabiał i poniekąd do dzisiaj tak jest. Władza nie chciała się jednak z tym pogodzić, to znaczy z aż taką konkurencją dla siebie; przestawała być elitą, towarzysze z komitetów się oburzali… więc wymyślono nowy sposób kontroli podatkowej: podatek nie tyle od wykazywanych dochodów a „po znamionach luksusu”. Z samochodami nie było jeszcze wówczas takiego problemu, bo tu „luksusu” w ogóle raczej nie było, (choć to rzecz względna), ale powstawać zaczęły bardzo dziwne domy. Jak dekoracje do filmów grozy. Szczególnie do tego nadawały się niewielkie wille poniemieckie na przedmieściach albo w dzielnicach willowych, jeszcze często ze śladami na elewacji po seriach z ruskiej „pepeszy”, z ubytkami w otynkowaniu, dziurami w dachówkach. Zewnętrznie – po prostu bieda, ruina, nędza, zniszczenie… strach podchodzić, bo się zawali. A za to w środku…......
Bo wewnątrz nikt „znamion luksusu” nie mógł tak łatwo poszukiwać, a na zewnątrz – było widać to, co „trzeba”… czyli nic.
Dlaczego ja to piszę?
Chcę nawiązać do pojęcia SOLIDARYZMU SPOŁECZNEGO, czy po prostu solidarności.
Solidarności międzyludzkiej, czyli – ludzkiej. Solidarności ludzkiej w wymiarze społecznym.
Te wszystkie zaszłości, czynniki kształtujące postawy ludzkie i sposoby myślenia - dotyczyły ludzi dziś będących w wieku zwanym "50+".
Mam wrażenie, że trzeba o tym mówić, pisać i rozmawiać, bo nie jest to dość szeroko rozumiane, a wyraźnie widać, że jakieś” siły” starają się tym „grać” i jak najbardziej to zagmatwać, wypaczyć, ośmieszyć i skompromitować.
Całkowita „klapa” programu rządowego pod nazwą „Program Solidarność Pokoleń, działania na rzecz zwiększenia aktywności zawodowej osób w wieku 50+” nie jest już dziś nawet negowana przez autorów, przez „czynniki rządowe”. Mówi się; no nie wyszło, całkowicie się nie udało, zostało zbojkotowane przez pracodawców… itp. Nie mówi się – dlaczego tak się stało, kto za to odpowiada no i… co dalej. Co dalej! - bo program ten miał konkretne uzasadnienie i cel. Cel społeczny najwyższej wagi, który nie został osiągnięty ani niczym zastąpiony. Kluczowymi postaciami związanymi z tym jest Michał Boni i Władysław Kosiniak Kamysz.
O jakich tu ludziach (beneficjentach ostatecznych) piszę:
Dzisiejsza młodzież ma w szkołach pełną swobodę nauki języków obcych, wręcz jest to propagowane, promowane, ułatwiane. Bardzo rozpowszechniony jest już dostęp do komputerów, jeśli nie osobistych to choćby w bibliotekach, świetlicach, kafejkach internetowych a to daje bazę do używania programów multimedialnych edukacyjnych, w tym i do nauki języków. W czasie, o którym pisałem wcześniej – przyznanie się do posiadania krewnych za granicą było bardzo niebezpieczne, zamykało wiele drzwi i możliwości, zamiast je otwierać. Uczenie się języka obcego poza rosyjskim (który był obowiązkowym przedmiotem nauczania w szkołach), było jakieś podejrzane, nie chwalono się tym, pomocą bywały tylko „czarne” płyty gramofonowe a później – kasety magnetofonowe, bardzo kiepskie podręczniki szkolne wyłącznie polskich autorów, zatwierdzone przez Ministra i Komitet. Zresztą - po co było się tego języka obcego wówczas uczyć; granice były zamknięte, paszporty - jeśli już ktoś posiadał - nie wolno było trzymać w domu a w depozycie w komendzie Milicji Obywatelskiej. Każdy wyjazd z Polski był niemalże UCIECZKĄ i... co najważniejsze - nikt nie wierzył, że to się kiedykolwiek może zmienić...
Młodzież w wieku Pana Ministra Kosiniaka - Kamysza, od połowy lat dziewięćdziesiątych czyli w swoim wieku licealnym, miała możność obserwować przed wejściem w wiek "produkcyjny" wszystko to, co się dzieje z gospodarką Kraju, te "dzikie" prywatyzacje, bezmyślne niszczenie zakładów, które mogły być zmodernizowane, nagłe upadłości, gwałtowny wzrost bezrobocia, nieudolność i bezmyślność władzy. Dla starszego pokolenia było już za późno, ale oni mogli jeszcze dostosować się do tego co obserwują, zrewidować swoje plany czy wykształcenie zgodnie z przemianami gospodarki.
Dzisiejsza młodzież ma w programie nauczania zajęcia z przedsiębiorczości, są do tego podręczniki, wszelka dostępna literatura w bibliotekach i Internecie, poradniki, samouczki, uczniowie poznają zasady powstawania i organizacji firm, uczą się tworzenia biznesplanów. Są inne pomoce, gry edukacyjne jak Bankrut, niezliczone materiały w Internecie nie do ogarnięcia. W czasach, o których pisałem wcześniej – nie było to dostępne, zbytnie interesowanie się tym było negatywnie oceniane, szkodziło uczniowi i pracownikowi, było to ideologicznie podejrzane i zwalczane. Własność miała być wyłącznie społeczna, a od biznesu był Pan Dyrektor i Pan Sekretarz organizacji zakładowej PZPR. Ludzie wówczas nie mieli takiej niezależności spojrzenia, samoświadomości – dlatego uważali, że tak widocznie ma być a zgniły kapitalizm już za chwilę upadnie. Jedynym podręcznikiem na wszystkich kierunkach studiów była „Ekonomia polityczna kapitalizmu” – Oskara Lange. Jeszcze w drugiej połowie lat 90-tych zestaw informacji o formach działalności gospodarczej, przepisach prawnych, podatkowych, procedurach postępowania itp - można było wyłącznie nabyć za "ciężkie pieniądze" w niektórych firmach consultingowych...
Dziś się uczy i przyzwyczaja młodych ludzi do mobilności zawodowej, do tego, że pracę można a nawet należy zmieniać, gdy czują zastój, brak możliwości awansu itp. Że praca jest dla człowieka, ma dawać mu satysfakcję nie tylko materialną, ale i osobistą, poczucie rozwoju i wykorzystania swoich możliwości. Że pracę należy wręcz zmieniać co kilka lat – by uniknąć „wypalenia zawodowego” czy rutyny… W czasach, o których pisałem wcześniej, ówczesnych młodych ludzi dziś będących właśnie w wieku 50+ uczono i przekonywano, że liczy się wierność firmie, że najlepiej całe życie pracować w jednym miejscu, bo to zaszczyt i honor. Awans był możliwy głównie poprzez struktury partyjne, dlatego dla wielu był niedostępny. Nie traktowano poważnie tych, co często zmieniali pracę; uważani byli za niepewnych i mieli trudności ze znalezieniem dobrej pracy. Premiowało się doświadczenie, rutynę, nieprzerwany staż.
Mógłbym tak w nieskończoność wymieniać różnice a najczęściej – przeciwieństwa pomiędzy tamtym systemem a obecnym. Oczywiście nie będę tego robił, ale chcę wykazać, że ludzie dziś w wieku 50+ a wówczas młodzi – są tacy jak ich nauczono, jakie były wymogi uznawane powszechnie przez ówczesne społeczeństwo. Tamten system był dla nich niezależną od nich rzeczywistością, oczywistością.
W czasie upadku minionego systemu, rozwiązania Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej a następnie rozpoczęciu przemian gospodarki w założeniu z „socjalistycznej” na „wolnorynkową” – zdawano sobie sprawę, że będą problemy dla pokolenia pracowników wychowanych w starym systemie, mających już kilku czy kilkunastoletni staż pracy a obecnie nagle przenoszonych do innego systemu gospodarczego. Wszystko to wymknęło się jednak spod kontroli władzy państwowej - o ile założymy optymistyczne, że władza chciała to kontrolować, ale nie potrafiła.
Wszystko odbyło się w sposób chaotyczny, bezmyślny i barbarzyński.
Przemiany musiały jednak nastąpić a chodziło o to by złagodzić ich skutki dla Bogu ducha winnych, dobrych i wydajnych jeszcze do niedawna pracowników, dobiegających wtedy wieku czterdziestu lub czterdziestu kilku lat. Polska odzyskała suwerenność w tym i gospodarczą, ale chodziło o to, by ci ludzie, którzy tę suwerenność wywalczyli – mogli także się z niej cieszyć, mino że ona zniszczyła cały ich świat wartości i dorobku zawodowego.
Aby mogli się cieszyć z odzyskanej wolności - patrząc w przyszłość, a nie przeklinać ją - patrząc ciągle wstecz.
Dziś niedouczonej, cynicznej gówniarzerii łatwo jest rzucać oskarżenia; że ci "50+" są mało przedsiębiorczy, nie znają się na informatyce, nie znają języków obcych a i czasem - swój własny, ojczysty - dość kiepsko im "idzie", że są mało "mobilni" zawodowo, słabo tolerują zmiany i nowości, często nie mają prawa jazdy... A przecież są tacy jacy mieli być, jak ich wychowano, jak tego oczekiwało społeczeństwo; to samo społeczeństwo tego samego kraju...
Bez przesady zresztą; w takim gadaniu jest wiele przesady i złośliwości. poszukiwania sztucznych, naciąganych i nieprawdziwych oskarżeń. Ludzie ci kończą kursy, w tym i komputerowe, nie są ograniczeni umysłowo. Mogli być bardzo przydatni. Wiek pięćdziesiąt kilka lat - to jeszcze szczyt możliwości, a już - szczyt doświadczenia, równowagi. Zresztą - przecież mają pracować do wieku 67 lat...
Na zasadach solidaryzmu społecznego ludzie ci mieli uzyskać pomoc społeczeństwa w dostosowaniu się do transformacji gospodarczej.
Już wówczas zostali oszukani przez społeczeństwo, gdyż zamiast pomocy - rozprzestrzeniło się wśród „pracodawców” przekonanie, że „ludzie w wieku ponad 40 lat nie nadają się już do żadnej pracy, tak są zdemoralizowani „socjalizmem”… Byli zwalniani z pracy, powstała pierwsza ogromna fala bezrobocia dla ówczesnych 40+. Dzisiejsze bezrobocie także najbardziej dotyka tę grupę, z tym, że dziś mają oni już po pięćdziesiąt kilka lat.
Jeszcze nie mają uprawnień do emerytur, jeszcze są pełnosprawni - więc nie mają uprawnień do rent, nie istnieją już emerytury wcześniejsze, czy specjalne emerytury dla bezrobotnych - jak w Niemczech czy Norwegii. A oni już nie mogą nigdzie uzyskać zatrudnienia, są skandalicznie szykanowani z całą obojętnością władzy i błogosławieństwem prawa, które przecież zabrania szykanowania kogokolwiek!
Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii, pazernych "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy, i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo a zwłaszcza władza - nie dorosła do solidaryzmu.
Nawet zasiłki związane z rejestrowanym bezrobociem, mimo że są tylko czasowe, przyznawane na dość krótki okres czasu, przyznawane są jednie nie więcej jak 20% bezrobotnych. Jak żyją pozostali? Te 80% które zasiłków nie otrzymuje? Jak umierają?! Jakie cierpienia fizyczne i psychiczne znoszą – próbując walczyć o przetrwanie, o zachowanie przynajmniej godności do końca. Ciągle wzbudzając w sobie nadzieję i tracąc ją...
Co do wspomnianego „Programu Rządowego”, który był od początku fikcyjny i nie został zrealizowany - przygotowanego przez Platformę Obywatelską pod przewodnictwem Pana dr Michała Boniego – będę analizował tu w przyszłości bardziej szczegółowo jego elementy. Także dokument implementacyjny oraz „sprawozdanie z realizacji” jakie sprokurowało Ministerstwo Pracy Pani Minister Fedak z PSL w styczniu 2011 roku, także we współpracy z Panem dr Bonim. (Pan Boni jest doktorem kulturoznawstwa, ale specjalizował się chyba w kulturze dzikich...)
Taki program, takie działania - jeszcze powinny powstać i powinny być pilnie, natychmiast wdrożone, przynajmniej wobec tych, którzy jeszcze są w stanie podjąć normalną, odpowiednią dla nich pracę. Jest późno, ale nie za późno, przynajmniej dla części osób z tego przedziału wiekowego. Zaczną pracować, płacić składki ZUS-owskie, podatki i zarabiać na obecnych emerytów. Pozostali powinni otrzymać jakieś świadczenie pozwalające na egzystencję, bo to państwo przecież nie wykonało swojego konstytucyjnego obowiązku, odrzuciło ich, uniemożliwiło im pracę dla wypracowania dochodu narodowego i samodzielnego utrzymania się.
Trzeba być dziś skończonym sukinsynem, by tym ludziom zalecać dziś "zakładanie działalności gospodarczej" i zarzucać im, że tylko jednostkom się to udaje, albo zalecać im wyjazdy do pracy za granicę i zarzucać im brak mobilności i nieznajomość języków, a już tym bardziej kazać im sobie samodzielnie "radzić" w imię jakiejś idiotycznej lewackiej "równości" - na tak zwanym "rynku pracy" - który przecież żadnym rynkiem nie jest, a jeśli - to skrajnie wypaczonym i pogrążonym w bezprawiu... szczególnie co do "prawa pracy". Trzeba być skończonym sukinsynem, ale... jednak takich przecież nie brakuje...
Jestem przekonany, że historia kiedyś właściwie oceni ten czas, winy i zasługi konkretnych osób; polityków, teoretyków i działaczy. Że badacze życia społecznego już niedługo obiektywnie zbadają, udokumentują i opiszą to, z czym mamy do czynienia teraz. Że określą z imienia i nazwiska - winnych. Chciałbym, aby wówczas – jak dawniej w odniesieniu do ludzi, których uznano za zdrajców narodu – ich portrety były pokazywane w telewizji wraz z wielkimi napisami:
H A Ń B A !
Ofiarom to nie da satysfakcji, ale...
W Polsce brak opozycji politycznej. Nie jest nią PiS ani Pan Kaczyński, nie jest nią SLD ani Pan Miller, nie jest nią Palikot ani Pawlak. Najlepsze co może zrobić Pan Jarosław Kaczyński - to "dać sobie spokój" i zająć się wreszcie kotkiem, (broń Boże - nie pali..., no i najlepiej - swoim) pozwalając wreszcie na powstanie autentycznej opozycji zajmującej się skutecznie sytuacją społeczną wewnątrz Kraju. W Polsce brak autentycznych związków zawodowych, zajmujących się działalnością syndykalną. Panoszą się konfederacje pracodawców - lobbystów zdziczałego, zacofanego, polskiego, wypaczonego kapitalizmu...
Polska jest państwem nie tylko bezdusznych, barbarzyńskich egoistów, cynicznej gówniarzerii - czyli tzw. polityków, pazernych buraków i "dusigroszy" przedsiębiorców, ale i bałaganiarzy i przestępców mających od urodzenia do śmierci dokładnie całe prawo w dupie! Szczególnie - prawo dotyczące pracy.
Solidaryzm społeczny okazał się kłamstwem i oszustwem. Fikcją propagandową PO i jej poprzedniczek. Społeczeństwo ale w szczególności zwłaszcza władza - cywilizacyjnie nie dorosło do solidaryzmu.
Etykiety:
50+,
arogancja,
cynizm,
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
Kaczyński,
Kosiniak-Kamysz,
Kręcina,
lemingi,
liberalizm,
minister pracy,
następca Tuska,
PO,
socjalizm,
solidarność,
sprawiedliwość,
zasiłki,
żerowanie
30/09/2011
13.
Prawda; szukanie igły w stogu siana…
Motto: „Jeśli słyszysz lub czytasz jakieś zdanie i natychmiast jesteś gotów się z nim zgodzić – nie znaczy to, że sam je wymyśliłeś”.
Powyższe motto jest dość przewrotne w swojej wielości znaczeń. Truizmem dla osób, które pamiętają czasy przed "stanem wojennym" byłoby stwierdzenie, że prasa, radio czy telewizja już dawno przestała być źródłem informacji. Jest to oczywiste. Druk czy też minuta emisji zbyt dużo kosztuje, aby ci, co politycznie zarządzają tymi „mediami” mogli sobie pozwolić na marnowanie pieniędzy na bezproduktywne i szkodliwe mówienie prawdy. Z jednej strony za dużo kosztuje, z drugiej – stanowi zbyt ważną możliwość wpływu, realizacji własnych celów.
Wszystkie te „środki przekazu”, które są w stanie docierać do wystarczająco istotnej ilości ludzi – są areną i jednocześnie narzędziem walki politycznej i to walki bezwzględnej. Dlatego też można tam znaleźć jedynie propagandę własnej linii politycznej i „osiągnięć” oraz anty-propagandę dotyczącą wszystkich innych, szczególnie przeciwników oraz rywali politycznych. A że to jednak kosztuje – wymaga zarabiania pieniędzy, dlatego reszta pozostałego czasu antenowego, pewna - niemała czasem część „łamów” i „fal” - przeznaczona jest na reklamy, bzdurne, często oszukańcze, zachwalające bezwartościowe wyroby i podpierające się przy tym wyssanymi z palca „badaniami naukowymi”. Mam tu na myśli wszystkie te reklamy lub coraz liczniejsze kryptoreklamy udające informacje - zaczynające się na przykład od słów: najnowsze badania naukowe udowodniły, że ...
Dotyczy to tym bardziej Internetu, co wynika i z jego popularności i z grupy społecznej najczęściej zeń korzystającej – młodzieży, najbardziej wartej oszukania, – bo przyszłościowej. Im bardziej staje się on u nas popularny i dostępny, tym lepiej przydaje się do dyskretnego ogłupiania, jak niegdyś prasa, potem radio a jeszcze później - telewizja.
Słowem: wszelkie środki przekazu zawierają jedynie propagandę, anty-propagandę i reklamy komercyjne. Doszukiwanie się tam informacji (wiedzy) a zwłaszcza powoływanie się na nią - jest naiwnością. Oczywiście, jeśli traktujemy to bezpośrednio.
To pewna przesada, przerysowanie, uogólnienie. Złośliwość i szyderstwo przeze mnie przemawia, bezradna wściekłość, – bo tak źle może jednak nie jest – od czasu przerwania monopolu informacyjnego. Bo Internet – cokolwiek by o nim nie powiedzieć – przerwał monopol informacyjny, jakiego nie rozumieją ci, co znają „san wojenny” - tylko jako bajkę z dzieciństwa, z opowiadań. Tak źle zresztą nie może być, bo gdyby w "mediach" była jedynie oczywista bzdura – ludzie przestaliby czytać, oglądać i słuchać a na to nie pozwolą ich eksploatatorzy; ludzie nie są przecież pozbawieni inteligencji. Od czasu do czasu musi być coś prawdziwego i "sprawdzalnego", dla podbudowy zaufania do całej machiny, źródła ogromnej rzeki bzdur lub kłamstw płynących z niej dniami i nocami. I to "coś" prawdziwego, możliwego do łatwego lub mniej łatwego sprawdzenia - biednym, naiwnym odbiorcom także podrzucają fachowcy od manipulacji i dezinformacji, by uwiarygodnić samych siebie... Nic tu nie podlega przypadkowości...
Ale Internet stworzył możliwości przekazu, nad jakimi nie może zapanować żaden totalitaryzm; dostęp do serwerów amerykańskich fizycznie znajdujących się na terenie USA. Treści tam umieszczane, o ile są legalne z punktu widzenia prawa federalnego i stanowego – podlegają ochronie, jako podstawowy element wolności słowa. Żadna siła nie może „zamknąć mordy” ludziom w taki sposób przekazującym swoją wiedzę lub informacje… przynajmniej legalnie nie może. Jednak ci, którzy za wszelką cenę chcą te „mordy” zamykać każdemu, kto mówi coś innego niż oni (niż było na odprawie służbowej), nie tak łatwo rezygnują z walki z wolnością.
Dobry przykład, to portal - www.aferyprawa.com – prezentujący rzeczywisty stan praworządności w Polsce, stan moralny sędziów, dramatyczne „przekręty”, samowole, sobiepaństwo… nie tylko teraz - za czasów rządów Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska, ale także wcześniej…
Gdy zawiodły wszystkie oficjalne pochodzące z Polski bezpośrednio, jak i z użyciem pewnych instytucji europejskich – próby zmuszenia właścicieli serwera amerykańskiego do usunięcia tego portalu i treści tam publikowanych, między innymi poprzez straszenie procesami, oskarżenia o nielegalną reklamę itp. – nastąpił „profesjonalny” a wiec całkiem skuteczny atak hackerski na ten serwer.
Atak był całkowicie skuteczny, gdyż prawdopodobnie Amerykanie – jak to Amerykanie – nie doceniali zawziętości, absurdalnych nakładów sił i środków użytych w tak dla nich dziwacznym celu. A serwer został przez hackera po prostu "wyczyszczony" z danych. Przypuszczam zresztą, że wykonawcą ataku musiały być „odpowiednie służby” inspirowane przez „klan zawodowy”, – bo amatorzy raczej niechętnie zajmują się takimi sprawami (chyba, że za bardzo odpowiednią opłatą, – co by także dawało obraz siły motywacji zleceniodawców). Tu potrzebny jest odpowiedni, i na dodatek „oryginalny” jeszcze nie użyty tak zwany „exploit” – a te są w cenie i nie używa się ich do „tanich” akcji. Portal „aferyprawa” był na szczęście prawidłowo backup’owany, więc został odtworzony i działa sobie nadal, po lepszym zabezpieczeniu. To jedynie przykład walki z wolnością przekazu treści nieakceptowanych przez siły walczące o całkowity monopol.
Ale do czego zmierzam: walka polityczna prowadzona przy pomocy doświadczonych specjalistów wymaga uwagi; jeśli pojawia się jakaś zaskakująca informacja, której nie da się zastopować – np. nagłe niespodziewane wystąpienie publiczne ważnego polityka z opozycji, osoby pełniącej ważną funkcję - należy ją natychmiast przykryć innymi informacjami, które czynią zamieszanie pojęciowe, zaprzeczają tejże prawdziwej informacji powołując się na „najnowsze badania naukowe” których nikt nie widział i nie zobaczy, różne wersje z częściowo tylko pozmienianymi faktami albo i faktami odwróconymi (jak w przysłowiowym "Radiu Erewań") albo przynajmniej dosłownie "byle co", sieczka, baloniki z podwiązkami - po to, aby zepchnąć tę niewygodną informację niżej w rankingach, na listach chronologicznych odnośników do informacji, jej współczynnika "page-rank" w wyszukiwarkach np. Google itp. Bo trzeba wiedzieć, że tak zwane „pozycjonowanie stron” to nie jest jedynie metoda promocji, reklamy, ale także i metoda walki z „niechcianymi” stronami, treściami. Doskonale to pamiętamy w tym jeszcze amatorskim, przed-internetowym wydaniu propagandy PRL-owskiej; jeśli gdzieś Milicja Obywatelska brutalnie rozpędziła protestujących - to natychmiast ukazywała się "informacja" o tym, że w Ameryce murzynów biją, film o prześladowaniu chrześcijan przez Inkwizycję w Rzymie, film o bandytach mordujących policjantów lub coś podobnego. Dziś te metody już nie są takie amatorskie i naiwne...
Walka polityczna jest dziś niestety po prostu totalna. Powiem więcej; walka polityczna nie jest już tylko „polityczna” a totalna właśnie, bo obejmuje wszystkie dziedziny życia i aktywności człowieka.
Jeśli prawda jest przysłowiową "igłą" - to "stóg siana”, w którym trudno ją odnaleźć jest na tę igłę narzucany celowo...
Mało; wydaje się jakby tych, co szukają owej „igły” było jak zawsze dużo mniej niż tych, – co
d o r z u c a j ą tego siana…
Nie ma nic przypadkowego w informacjach podawanych w mediach i dlatego trzeba być bardzo ostrożnym odbiorcą, czytelnikiem czy słuchaczem. Wiadomości otrzymywane, ich czas, kontekst - mogą być a nawet powinny być jedynie materiałem do własnych przemyśleń.
Często cytując jakąś "wiadomość" – stajemy po konkretnej stronie w tej wojnie medialnej; dobrze jeszcze, jeśli czynimy to świadomie (w ramach własnej wolności i odpowiedzialności), ale gorzej, gdy nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy, że przenosząc dalej "fałszywkę" - nieświadomie współpracujemy z tym, kto ją stworzył i rozpowszechnił. Zjawisko ma tak powszechny charakter, że nie sposób się tego ustrzec. Bazuje na tym i szczególna metoda; propaganda "wirusowa".
Trzeba chyba zaufać własnej intuicji, podświadomości i intelektowi. Dostarczać im danych z możliwie różnych, nawet skrajnie różnych źródeł i w odpowiedniej ilości i… mieć zaufanie do tego, jakie wnioski z dostarczonych do „obróbki” danych zostaną nam "przedstawione" przez nasz własny umysł jako najbardziej właściwe, skrystalizują się w postaci naszego wewnętrznego przekonania.
Więc powiedzmy to jeszcze raz z naciskiem: trzeba myśleć o s o b i ś c i e.
Powyższe motto jest dość przewrotne w swojej wielości znaczeń. Truizmem dla osób, które pamiętają czasy przed "stanem wojennym" byłoby stwierdzenie, że prasa, radio czy telewizja już dawno przestała być źródłem informacji. Jest to oczywiste. Druk czy też minuta emisji zbyt dużo kosztuje, aby ci, co politycznie zarządzają tymi „mediami” mogli sobie pozwolić na marnowanie pieniędzy na bezproduktywne i szkodliwe mówienie prawdy. Z jednej strony za dużo kosztuje, z drugiej – stanowi zbyt ważną możliwość wpływu, realizacji własnych celów.
Wszystkie te „środki przekazu”, które są w stanie docierać do wystarczająco istotnej ilości ludzi – są areną i jednocześnie narzędziem walki politycznej i to walki bezwzględnej. Dlatego też można tam znaleźć jedynie propagandę własnej linii politycznej i „osiągnięć” oraz anty-propagandę dotyczącą wszystkich innych, szczególnie przeciwników oraz rywali politycznych. A że to jednak kosztuje – wymaga zarabiania pieniędzy, dlatego reszta pozostałego czasu antenowego, pewna - niemała czasem część „łamów” i „fal” - przeznaczona jest na reklamy, bzdurne, często oszukańcze, zachwalające bezwartościowe wyroby i podpierające się przy tym wyssanymi z palca „badaniami naukowymi”. Mam tu na myśli wszystkie te reklamy lub coraz liczniejsze kryptoreklamy udające informacje - zaczynające się na przykład od słów: najnowsze badania naukowe udowodniły, że ...
Dotyczy to tym bardziej Internetu, co wynika i z jego popularności i z grupy społecznej najczęściej zeń korzystającej – młodzieży, najbardziej wartej oszukania, – bo przyszłościowej. Im bardziej staje się on u nas popularny i dostępny, tym lepiej przydaje się do dyskretnego ogłupiania, jak niegdyś prasa, potem radio a jeszcze później - telewizja.
Słowem: wszelkie środki przekazu zawierają jedynie propagandę, anty-propagandę i reklamy komercyjne. Doszukiwanie się tam informacji (wiedzy) a zwłaszcza powoływanie się na nią - jest naiwnością. Oczywiście, jeśli traktujemy to bezpośrednio.
To pewna przesada, przerysowanie, uogólnienie. Złośliwość i szyderstwo przeze mnie przemawia, bezradna wściekłość, – bo tak źle może jednak nie jest – od czasu przerwania monopolu informacyjnego. Bo Internet – cokolwiek by o nim nie powiedzieć – przerwał monopol informacyjny, jakiego nie rozumieją ci, co znają „san wojenny” - tylko jako bajkę z dzieciństwa, z opowiadań. Tak źle zresztą nie może być, bo gdyby w "mediach" była jedynie oczywista bzdura – ludzie przestaliby czytać, oglądać i słuchać a na to nie pozwolą ich eksploatatorzy; ludzie nie są przecież pozbawieni inteligencji. Od czasu do czasu musi być coś prawdziwego i "sprawdzalnego", dla podbudowy zaufania do całej machiny, źródła ogromnej rzeki bzdur lub kłamstw płynących z niej dniami i nocami. I to "coś" prawdziwego, możliwego do łatwego lub mniej łatwego sprawdzenia - biednym, naiwnym odbiorcom także podrzucają fachowcy od manipulacji i dezinformacji, by uwiarygodnić samych siebie... Nic tu nie podlega przypadkowości...
Ale Internet stworzył możliwości przekazu, nad jakimi nie może zapanować żaden totalitaryzm; dostęp do serwerów amerykańskich fizycznie znajdujących się na terenie USA. Treści tam umieszczane, o ile są legalne z punktu widzenia prawa federalnego i stanowego – podlegają ochronie, jako podstawowy element wolności słowa. Żadna siła nie może „zamknąć mordy” ludziom w taki sposób przekazującym swoją wiedzę lub informacje… przynajmniej legalnie nie może. Jednak ci, którzy za wszelką cenę chcą te „mordy” zamykać każdemu, kto mówi coś innego niż oni (niż było na odprawie służbowej), nie tak łatwo rezygnują z walki z wolnością.
Dobry przykład, to portal - www.aferyprawa.com – prezentujący rzeczywisty stan praworządności w Polsce, stan moralny sędziów, dramatyczne „przekręty”, samowole, sobiepaństwo… nie tylko teraz - za czasów rządów Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska, ale także wcześniej…
Gdy zawiodły wszystkie oficjalne pochodzące z Polski bezpośrednio, jak i z użyciem pewnych instytucji europejskich – próby zmuszenia właścicieli serwera amerykańskiego do usunięcia tego portalu i treści tam publikowanych, między innymi poprzez straszenie procesami, oskarżenia o nielegalną reklamę itp. – nastąpił „profesjonalny” a wiec całkiem skuteczny atak hackerski na ten serwer.
Atak był całkowicie skuteczny, gdyż prawdopodobnie Amerykanie – jak to Amerykanie – nie doceniali zawziętości, absurdalnych nakładów sił i środków użytych w tak dla nich dziwacznym celu. A serwer został przez hackera po prostu "wyczyszczony" z danych. Przypuszczam zresztą, że wykonawcą ataku musiały być „odpowiednie służby” inspirowane przez „klan zawodowy”, – bo amatorzy raczej niechętnie zajmują się takimi sprawami (chyba, że za bardzo odpowiednią opłatą, – co by także dawało obraz siły motywacji zleceniodawców). Tu potrzebny jest odpowiedni, i na dodatek „oryginalny” jeszcze nie użyty tak zwany „exploit” – a te są w cenie i nie używa się ich do „tanich” akcji. Portal „aferyprawa” był na szczęście prawidłowo backup’owany, więc został odtworzony i działa sobie nadal, po lepszym zabezpieczeniu. To jedynie przykład walki z wolnością przekazu treści nieakceptowanych przez siły walczące o całkowity monopol.
Ale do czego zmierzam: walka polityczna prowadzona przy pomocy doświadczonych specjalistów wymaga uwagi; jeśli pojawia się jakaś zaskakująca informacja, której nie da się zastopować – np. nagłe niespodziewane wystąpienie publiczne ważnego polityka z opozycji, osoby pełniącej ważną funkcję - należy ją natychmiast przykryć innymi informacjami, które czynią zamieszanie pojęciowe, zaprzeczają tejże prawdziwej informacji powołując się na „najnowsze badania naukowe” których nikt nie widział i nie zobaczy, różne wersje z częściowo tylko pozmienianymi faktami albo i faktami odwróconymi (jak w przysłowiowym "Radiu Erewań") albo przynajmniej dosłownie "byle co", sieczka, baloniki z podwiązkami - po to, aby zepchnąć tę niewygodną informację niżej w rankingach, na listach chronologicznych odnośników do informacji, jej współczynnika "page-rank" w wyszukiwarkach np. Google itp. Bo trzeba wiedzieć, że tak zwane „pozycjonowanie stron” to nie jest jedynie metoda promocji, reklamy, ale także i metoda walki z „niechcianymi” stronami, treściami. Doskonale to pamiętamy w tym jeszcze amatorskim, przed-internetowym wydaniu propagandy PRL-owskiej; jeśli gdzieś Milicja Obywatelska brutalnie rozpędziła protestujących - to natychmiast ukazywała się "informacja" o tym, że w Ameryce murzynów biją, film o prześladowaniu chrześcijan przez Inkwizycję w Rzymie, film o bandytach mordujących policjantów lub coś podobnego. Dziś te metody już nie są takie amatorskie i naiwne...
Walka polityczna jest dziś niestety po prostu totalna. Powiem więcej; walka polityczna nie jest już tylko „polityczna” a totalna właśnie, bo obejmuje wszystkie dziedziny życia i aktywności człowieka.
Jeśli prawda jest przysłowiową "igłą" - to "stóg siana”, w którym trudno ją odnaleźć jest na tę igłę narzucany celowo...
Mało; wydaje się jakby tych, co szukają owej „igły” było jak zawsze dużo mniej niż tych, – co
d o r z u c a j ą tego siana…
Nie ma nic przypadkowego w informacjach podawanych w mediach i dlatego trzeba być bardzo ostrożnym odbiorcą, czytelnikiem czy słuchaczem. Wiadomości otrzymywane, ich czas, kontekst - mogą być a nawet powinny być jedynie materiałem do własnych przemyśleń.
Często cytując jakąś "wiadomość" – stajemy po konkretnej stronie w tej wojnie medialnej; dobrze jeszcze, jeśli czynimy to świadomie (w ramach własnej wolności i odpowiedzialności), ale gorzej, gdy nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy, że przenosząc dalej "fałszywkę" - nieświadomie współpracujemy z tym, kto ją stworzył i rozpowszechnił. Zjawisko ma tak powszechny charakter, że nie sposób się tego ustrzec. Bazuje na tym i szczególna metoda; propaganda "wirusowa".
Trzeba chyba zaufać własnej intuicji, podświadomości i intelektowi. Dostarczać im danych z możliwie różnych, nawet skrajnie różnych źródeł i w odpowiedniej ilości i… mieć zaufanie do tego, jakie wnioski z dostarczonych do „obróbki” danych zostaną nam "przedstawione" przez nasz własny umysł jako najbardziej właściwe, skrystalizują się w postaci naszego wewnętrznego przekonania.
Więc powiedzmy to jeszcze raz z naciskiem: trzeba myśleć o s o b i ś c i e.
Etykiety:
Donald Tusk,
Ewa Kopacz,
informacja,
lemingi,
oszustwo,
polityka,
prawda,
propaganda,
służby specjalne,
wybory 2011,
zdrada
Subskrybuj:
Posty (Atom)