BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekwalifikowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekwalifikowanie. Pokaż wszystkie posty

12/01/2013

„Umowy śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.

Określenie „umowy śmieciowe” to dość trzeba przyznać irytujący potworek językowy, irytujący przez swoją „tabloidowość”, ale przede wszystkim – nie jest to „oficjalne” określenie (w sensie definicji zawartych w ustawach lub przepisach wykonawczych do nich) a raczej termin dziennikarski ukuty na fali ogólnej „tabloidyzacji” czyli sparszywienia mediów, schamienia polemiki politycznej posługującej się powszechnie neologizmami o charakterze wartościującym.
Umowy śmieciowe – to umowy mające wartość śmiecia, albo raczej – poniżające jedną stronę umowy do poziomu „śmiecia”, kogoś nieważnego, niepotrzebnego, nieposiadającego wartości ani znaczenia, niemającego nic do powiedzenia itp. Wolałbym określenie mniej „poetyckie” a więcej mówiące, np. „tanie umowy” ale nazwy tworzą się i rozpowszechniają najczęściej bez naszego udziału i zgody, jesteśmy tak czy inaczej na nie skazani, można ich co najwyżej nie używać we własnej praktyce…Jako zjawisko – umowy śmieciowe nie mają definicji, różne ośrodki i różni autorzy mogą to różnie traktować – jakie umowy zaliczyć do „śmieciowych”. Najczęściej zalicza się do nich umowy cywilnoprawne (oparte na kodeksie cywilnym): umowę-zlecenie oraz umowę o dzieło. Z braku definicji niektórzy autorzy komentarzy dotyczących pracy a także niektóre opiniotwórcze ośrodki prawnicze (duże kancelarie), do umów śmieciowych zaliczają też umowy o pracę tymczasową, tak zwane „samozatrudnienie” najczęściej wymuszone na dotychczasowym pracowniku a nawet umowy o pracę zawarte na niezbyt długi „czas określony”.
Po prostu; kluczem do tego podziału umów w tym wypadku uznaje się to, czy są one podstawą do zawarcia trwałego stosunku pracy, uznawanego za standardowy. Odnosi (porównuje) się to więc do umowy o pracę na czas nieokreślony – jako powszechnie znanego standardu.
Brak szeroko przyjętego jednolitego określenia pogłębia zamieszanie w tej sprawie. Zresztą: moim zdaniem – jeszcze tego by brakowało byśmy mieli jako społeczeństwo definiować pojęcie „umowy śmieciowej”: takiego pojęcia w ogóle nie powinno być, a jeśli – to wyłącznie w Kodeksie Karnym lub w części „karnej” Kodeksu Pracy.
Generalnie jednak widać tendencje do formułowania definicji zawężającej zakres znaczeniowy pojęcia „umowa śmieciowa” – jedynie do umów cywilnoprawnych.
Nawet w takim aspekcie – sytuacja jest po prostu skrajnie absurdalna.
Mamy konkretny stan prawny w sensie konkretnej treści ustaw (Kodeks Pracy, Kodeks Cywilny) i przepisów wykonawczych, a praktyka kompletnie odbiega od tych unormowań i na dodatek nikt właściwie nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak jak i w wielu innych dziedzinach – jest cicha zgoda władzy na swobodne łamanie prawa przez „zatrudniających”. Praktyka odbiega od prawa po stronie zlecającego pracę – bo mu się to opłaca, a po stronie wykonawcy – bo nie ma innego wyjścia, jest całkowicie zależny, nie ma nic do powiedzenia a chce po prostu żyć…
Nieprzypadkowo nie użyłem tu określenia „pracodawca” czy „pracownik” bo one w tym przypadku nie mają zastosowania, ale o tym za chwilę. Wykonawca pracy jest całkowicie zależny, bo fikcją jest to co propaganda przedstawia za „zrównoważony rynek pracy”. Rynek pracy cechuje obecnie drastyczny niedobór miejsc pracy (zapotrzebowania) w stosunku do podaży pracy. Wynika to zapewne z zasadniczych błędów tak zwanego „okresu transformacji” który nie został wykorzystany do dokonania bezpiecznych społecznie, w pełni kontrolowanych zmian a stał się sceną bezmyślnego niszczenia bez uwzględniania konsekwencji gospodarczych i społecznych tego, domeną afer gospodarczych, rezygnacji państwa z pilotowania i kontrolowania procesu umiędzynarodowienia gospodarki. To z kolei spowodowało trwałą utratę znacznych ilości miejsc pracy w zamian za stworzenie obcemu kapitałowi w Polsce ogromnego rynku sprzedaży gotowych wyrobów i usług. Wyrobów produkowanych za granicą i sprowadzanych do Polski w formie gotowej.
Drastyczny niedobór miejsc pracy ma nie tylko przyczyny tkwiące w okresie przemian, w błędach wynikających z niewiedzy i braku doświadczenia pierwszego rządu premiera Tadeusza Mazowieckiego; wydaje się, że sytuacja ta została stworzona świadomie i celowo; dla skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Miało to niewątpliwie również podłoże ideologiczne. Chodziło tu władzy o celowe drastyczne „przesunięcie” rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci” ludzi poszukujących jakiejkolwiek już możliwości zarobienia. Cele – to obniżenie oczekiwań płacowych pracowników do absolutnego minimum (minimalna płaca nadal pozostała i nadal jest solą w oku pracodawców i ich reprezentacji), stworzenie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie a przez to rezygnację z wielu uprawnień (rezygnację z domagania się ich respektowania pomimo że oficjalnie nikt ich nie zlikwidował). Towarzyszyła temu jednocześnie akcja marginalizacji i kompromitacji związków zawodowych jako jedynej siły zdolnej ochraniać równowagę rynku pracy, którą postanowiono drastycznie zakłócić.
Dalsze działania to ciągłe „bombardowanie” rządu ostrzeżeniami o zamiarze „likwidacji miejsc pracy”, domaganie się dotowania zatrudnienia, dalszych zmian w prawie na korzyść pracodawców kosztem pracowników itp. A cel jest jeden: maksymalizacja własnego zysku netto. Za wszelką cenę – bo zapłaci ktoś inny.
Podażą pracy natomiast nie da się sterować tak łatwo; praca przecież ma charakter jedynego, powszechnego i legalnego sposobu zdobycia środków na zaspokojenie podstawowych choćby potrzeb życiowych pracownika i ewentualnych bliskich pozostających na jego utrzymaniu. Praca ma niemożliwą do zastąpienia funkcję ekonomiczną i społeczną, dlatego zapotrzebowanie na nią jest stale wysokie. Przesunięciem równowagi głęboko w kierunku ograniczenia popytu na pracę wywołano bardzo duże bezrobocie, to znaczy bardzo duży nadmiar podaży pracy nad popytem na nią. Było to prawdopodobnie celowe, w każdym razie musiało być świadome. Poprzez zakłócenie równowagi a więc sprowokowanie ogromnego bezrobocia zamierzano prawdopodobnie wywołać inne efekty; zmianę skrajnie wynaturzonego nastawienia roszczeniowego po stronie pracowniczej (związkowej), wzrost szacunku dla zatrudnienia jako „towaru” reglamentowanego. Możliwe są też moim zdaniem i powody stricte ideologiczne: stworzenie za wszelką cenę środowiska – sprzyjającego za wszelką cenę przedsiębiorcom, zarabianiu i powstawaniu kapitału możliwego do wytransferowania za granicę; wsparcie tworzenia się klasy bogatych właścicieli, tworzenia prywatnych fortun; powstanie „elity” majątkowej przez maksymalizację zysku właścicieli przedsiębiorstw.
Okazało się jednak, że przy takim nastawieniu, nie wystarczy ograniczyć płace w jak najszerszym zakresie obszarowym do ustawowo określonej płacy minimalnej (wynoszącej ok. 1111 zł netto za pracę na pełen etat na podstawie umowy o pracę – czyli 1500 zł brutto a po Nowym Roku – 1600,- br. czyli ok. 1177 ,- netto). Oczywiście były i są ataki konfederacji pracodawców na sam fakt istnienia jeszcze takiej regulacji, żądania zniesienia płacy minimalnej w ogóle, ale jak dotychczas nie powiodły się – prawdopodobnie wyłącznie z powodu obaw władzy o zbyt duży spadek deklarowanego w sondażach poparcia politycznego i wykorzystania tego przez opozycję polityczną.
W poszukiwaniu sposobu płacenia pracownikowi jeszcze mniej za pełen ustawowy wymiar pracy ma właśnie swoje źródło powstanie „umów śmieciowych”.
Otóż regulacje dotyczące prawa pracy oraz wspomnianej minimalnej płacy zasadniczej związane są jedynie z pracą na podstawie umowy o pracę lub umowy nazwanej w dowolny sposób lecz mającej charakter umowy o pracę. Wyjaśnię to dalej.
Co do umów związanych z pracą – zasada jest prosta: praca wykonywana na podstawie umowy o pracę (np. na czas nieokreślony, na czas określony, na okres próbny itp.) jest dość szczegółowo regulowana przepisami prawa pracy czyli Ustawy Kodeks Pracy, płacą minimalną itp. Kodeks Pracy ustala prawo do urlopu, wszystkie pozostałe prawa i obowiązki zarówno po stronie pracodawcy jak i zatrudnionego, oraz nadzór nad respektowaniem tego powierza Państwowej Inspekcji Pracy, która podlega Sejmowi (czyli w praktyce – większości parlamentarnej [koalicji rządzącej]).
Natomiast istnieje jeszcze możliwość druga: przedsiębiorca może zlecić wykonanie jakiejś czynności określonej osobie, zawierając z nią umowę cywilnoprawną, np. umowę zlecenia. Umowa taka nie ma nic wspólnego z Kodeksem Pracy i innymi regulacjami prawnymi dotyczącymi zatrudnienia; nawet nie jest traktowana ani nazywana zatrudnieniem, opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego i opiera się na zasadzie tzw. swobody kształtowania treści umów cywilnych. Po prostu: obywatel X mający np. piekarnię ma prawo umówić się z obywatelem Y na piśmie, że tenże wykona dla piekarza określone czynności w określonym terminie, np. do najbliższej niedzieli opróżni piwnice budynku piekarni, pozamiata i wywiezie zebrane nieczystości na wskazane miejsce i pomaluje wszystkie pomieszczenia piwniczne farbą kredową na biało a w zamian, po przedstawieniu rachunku otrzyma zapłatę w wysokości umówionej brutto oraz zwrot nakładów poniesionych na farbę i wałek malarski wg przedstawionego oryginału faktury za ich zakup. Strony mogą umówić się np. na dostarczenie zleceniobiorcy ubrania roboczego, ale wcale nie muszą.
Kardynalną zasadą jest, że umowa zlecenie powinna dotyczyć w zasadzie jednorazowego zadania wykonywanego w określonym czasie i nie może posiadać cech umowy o pracę. Zleceniobiorca nie musi wykonać tej pracy osobiście (może to zrobić jego zastępca), nie odpowiada za skutek a jedynie za „staranność” – w zgodzie z treścią umowy zlecenia traktowaną dosłownie i bezpośrednio.
Na dodatek obowiązuje przepis prawa który stwierdza, że „o rzeczywistym rodzaju umowy decyduje jej prawdziwy charakter a nie nazwa (tytuł)”. Jeśli wspomniany piekarz zawarłby z wykonawcą „umowę zlecenia” a w niej określił iż wykonawca ma się stawiać codziennie o godzinie 7.00 w piekarni, potwierdzać swoją obecność podpisem na liście obecności a następnie zgłaszać się do starszego piekarza (kierownika) po instrukcje na dany dzień, wykonywać co jest do wykonania pod bezpośrednim nadzorem, pracować do określonej godziny i przed końcem pracy zdawać relację kierownikowi, co zrobił celem skontrolowania tego – to zgodnie z prawem – pomimo nazwania tej umowy „umowa-zlecenie” – jest ona faktycznie umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami. A to dlatego, że posiada cechy charakterystyczne jedynie dla umów o pracę. Po zakończeniu terminu tej umowy (wykonaniu jej), wykonawca ma prawo zażądać: wyrównania płacy do najniższej ustawowo określonej – jeśli faktyczna była niższa, ewentualnie nawet próbować uzyskać średnią płacę w tym zawodzie przy podobnych czynnościach, ekwiwalentu za należny proporcjonalny urlop wypoczynkowy i odzież roboczą lub używanie własnej odzieży, wpłacenia należnych składek ZUS i zaliczki na podatek dochodowy – jeśli nie zostały wpłacone oraz wydania świadectwa pracy. Dlatego, że taka umowa, pomimo nazwania jej „zleceniem” byłaby od początku (od daty zawarcia) zgodnie z prawem normalną umową o pracę na czas określony, z wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z Kodeksu Pracy.
Nie wspominam tu o konsekwencjach prawnych i finansowych ewidentnej próby dokonania przestępstwa podatkowego i skarbowego przez wspomnianego piekarza… (sprawa karno-skarbowa).
Już samo powiedzenie „zatrudnienie na umowę-zlecenie” – jest stwierdzeniem przestępstwa przeciwko prawu pracy, gdyż zatrudnia się wyłącznie na umowy o pracę. Osoba wykonująca zlecenie nie ma określonego wymiaru pracy, nie ma wyznaczonych godzin „stawienia się” ani „zakończenia pracy” w danym dniu, nie może pracować pod bezpośrednim kierownictwem dającego zlecenie, nie musi wykonywać zadania osobiście a może przysłać „zastępcę”, nie obowiązuje jej dyscyplina pracy, regulaminy, podwładność służbowa – a wyłącznie to co jest jednoznacznie określone w treści umowy, natomiast wymienione sprawy nie mogą być tam określone, bo dowodziłoby to, że jest to w rzeczywistości umowa o pracę.
Otóż właśnie dochodzę do sedna: umowa śmieciowa – to umowa-zlecenia albo umowa o dzieło zawarta na takich warunkach, z których ewidentnie wynika, iż powinna to być umowa o pracę np. zawierająca obowiązek stawiania się w trakcie jej trwania w określonym miejscu i czasie, potwierdzania obecności podpisem, podlegania bezpośredniemu kierowaniu i nadzorowi ze strony „przełożonego”, wykonywania jego doraźnych poleceń itp.
Powód zawierania takich umów jest oczywisty: udawanie że faktyczna umowa o pracę nie jest umową o pracę – po prostu się pracodawcy może opłacać finansowo. W przypadku osoby o statusie studenta – zleceniodawca nie odprowadza żadnych składek, ponosi wyłącznie koszt wynikający z kwoty umówionej, zazwyczaj zminimalizowanej do granic przyzwoitości. Stąd próby, aby mając „normalnego” pracownika do roboty – udawać, że jest on zleceniobiorcą i zarabiać na tym (na nim).
Pomijając to, w krytyce tzw. umów śmieciowych podnosi się też argumentację ogólniejszą. Jest to choćby potworna ślepota społeczna takich przedsiębiorców a zwłaszcza władzy tworzącej im takie warunki lub przymykającej na nie oko na zasadach cichego przyzwolenia na łamanie prawa. Drobny przedsiębiorca opłaca także swoją składkę emerytalną i czeka (w jakiś sposób jednak liczy) na tę swoją emeryturę jako pewne dodatkowe zabezpieczenie. Mieszka np. ze swoim ojcem czy matką pobierającą swoją wypracowaną emeryturę z ZUS – a jednocześnie robi wszystko by w ZUS nie było pieniędzy na wypłatę tejże emerytury; by system ubezpieczenia emerytalnego nie był przez jego i jego pracowników składki zasilany.
Nadużycie umów zlecenia oraz umów o pracę tymczasową krytykuje się – już poza ewentualną nieuczciwością, która nie zawsze przecież ma miejsce – także z uwagi na wychowawczą rolę pracy wobec osób dopiero na rynek pracy wchodzących i absolwentów. Uczą się oni w ten sposób braku przywiązania, bylejakości związanej nierozerwalnie z tymczasowością, uczą się nie wnikać zbyt daleko w szczegóły wykonywanej pracy i jej organizacji, bo „nie warto” – gdy praca nie ma przyszłości, jest tymczasowa, chwilowa, „ śmieciowa”. Charakter pracy jest całkowicie przypadkowy; rat to, raz owo (bo akurat było wolne miejsce pracy), nie ma związku z wykształceniem, kierunkiem zawodowym tym który studiowali; młodzi i teoretycznie wykształceni ludzie, zamiast nabywać doświadczenia w swoim zawodzie – na co potrzeba przeważnie kilku lat by stali się samodzielnymi i odpowiedzialnymi fachowcami znającymi dogłębnie pracę, mogącymi kierować praca innych – zaczynają od umów śmieciowych lub tymczasowych w barach, pizzeriach, hipermarketach, stacjach benzynowych, – a to nieodwracalnie opóźnia i wypacza.
Bardzo często – skłania do emigracji w poszukiwaniu trwałego sensu, ekonomicznego i „życiowego”…
W gospodarce dominuje dziś skrajnie dogmatyczne nastawienie ideologiczne które można by określić „wszystko dla przedsiębiorcy” albo raczej „przedsiębiorca – nasz pan” przez analogię do dawnego hasła PRL – „klient nasz pan”. Owszem, pozwala to ludziom z kapitałem szybko ten kapitał pomnażać i najczęściej – konsumować na własne potrzeby o charakterze niegospodarczym, nie inwestycyjnym – typu dom, jacht, samolot, najnowsze samochody itp. Powoduje to też szybkie i głębokie rozwarstwienie społeczne na skrajności: niewielu bardzo bogatych i wielu bardzo biednych – co nigdy się dobrze nie kończyło w historii świata.
Wracając jednak do szczegółów: sytuacja jest zadziwiająca, gdyż spory procent z publikowanych oficjalnie ofert zatrudnienia nosi charakter złamania prawa. Już w treści bardzo wielu ofert o poszukiwaniu pracownika – są elementy ewidentnej bezprawności: czy to dowodzi skandalicznego braku wiedzy? Nie: moim zdaniem – dowodzi atmosfery świadomej pogardy dla prawa, korzystającej z ideologicznego wsparcia władzy. Powszechnie występują „błędy” dotyczące nierównego traktowania kandydatów do pracy pod jakimś względem, czego prawo bezpośrednio i wyraźnie zabrania; żądanie od kandydatów zabronionych informacji, jak stan cywilny, stan majątkowy rodziny i plany co do prokreacji, wiek, wyznanie, przynależność do organizacji itp.
Oprócz ogromnego problemu zatrudnienia całkowicie nielegalnego zwanego oficjalnie „na czarno”, pozostającego bez żadnej ewidencji a więc i nie spełniającego obowiązków np. podatkowych i skarbowych – mamy równie wielki problem z „zatrudnianiem na umowach zlecenia”, całkowicie pozaprawnego a nastawionego na zmniejszenie do minimum kosztów zatrudniania. Państwo wpadło tu jakby we własne sidła „liberalizmu” – wyraźnie zbaczającego w kierunku bezprawia i anarchii. Zadziwiające mimo wszystko jest, że to nikomu nie przeszkadza; rząd sobie rządzi (bo tak czy inaczej jakoś się wyżywi), PIP sobie urzęduje, przedsiębiorcy sobie robią co chcą a ludzie rączo tyrają za marne pensyjki i cieszą się, że mogą… że im dano żyć… A jakieś tam prawo? Ustawy? Konstytucja?
Nie!
Tylko „niewidzialna ręka”…
To bardzo trudny czas dla ludzi uzależnionych od pracy najemnej a niemalże beznadziejny dla osób starszych w wieku produkcyjnym i osób bardzo młodych.
Czas chaosu i oficjalnie tolerowanego bezprawia. Czas bezwzględności, tumiwisizmu, barbarzyńskiej walki o „swoje” nawet za wszelką cenę. Obawiam się, że mogłaby to tylko odmienić nawet nie zmiana rządu a raczej dopiero całkowita zmiana opcji politycznej a więc i podejścia do polityki społecznej państwa.
Ale to mało prawdopodobne, bo takiej opcji obecnie nie ma, z pewnością nie jest nią dziś PIS, taka opcja dopiero być może zaczyna się tworzyć.

14/08/2012

Czekając na polskiego Jamesa Holmesa…

W Powiatowych Urzędach Pracy jest zatrudnionych łącznie około 20.100 pracowników. Z tego – jak się okazuje – zaledwie 25% – czyli 5025 osób zajmuje się bezpośrednio „aktywizowaniem bezrobotnych” – cokolwiek by to nie znaczyło w terminologii propagandowej. Pozostali – zajmują się po prostu biurokracją. Urzędoleniem. Przysłowiowym przelewaniem z pustego w próżne. Nazywa się to „wypełnianiem obowiązków ustawowych” czyli dość ładnie się nazywa… „urzędactwo” zawsze ma ładne „kody taktyczne” w swoim specyficznym, maskującym języku wewnętrznym.
Oznacza to, że statystycznie na jednego z takich pracowników bezpośrednio „aktywizujących” przypada więcej niż 400 bezrobotnych. W takim stanie rzeczy nie ma mowy o rzeczywistej pomocy. Nie ma na to czasu. Dla rozładowania kolejek w których stoją teraz najczęściej osoby nowo-rejestrujące się i bezrobotni „z terminem”, osobom bezrobotnym wyznacza się zaledwie pięć (5) obowiązkowych wizyt w Urzędzie w ciągu roku, czyli raz na dwa miesiące bezrobotny musi się stawić u pośrednika pracy, by wypełnić oświadczenie o swojej sytuacji majątkowej oraz spełnianiu nadal wymogów od których zależy prawo do statusu bezrobotnego, no i otrzymać nowy termin stawienia się…

Zdecydowana większość pracowników urzędów pracy to kobiety, pracownice administracyjne nie stykające się bezpośrednio z bezrobotnymi, zajmujące się wszelkimi umowami zawieranymi przez urząd z bezrobotnymi oraz przedsiębiorcami, bardzo rozległą sprawozdawczością urzędów oraz samą ewidencją bezrobotnych.

Biurokracja zawsze była i nadal jest niezmiernie charakterystyczna dla urzędów pracy a powodem tego jest powszechna biurokracja krajowa jakoś tam powiązana ze świadomym tworzeniem miejsc pracy dla „swoich” (nepotyzm, kolesiostwo), co powoduje ogólnie stały rozrost biurokracji nie tylko w Polsce; ale u nas w tym zakresie jest nadal jak za PRL-u; swoi muszą mieć pracę bo ostatecznie za to nas „lubią”, dlatego gdy potrzeba miejsc pracy dla swoich – to się je zawsze stworzy. Stąd kompletna przegrana Premiera Tuska z rozrostem biurokracji; już dwa razy ogłaszał zamiar zmniejszenia aparatu urzędniczego państwa, ale kończyło się to jedynie wymianą „nie naszych” na „naszych” oraz dalszym wzrostem liczby urzędników, bo tu nie są ważne zadania ani potrzeby administracji państwa, ale potrzeby rodzin wyższych urzędników administracji oraz nieprzejednana potrzeba walki o poparcie w wyborach. Premier Tusk jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, jest wobec niej bezsilny i bezradny.
Drugi powód rozdętej biurokracji w urzędach pracy – to nadmierna ochrona przed różnego rodzaju oszustami i cwaniakami, nieuczciwie podchodzącymi do potencjalnych świadczeń jakie może otrzymać bezrobotny. W urzędach pracy trwa po prostu codzienna, bezwzględna walka urzędników z oszustami i dlatego całkowicie zajęci nią urzędnicy nie mają już czasu na jakąkolwiek pomoc osobom rzeczywiście bezrobotnym. Stąd stale nawarstwiające się nowelizacje przepisów, regulaminy, dodatkowe wymogi i zastrzeżenia – o których pisałem np. w tekście dotyczącym dotacji na rozpoczęcie działalności gospodarczej: rzeczywiście trudno sobie wyobrazić coś bardziej skomplikowanego i zbiurokratyzowanego a przez to bardziej doprowadzonego do absurdu:

Tymczasem bezrobotnych przybywa. Dramatycznie wydłuża się też czas pozostawania bez zatrudnienia; średnio to już 12 miesięcy a to oznacza, że dla osób młodych oraz posiadających poszukiwany zawód oraz choćby niewielkie doświadczenie – może to być 1 lub 2 miesiące poszukiwania pracy, ale dla osób w wieku 50 plus – to bardzo często już ponad trzy lata.

Nie można też zapominać, że wiąże się to z dramatycznym problemem finansowym, bo nieliczne osoby otrzymujące prawo do zasiłku dla bezrobotnych na 6 miesięcy, poszukują zatrudnienia samodzielnie najczęściej dłużej niż otrzymują zasiłek, w związku z czym nasila się problem kosztów utrzymania się w stanie gotowości do podjęcia pracy. Tym bardziej dotyczy to osób starszych, które często nie posiadają prawa do zasiłku a jeśli nawet otrzymują go maksymalnie przez okres 12 miesięcy, to po wygaśnięciu tego prawa nadal pozostają bezrobotne, bez pracy i bez zasiłku, pozostawione same sobie bez żadnej rzeczywistej pomocy.

Powoduje to – jak już pisałem we wcześniejszych felietonach – że niezbędna staje się natychmiastowa interwencja państwa, polegająca na zwiększeniu odsetka osób bezrobotnych nabywających prawo do pomocy materialnej na czas poszukiwania pracy, lub w formie specjalnego świadczenia kryzysowego dla osób długotrwale bezrobotnych pozbawionych zasiłku a nadal aktywnie poszukujących zatrudnienia. Wymaga to choćby czasowej korekty (nowelizacji) ustawy. Osoba bezrobotna – by rzeczywiście spełniała wymogi definicji zawarte w ustawie – musi posiadać stały dochód co najmniej równy zasiłkowi a oczekiwanie czegoś odwrotnego, to znaczy że osoba która przez bezrobocie utraciła dach nad głową i środki do codziennego utrzymania się będzie nadal „zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy” – jest po prostu warte zainteresowania lekarzy psychiatrów. Posłowie i Senatorowie, politycy, Wojewodowie, Starości, Dyrektorzy Urzędów Pracy – jednak nie dopatrzyli się w tym absurdu…

Przyczyną takiej sytuacji, to znaczy tak małego zaangażowania pracowników urzędów pracy w bezpośredni kontakt i współpracę z bezrobotnymi i pracodawcami, wykonywanie zadań z tym związanych – jest także sama ustawa. Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – to kompletny gniot, bełkot pozbawiony treści – zupełnie jak ci co ją uchwalali. A uchwalali ją ludzie, którzy nigdy nie zaznali biedy, głodu, bezrobocia oraz w przyszłości – już teraz także nigdy tego nie zaznają – czyli nigdy tego nie zrozumieją. Ludzie dla których to kompletna abstrakcja, patrzących na tych, których się pozbawia zatrudnienia jak na jakieś „robaki”, dziwaczne żyjątka z Marsa – obce i niezrozumiałe…
Ustawa obejmuje zbyt dużą ilość działań i tematyki, pośrednio tylko związanej z bezrobociem, wrzuca wszystko do jednego worka, dlatego siły i środki Urzędów Pracy są zbyt rozproszone, by mogły dać jakiś istotny efekt. Ustawa dotyczy osób bezrobotnych i jakichś „osób poszukujących zatrudnienia” jak należy rozumieć – nie będących osobami bezrobotnymi. Nie rozumiem, na czym polega różnica; prawdopodobnie „osoby poszukujące zatrudnienia” nie spełniają wszystkich wymogów ustawowych osoby bezrobotnej, lecz w myśl (?) Ustawy mają także prawo korzystać z usług Urzędu Pracy. Ale jest bardzo wiele agencji pracy zajmujących się (mających się zajmować) pośrednictwem pracy poza Ustawą obowiązującą Urzędy Pracy. Poza tym jest bardzo dużo portali internetowych i ogłoszeniowych oraz strony firmowe pracodawców, na których osoby poszukujące zatrudnienia a niebędące bezrobotnymi mogą samodzielnie poszukiwać ofert dla siebie. Zupełnie niepotrzebnie obciążono tym Urzędy Pracy – które powinny skupić się i posiadane środki na zarejestrowanych osobach posiadających pełen status bezrobotnego.
Podobnie jest i ze środkami finansowymi. Dlaczego Urzędy Pracy mają zajmować się finansowaniem studiów podyplomowych albo wstępnych staży lekarskich po ukończeniu akademii medycznej czy uniwersytetu medycznego. Na dodatek – finansować to ze środków Funduszu Pracy, podczas gdy nie ma nigdy dość pieniędzy na podstawowa pomoc dla długotrwale nawet bezrobotnych. Dokłada to roboty „papierkowej”, angażuje zasoby kadrowe urzędów a nie wpływa na bezpośredni spadek bezrobocia.
Jeśli Urząd zaplanuje kilka kursów zawodowych dla osób bezrobotnych wymagających przekwalifikowania lub odnowienia posiadanych kwalifikacji, każdy z nich jest przeznaczony dla kilkunastu zaledwie osób ( najczęściej grupy 15 – 16 osób) – to pomoc taka, niezwykle istotna pomoc gdyż osób tych z pewnością nie byłoby stać na takie kursy komercyjne – dotyczy w sumie 350 – 450 osób w ciągu roku a to nie jest wystarczające w powiecie jak Szczecin – z ponad 18.000 osób bezrobotnych, tym bardziej w powiatach gdzie bezrobocie sięga dziś 40% (Mazury).
Pieniądze natomiast rozchodzą się na różne dziwne działania zupełnie nie wpływające na zasadnicze powody bezrobocia, ale przewidziane w Ustawie. Tymczasem urząd pracy wcale nie musi realizować wszystkich działań jakie wymienia ustawa; po pierwsze – ma prawo realizować tylko te z nich które rokują najwyższą skutecznością, dlatego ustawa wymieniając poszczególne formy działania starostów (prezydentów miast) jako odpowiedzialnych za organizację i działanie PUP – używa formy : starosta może zrobić to, starosta może zrobić owo, a nie – że musi robić i to i tamto. Starości mają prawo decyzji na które instrumenty w danym powiecie przeznaczyć posiadane środki by uzyskać ich właściwe wykorzystanie, ale przeważnie nie robią tego by uniknąć wszelkich „kłopotów” i – trzeba czy nie – realizują wszystko co wymienia ustawa jako możliwe do stosowania. To typowo urzędnicze podejście, głównie dbające o własne bezpieczeństwo „przysłowiowa blacha na tyłek”, a nie o końcowy efekt.

Straszliwe zasoby czasowe i osobowe pochłania urzędom pracy sprawa dotacji na rozpoczynanie działalności gospodarczej, ale zupełnie nie rozumiem – dlaczego urzędy pracy muszą się tym zajmować. Przecież to jest temat idealny dla organizacji pozarządowych i różnych instytucji w tym się specjalizujących. Ponadto skuteczność tego działania jako mającego przeciwdziałać bezrobociu jest bardzo wątpliwa i problematyczna, istnieje obawa że gdyby zastosowano właściwe kryteria do zbadania skuteczności tych dotacji – wynik byłby kompromitujący. Kompromitujący ustawę i urzędy ją wykonujące. Skuteczność działań Urzędów jest generalnie po prostu nieznana a to z powodu braku jednolitej metody jej mierzenia, braku jednolitych wytycznych co do metodologii badania skuteczności walki z bezrobociem.
W rezultacie tego bywa – jak w danych sprawozdawczych Powiatowego Urzędu Pracy z powiatu Żarskiego (Województwo Lubuskie), który od lat wykazywał, że skuteczność zatrudnieniowa w tym powiecie jest rekordowa – rzędu 84 – 88%. Za 2011 rok, w sprawozdaniu podano, że w ciągu roku w Żarach skutecznie zaktywizowano ponad 9000 osób bezrobotnych (to znaczy „doprowadzono je do zatrudnienia”), mimo że ilość zarejestrowanych bezrobotnych wynosiła wtedy w tym powiecie tylko ok. 6000 osób, na dodatek wykazano, że liczba bezrobotnych na skutek tej aktywizacji spadła o… 16 (szesnaście) osób i na początek 2012 roku wyniosła 5984 osoby. Toż to cud prawdziwy. W tym przypadku prawdopodobnie zawiniła całkiem różna metodologia badań w tym urzędzie oraz w Ministerstwie. Mimo to – ma to swoją silną wymowę. Stawia pod znakiem zapytania wiarygodność jakichkolwiek danych, bo metodologia nie została jeszcze praktycznie ujednolicona.

Obawiam się, że reakcją Ministerstwa Pracy na objaw rzeczywistego przeciążenia Urzędów Pracy będzie próba zwiększenia tam zatrudnienia, szczególnie w grupie pośredników pracy i doradców, podczas gdy powinno się raczej przede wszystkim odciążyć urzędy od działań które można powierzyć organizacjom pozarządowym, stowarzyszeniom zajmującym się promocją przedsiębiorczości oraz agencjom pracy, w taki sposób by dotychczas zajmujące się tym osoby mogły zająć się wyłącznie najbardziej niezbędnymi działaniami wobec osób rzeczywiście bezrobotnych, dołączając do grupy pośredników pracy bez wzrostu całkowitej liczby zatrudnionych.

Tu jednak dochodzimy znów do ściany. Tak jak w „komunie” – każda dyskusja na każdy temat wreszcie dochodziła do problemu „przewodniej roli Partii” – co natychmiast tę dyskusję kończyło, tak i teraz – każda dyskusja na temat bezrobocia dochodzi do problemu BRAKU MIEJSC PRACY i to w zasadzie także czyni dalszą dyskusję bezsensowną.

Problemem bezrobocia i nie tylko bezrobocia wydaje się być to, że to Ministerstwo Pracy próbuje ten problem samodzielnie rozwiązać, realizując jakieś zmiany i reformy wewnątrz resortu, ale wiadomo przecież, że to nic nie da bez aktywizacji gospodarki i pilnej pracy „wychowawczej” nad samymi przedsiębiorcami. Cokolwiek by Minister Pracy nie wymyślił dla zwiększenia wydajności urzędów Pracy – to się nie uda bez wzrostu ilości miejsc pracy. Będzie to tylko kosztowną sztuką dla sztuki i wspomnianym już przelewaniem z pustego w próżne. Problem zdaje się być w tym, że Premier – a konkretnie Prezes Rady Ministrów Donald Tusk zupełnie nie spełnia swojej roli, że wiele wskazuje na to iż w Polsce nie ma rzeczywistej Rady Ministrów, ze Rząd nie działa jako całość a odwrotnie – każdy minister robi sam i tylko swoje a ponieważ sam niewiele może, to i wyniki są mikre…  

Zupełnie tu nie widać jakiegokolwiek spójnego programu gospodarczego choćby do końca kadencji rządu. Wspólnego programu gospodarczego rozpisanego na wszystkie resorty i realizowanego przez rząd jako całość. A przecież to jest niezbędne! W sprawie bezrobocia też nic się nie da zrobić bez ścisłej współpracy Premiera i co najmniej trzech resortów: gospodarki, finansów oraz pracy.

Wszyscy z pewnym niepokojem ale i ciekawością, z nadzieją – czekamy na zakończenie wakacji i powrót Rządu do pracy, oraz oczekiwane „drugie expose” Premiera, realizację oczekiwanych powszechnie zmian, dowód właściwego wartościowania, wagi i pilności spraw.
Bo jeśli nie, to.


(*)20 lipca 2012 24-letni James Holmes zastrzelił 12 osób, a 58 ranił podczas nocnej premiery filmu o Batmanie "Mroczny rycerz powstaje". 10 dni później przedstawiono mu w sądzie stanowym w Denver formalne zarzuty, w tym 24 zarzuty morderstwa z premedytacją. Grozi mu kara śmierci.
Adwokat Holmesa, Daniel King, twierdził, że jest on chory psychicznie i prawdopodobnie taka będzie linia obrony.

Odwiedziny: