BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacja opinią publiczną. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manipulacja opinią publiczną. Pokaż wszystkie posty

15/01/2013

Zatrudniasz na umowę-zlecenie zamiast na umowę o pracę? Płać grzywnę 30.000 zł!


Zastanawiałem się niedawno nad tematem szalejącego szczególnie wśród drobnych przedsiębiorców bezprawia, odnoszącego się do sposobu „zatrudniania” czy raczej zdobywania przez nich wykonawców pracy – pomijającego obowiązujące prawo: artykuł:
Umowy „śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.
Starałem się przeanalizować tam, na czym polega – jeśli tak można napisać – „śmieciowość” tych praktycznie (choć bezprawnie) stosowanych przez pracodawców rozwiązań.Poszukując jakiejś pra-przyczyny, niejako sedna tego problemu, doszedłem wówczas do jedynego moim zdaniem sensownego wniosku, że istota problemu leży w ideologii Platformy Obywatelskiej a szczególnie w tym, że jest to partia „krypto-ideologiczna”, to znaczy oficjalnie rozgłaszająca swoje podporządkowanie zasadom nauki, ekonomii, a w rzeczywistości – ideologiczna i wykazująca tendencje w pewnym sensie arogancji i ignorancji, co prowokuje postawy anarchizujące.
Postawa władzy opiera się na „porzuceniu” społeczeństwa, jakby ze ślepą wiarą w „samoregulację”, chyba w jakimś naiwnym naśladownictwie warunków jakie towarzyszyły początkom kapitalizmu co najmniej 200 lat temu, także specyficznego nastawienia na zarobek i zysk „za wszelką cenę” – o którym wspominałem w artykule pt. Ideologia chciwości .
Trudno powiedzieć dziś, jak długo ten eksperyment potrwa, pewne jest jednak, że przyniesie dużo bałaganu, ogromne straty „moralne”, odbije się nieodwracalnie na życiu bardzo wielu zwykłych ludzi, o czym też pisałem, choćby w tekście pt. Praca i pieniądze.
Mamy dziwaczny stan oddzielenia oficjalnej warstwy życia od tej rzeczywistej i w tym akurat władza Platformy Obywatelskiej przypomina do pewnego stopnia czasy tzw. „władzy ludowej”. Jest to tendencja moim zdaniem wprost przeciwna do potrzebnej i pożądanej, myślę że nasze społeczeństwo potrzebuje pewnego okresu spokojnej regulacji, przestawienia najpierw na zasadniczą racjonalność a z drugiej strony – wypracowania mechanizmów niezbędnego interwencjonizmu państwowego, by móc dopiero przystępować do takich jak obecny eksperymentów. Aby deregulacja odniosła właściwy skutek, najpierw wszystko musi być odpowiednio wyregulowane i działać. Wtedy można eksperymentować z rezygnacją z pewnych regulacji i bacznie obserwować jaki to daje efekt, porównując go z tym pierwotnym, wyjściowym. Jeśli ktoś natomiast chce deregulować skrajny bałagan i bezhołowie, coś co działało źle lub wcale nie działało – to wprowadza okres straszliwego zamętu pogłębiając w rzeczywistości jeszcze bardziej ten pierwotny bałagan. I coś takiego właśnie obserwujemy…
Mam tu na myśli najbardziej istotny interes przeciętnego człowieka, polegający na prawie i możliwości zdobywania pracą najemną środków niezbędnych do życia. Przy tym człowiek ten nie występuje tu, w tej sprawie, w roli petenta, klienta czy proszącego, choć do takiej roli jest spychany.
Mamy zadziwiający stan jawnego bezprawia jeśli chodzi o pracę najemną. Władza daje „cichą zgodę” na pomijanie przepisów prawa przez pracodawców lub pośredników działających z ich upoważnienia i na ich rzecz.
Wydawałoby się, że sprawa rodzajów umów o pracę lub pokrewnych i ich własności jest banalna, prosta i powszechnie znana, lecz w rezultacie mamy prawdziwą falę zjawisk patologicznych po stronie pracodawcy, jawne działania kompletnie bezprawne lub pozaprawne, parasol ochronny nad tym zarówno władzy jak i instytucji kontrolnych np. Państwowej Inspekcji Pracy – uzależnionej od koalicji rządzącej, spolegliwe dla pracodawców nastawienie sądów (wydziałów pracy w sądach rejonowych i okręgowych), zdegradowane i rozbite związki zawodowe. Jest też i nakłada się na to reakcja ze strony społecznej; ludzie zatrudnieni, wykonujący zlecenia lub poszukujący tego – widzą wokół siebie codzienną praktykę całkowicie sprzeczną z tym co by było w zgodzie z przepisami. Stąd narastający mętlik pojęciowy, szum informacyjny, ale także podejście praktyczne; jakoś żyć trzeba, nie warto walczyć o praworządność, o swoje prawa czy o normalność bo przedsiębiorca zawsze wygra…
Z kolei brak oporu zainteresowanych utwierdza dodatkowo pracodawcę, że idzie we właściwym kierunku, opierając się na zasadach „rynkowych”. Ale pracobiorcy są „pod ścianą” codziennych rachunków, potrzeb, chęci przetrwania, instynktu samozachowawczego, zwycięża u nich przeważnie „mentalność niewolnika” sprytnie podsycana przez władze hiobowymi wieściami o „narastającym kryzysie” lub nadchodzących „zwolnieniach grupowych” – dlatego „rynek pracy” jest tylko pojęciem propagandowym PO a mamy praktycznie do czynienia z absolutnym dyktatem. Mówić „rynek pracy” w Polsce – to tak, jakby mówić o „samorządzie” w obozie zagłady… Oczywiście mam na myśli najniższe stanowiska wykonawcze – czyli większość.
Tymczasem w mediach, w biuletynach organizacji lub podmiotów zajmujących się pośrednictwem pracy albo wtórnym udostępnianiem publicznych ofert zatrudnienia zbieranych z różnych miejsc, widać coraz więcej takich, które w jawny sposób ignorują przepisy prawa a nawet – jego istnienie. Stąd wyżej sformułowane wnioski ogólne; po prostu niemożliwe jest, by to zjawisko nie było zaplanowane, albo nie miało przynajmniej całościowego, ideologicznego przyzwolenia.
Najwięcej w tej chwili zastrzeżeń budzi sprawa umów związanych z zatrudnieniem. Nazywam to tak ostrożnie, bo przecież często nie są to umowy zlecenia sensu stricte ani także i umowy o pracę; to jakiś absolutnie pozaprawny konglomerat, majstrowany na zasadzie samowoli i bezkarności. Jedynie powiatowe czy miejskie urzędy pracy dbają o zasadniczą zgodność publikowanych (przyjmowanych do publikacji) ofert pracy z prawem. Już na etapie kontaktu z pracodawcą poszukującym pracownika – treść ofert jest pod tym względem weryfikowana a te wadliwe – nie są przyjmowane. Z tego powodu urzędy pracy mają zazwyczaj bardzo niewiele ofert. Najgorzej natomiast jest w prywatnych lokalnych albo i ogólnopolskich portalach ogłoszeniowych; tam przyjmuje się uniwersalną zasadę odpowiedzialności autora a nie publikującego za zgodność oferty z prawem.
Jak wiadomo umowa o pracę jest zdefiniowana przez Ustawę „Kodeks Pracy” w związku z innymi ustawami i podlega też wszystkim przepisom wykonawczym (stąd „kodeks” a nie „zwykła” ustawa).
Pracę na zasadach umowy regulowanej Kodeksem Pracy i tylko tę – nazywa się zatrudnieniem. „Praca” – nie ma tu nic wspólnego ze znaczeniem fizycznym tego słowa: praca to realizowanie umowy o pracę przez osobę zatrudnioną.
Osoba realizująca treść umowy-zlecenia nazywa się wykonawcą zlecenia lub zleceniobiorcą. Umowa-zlecenie nie podlega żadnym przepisom Kodeksu Pracy a tylko Kodeksu Cywilnego i przepisom wykonawczym do niego, stąd nazywana jest umową cywilno-prawną.
Stwierdzenie „zatrudnienie na umowę zlecenia” – jest po prostu absurdem. Np: „Przyjmę do pracy na umowę zlecenie na pełen etat, w trybie 3-zmianowym kobietę do 35 lat, najchętniej bezdzietną, w pełni dyspozycyjną, katoliczkę o miłym usposobieniu… „ – to nie oferta pracy a po prostu przyznanie się do winy pracodawcy lub „rekrutera” i normalny sąd powinien od ręki, bez rozprawy wydać w takiej sytuacji wyrok skazujący go na maksymalną grzywnę, bo to jedno zdanie łamie kilka obowiązujących zasad prawa…
O powodach preferowania umów-zlecenia pisałem już niejednokrotnie i są one powszechnie znane, ale nie niesie to za sobą żadnej zmiany ani refleksji władzy, co potwierdza jeszcze dodatkowo celowy charakter takiej sytuacji. To problem tzw. umów śmieciowych, szczególnie przy próbie stosowania umowy-zlecenia tam, gdzie powinna być umowa o pracę. Powinna być – ze względu na charakter pracy i okoliczności z nią związane. Prawo stwierdza jednoznacznie, że o faktycznym rodzaju umowy decyduje jej rzeczywisty charakter a nie forma graficzna czy nazwa.
Zatrudnienie, czyli praca na umowę o pracę ma charakterystyczne cechy których nie ma i nie może mieć umowa-zlecenie. Jest tak dlatego, ze są to inne rodzaje umów o zupełnie innym przeznaczeniu i prawnie – to wszelkie okoliczności związane ze stosunkiem stron decydują o tym a nie możliwość nieodprowadzania jakichś obowiązkowych składek, koszty po stronie przedsiębiorcy itp.
Dla umowy o pracę charakterystyczne jest:
- Konieczność osobistego świadczenia pracy;
- Wykonywanie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, pod jego kierunkiem i nadzorem (podległość służbowa, regulaminy i instrukcje, polecenia, lista obecności, dyscyplina pracy itp. – dotyczą wyłącznie umowy o pracę);
- Wykonywanie pracy na rzecz i ryzyko pracodawcy;
- Praca wyłącznie za odpłatność (za wynagrodzeniem);
- Charakter ciągły – od zawarcia do rozwiązania.
- Treść umowy wyłącznie wynikająca z Kodeksu Pracy, warunki umowy nie gorsze niż określone w KP.
Czynności lub zadanie określone w umowie-zlecenia nie mogą posiadać powyższych cech a umowa taka jest raczej przewidziana dla wykonania jednorazowego określonej czynności (zadania). Nie może w niej być odwołań do przepisów Kodeksu Pracy, charakterystycznych cech pracy jak godzina rozpoczęcia i zakończenia, potwierdzania obecności, dyscypliny pracy, wymiaru etatu, podległości i wykonywaniu poleceń itp.
Zawarcie umowy posiadającej wymienione cechy – powoduje, że umowa taka jest traktowana jak umowa o pracę, choćby nosiła wzór i nazwę umowy zlecenia. Pracodawca odpowiada wówczas za wszelkie zaniechania i szkody z tego wynikające dla zatrudnionego oraz Skarbu Państwa. Niestety: pracodawcy – czując za sobą wsparcie władzy, polityków, bezradność lub bezczynność nadzoru oraz przychylność sądów – nauczyli się tak manewrować treścią umów zlecenia zawieranych w miejsce umów o pracę, by w połączeniu z krętactwem wyślizganych prawników unikać odpowiedzialności za to.
Odpowiedzialność za wykroczenia przeciwko Kodeksowi Pracy jest w gruncie rzeczy praktycznie niewielka w porównaniu do zysków, jakie może w praktyce przynieść przedsiębiorcy. Stworzono sytuację, gdy opłaca się Łamać prawo.
Zawieranie umów-zlecenia w przypadkach, gdy okoliczności i zadania stawiane wykonawcy są charakterystyczne dla umów o pracę – jest podyktowane chęcią oszustwa o motywacji finansowej, gdy danie zlecenia pozwala na zmniejszenie opłat, np. nieodprowadzenie składek ubezpieczenia, a to ma fatalne dalsze skutki społeczne.
Umożliwienie przedsiębiorcom nieograniczonego zarabiania, nieograniczonego nawet przepisami obowiązującego prawa – jest najwyraźniej zasadą bliską Platformie Obywatelskiej.
Dewastacja zasad współżycia społecznego, szkodzenie finansom publicznym i systemowi ubezpieczenia społecznego – nie stanowi dla Platformy żadnego problemu…
Niestety narasta zamieszanie pojęciowe, niewiedza i niezrozumienie spowodowane rażącym rozdźwiękiem pomiędzy tym, co poszukujący pracy praktycznie widzi wokół siebie a tym, co czyta w ustawie, w informacjach opartych bezpośrednio na prawie pracy. Normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że można sprawując władzę w demokratycznym niby państwie, w centrum Europy, w XXI wieku – aż tak drwić sobie z prawa i aż tak nie szanować ludzi. Niestety; nagminność łamania prawa stawia je w oczach ludzi zasadniczo pod znakiem zapytania. Praktyka działania metodą faktów dokonanych zastępuje stan właściwy, zgodny z prawem. Jeśli jeden człowiek złamie prawo – jest przestępcą, ale jeśli bardzo wielu ludzi złamie to prawo – to… prawo jest złe… oto dewiza państwa mafijnego.
Choćby przed chwilą czytam w portalu porad prawnych: … osoba zatrudniona w firmie w oparciu o umowę zlecenie (praca od poniedziałku do piątku) przedstawiła pracodawcy zaświadczenie usprawiedliwiające jednodniową absencję w pracy. Wynikało z niego, że w czasie nieobecności uczestniczyła w charakterze świadka w rozprawie sądowej. Czy w takiej sytuacji pracodawca powinien pomniejszyć przysługujące jej wynagrodzenie, czy też ma obowiązek wypłacić je w pełnej wysokości?…
Ręce opadają…

17/04/2012

Dlaczego baran nie beczy… !?

… oto jest pytanie! Niemalże Hamletowskie. Także chodzi przecież o "być albo nie być"...
Nie będę ukrywał, że mam na myśli tego przysłowiowego barana prowadzonego na rzeź. Idzie ale jakoś cicho, ni beknie...
Ale dlaczego? To raczej nie jest normalne zachowanie w takiej szczególnej sytuacji.
Może nie zdaje sobie sprawy, że na koniec „beknie” właśnie za to, że nie beczał, gdy należało… Zupełnie jak ludzie bezrobotni, dziś w wieku jeszcze przedemerytalnym, których nikt nie chce zatrudniać a którzy są zupełnie nieobecni w mediach z tym swoim problemem.
No może prócz jednego…

Wysłuchałem z uwagą całej debaty sejmowej na temat obywatelskiego wniosku o referendum w sprawie utrzymania dotychczasowego wieku emerytalnego. Od początku do końca. Oczywiście nieźle się ubawiłem, a nie stać mnie na kupowanie biletów na występy kabaretowe, więc jak było nie skorzystać z darmowej rozrywki. Dużo tam mówiono, bredzono i pyskowano, lecz nikt nie wspomniał o kilku sprawach dotyczących tej właśnie grupy osób.
Dożyliśmy ciekawych czasów, gdy rzeczywistość nas otaczająca ma pewną warstwę groteskową, chciałoby się powiedzieć – jest tak zła, że to aż zabawne.
Mam jednak na myśli humor raczej wisielczy… bo ani mnie ani co najmniej dwóm milionom Polaków zupełnie nie do śmiechu...

Otóż jest grupa osób w wieku – w którym nikt ich (zapewne z powodu wieku) nie chce zatrudnić. Czy z powodu wieku… właściwie nie wiadomo, a że nierówne traktowanie kandydatów do pracy ze względu na wiek, stan cywilny czy płeć jest prawnie zabronione, to też i nikt tego oficjalnie nie potwierdzi. Niejaki Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” twierdzi uparcie, że „pracodawcy się boją”. Właściwie wszystkiego się boją.
Pracodawcy się boją, że taki zatrudniony u nich człowiek "wejdzie im" w wiek, w którym podlega prawnej ochronie przed rozwiązaniem z nim stosunku pracy. Jak wiadomo w obecnym stanie prawnym osoba zatrudniona na umowę o pracę, na cztery lata przed osiągnięciem wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę zaczyna być objęta ochroną stosunku pracy przed jego rozwiązaniem. Chodzi o nieszczęsny i przeklęty - najbardziej dziś chyba przez pracowników Art. 39 ustawy Kodeks Pracy, zmieniony przez Art. 13 ustawy z dnia 30 kwietnia 2004 roku o świadczeniach przedemerytalnych, który mówi, że pracodawca nie może wypowiedzieć umowy po pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, jeśli okres zatrudnienia umożliwiłby mu uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku.
Jeśli pominąć wymóg posiadania minimalnego stażu ubezpieczeniowego 20/25 lat którego po prostu trudno dziś nie posiadać w wieku przedemerytalnym (choć bywają sytuacje wyjątkowe), to uprawnienie do emerytury nie zależy dziś od stażu pracy a wyłącznie od wieku i o tyle ten przepis "ochronny" jest niczym nie uzasadniony. Ot po prostu jakaś grupa polityków chciała się widocznie wówczas przypodobać populistycznie swoim wyborcom i „dała im ochronę” a dziś wszyscy ją przeklinają, gdyż pracodawcy pozbywają się pracowników starszych właśnie tuż przed wejściem w ten okres ochronny, by nie dopuścić do zadziałania tego przepisu wobec pracowników. Tworzy to "studnię" na 4 lata przed emeryturą zamiast ochrony, czyli działa odwrotnie niż się wydawało projektodawcy.
Nie sposób zresztą zaprzeczyć, że z punktu widzenia przedsiębiorcy prywatnego przepis ten to jest absolutnie niedopuszczalne ograniczenie swobody prowadzenia działalności gospodarczej, bez uzasadnienia w zasadach funkcjonowania gospodarki.

Tyle, że jest na to sposób: przepis ów mówi o rozwiązywaniu stosunku pracy opartego na umowie, funkcjonującej na zasadach Kodeksu Pracy. A Kodeks przewiduje także umowy na czas określony, które rozwiązują się z terminem przewidzianym w treści umowy, bez żadnych warunków. Można więc zatrudniać starszych pracowników na odpowiednio przygotowanych umowach na czas określony, których data zakończenia przypada w odpowiednio dobranym dniu. Nie ma wówczas już kwestii "bania się" na kilka lat przed wejściem w wiek ochronny pracownika. Tyle, że pracodawcy, bardzo aktywni poprzez liczne swoje konfederacje, w tym przypadku dziwnie słabo optują za likwidacją tego fikcyjnego okresu ochronnego. Nasuwa to przypuszczenie, że wyjaśnienie to jest pozorne, fikcyjne, że to wyłącznie pretekst.
Z innych zgłaszanych czasem "powodów" spotyka się w wypowiedziach następujące: kwalifikacje tych osób nie odpowiadają potrzebom i wymagają uzupełniania, rozwijania – podobnie jak i ludzi młodych. Pracodawcy oczekują gotowych specjalistów z wysokim doświadczeniem za te proponowane 1700 złotych miesięcznie. Dalej – wśród pracodawców dominuje przekonanie, że osoby starsze mają wysokie oczekiwania płacowe. Może wystarczyłoby ich spytać? Po 2 - 3 latach wegetacji w nędzy wymagania płacowe bardzo spadają, a zresztą płaca wynika ze stanu "interesów" pracodawcy wobec czego i tak jest tylko taka, jaka może być... więc cóż tu mają do rzeczy czyjekolwiek oczekiwania?

Liczba osób starszych a bezrobotnych w ciągu ostatniego roku wzrosła o 13,2% w stosunku do roku ubiegłego. Na dodatek prawie 60 000 osób z tej grupy jest bezrobotnymi już ponad dwa lata (z powodu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia) i ta liczba (długotrwale bezrobotnych) wzrosła w ciągu ostatniego roku aż o 31%. Po prostu powstaje ogromna grupa ludzi na trwałe wykluczanych z pracy, z aktywności i w konsekwencji – rugowanych z życia. Jestem pewien, że ludzie ci przyjmą z wdzięcznością każdą odpowiednią (*) pracę nawet za najniższą płacę określoną ustawowo. A jeśli nie przyjmą, muszą być wykluczeni z rejestru bezrobotnych. Wobec tego - ten powód niezatrudniania to także fikcja.
Dalej – pracodawcy są podobno przekonani, że ludzie starsi są mniej wydajni i trudniej im oswoić się z używaniem nowoczesnych urządzeń. To stereotyp i uogólnienie.
To także pogląd subiektywny, nie uwzględniający dużo większej fluktuacji kadrowej w grupie pracowników młodszych. Poza tym zawsze mówi się o „pracy odpowiedniej” - tak jak to definiuje ustawa, więc po co starszy człowiek ma obsługiwać supernowoczesne urządzenia sterowane cyfrowo, skoro są prace pomocnicze, biurowe, administracyjne, kancelaryjne, także lekkie prace manualne wykorzystujące atuty doświadczenia życiowego i zawodowego osób starszych bez potrzeby zmuszania ich do akceptacji zbytnich "nowości".
Kolejnym spotykanym często wytłumaczeniem, jest błędne przeświadczenie, że tylko ludzie młodzi dobrze kreują wizerunek firmy. Czas durnej, prostackiej mody na „młode, dynamiczne zespoły” na szczęście powoli już mija wraz z napływem z zachodu jakiejś zasadniczej kultury organizacyjnej o niepolskich tradycjach i podstawowej ogłady managerskiej. Dziś firmy zatrudniające ludzi starszych na odpowiednich stanowiskach są uważane za bardzo nowoczesne, jak choćby świetne delikatesy sieci "Alma"... i wiele innych.

Niestety; jestem przekonany o pozorności wszystkich tych powyżej przytaczanych powodów. Prawdziwy powód leży w kosztach pracy. Podstawową zasadą stosowaną do zatrudniania, jeśli oczywiście pominiemy nepotyzm, kolesiostwo, prywatę, znajomości i swoisty handel miejscami pracy i pracą jako „przysługą” świadczoną ważnemu znajomemu z nadzieją na powstanie „długu” który będzie można kiedyś odebrać – są koszty pracy, głównie odnoszące się w tym przypadku do składek na ubezpieczenie społeczne, zdrowotne, PFRON. A pod tym względem są grupy „tańsze” czyli zwalniające pracodawcę od pewnych obciążeń finansowych, oraz droższe – wymagające pełnej ustawowo określonej płatności i to w określonych ściśle terminach. Ma się rozumieć że ci ostatni zawsze przegrywają z tymi „tańszymi” i to jest cała „tajemnica” polityki zatrudniania, do której dorabiane są różne przykrywki by ukryć prozaiczną prawdę.

Nie wiem, czy gdyby istniało nadal – niedawno powołane i równie szybko zlikwidowane – stanowisko doradcy czy pełnomocnika Premiera do spraw zapobiegania zjawisku wykluczenia społecznego, sytuacja byłaby lepsza.
Faktem jednak jest, że powstała i nieodwołalnie rośnie grupa osób spychanych w kierunku całkowitego wykluczenia społecznego. To ludzie w wieku 45 – 60 czy 50 – 65 lat, a więc starsze osoby w wieku przedemerytalnym, które zostały wyrugowane z rynku pracy i często od 2 – 3 lat nie mogą znaleźć żadnego zatrudnienia a więc tym samym – zdobyć jakichkolwiek środków pochodzących z zapłaty za pracę. W całej „dyskusji” o reformie wieku emerytalnego nie zostało to zauważone. Osoby te – jeśli miały prawo do zasiłku dla bezrobotnych - obwarowanego tak restrykcyjnymi warunkami, że spełnia je nie więcej jak 20% bezrobotnych – szybko go utraciły, bo przecież zasiłek dla bezrobotnych ma charakter przemijający i krótkoterminowy (maksymalnie 12 miesięcy) a nam błyskawicznie rośnie grupa osób bezowocnie poszukujących pracy od 24 i więcej miesięcy.
Pomijając już dramatyczną sytuację materialną tych osób, trzeba w aspekcie uprawnień do ewentualnej projektowanej emerytury cząstkowej stwierdzić, że okres bezrobocia bez pobierania zasiłku nie liczy się do okresów składkowych od których może być uzależnione to prawo. A są osoby z tek grupy, które już ponad trzy lata bezskutecznie poszukuję zatrudnienia bez pobierania zasiłku. Osoby te więc bez swojej winy nigdy mogą nie osiągnąć wymaganego okresy stażu niezbędnego dla nabycia prawa do emerytury cząstkowej, już nie wspominając o wpływie okresu bezrobocia na stan IKE tych osób - bez ich winy. Z tego powodu z emerytur cząstkowych nie będą mogły skorzystać osoby najbardziej tego potrzebujące, by jakkolwiek przetrwać jeszcze te dwa lata dłużej – do wieku emerytalnego.
Dla osób z tej szczególnej a zapomnianej przez Rząd grupy bezrobotnych – przesunięcie wieku nabycia uprawnień do emerytury na 67 lat będzie często oznaczało jedynie konieczność dwa lata dłuższego oczekiwania na to prawo, tułania się na zapomogach, zasiłkach z opieki społecznej, korzystania z ewentualnej pomocy rodziny – by dożyć do swojego wieku emerytalnego, a otrzymana po latach bezrobocia emerytura także będzie głodowa z powodu małej kwoty uzbieranej na IKE.
To nic innego, jak poświęcenie przez władzę grupy obywateli w imię „kryzysu” i na koszt ofiar reformy emerytalnej. A chodzi tu o osoby które często były aktywne w walce z władzami PRL o wolność polityczną i gospodarczą. Osoby zasłużone dla walki o wolność Polski.
Jednak powracając do wstępu tego felietonu, zapytam jeszcze raz: jeśli można porównać tę dużą przecież grupę obywateli, co najmniej kilkudziesięciotysięczną, prowadzoną dziś „jak barany na rzeź” przez władzę z Platformy Obywatelskiej, to trudno zrozumieć, dlaczego nie protestują. Dlaczego milczą. Władza reaguje dziś wyłącznie na argument siły. Kieruje się dziś wyłącznie interesem wyborczym mierzonym w prognozach poparcia społecznego. Zasady etyki, sprawiedliwości, moralności, solidarności społecznej są tylko na papierze na którym wydrukowano Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej, zaczynającą się od słów: RZECZPOSPOLITA POLSKA JEST DOBREM WSPÓLNYM WSZYSTKICH OBYWATELI, (…) DEMOKRATYCZNYM PAŃSTWEM PRAWNYM URZECZYWISTNIAJĄCYM ZASADY SPRAWIEDLIWOŚCI SPOŁECZNEJ…

(*) określenie "odpowiednia" stosowane wobec propozycji pracy oferowanej bezrobotnym przez PUP zostało dodane do ustawy już jako poprawka na etapie jej procedowania i jest zdefiniowane w treści "ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy".

27/03/2012

46.
Bezrobocie; niewygodna dla władzy prawda.

Niewygodna dla Pana Władysława Kosiniak Kamysza - obecnie jeszcze ministra pracy.

Sytuacja osób w wieku umownie zwanym „50 plus” staje się absolutnie dramatyczna.

Niewątpliwie przyczynia się do tego prócz polityki rządu także cały szereg innych czynników, mniej lub bardziej pośrednich. Do nich trzeba zaliczyć i ogromną masę negatywnych stereotypów, nieporozumień, mitów na temat bezrobocia i bezrobotnych, atmosferę niezdrowej rywalizacji o miejsca pracy których brakuje, powszechny urzędniczy i dziennikarski bełkot, także i negowanie bezrobocia pomimo faktów – jako reakcje obronną na krytykę rządu, pomimo że merytorycznie brak kontrargumentów, czyli reakcję bezmyślnej agresji na krytykę. To nie jest przecież wymysł PO; było to charakterystyczne dla dawnej władzy PRL-u, że władza zawsze musiała „mieć rację” więc gdy jej nie miała, uciszano krytyków socjotechniczną manipulacją oraz agresją.

Fakt, że krytyka jest konstruktywna, co oznacza że dotyczy działania władzy a nie władzy jako takiej – prowadząc do uzasadnienia potrzeby zmiany działania władzy a nie samej władzy, niczego nie zmienia w atmosferze politycznej przypominającej bardziej gówniarskie mordobicie na weselu a nie spokojne i rzeczowe rozwiązywanie problemów. W takiej sytuacji wysiłki ludzi kompetentnych skupiają się na obronie PR Premiera, na tuszowaniu faktów, wprowadzaniu zamieszania pojęciowego, zamiast na rozmowie o rzeczywistości. Jednym ze sposobów „obronnego” wprowadzania zamieszania jest manipulowanie nawet i samym pojęciem „50 plus” jako określeniem grupy obywateli w podobnej sytuacji; zazwyczaj wtedy władza zaczyna używać słowa „senior”.
Senior to po prostu człowiek w starczym wieku, staruszek, dziadek, starszy pan, najstarszy w rodzinie. Określenie to sugeruje wyłącznie „starszy wiek” i nic poza tym, nie ma żadnego odniesienia do pozycji na „rynku pracy”, źródła dochodu na utrzymanie – czyli tych wszystkich czynników jakie nas tu interesują. Senior, to pojęcie bardziej towarzyskie, rodzinne; stosowanie go w kontekście rynku pracy jest skandaliczną manipulacja zaciemniającą obraz rzeczywistości. To samo dotyczy wszelkich działań mających poprawić komfort życia "seniorów", ich dostęp do informacji, kultury itp.

Mówiąc natomiast o osobach z grupy „50 plus” mamy na myśli w tym wypadku konkretnie i wyłącznie osoby w wieku produkcyjnym po 50 a niektórzy nawet twierdzą, że po 45 roku życia, ale przed wiekiem nabycia prawa do emerytury, osoby zdolne do pracy zawodowej i chętne do tej pracy, poszukujące możliwości zatrudnienia. Chodzi o osoby, dla których praca najemna jest jedynym albo podstawowym, zasadniczym źródłem dochodu niezbędnego do utrzymania się. Granica początkowe wieku wyznaczona jest przez zjawisko odmowy zatrudniania ze względu na wiek. Ma to charakter lokalnie zróżnicowany. Ponadto zjawisko jest trudne do obserwacji czy badań, bo jest ono przecież nielegalne, jest jawnym złamaniem prawa. To jakby łamanie prawa z całym błogosławieństwem prawa; przepisy swoje a praktyka swoje – i nikomu prócz „ofiar” to nie przeszkadza… Natomiast końcowa granica tego wyróżnionego sektora – to osiągnięcie wieku emerytalnego. Osoby w wieku emerytalnym są po prostu emerytami, nie są „50 plus” ani nie są bezrobotnymi, nawet jeśli maja ponad 50 lat i nie pracują. Praktycznie więc określenie „50 plus” oznacza szczególną osobę bezrobotną, której pracodawcy odmawiają zatrudnienia.

Jak już wspomniałem, trudno badać przyczyny tego zjawiska, gdyż ma ono znamiona bezprawności; prawem zabronionego szykanowania ze względu na wiek czy też nierównego traktowania kandydatów do zatrudnienia z powodu ich wieku.
Kluczem jednak do sprawy jest – jakie znaczenie dla pracodawcy ma ten wiek, skąd taka negatywna reakcja. Pytani o to pracodawcy czy eksperci Konfederacji Pracodawców Prywatnych, zaczynają dziwnie kluczyć i bąkać pod nosem… prawdopodobnie zdając sobie w pełni sprawę z niemalże jawnej bezprawności takiego stanowiska. Jedyną  wymówką oficjalnie podawaną  jest sprawa tej nieszczęsnej „ochrony” stosunku pracy w okresie przedemerytalnym, czyli na cztery lata przed osiągnięciem tego wieku. Zgodnie z obecnymi zasadami mężczyzny zatrudnionego który przekroczył wiek 61 lat (4 lata przed emeryturą) nie można już zwolnić z pracy o ile wykonuje swoje obowiązki zawodowe, i by nie dopuścić do tego – pracodawca rozwiązuje taki stosunek pracy zanim mężczyzna ten wejdzie we wspomniany okres „ochrony”. Jest to możliwe, gdyż stosunek pracy ma charakter dobrowolny dla każdej ze stron, więc każda ze stron umowy o pracę może ją rozwiązać z zachowaniem zasad określonych w prawie pracy. Łatwo tu stwierdzić, że to co miało chronić przed rozwiązaniem stosunku pracy – właśnie powoduje jego rozwiązanie, czyli rzekomy przywilej ochrony – szkodzi, ale to jakoś zupełnie nie robi wrażenia na decydentach.

Generalnie – mamy na rynku pracy ogromny niedobór ilościowy miejsc pracy. Ma on także charakter strukturalny, to znaczy struktura kompetencji kandydatów do pracy nie odpowiada strukturze kompetencji oczekiwanych przez pracodawców. Likwidacja wielu gałęzi produkcji i wielu zakładów produkcyjnych stworzyła dużą grupę bezrobotnych posiadających doświadczenie zawodowe w zawodach obecnie zbędnych, osób z wykształceniem zawodowym lub ogólnym, bardzo często z dość słabą umiejętnością posługiwania się sprzętem IT, także  często nie posługujących się jakimkolwiek językiem obcym w stopniu umożliwiającym zastosowanie tego w pracy lub podjęcie pracy za granicą. W tej grupie – mówiąc o osobach „50 plus” mamy na myśli osoby bezrobotne z definicji, to znaczy spełniające wszystkie kryteria jakie są wymagane do uzyskania statusu osoby bezrobotnej.  Nie należą więc do tej grupy emeryci, osoby niezdolne do pracy z powodu alkoholizmu, osoby w trakcie resocjalizacji, inwalidzi i osoby niepełnosprawne, osoby bierne zawodowo, osoby bezdomne z wieloletnią dezaktywacją zawodową itp., gdyż nie są to osoby bezrobotne, nawet jeśli nie pracują i są w wieku 50 i więcej lat. Osoby niepełnosprawne lecz zdolne do jakiejś, odpowiedniej dla nich pracy nie zaliczam do "50 plus" gdyż objęte są one szczególnymi przepisami dotyczącymi osób niepełnosprawnych (ustawa o PFRON), są odrębną grupą na rynku pracy, korzystającą ze szczególnej kierunkowanej pomocy państwa jaka nie przysługuje innym osobom z grupy 50 plus.

Sytuacja tej grupy osób jest w chwili obecnej dramatyczna, bo praktycznie nie mają one szans na zatrudnienie. Brak obecnie jakichkolwiek programów wsparcia dotyczących do-kwalifikowania czy przekwalifikowania z jednoczesną aktywizacją zawodową. Fundusze na staże, szkolenia i prace interwencyjne organizowane w ramach zadań PUP są drastycznie okrojone. Z powodu długotrwałości bezrobocia i absurdalnie drakońskich wymogów formalnych – coraz mniej osób z tej grupy ma prawo do zasiłku dla bezrobotnych. Osoby te coraz częściej pozostają bez żadnych środków do życia i bez szans na zmianę swojej sytuacji, korzystają z minimalnej pomocy rodzin, pozwalającej przetrwać fizycznie w ograniczonym okresie czasu.

Widać dziś całkowity brak zrozumienia tej sytuacji wśród decydentów albo – pomimo pełnego zrozumienia – brak woli podjęcia jakichś działań zaradczych a raczej – działania na rzecz ukrycia czy zbagatelizowania problemu, byle notowania polityczne Premiera nie spadały…
Niestety: spadną!  Skorzystają na tym ci, co nie powinni; skrajna prawica i skrajna lewica. I o to mam właśnie pretensję do władzy z Platformy Obywatelskiej; o sprzyjanie niepokojom i zamieszkom, prowokowanie „rewolucji”, ekstremistycznych wybryków zamiast spokojnego, rozumnego i cywilizowanego, zrównoważonego i społecznie sprawiedliwego rozwoju.

26/03/2012

44.
Apel do pana ministra Władysława Kosiniak Kamysza.

Panie Ministrze.

W wypowiedziach Pana oraz Pana Premiera z satysfakcją odnajduję ostatnio konkluzję, że zamiarem Rządu jest stworzenie stabilnego rozwiązania systemu emerytalnego, rozwiązania przy którym nie będzie już potrzeby wprowadzania żadnych zmian w ciągu najbliższego co najmniej dziesięciolecia.
To jest oczywiście stanowisko jak najbardziej godne pochwały i wsparcia. Aby jednak system emerytalny posiadał tę cechę trwałości, musi być wystarczająco uniwersalny a przede wszystkim musi odnosić się do realiów życiowych, realiów politycznych oraz realnej prognozy gospodarczej. System musi być przemyślany ekonomicznie i finansowo, ale także odnosić się do życia, do potrzeb ludzi; nawet najlepsze teoretycznie rozwiązanie modelowe nie wytrzyma próby czasu, jeśli nie będzie odpowiadało realiom życia. A to z kolei oznacza, że zasady ubezpieczenia emerytalnego muszą uwzględniać wszystkie możliwości mogące wystąpić w życiu i realnie się do nich odnosić, uwzględniać je.

Mimo, że to jest dla Pana i teoretyków zapewne bardzo trudne, na system emerytalny trzeba patrzeć z punktu widzenia ludzi którzy mu będą podlegali. Nie z punktu widzenia ludzi którzy go nie potrzebują, nie wierzą w państwowe emerytury i nie muszą liczyć na nie.
Nawet więcej: nie można systemu emerytalnego wydzielić z całości zagadnień dotyczących warunków życia osób których obejmą wprowadzone obecnie zmiany, szczególnie osób będących obecnie w wieku zwanym „50+”, te które mają przed sobą nie więcej niż 10 lat pracy zawodowej do osiągnięcia wieku emerytalnego.

Podstawą myślenia o istniejących problemach musi być zauważenie, że człowiek by żyć, utrzymać się w gotowości do pracy, musi osiągać pewien dochód, posiadać pewne określone środki finansowe, określane jako praktycznie choćby minimalne; ale wystarczające. Tymczasem o systemie emerytalnym, o sytuacji bezrobotnych a nawet o sytuacji na rynku pracy w ogóle – mówi się jakby w oderwaniu od tej prostej i oczywistej zasady. Także wiele kwot i wskaźników jest oderwanych od tej zasady. Tworzy to przepaść pomiędzy przepisami a życiem, życie odbiega od przepisów, co z kolei pogłębia brak szacunku dla prawa, jaki odziedziczyliśmy po czasach PRL.

Dla przykładu: by utrzymać zdolność i gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy, w chwili obecnej niezbędne jest posiadanie środków wystarczających na utrzymanie choćby skromnego dachu nad głową, utrzymanie właściwego poziomu higieny, co oznacza możliwość kąpieli w ciepłej wodzie z mydłem, szamponem do włosów, możliwość golenia się i możliwość uprania, wysuszenia i uprasowania odzieży, posiadania jej w ilości pozwalającej na zmianę. Trzeba choćby skromnie ale regularnie się odżywiać. A to z kolei wymaga środków na pokrycie kosztów tych potrzeb. Są to więc koszty mieszkania, wody i jej podgrzania, energii elektrycznej, ciepła (ogrzewania) itp. ale także i np. strzyżenia, zakupu obuwia odpowiedniego do pory roku, środków do utrzymania tego obuwia w czystości i tak dalej.

Proszę o wybaczenie, że podaję tu tak szczegółowy, rozwinięty przykład, ale większość osób wypowiadających się na ten temat sprawia wrażenie, że nie zdają sobie sprawy z tych realiów, jakby zaspokojenie tych podstawowych potrzeb było czymś tak oczywistym, że aż nie warto o tym wspominać. Ale to nie jest oczywiste. Oczywiste jest tylko to, że wszystko kosztuje, za to trzeba zapłacić. Zaznaczam jeszcze raz dobitnie, iż piszę tu o osobach bezrobotnych poszukujących pracy, bo sytuacja finansowa takiej osoby która już znalazła zatrudnienie i otrzymuje swoją pensję za pracę - to temat oddzielny. Piszę o tym dlatego, że statystycznie ok. 80% osób bezrobotnych zarejestrowanych w Powiatowych Urzędach Pracy nie otrzymuje zasiłku dla bezrobotnych. Zostało to celowo i świadomie zablokowane w treści stosownej ustawy. Jednocześnie ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy definiuje osobę uprawniona do statusu osoby bezrobotnej jako z jednej strony gotową do natychmiastowego podjęcia pracy zawodowej w pełnym wymiarze, z drugiej strony natomiast nieosiągającą dochodów wyższych niż połowa minimalnego wynagrodzenia oraz niepobierającą zasiłku stałego z pomocy społecznej.
Zapewniam Pana, że osoba osiągająca dochód mniejszy niż połowa najniższego wynagrodzenia – w krótkim czasie staje się niezdolna do podjęcia jakiejkolwiek pracy. Żaden pracodawca nie będzie też rozmawiał o zatrudnieniu z człowiekiem w sposób oczywisty prezentującym cechy charakterystyczne dla bezdomności; np. brudne, śmierdzące, wymięte ubranie, rozpadające się buty, brak podstawowej higieny, brak zębów, niemożność określenia czasu (godziny) z powody braku zegarka itp. Ustawowy wymóg ograniczający dochody osoby poszukującej pracy poniżej minimalnych realnych potrzeb życiowych – jest absurdalny. Rozumiem, że to może dotyczyć np. uprawnienia do zasiłku dla bezrobotnych, ale nie statusu osoby bezrobotnej w ogóle.

By w rzeczywistości być zdolnym do pracy, osoby poszukujące zatrudnienia muszą osiągać dochody wystarczające na utrzymanie się w takiej gotowości, o czym wspominałem wcześniej. Sytuacja takiej absurdalnej dysproporcji prowokuje składanie niezgodnych z prawdą oświadczeń o dochodach. Ogólnie rzecz biorąc – człowiek by żyć, musi posiadać wystarczające dochody. Statystycznie zaledwie kilkanaście procent osób zarejestrowanych w Urzędach Pracy pobiera zasiłek dla bezrobotnych. Ludzie zarejestrowani a niemający prawa do zasiłku muszą jakoś zarobić choćby właśnie po to, by zachować gotowość do podjęcia pracy. Chwytają się każdej okazji, również prac dorywczych „na czarno” nigdzie nie rejestrowanych, bez zapewnienia właściwych warunków bezpieczeństwa i higieny pracy. Osiągane dochody nie są nigdzie rejestrowane, zleceniodawca nie odprowadza zapewne od tego podatku ani składek ubezpieczenia. Zleceniodawcy angażują ludzi do takich dorywczych prac bezpośrednio „z ulicy”, często spod siedziby Powiatowego Urzędu Pracy. Wynikiem takiej sytuacji jest to, że ludzie są zmuszeni często nie przestrzegać przepisów czy też składać oświadczenia „nie w pełni zgodne z prawdą”, po to by utrzymać się w faktycznej gotowości do podjęcia pracy. Jest to oczywiście naganne, ale celowe; być może nie zasługuje na usprawiedliwienie ale wymaga zrozumienia.
Powstaje w ten sposób także mit czy stereotyp nieuczciwego bezrobotnego, oszusta wyłudzającego zasiłki lub choćby same składki ubezpieczenia a w rzeczywistości – zatrudnionego. Taki mit z kolei powoduje utrudnienie zdobycia zatrudnienia dla innych bezrobotnych, determinuje bardzo niski status bezrobotnego w oczach potencjalnego pracodawcy, także utrudnia pracę Urzędów Pracy, minimalizując ilość ofert zatrudnienia tam trafiających. Przyznanie się do bycia zarejestrowanym bezrobotnym jest często najgorszą rekomendacją jaką może mieć osoba poszukująca pracy.
A przecież celem działania Urzędów Pracy jest coś dokładnie odwrotnego; promowanie bezrobotnych jako kandydatów do zatrudnienia i uwiarygodnianie ich w oczach pracodawców. Znów tu mamy do czynienia z ogromnymi kosztami dającymi efekt odwrotny od zamierzonego.

Oczywiście – przypadki nieuczciwości zapewne występują, ale w opisanym przypadku przyczyną jest niedostosowanie kwoty uprawnionego dochodu do realnych potrzeb. Bezmyślnie ustalone przepisy prowokują tak wiele bałaganu. W tym przypadku – kwota dopuszczalnych doraźnych dochodów osoby bezrobotnej, chwilowo nigdzie nie zatrudnionej (na umowę o pracę lub umowę cywilną) i pobierającej zasiłek może być ograniczona do połowy najniższej płacy (prócz tego zasiłku), ale dla osoby niepobierającej zasiłku już musi być wyższa i np. równać się najniższej płacy. Także w chwili utraty prawa do zasiłku dla bezrobotnych (które ma przecież charakter czasowy a czas ten jest często krótszy niż czas poszukiwania zatrudnienia) - kwota dopuszczalnych dochodów musi być podniesiona do poziomu umożliwiającego utrzymanie się w gotowości do podjęcia pracy, o czym pisałem bardziej szczegółowo powyżej.

Wszystko to musi być realne i odpowiadać realnym, potrzebom życia. A nie jest.

Powyższy przykład dowodzi tego, że niektóre przepisy mogą mieć charakter nieprzemyślany a w konsekwencji wywołuje to istotne negatywne skutki zarówno dla Państwa jak i dla zainteresowanego obywatela. Narzuca to konkretne standardy reformie zasad emerytalnych. Na przykład kwota najniższej emerytury jest zbyt niska, nie pozwala na utrzymanie się. Zapewniam Pana, że za niecałe 800 zł (od 01 marca 2012 – 799,18 zł) nie można się utrzymać, biorąc pod uwagę wymienione potrzeby, realia życia, wzrastające koszty nie tylko utrzymania ale np. leczenia. Kwota najniższej emerytury musi zostać podwyższona np. do bardziej realnej kwoty równej najniższej płacy brutto. Koszt tej podwyżki musi się stać częścią warunków wyjściowych do reformy emerytalnej, to znaczy że należy w przeprowadzanych zmianach uwzględnić wstępne urealnienie wysokości najniższej emerytury. Koszt tej zmiany na czas do wystąpienia wystarczających efektów samej reformy – może być pokryty ze środków zaoszczędzonych w ten sposób z zasobów przeznaczanych na pomoc społeczną, bo emeryt otrzymujący świadczenie w wysokości 1500 zł nie będzie już korzystał z zasiłków i zapomóg z pomocy społecznej. Zasady funkcjonowania pomocy społecznej muszą zostać urealnione, a przede wszystkim uszczelnione tak, by pomoc trafiała wyłącznie do faktycznie i obiektywnie potrzebujących. Obecnie szacuje się (dane FOR), że połowa z 40 miliardów zł. rocznie trafia do oszustów wyłudzających pomoc nienależną.

Jest bardzo duża liczba osób bezrobotnych które nie mają prawa do zasiłku dla bezrobotnych oraz nie osiągają żadnego dochodu, nawet doraźnego. Praca „na czarno” prócz tego że jest nielegalna, obejmuje tylko niektóre zawody, np. budowlane lub najcięższą pracę fizyczną, więc nie jest dostępna dla każdego. Osoby te jeśli spełniają warunki utrzymania statusu osób bezrobotnych, muszą uzyskiwać jakieś dochody, jakąś pomoc. Ponownie można odwołać się do tego co już napisano powyżej; człowiek by żyć, by być gotowym do podjęcia zatrudnienia – musi osiągać dochód minimalny wystarczający do tego.

Z tego powodu, jako warunek wstępny przed reformą emerytalną, należy przeanalizować możliwości czasowego złagodzenia wymogów nabywania uprawnień do zasiłku dla bezrobotnych. Na przykład poprzez czasową nowelizację przepisu ustawy określającego te warunki, szczególnie dotyczące wymaganego teraz okresu opłacania składek na Fundusz Pracy, związanego z zatrudnieniem przed zarejestrowaniem w Urzędzie Pracy. Obecnie jeśli obywatel wypracowywał przychód pracodawcy z którego pracodawca opłacał przez wiele lat należną składkę na Fundusz Pracy a przerwa w tym opłacaniu w okresie pomiędzy zakończeniem pracy (płacenia składki) a zarejestrowaniem w PUP przekroczyła 6 miesięcy, obywatel ten w ogóle nie ma prawa do zasiłku. Trudno pojąć, z czego wynika ten okres akurat 6 miesięcy, wygląda to na arbitralnie ustaloną liczbę wziętą "z sufitu". Obywatel z którym rozwiązano stosunek pracy, ma obowiązek samodzielnie poszukiwać nowego zatrudnienia, być samodzielnym i aktywnym na rynku pracy natychmiast od rozpoczęcia się okresu wypowiedzenia umowy, rozwiązywanej przez pracodawcę.
Okres wypowiedzenia wynosi jeszcze często 3 miesiące w których nie można podjąć nowych obowiązków. Obywatel ma sam znaleźć sobie nowe zajęcie w czasie gdy pobiera jeszcze płacę w okresie wypowiedzenia; ma być samodzielny tak by nie musieć korzystać z zasiłku i nie ubiegać się o status osoby bezrobotnej, co należy traktować jak ostateczność, przyznanie się do swoistej "osobistej klęski". Wspomniany przepis prowokuje czy wymusza wręcz, by osoba kończąca pracę u jednego pracodawcy bez swojej winy, natychmiast po tym rejestrowała się niejako automatycznie w Urzędzie Pracy i występowała o zasiłek. A powinno dotyczyć to wyłącznie tych, którzy samodzielnie nie zdobyli zatrudnienia i potrzebują w tym pomocy np. w formie przekwalifikowania. Przepis jest absurdalny, bo karze samodzielnych i aktywnych, uważających sięganie po pomoc Państwa za ostateczność a promuje tych wyraźnie nastawionych na korzystanie z tej pomocy; on wręcz promuje bezrobocie i bierność. Absurdalne jest też odmawianie niezbędnego zasiłku osobie, która przez wiele lat generowała wpłacanie składek na FP a o jeden dzień spóźniła się z zarejestrowaniem w Urzędzie Pracy - nie spełniając przez to wymogu określonego w Art. 71 Ust. 1 Pkt 1 i 2 Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.
Zasiłek dla osoby bezrobotnej dla której Urząd Pracy nie ma oferty odpowiedniego zatrudnienia - stanowi środki niezbędne do utrzymania jej gotowości do podjęcia takiego zatrudnienia, dlatego dostępność zasiłku musi być dużo wyższa niż obecnie, nie może być ograniczana niczym obiektywnie nie uzasadnionymi barierami biurokratycznymi. Jednocześnie dużo wyższa niż obecnie musi być dyscyplina obowiązująca osoby pobierające zasiłek. Tak przecież jest w krajach sąsiednich, np. w Danii, więc dlaczego nie może być i naszą praktyką. Obecnie urząd Pracy spotyka się z osobą zarejestrowana 5 razy w roku, jedynie po to by odebrać od niej wymagane formalnie oświadczenia.

Panie Ministrze.
Proszę nie wierzyć w cuda. Człowiek by żyć musi osiągać minimalny dochód. Nie da się żyć bez pieniędzy. Obecnie duża liczba osób tego dochodu nie osiąga, albo wręcz nie osiąga żadnego dochodu. Pracy „na czarno” także nie wystarcza dla wszystkich (na szczęście). Nie można dłużej udawać, że to zjawisko nie występuje, że władza go nie dostrzega. Bezrobotni pozbawieni pomocy bardzo często obciążają kosztem swojej egzystencji swoje rodziny, krewnych, dzieci itp. Jest to forma nieoficjalnego i nielegalnego, nieujmowanego w żadnych statystykach dodatkowego opodatkowania osób bliskich, pracujących i osiągających dochody. Wydaje się, że stan ten jest celowo i świadomie stwarzany przez państwo; władza z pełną świadomością przerzuca koszty pomocy osobom pozbawianym zatrudnienia - na ich rodziny. Co jednak w nierzadkich przypadkach, gdy rodzina nie podejmuje tego wyzwania albo jej po prostu nie ma? Taka "polityka" władzy którą Pan reprezentuje - jest wyrokiem śmierci dla osób samotnych, nie tylko starszych. Prowadzi do nieuchronnego stoczenia się do poziomu kloszarda, skrajnej desocjalizacji, kryminalizacji, śmierci na śmietniku. Jako "polityka państwa" to haniebne. Będzie to już stale związane z Pana nazwiskiem i funkcją.

Być może niezbędne jest stworzenie warunków do przejścia na wcześniejsze emerytury pewnej kontrolowanej liczby osób bezrobotnych, w formie jednorazowej ograniczonej akcji - przed wprowadzeniem reformy emerytalnej i z uwzględnieniem w nowych zasadach – kosztów tejże akcji. Alternatywą byłoby ustalenie na wzór innych krajów europejskich odrębnej emerytury przejściowej dla długotrwale bezrobotnych na czas do uzyskania praw emerytalnych na zasadach ogólnych. Wbrew pozorom koszty tego mogą być w dłuższym okresie czasu niższe, niż koszty pomocy społecznej przysługującej i niezbędnej dla tych osób.

Panie ministrze.

Te relacje finansowe muszą być analizowane łącznie, globalnie. To obojętne z której kieszeni wyjmuje się pieniądze, jeśli trzeba je wyjąć. Dlatego proponuję analizować to z punktu widzenia potrzeb człowieka a nie z punktu widzenia osobnych resortów i ich obowiązków, ich budżetów oddzielnie rozliczanych. To także musi być uwzględnione w konstrukcji reformy emerytalnej. Jedno wydaje się pewne: człowiek musi mieć jakieś dochody by żyć i nie można dłużej udawać, że się tego nie dostrzega, gdyż prowadzi to w prostej konsekwencji do gwałtownych wybuchów społecznych, niepokoju, zamieszek, ofiar i strat. Sytuacja taka wzmacnia i zasila ideologie lewicowe, co także wydaje się dziś niekorzystne.

Jeśli reforma emerytalna nie uwzględni realnej sytuacji, konieczności urealnienia kwot, a zwłaszcza faktu iż wielka liczba obywateli bez swojej winy nie może osiągnąć obecnie żadnych dochodów – skutki reformy nie będą stabilne, będzie istniała i ciągle dawała o sobie znać potrzeba zbliżenia obowiązujących przepisów do realiów życia, korekt, interwencji, a to może podważyć efekt wprowadzonych, niewystarczających zmian.

23/03/2012

38.
To zmiana wieku emerytalnego, a nie stażu pracy.

Zaroiło się nagle w mediach od ogłupiających wypowiedzi publicznych w sprawie reformy emerytalnej.
Jestem daleki od poddawania się przesadnej wierze w teorie spiskowe, z drugiej strony jednak wiem, że istnieje i działa wielka liczba ludzi, w tym i zawodowych dziennikarzy mających za zadanie siać niezrozumienie, mącić w głowach, mnożyć wersje tych samych wiadomości tak by nikt już nie był pewien, kto ma rację; czy ci co zaprzeczają sensowi reformy emerytalnej, czy ci co ją bezrefleksyjnie promują czy też ci co mają do tego stosunek ambiwalentny.
Widzę, że z wielkim naciskiem zaczyna być lansowane zdanie, że „wydłużenie pracy do 67 roku życia da wyższe emerytury”.

TO KŁAMSTWO.

TA REFORMA NIE POLEGA NA „PRZEDŁUŻENIU STAŻU PRACY DO 67 ROKU ŻYCIA”.

POLEGA ONA TYLKO NA PRZESUNIĘCIU DO 67 ROKU ŻYCIA CHWILI UZYSKANIA PRAWA DO EMERYTURY, NIE GWARANTUJĄC JEJ WYSOKOŚCI



Jest ogromne bezrobocie i stale się ono zwiększa. Szczególnie gwałtownie zaczęło przybywać kobiet bezrobotnych. W styczniu na przykład przybyło ponad sto tysięcy (100 000) kobiet bezrobotnych w porównaniu do nowych kilkunastu tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych mężczyzn. Tragicznie i to bez względu na płeć - wygląda sytuacja w grupie pracowników starszych, po umownie przyjętym pięćdziesiątym roku życia. Reforma wieku emerytalnego wydłuża czas oczekiwania na prawo do przejścia na emeryturę o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet. Rząd nie proponuje żadnych rzeczywistych działań zmniejszających bezrobocie, zwiększających szanse na zatrudnienie. Reforma wieku emerytalnego także nie zawiera takich działań, a powinny one poprzedzać wydłużenie wieku emerytalnego. Każdy kto chce pracować - powinien móc pracować i wówczas dopiero można wydłużać okres aktywności zawodowej przed uzyskaniem prawa do emerytury z ZUS. Zmiana ta jest obecnie nakierowana wyłącznie na oszczędności w budżecie, kosztem pogorszenia i tak już tragicznej sytuacji.

Przesunięcie o dwa lata wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę może wysokość emerytur powiększyć wyłącznie dla tych osób starszych w wieku przedemerytalnym, które będą gdzieś zatrudnione na zasadach generujących odprowadzanie składek społecznych (np. umowie o pracę). Pozostałe osoby, bezrobotne oraz te nieaktywne zawodowo będą musiały po prostu dłużej czekać na swoją głodową emeryturę.
Rząd powinien najpierw podjąć działania poprawiające sytuację na rynku pracy osób w wieku po 45 czy 50 roku życia, stworzyć szansę na rzeczywistą pracę do 67 roku życia, a potem dopiero wprowadzić zmianę wieku emerytalnego. Dziś – wydłużenie wieku emerytalnego jest wyłącznie działaniem antyspołecznym, cyniczną decyzją nie liczącą się z kosztami społecznymi, z kosztami ludzkimi.

Nikt jak dotychczas nie przedstawił publicznie propozycji działań alternatywnych do propozycji wydłużenia czasu oczekiwania na emeryturę, dających podobny efekt dla budżetu państwa. Jak się wydaje, patrząc i na inne kraje europejskie – przesunięcie wieku nabycia prawa do emerytury zdaje się nieuniknione. Działanie innych krajów (Niemcy – w 2010 roku) uwiarygodniają sensowność propozycji rządowej. Ale to nie może być działanie nie liczące się z realiami bezrobocia, nie liczące się z ofiarami. Emerytury trzeba zreformować, ale trzeba to zrobić od początku, we właściwej kolejności. Rząd Donalda Tuska zaczął od końca.

Obecna propozycja rządu przedłuża czas bezrobocia a nie czas pracy – do 67 roku życia, a to jest niedopuszczalne.

Wszyscy, którzy publicznie twierdzą, że Rząd proponuje „wydłużenie czasu pracy do 67 roku życia” – bezczelnie i karygodnie łżą i działają przeciwko społeczeństwu.

22/03/2012

37.
Pogadać jak Minister z pielęgniarką…

Nie, nie... Panu Ministrowi jak na razie   j e s z c z e   nic się nie stało... :)

Spotkanie Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych z Ministrem Pracy jakie dziś się odbyło - oczywiście w związku z konsultacjami w sprawie przesunięcia wieku emerytalnego, jest niezłym pretekstem do poruszenia pewnej sprawy. Związkowcy jak łatwo się domyśleć, argumentowali sprzeciw wobec tego projektu. Twierdzili, że wydłużenie okresu pracy pielęgniarek przed nabyciem prawa do emerytury jest groźne dla bezpieczeństwa pacjentów.

Otwiera to nowe możliwości, których się spodziewałem; rozpatrywania tego projektu przez jego przeciwników z punktu widzenia po kolei poszczególnych zawodów.
Nie dość, że już teraz zmiana wieku emerytalnego nie ma dotyczyć górników, wszystkich służb mundurowych, sędziów i prokuratorów no i w rolnictwie sytuacja jest całkiem niejasna pod tym względem, to teraz poszczególne branże będą jak przypuszczam walczyć po kolei „o swoich”. Mamy szansę otrzymać w ten sposób system dużo bardziej skomplikowany, najeżony wyjątkami, wyjątkami od wyjątków, regulacjami szczególnymi itp. – czyli tak zwany „polski bajzel” który Niemcy nazywają grzecznie  „das polnische mischmasch”.

Pisałem już o cwanych i oszukańczych argumentach pojawiających się po stronie Rządu w tej sprawie, głównie ministrów pracy i finansów oraz samego "herszta", szczególnie objawiających się w ostentacyjnym mówieniu o „wydłużeniu okresu pracy do 67 lat” a nie o „wydłużeniu okresu oczekiwania na nabycie uprawnień” – jak się powinno to zgodnie z prawdą określać, biorąc pod uwagę, że osoby te <strong>nie będą dłużej pracowały</strong>, przynajmniej duża ich liczba.

Ale okazuje się, że po drugiej stronie „konsultacji” także pojawiać się mogą podobnie irracjonalne albo po prostu nieuczciwe argumenty. Jednym z nich jest taki sposób przedstawiania sprawy: czy ktoś może sobie wyobrazić 66-letnią lekarkę przyjmującą pacjentów, 66-letnią pielęgniarkę na dyżurze w szpitalu, od której zależy bezpieczeństwo każdego z pacjentów jej powierzonych, albo 66-letnią tancerkę w balecie operowym czy nawet kasjerkę w sklepie?
To oczywiście argumenty tylko pozornie słuszne a w rzeczywistości skrajna demagogia. Irracjonalnie – taka argumentacja także odwołuje się do tego samego „przekrętu” jakim jest udawanie, że się nie odróżnia okresu „pracy do emerytury” od okresu „nabycia uprawnień do emerytury”. Projekt zmiany ustawy emerytalnej mówi jedynie o wydłużeniu do 67 lat okresu nabycia uprawnień do emerytury. Przed nabyciem uprawnień do emerytury w wieku 67 lat - można być na rencie ze względu na niezdolność do pracy, czasową albo stałą, można być na bezpłatnym urlopie, na bezrobociu, można być czasowo nieczynnym zawodowo - byle mieć wymagany wcześniejszy okres składkowy i nieskładkowy łącznie 25 lat. Uprawnienie do emerytury nie wymaga wcale bezwzględnej pracy bez przerwy do ukończenia 67 roku życia.

O tyle fałszywe czy wręcz demagogiczne jest mówienie z jednej strony o podwyższeniu kwoty emerytury dzięki dłuższej pracy a z drugiej strony o konieczności tańczenia w balecie do ukończenia 67 roku życia. To skrajnie nieuczciwa demagogia z obu stron.
Powtórzę więc jeszcze raz: podwyższenie wieku nabycia uprawnień do emerytury to jedno a realna możliwość utrzymania zatrudnienia do tego wieku – to co innego. Najpierw trzeba było - dzięki wcześniejszym reformom - zapewnić realne szanse rzeczywistej pracy do wieku 67 lat (abstrahując od zawodu), tak by wystąpił efekt zwiększenia wymiaru emerytury przez dłuższy czas płacenia składek do IKE, a dopiero wtedy wystąpić z końcowym etapem reformy – zmianą ustawy emerytalnej co do wieku nabycia uprawnień emerytalnych.
Zresztą jeśli ktoś ukończy 67 rok życia pracując, to wcale nie znaczy, że MUSI pracę już zakończyć i odejść na emeryturę; to znaczy że ma takie uprawnienie ale jeśli porozumie się z pracodawcą co do dalszego zatrudniania – może pracować dalej i pobierać emeryturę (zgodnie z obecnie obowiązującym prawem).

Co do owych „67-letnich baletnic” – jak byśmy nazwali ogólnie ten problem:
Każda praca ma swoją specyfikę, charakterystykę. Charakterystyki te są opracowywane i udostępniane w postaci opisów dostępnych w WUP, PUP , w punktach doradztwa zawodowego i w Internecie. Także w procesie nauki można zdobyć wszelką wiedzę dotyczącą zagrożeń długości pracy w danym zawodzie. Na przykład w zawód tancerki baletowej jest już z góry i z natury wpisana nieubłagana „sezonowość” pracy bezpośrednio artystycznej. Podobnie i wśród modelek. Każda tancerka wie doskonale, że - choć to też trochę od niej zależy, to ma przed sobą bardzo krótki okres bezpośredniego uprawiania zawodu artystycznego; 10 lat, może 20 lat. W każdym razie z pewnością nie do emerytury nawet i w wieku 55 lat. Dużo krócej. Ale ktoś musi przecież uczyć nowe tancerki i osoba która ma za sobą etap pracy na scenie – jest do tego najlepiej przygotowana. To samo można wykazać na przykładzie sportowców, bokserów (których do sportowców nie zaliczam), pilotów – szczególnie wojskowych itp. Ogólnie – w wiele zawodów wpisana jest z natury ich czasowość i musi istnieć, przeważnie też istnieje jakaś dalsza droga. Mało tego: człowiek uprawiający ten zawód i wiedzący o tym fakcie „sezonowości” – sam powinien myśleć o swojej przyszłości. Tenisiści zakładają szkoły tenisowe albo produkują sprzęt. Bokserzy lubią inwestować oszczędności w branżę restauratorską. Generalnie przecież każdy człowiek sam odpowiada przed sobą za swoją przyszłość, drogę zawodową, także za możliwość wycofania się z tej drogi, przydatność zdobywanej wiedzy. Przecież każdy człowiek ma "rzeźbić" swoje życie tak jak chce ale i mieć coś w zanadrzu na chwilę nieprzewidzianych problemów czy zmian. Na tym polega mądrość życia i nikt a już z pewnością nie Państwo nikogo w tym nie zastąpi, może co najwyżej nieco dopomóc lub  utrudniać.

Wracając do pielęgniarek i położnych: każdy człowiek pracuje w swoim zawodzie do kiedy może. Jeśli staje się niezdolny do wykonywania swojej pracy uzyskuje orzeczenie o stopniu niepełnosprawności, zgodnie z którym podejmuje taką pracę którą jako osoba niepełnosprawna jest w stanie wykonywać. Jeśli całkowicie nie jest w stanie pracować – otrzymuje rentę. Jeśli jest w stanie wykonywać swoje obowiązki w danym zawodzie – to pracuje nawet i do samej emerytury. Dlatego argument związkowców o „67-letniej pielęgniarce” jest tak bardzo demagogiczny. Ale związkowcy mają prawo do swojego punktu widzenia a może i nawet mają taki obowiązek wobec płacących składki związkowe.

Jest tu istotnie problem, tylko się o nim zbyt mało mówi. Sprawa kształtowania kariery zawodowej, odpowiedniej informacji. Sprawa tzw. zarządzania wiekiem w firmach, także i produkcyjnych. Pielęgniarka, jeśli już nie może z pełną odpowiedzialnością pełnić dyżurów na oddziałach szpitalnych, może mogłaby być pielęgniarką towarzyszącą lekarzowi rodzinnemu. Może mogłaby jeszcze być opiekunką osoby starszej wymagającej opieki pielęgniarskiej, pracownikiem DPS-u . W końcu – mogłaby być pracownikiem ewidencji medycznej, rejestracji, wykonywać prace biurowe w szpitalu – wymagające wiedzy zawodowej o sprawach medycznych i organizacyjnych ochrony zdrowia. Wcale nie jest nigdzie powiedziane ani nikomu gwarantowane, że będzie pracował bezpośrednio w swoim zawodzie aż do emerytury. Oczywiście nie można człowieka pozostawić samemu sobie z tym problemem, pracodawca powinien mieć to na uwadze. Powinien istnieć system prawny tzw. ustaw około emerytalnych obejmujących i to zagadnienie. Na dodatek – to powinno być wprowadzone wcześniej, przed wydłużeniem czasu oczekiwania na nabycie uprawnień do emerytury.

Dziś jest zupełnie odwrotnie. Rejestratorką, pracownikiem biurowym szpitala nie może być pielęgniarka która już nie może pełnić odpowiedzialnych dyżurów ze względu na wiek czy stan zdrowia. Nie może, bo stanowiska te są najczęściej obsadzane ludźmi młodymi na zasadach nepotyzmu i prywaty. Wiadomo, że przysłowiowa córeczka czy wnusia wielkiego pana prezesa, dyrektora czy radnego musi mieć pracę, przecież nie zarejestruje się w Urzędzie pracy razem z tą „hołotą” – więc załatwiana jej jest praca biurowa; w urzędzie, w szpitalu, w samorządzie… Tak samo często z (mamin)synkami i rozpieszczonymi wnusiami panów prezesów, którym już znudziło się siedzenie w domu i popalanie „marychy” po kątach; tatuś załatwi „odpowiednią” pracę…

Ja tak świadomie przejaskrawiam, wyszydzam i drwię - ale chcę dobitnie tu przedstawić, co dziś funkcjonuje zamiast „zarządzania wiekiem pracownika” czy odpowiednią polityką kadrową związaną z osobami starszymi. Rząd miał obowiązek dotychczas się z tym uporać, uporządkować sprawy około emerytalne zanim wystąpił z obecnym projektem. Ale wszystko wskazuje na to, ze pan Premier jest tu po prostu zakładnikiem własnej administracji, zamiast zapowiedzianego ograniczenia administracji, nastąpił jej gwałtowny rozrost o dziesiątki tysięcy stanowisk. Najprawdopodobniej – stanowisk zupełnie niepotrzebnych, a uszykowanych dla wnuczek i synalków, którzy przecież nie mogą być bezrobotni. Zresztą – jak powiedział wicepremier Pawlak oskarżany przez prasę o nepotyzm – „nie ma nic złego w tym, że syn pójdzie w ślady ojca”…  a córeczka w ślady matki – chciałoby się dopowiedzieć.

Nie ma więc mowy o tym, aby 67-letnia „babcia” musiała być czynną pielęgniarką – jeśli nie może, ale też nie ma obecnie mowy o tym, aby mogła być przesunięta odpowiednio wcześniej na inne zbliżone stanowisko na którym także korzystałaby ze swojej wiedzy – bo stanowisko to musi być dla córeczek i wnusi „Pana Prezesa”.
Dlatego, gdy pielęgniarka już nie będzie mogła być pielęgniarką, będzie musiała na zasiłku, na jałmużnie z opieki społecznej doczekać do wieku w którym będzie mogła przejść na wypracowaną już emeryturę i emerytura ta może być dużo niższa, niż gdyby pracowała przez cały czas do wieku 55 lat i w tym wieku przeszła na emeryturę.

Na tym właśnie polega oszustwo władzy.

20/02/2012

35.
Podejrzana reprezentacja narodu…

W artykule pt. Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…? znalazł się fragment dotyczący projektu zmiany wieku emerytalnego; fragment do którego chciałbym powrócić, by go nieco rozwinąć.

„…Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa z PSL– jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, zachowują się jawnie nielojalnie jako koalicjant - apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie – do polityków i ich nieodpowiedzialnych „zagrywek” w których społeczeństwo jest częściej piłką niż graczem lub sędzią…”


Polska „klasa polityczna” zachowuje się od lat dziwacznie. Wydawałoby się oczywiste, że do władzy, do podejmowania decyzji, do zarządzania, realizacji prawa i jego ustalania – społeczeństwo powinno delegować najlepszych swoich przedstawicieli, jednostki wybitne i merytorycznie i moralnie. To po prostu logiczne. Tymczasem widzimy zjawisko dokładnie odwrotne. Nie chodzi o jednostki, jednostkowy przypadki czy wybryki - bo jakiś margines jest wszędzie gdzie jest człowiek; afery uwidaczniają się w każdym społeczeństwie i na każdym kontynencie, ale u nas margines raczej stanowią ci kompetentni i normalni.

Musi być jakaś przyczyna a leży ona i w jakości wychowania i kształcenia młodego pokolenia – od dawna, i w systemie politycznej reprezentacji. Systemie partyjnym.
To skomplikowany problem którego nie chcę tu analizować szczegółowo (dobry temat na pracę doktorską), ale trzeba sobie zdać sprawę, że jak świadczą fakty - rządzą nami najgorsi i najgłupsi i że to system wyłaniania Rządu, Sejmu czy Senatu decyduje o najdrobniejszym nawet szczególe codziennego istnienia każdego obywatela, o jego losie, jakości życia a nawet i jakości pogrzebu. Los i jakość życia każdego z nas zależy od tego bezpośrednio.
Co do zasady warto więc chyba zastanowić się co zrobić, by społeczeństwo kształciło młode kadry stanowiące tę właściwą, rzeczywistą elitę decyzyjną i wykonawczą władzy, no i by władza wywodziła się z tych właśnie osób przygotowanych do pełnienia funkcji administracyjnych i decyzyjnych. To przerażające ale i absurdalne że ludzie wydają się tego zupełnie nie rozumieć.

Odnoszę wrażenie, że władza i „elity decyzyjne” dotychczas były przypadkowe, a przede wszystkim od czasów Mazowieckiego – po prostu amatorskie. Czy młodzieniec słabo się uczący, kiepsko dopilnowany przez rodziców zajętych pracą i borykaniem się z „komuną”, popalający „trawkę” z kumplami po kątach i niezbyt na dodatek utożsamiający się z Polską - – to rzeczywiście idealny kandydat na przyszłego premiera? Minione afery i sprawy po części tylko ujawnione przez Sejmowe Komisje Śledcze – dowodzą nam, że do władzy, Sejmu i Rządu dostaje się najgorszy element społeczny, najgorszy „sort” obywateli. To były często wręcz pokazy cynizmu, krętactwa, prywaty, nepotyzmu, niekompetencji, nieuczciwości, prostactwa, prymitywizmu moralnego.

Zostawiamy to przypadkowi i obcej agenturze układającej nasze losy znacznie skuteczniej niż my sami. Ale czy ciągłe grzebanie w systemie szkolnictwa, spadająca jego jakość, promowanie marihuany i jej depenalizowanie nie spowoduje, że gdy przyjdzie czas na zmianę pokoleniową we władzy, znów będziemy mieli zaćpanych i niedouczonych, nafaszerowanych "dopalaczami" i otumanionych grami komputerowymi kandydatów „na haju”? Powierzymy im nasz los?

Może to apel idealisty, ale uważam, że czas z tym skończyć. Społeczeństwo w geście samoobrony musi to zmienić i MOŻE to zmienić – tak jak powstrzymało ACTA.

19/02/2012

32.
Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…?

Premier Donald Tusk wypowiada się butnie na temat projektu zmian wieku uprawniającego do emerytury, oficjalnie stawiając wszystko na jedną kartę, wspierając projekt całym swoim autorytetem (?), oraz nie dając żadnego pola do ustępstw, negocjacji, dyskusji. Twierdzi, że i tak nie miał zamiaru ubiegać się o kolejną kadencję, więc ryzykuje w tej sprawie cała swoją pozycję i dorobek polityczny, ale nie przyszłość.
Nie bardzo rozumiem w takim razie, po co ogłoszono w tej sprawie konsultacje społeczne w Ministerstwie Pracy i Spraw Społecznych. Wydaje się, że to tylko formalność, aby nikomu nie przysługiwał zarzut, jak w sprawie ACTA, że konsultacji społecznych nie było. Premier rozgłasza publicznie, że za wszelką cenę, nawet „na siłę” (?) przeforsuje projekt zmian wieku emerytalnego, więc „konsultacje” są tu tylko cynicznie potraktowaną formalnością.

Przyznam, że nie uważam się obecnie jeszcze za przeciwnika tej reformy, ale Rząd - taką postawą - niewątpliwie ze mnie przeciwnika uczyni.

Uważam, że do dyskusji, ale poważnej i rzeczywistej dyskusji a nie fikcyjnej – jak obecnie, jest przede wszystkim kolejność wprowadzania zmian w systemie emerytalnym. Nawet traktując rzecz logicznie, ta właśnie proponowana obecnie zmiana powinna być zmianą ostatnią, kończącą reformę a nie działaniem wstępnym i prawdopodobnie jedynym.
Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa – jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie do polityków i ich nieodpowiedzialnych "zagrywek" w których społeczeństwo jest częściej piłką niż sędzią...

Przeciwnikiem reformy wydaje się też absurdalnie Minister Finansów, gdyż swoim cynicznym i fałszywym na wskroś przedstawianiem sprawy w „mediach” po prostu podbudowuje nieufność społeczeństwa. Pan Rostowski twierdzi że środowiska kobiece naciskają na przyjęcie zmiany wieku emerytalnego, gdyż jeśli kobiety nie będą pracowały do wieku 67 lat, to będą one bardzo poszkodowane dlatego, że z powodu krótszej pracy będą miały dużo niższe emerytury.

W rzeczywistości mamy następującą sytuację: obecnie jest w Polsce ok. 750 000 osób z grupy wiekowej „50+” których nikt nie chce zatrudnić. Celowo i świadomie nie piszę że „nie ma dla nich pracy” ale że nikt ich „programowo” choć z nieznanych powodów nie chce zatrudnić. Te "nieznane powody" - to wiek. To nic, że to złamanie prawa obowiązującego w Unii Europejskiej... Wielokrotnie przysłuchiwałem się dyskusjom ekspertów na ten temat, głównie z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” i zapytani o to – dziwnie się „wywijają” od odpowiedzi… Jedyna rzeczowa odpowiedź, jaka pada w takiej sytuacji, to stwierdzenie, że pracodawcy boją się wejścia pracownika w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy (cztery lata przed nabyciem uprawnień do emerytury). To oczywiście blef, oszustwo, bo w obecnej sytuacji, gdy mężczyzna przechodzi na emeryturę normalnie w wieku 65 lat, wchodzi we wspomniany okres ochronny w wieku 61 lat, dlaczego więc pracodawca miałby „się bać” zatrudnić mężczyznę 55-letniego - na 6 lat, 58-letniego - na 3 lata czy 60- letniego na kilka miesięcy? Nie ma powodu. Kiedy media trąbiły o tym, jak złe są umowy o pracę na czas nieokreślony - pełno było propagandy na temat mobilności zawodowej pracowników, konieczności przygotowania do wykonywania wielu zawodów, gotowości do częstego zmieniania pracy, zachwalano pracę czasową i tymczasową, umowy "śmieciowe" itp. Kiedy teraz można zatrudnić 55-latka na czas określony np. 5 lat - to nagle pracodawcy twierdzą, że to zbyt krótko, szukają pracowników długoterminowych, na stałe i mimo że 55-latek ma przed sobą jeszcze 6 lat do wejścia w ten "straszny" okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy - zatrudnienia z tego powodu nie znajdzie. Tu widać wyraźnie, że to tylko gra pozorów, pretekst a właściwy powód jest inny. Powód jest zupełnie inny, ale leży on w sferze czynników wymienianych w przepisach o zakazie szykanowania i nierównego traktowania, i dlatego pozostaje on publicznie niejawny. W Polsce ludzie ci są masowo i skrycie nierówno traktowani jako kandydaci do pracy. To bezprawie… z całym błogosławieństwem prawa.

W Polsce jest obecnie 2 miliony trzysta tysięcy bezrobotnych. Prócz tych 750 000 osób bezrobotnych w wieku „50+” - wiadomo też, że w Polsce jedynie 34% osób w wieku z grupy 55 – 67 lat jest zatrudnionych. Więc dwie trzecie ludzi w tym wieku nie pracuje. Proponowane zmiany z tego powodu wcale nie spowodują wydłużenia czasu pracy przed nabyciem uprawnień do emerytury. Stosuje się tu propagandowy trick. To oszustwo powtarzane przez Ministra Rostowskiego. Zmiany te spowodują jedynie wydłużenie o dwa lata czasu oczekiwania na nabycie prawa do przejścia na emeryturę i - w przypadku braku zatrudnienia który jest niemalże normą - spowodują zmniejszenie wymiaru emerytury.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje wzrostu ilości miejsc pracy, których drastycznie brakuje z powodu realizowanej ideologii gospodarczej, braku ochrony przez Polskę własnej gospodarki w Unii - nie spowoduje też nagłej zmiany nastawienia pracodawców do kandydatów do pracy z tej grupy wiekowej.

Ustalenie wieku emerytalnego na 67 lat nie spowoduje, że ludzie będą pracowali do wieku 67 lat, skoro teraz dużo młodsi nawet - już nie znajdują zatrudnienia ze względu na wiek i nie mają na pracę żadnej szansy.

Wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat spowoduje za to, że ludzie będą dłużej oczekiwać na swoją emeryturę. Nie ma dziś żadnej gwarancji, że będzie dla nich praca, więc będą dłużej czekać na bezrobociu, na zasiłku z opieki społecznej lub na utrzymaniu rodziny. Będą się o dwa lata dłużej tułać po różnych zasiłkach, żebrać o pomoc społeczną, wegetować w złych warunkach obciążając w najlepszym dla nich razie swoich krewnych. W związku z tym – nie będą powiększać swojego kapitału w IKE, bo nie będą wpłacane regularne składki a jeśli w pewnych okresach składki będą płacone – to w minimalnej wysokości, dużo niższej niż w przypadku pracy zarobkowej. Ludzie ci będą też wcześniej umierać z powodu braku opieki i złych warunków życia, braku środków na właściwe odżywianie i leczenie potrzebne ludziom starszym.
Dlatego w takim stanie „rynku pracy” – wydłużenie czasu oczekiwania na przejście na emeryturę bardzo pogorszy sytuację wielu osób.

Dlatego też wspominałem na wstępie o kolejności działań reformujących emerytury; najpierw trzeba poprawić sytuację w stanie zatrudnienia osób w wieku „50+”, zmniejszyć bezrobocie i to w sposób rzeczywisty a nie „ewidencyjny” a na końcu dopiero wydłużyć wiek przechodzenia na emeryturę.
Realnym (i antyspołecznym) skutkiem przesunięcia wieku emerytalnego będzie przesunięcie płatności emerytur o dwa lata a także wzrost ilości przypadków gdy senior wegetujący na zasiłku socjalnym nie doczeka swojej emerytury z powodu właśnie tych nieludzkich warunków życia i umrze przed nabyciem praw do emerytury (w takiej sytuacji jego IKE zasila zasoby systemu emerytalnego). Ponadto – z powodu bezrobocia w tej grupie wiekowej, środki zebrane na IKE będą mniejsze (dodatkowe dwa lata braku wpłat składek emerytalnych lub wpłaty minimalne zamiast tych uzależnionych od osiąganej płacy – bo składka jest przecież procentowa).
Można więc zapytać, jakie to będzie miało ogólne skutki finansowe.

Dwutygodnik „Forbes” wyliczył to kwotowo na podstawie materiałów rządowych dostarczonych w uzasadnieniu projektu:
Operacja podwyższenia i zrównania wieku emerytalnego już
w 2013 roku dałaby efekt „oszczędności” 600 milionów złotych.
W 2014 roku byłoby to 2 miliardy 400 milionów zł.
W 2015 roku – 5 miliardów 500 milionów zł.
W 2016 roku efekt zmian wyniesie 10 miliardów zł.
W 2017 roku – 18 miliardów zł.
W 2018 roku „oszczędności” wyniosą już 26 miliardów 400 milionów zł.
W 2019 roku – 35 miliardów 200 milionów zł.
W 2020 roku – efekt wyniesie 48 miliardów 700 milionów zł.

Powiedzmy sobie szczerze: te kwoty „oszczędności” – to jest suma niewypłaconych ludziom emerytur; niewypłaconych w czasie w jakim powinny być wypłacone wg obecnego stanu przepisów.

Zmiany są nieprzygotowane i proponowane „od końca”, w niewłaściwej kolejności. Ale co do zasady mogą być słuszne. Czy Rząd będzie w stanie w trybie pilnym od początku właściwie przygotować tę reformę?

13/02/2012

30.
Jeśli instrumenty (rynku pracy) nie grają, to trzeba je naprawić, zmienić, nastroić, albo… wymienić muzyków!

Niedawno pisałem o kolejnym "rozpoczęciu" kolejnych nic nie dających działań w Urzędzie pracy.
Przedstawiłem tam tezę zaskakująca nawet dla mnie; że wszelkie te bezcelowe działania wynikają z „Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”, czyli w zasadzie nie obciążają Urzędów Pracy - jako mających za zadanie ustawę wykonywać. Ustawę powołał do życia Parlament zdominowany przez Platformę Obywatelską, a więc odpowiada ona celom i priorytetom politycznym Platformy Obywatelskiej. Platforma legitymuje się zwycięstwem wyborczym, co ma swoją wymowę - pomimo, że zwycięstwo to było możliwe dzięki "straszakowi PiS", że ludzie oddający swoje głosy na Platformę, tak naprawdę głosowali nie na PO a przeciwko PiS… no i co najmniej dwa miliony z nich – przeciwko sobie, swoim najistotniejszym interesom do jakich należy wykonywanie najemnej pracy zarobkowej, jako źródło podstawowego dochodu niezbędnego do życia.
Bo żeby żyć, trzeba mieć źródło dochodu dające jakieś minimalne środki wystarczające do zaspokojenia podstawowych potrzeb, absolutnie choćby zasadniczych potrzeb biologicznych.

To rzecz która mnie niesłychanie zadziwia, wprawia w zdumienie; tyle ludzi wypowiada się na temat bezrobocia, ale najczęściej zupełnie pomijają milczeniem prosty ten właśnie fakt: pracuje się dla środków do życia! A jeśli się nie ma zatrudnienia to nie ma środków do życia. To jest zresztą inny temat, obszerniejszy: maniera pomijania we wszelkich wystąpieniach banalnego tematu pieniędzy, jako czegoś praktycznie niezbędnego. Są całe biblioteki tomów bełkotu na temat "zwalczania bezrobocia", o tym jak pisać CV żeby zgrabnie oszukać pracodawcę, że jesteśmy kimś - kim nie jesteśmy, jak oszukać kandydata do pracy że mu zapłacimy tyle, ile on sobie wyobraża że dostanie, ale nigdy tam nie ma odpowiedzi na proste pytanie: jak ma żyć, ktoś kto z powodu przekroczenia 50 roku życia nie może znaleźć żadnego zatrudnienia i nie dostaje też zasiłku dla bezrobotnych. To temat - tabu dla oszołomów "liberalnych", podobnie zresztą jak i dla ludzi PiS czy tak zwanej nie wiedzieć dlaczego - "lewicy" (to chyba od "dwóch lewych rak", bo z pewnością nie od postawy politycznej). Gdy więc jakiś prosty człowiek wreszcie ma okazję i zapyta wprost samego Premiera o tę właśnie sprawę; Panie premierze - jak żyć? - potrafi go oczywiście lemingowe oszołomstwo wdeptać w ziemię, ośmieszyć itp. premier - jak to ma w zwyczaju - nie odpowie, podobnie jak inni, nagle nawróceni na nową, liberalną "wiarę" też nie potrafią odpowiedzieć, bo by musieli po prostu powiedzieć prawdę: jak nie wiesz "jak żyć" toś sama sobie winna i trudno: trzeba będzie zdechnąć.. Ich zdaniem to jedyna możliwa odpowiedź, nacechowana głębokim liberalizmem.

Jeśli bezrobotny nie zostaje zatrudniony to nie ma dopływu środków niezbędnych do życia. By dostać zasiłek dla bezrobotnych, trzeba spełnić rygorystyczny warunek, właściwie nie wiadomo z czego wynikający, dotyczący okresu opłacania składek na Fundusz Pracy i spełnia go statystycznie jeden na pięciu bezrobotnych. To oznacza, że 80% bezrobotnych nie ma zasiłku, a ci co go otrzymali, utracili to prawo po kilkunastu miesiącach pobierania zasiłku, nie otrzymując w tym czasie żadnej oferty pracy.

Pomoc społeczna jest tak zorganizowana, że jest przeznaczona w zasadzie dla ludzi całkiem upadłych, całkiem bezwolnych, wyzbytych już całkowicie z umiejętności i ochoty radzenia sobie samodzielnie. Cała polityka Państwa niejako produkuje takie osoby, bo jeśli ktoś bardzo długo nie ma zatrudnienia i nie ma zasiłku dla bezrobotnych, musi zwrócić się do opieki społecznej a ta mu nie pomoże, jeśli nie okaże się kimś bezwolnym, pozbawionym godności ludzkiej, całkowicie podporządkowanym zarządzeniom swojej „opiekunki”. Pomoc społeczna nie działa zapobiegawczo, nie pomaga prewencyjnie w co wręcz trudno jest uwierzyć. Człowiek walczący o to by się nie stoczyć - nie uzyska tam pomocy. Trzeba być zasikanym i śmierdzącym pijakiem, leżącym w krzakach - by uzyskać pomoc a pomoc ta odbiera resztki samodzielności, odpowiedzialności, woli i godności osobistej.
Pomoc społeczna nie pomaga ludziom zagrożonym bezdomnością w tym, by nie utracili swojego dachu nad głową, tłumacząc to tym, że ma swoje ośrodki opiekuńcze, domy pomocy społecznej. Czekają aż ktoś upadnie do poziomu kloszarda, stanie się pijakiem, straci mieszkanie i całkowicie bezwolny, pozbawiony godności osobistej - przyjdzie prosić o pomoc, wtedy często pomagają choć nie zawsze, w ten sposób, że robią z człowieka kukłę, zastępując go całkowicie w jego życiu, decyzjach pozbawiając go woli.
Wielu ludzi dziwi się ostatnio, że nawet w największe mrozy część bezdomnych nie chce iść do noclegowni czy do ogrzewanych doraźnych schronień przygotowanych przez opiekę społeczną. Właśnie dlatego, że mają jeszcze odrobinę godności. I odwrotnie: mają jeszcze odrobinę godności dlatego, że odmawiają pójścia tam.

Jeśli już ktoś stara się o zapomogę pieniężną z pomocy społecznej, dowiaduje się, że jest to tylko dofinansowanie do już uzyskiwanych dochodów, jeśli nie przekraczają pewnej granicy. Inaczej – jeśli ktoś zarabia zbyt mało, to może otrzymać pomoc. Kwota ta dla osoby samotnie prowadzącej „gospodarstwo domowe” wynosi maksymalnie dwieście kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Jeśli ktoś zarabia kilkaset złotych (choćby 500 czy 600) to z takim dofinansowaniem może i ma szansę jakiś czas przetrwać, oczywiście poza Warszawą i innymi wielkimi miastami, gdzie są stosunkowo duże dochody ale i wysokie koszty życia. Mając te 800 czy 900 zł netto na jedną osobę - można przetrwać jakiś czas, licząc że nieco więcej niż połowa idzie na mieszkanie i opłaty...

Ale co jeśli nie zarabia ani nie ma prawa do żadnego świadczenia, choćby tak niskiego?
Panowie "gentelmeni" z Rządu Platformy Obywatelskiej, ci co nie rozmawiacie o pieniądzach ale je macie; przecież jeśli ktoś nie może uzyskać zatrudnienia i jednocześnie nie dostanie prawa do zasiłku - to nie ma dochodów! Żadnych dochodów. Jest żebrakiem (na ulicy albo u krewnych) albo "coś kombinuje" o czym coś piszą w Ustawie Kodeks Karny. Jeśli nie ma dochodów to nie dostanie też dofinansowania z pomocy społecznej do zbyt niskich dochodów. Bardzo jestem ciekaw co wy myślicie na ten temat; wierzycie w cuda, oduczacie ludzi od jedzenia jak ten słynny Cygan swoją szkapę, czy może produkujecie przestępców?

Patrzę właśnie na dane dotyczące bezrobocia w Szczecinie (powiecie – Miasto Szczecin) z 31.12.2010 roku, czyli dotyczące roku 2010.
Ogólna liczba bezrobotnych – 16.500 osób.
W wieku „45+” – 6274 osoby.
Bezrobotni w okresie powyżej 2 lat – 915 osób.
Długotrwale bezrobotni – 6223 osoby.
Bezrobotni bez żadnych kwalifikacji – 4913 osób.
Bezrobotni bez wykształcenia średniego 8850 osób.

Dane te wynikają na zasadzie skutku z konkretnej polityki PRL; dawne woj. szczecińskie a teraz zachodniopomorskie było pozbawionym dużego przemysłu „zagłębiem PGR-ów” i drobnych, rodzinnych gospodarstw rolnych, nieliczny przemysł potrzebował ludzi z przyuczeniem do zawodu lub po obowiązkowej podstawówce, klasa robotnicza nie mogła być zbyt mądra. To są te okoliczności które Państwo miało obowiązek uwzględnić w swojej obecnej polityce związanej z transformacją i uwzględniło… na papierze, w „programie solidarności społecznej dla 50+” Michała Boniego. Programie fikcyjnym, oczywiście nie w znaczeniu kosztów a raczej skutków.

Tak wielka ilość ludzi bez kwalifikacji wymagałaby mądrze prowadzonych szkoleń zawodowych dających jakieś kwalifikacje, nawet nie tylko „jakieś” a konkretnie takie jakie są potrzebne w obecnej sytuacji gospodarczej. Jednocześnie widzimy tu jednak po pierwsze całkowity brak zaangażowania środków unijnych, szkoleń i kursów finansowanych z EFS. Opublikowano też kilka dni temu plan szkoleń zaplanowanych do przeprowadzenia przez Powiatowy Urząd Pracy w 2012 roku. Zaplanowano szkolenie nie więcej jak 140 osób bezrobotnych. 140 osób przy prawie 5000 osobach bez kwalifikacji. Ale dla urzędników to nie jest ważne; odbyły się szkolenia? Odbyły. Ważne że wydano pieniądze, zrealizowano budżet…

W jednym z poprzednich tekstów pisałem o tym, że staże dla osób bezrobotnych stały się w praktyce ich realizacji czymś całkowicie absurdalnym, zupełnie nie dającym spodziewanych efektów a wykorzystywanym jedynie przez „elitę” dla swoich celów, zarówno po stronie przedsiębiorców – dla uzyskiwania darmowej siły roboczej, jak i po stronie pracodawców – dla „protekcji” swoich protegowanych, by mogli sobie dorobić pobierając spore stypendium szkoleniowe.
Tymczasem w założeniach staże miały być głównie dla osób młodych, absolwentów nie posiadających żadnego stażu pracy, co było bardzo częstym powodem odmowy zatrudniania ich, jak i dla osób w wieku „50 plus” – które zostały przekwalifikowane z powodów strukturalnych i dlatego w nowym zawodzie także nie posiadały doświadczenia. Błędem było to, że to pracodawcom nadano prawo inicjatywy w organizowaniu takich staży a powinien robić to Urząd Pracy kierując się znanymi sobie przecież potrzebami osób zarejestrowanych. Jeszcze większym błędem było nadanie pracodawcom prawa do wskazywania osoby dla której chcą oni zorganizować staż, bo otworzyło to drogę do „znajomości” i prywaty i de facto wyłączyło ten instrument wobec osób rzeczywiście bezrobotnych i rzeczywiście potrzebujących stażu, tych od dawna zarejestrowanych w PUP.

W jeszcze większym stopniu dotyczy to prac interwencyjnych i robót publicznych, o czym pisałem w poprzednim felietonie.

12/02/2012

29.
Prace Interwencyjne i Roboty Publiczne – świetne pomysły… wypaczone i skompromitowane.

Na początku lutego (jak ten czas leci...) pisałem o stażach dla osób bezrobotnych, finansowanych ze środków Funduszu Pracy, a zwłaszcza o fatalnym wypaczeniu i zniszczeniu tego pomysłu, doprowadzeniu go do absurdu przez Urząd Pracy, tak jak ja to widzę i rozumiem.

Rozpoczęły się działania pozorowane w Urzędach Pracy

Kolejnym „instrumentem rynku pracy” są prace interwencyjne i roboty publiczne.
Jest to forma interwencji Państwa w tak zwany „rynek pracy”, polegającej na częściowym dotowaniu zatrudnienia dla osób, które dzięki temu powinny uzyskać trwałe zatrudnienie i wyjść z sytuacji bezrobocia. Można to w zasadzie traktować jako formę potrzebnej kontynuacji działania poprzez staże w pełni dotowane, jakie opisałem wcześniej, ale niestety także i kontynuacji wypaczenia jakie opisywałem w odniesieniu do staży, a więc kontynuację w całym tego słowa znaczeniu.

Ma to szczególne znaczenia dla osób posiadających pewną wiedzę i umiejętności ale bez żadnego doświadczenia zawodowego (stażu pracy), gdyż właśnie ten brak doświadczenia praktycznego bardzo często powoduje niechęć do ich zatrudniania. Pracodawcy poszukują przecież kandydatów idealnych, już doświadczonych i wdrożonych do pracy przez innego pracodawcę. Ma to więc znaczenia dla aktualnych absolwentów studiów i szkół zawodowych, ale także dla osób przekwalifikowanych z powodu potrzeby dopasowania ich umiejętności do lokalnych potrzeb. Wśród tychże osób przekwalifikowanych najczęściej są ludzie starsi niż absolwenci, często w wieku tzw. „50+”. Uzyskali oni nową wiedzę w ramach kursów i szkoleń na jakie uczęszczali jako bezrobotni, ale nie mają praktyki w stosowaniu tej wiedzy; zresztą do każdej pracy trzeba się najpierw dopasować, „wpracować się w nią” jak to się potocznie określa i dotyczy to absolutnie każdego.

Otóż idea była świetna: w takiej sytuacji osoba chętna i zdeterminowana, zdecydowanie starająca się o to, powinna być kierowana najpierw na staż (3 – 6 miesięcy) który jest dla zachęty pracodawcy w pełni dotowany z FP i w jego trakcie osoba ta wykonuje pod nadzorem „opiekuna stażysty” konkretną, weryfikowalną pracę na zasadach „wpracowania się”, otrzymując za to stypendium stażowe z FP, pracuje z wykorzystaniem nabytej wiedzy teoretycznej i jej samodzielnym uzupełnieniem w razie potrzeby. Po zakończeniu takiego stażu pracodawca może zatrudnić taka osobę czasowo lub na czas nieokreślony, albo zawrzeć z nią umowę cywilną. Jeśli to nie wystarczy do uzyskania trwałego zatrudnienia, natychmiast po stażu osoba ta może być skierowana do zatrudnienia na zasadach prac interwencyjnych, w połowie dotowanych z FP a w połowie – płatnych przez pracodawcę, gdzie także pracuje na zasadach samodzielnej pracy za wynagrodzeniem, na okres np. 12 miesięcy. Refundacja około połowy kosztów zatrudnienia (płaca i składki na ub. społ.) niewątpliwie jest oszczędnością i zachętą dla pracodawcy a także nieocenioną pomocą dla osoby bezrobotnej, pozwala rzeczywiście nabyć doświadczenie i pewność w wykonywaniu nowej pracy.
Jeśli nawet instytucja zatrudniająca taką osobę nie jest zainteresowana kontynuowaniem jej zatrudniania po okresie prac interwencyjnych, bez dotacji, to osoba ta powinna być już na tyle samodzielna zawodowo i psychicznie „utwierdzona” w swoim poczuciu wartości (utraconym z powodu bezrobocia), że powinna szybko samodzielnie uzyskać jakieś inne zatrudnienie… chyba że należy do grupy „50+”, która jest bezwzględnie wypychana z rynku pracy, irracjonalnie i bez względu na umiejętności i kompetencje; jest po prostu eksterminowana przez rząd Platformy Obywatelskiej. W ostateczności, w najgorszym przypadku osób młodszych - sporym kosztem społecznym daje to dodatkowe 1,5 roku pracy i powrót do rejestru bezrobotnych.

Ustalanie zasad nie należy jednak do Urzędów Pracy; urzędy jedynie są ich realizatorami.
Pomijając to, co wymaga oddzielnego omówienia, jest to ważna propozycja. Pozwala to (teoretycznie) pracodawcy czasowo obniżyć koszty wykonywania realnych prac w zamian za umożliwienie nabycia doświadczenia zawodowego. Pozwala sprawdzić konkretną osobę jako kandydata do trwałego zatrudnienia, wdrożyć ją do konkretnych standardów organizacyjnych i jakościowych w firmie (korporacji) stosunkowo minimalnym kosztem własnym.

Wszystko to by było bardzo piękne, gdyby nie wypaczenia. O wypaczeniach staży dla osób bezrobotnych pisałem w poprzednim, przywołanym na wstępie artykule.
Prace interwencyjne także zostały wypaczone i to dokładnie z tego samego powodu: upoważnienia instytucji występujących o zgodę na zorganizowanie prac interwencyjnych lub robót publicznych – na imienne wskazanie osoby zarejestrowanej w Urzędzie Pracy, dla której chcą te prace zorganizować. Okazało się przez to, że ta forma pomocy zupełnie nie jest dostępna dla „zwykłych” osób zarejestrowanych jako bezrobotne, że ich starania czy inicjatywa na nic się nie zdaje. Poszczególne instytucje czy firmy po prostu zaczęły dokładnie korzystać ze swojego uprawnienia; najpierw ktoś „ważny” w firmie – organizatorze, na zasadach protekcji, prywaty czy nepotyzmu ustalał osobę dla której będą zorganizowane prace interwencyjne, następnie osoba ta rejestrowała się w PUP po to by móc skorzystać z tej formy pomocy Państwa (gdyby nie to, osoba ta nigdy by się nie ubiegała o status bezrobotnej) i była zatrudniana, często też na specjalnie dla niej stworzonym stanowisku, z dotacją Funduszu Pracy.

W tym znaczeniu też, całkowicie zneutralizowano wpływ tego „instrumentu” na stan bezrobocia. Oferty „organizacji prac interwencyjnych” były zawsze w PUP publikowane jako powszechnie dostępne oferty pracy, dopiero zgłaszające się zainteresowane osoby od dawna zarejestrowane jako bezrobotne otrzymywały za każdym razem odpowiedź, że oferta dotyczy konkretnie i imiennie wskazanych osób, czyli była praktycznie zajęta zanim się ukazała w PUP. Pieczono w ten sposób „dwie pieczenie przy jednym ogniu” a może nawet i „trzy pieczenie”, bo środki na dotacje szły do tych „do których trzeba”, czyli do „swoich”, córeczek i wnuczków ważnych osobistości a nie do jakiejś hołoty bezrobotnej, po drugie Urząd Pracy tworzył sobie dane do sprawozdań ilościowych oraz nabijał sobie liczbę publikowanych ofert pracy, mimo że publikował oferty - przed publikacją już zajęte, a po trzecie i najważniejsze – nie zmniejszało to stanu bezrobocia, czyli nie zagrażało interesom ogromnej armii ludzi żyjących z tego że bezrobocie jest i żerujących na nim.
W ten sposób znane są przypadki nawet i kilkuletniego bezrobocia - bez zasiłku, które nie doczekało się ANI JEDNEJ OFERTY ZATRUDNIENIA ze strony Urzędu Pracy.

Urzędy Pracy boją się znacznego zmniejszenia bezrobocia, ale jeszcze bardziej boją się oskarżenia o marnotrawstwo czy niegospodarność, wpadki lub pomyłki, a jak wiadomo "nie myli się jedynie ten co nic nie robi", więc... Urzędy Pracy z tego powodu nastawione są nie na pomoc bezrobotnym w wychodzeniu z bezrobocia, ale na „obronę przed oszustami”. Są jak warowne zamczyska, zabezpieczone ze wszystkich stron murami "procedur", biurokratycznych warunków do spełnienia, zastrzeżeń, dokumentów, zaświadczeń, formularzy itp. To oczywiście nie jest wina PUP a raczej głupiej ustawy, wrzucającej „do jednego worka” i faktycznych bezrobotnych i alkoholików niezdolnych do pracy i cwaniaków udających bezrobocie dla uzyskania zasiłku lub składek ubezpieczenia zdrowotnego. Urzędy boją się afer ale nie bardzo też im zależy na realizacji faktycznych zadań czy osiąganiu wymiernych skutków wobec potrzebujących, bo do tego wszystkiego dochodzi jeszcze pogarda dla ludzi przychodzących tu po pomoc, może na zasadzie psychicznej bariery samoobronnej. Lepiej więc zdaniem PUP nie pomóc faktycznemu bezrobotnemu, niż przez nieuwagę pomóc osobie do pomocy nieuprawnionej, szczególnie gdyby to się miało "wydać". Jasne jest, że przez zasadę "wrzucenia do jednego worka" wszystkich "chętnych na zasiłek" wraz z poszukującymi zatrudnienia, w imię jakiejś idiotycznej, dogmatycznej "równości" i "wolności" wyznawanej niczym religię przez "sektę" neoliberałów - tracą tylko ci faktycznie szukający zatrudnienia, rzeczywiści bezrobotni zdolni i chętni do podjęcia odpowiedniej pracy i pozbawieni dochodów. Alkoholicy niezdolni do żadnej pracy a uznani za bezrobotnych na podstawie ich oświadczenia, oraz oszuści udający niepracujących dla zasiłku i składek ubezpieczenia - zyskują, a Urzędy pomimo "obwarowania się" nie są w stanie temu przeciwdziałać z winy durnej ustawy.
Urzędy pracy w takiej sytuacji są zainteresowane jedynie formalnymi wskaźnikami dającymi się łatwo i ładnie „sprzedać” w sprawozdaniach i opracowaniach, dlatego taka sytuacja dotycząca prac interwencyjnych prawdopodobnie im podpowiada, jest dla Urzędu w miarę bezpieczna. Taka organizacja nic nie daje bezrobotnym ale daje poczucie bezpieczeństwa urzędnikom i to jest dla nich najważniejsze.

27/01/2012

25.
Dewastacja gospodarki jest jedną z przyczyn bezrobocia.

Zadania państwa w zakresie "promocji zatrudnienia", łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej społeczeństwa są realizowane przez tzw. instytucje rynku pracy, działające w celu stworzenia w gospodarce stanu pełnego i produktywnego zatrudnienia. Tak wynika z Konstytucji RP oraz na jej podstawie uchwalonej ustawy Sejmu RP, regulującej zadania tzw. służb zatrudnienia.
Tu jednocześnie może być sedno problemu bezrobocia. Władza robi coś dokładnie odwrotnego.

Władza nigdy nie przejmowała się Konstytucją ani nawet prawem w ogóle i nauczyła takiej postawy także obywateli. Nauczyła poprzez przykład własny, bo jeśli władza nie szanuje prawa, jeśli sądy i prokuratury stają się synonimem bezprawia, dyspozycyjności, krętactwa i służalczości, jeśli każdą zasadę można wobec obywatela zanegować albo każdej chwili zmienić z działaniem tej zmiany wstecz w czasie nawet o dziesięć lat – to i obywatel nie będzie się wychylał a co bardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów moralnych – zaczną to wykorzystywać do swoich celów.
Reszta - po prostu nie wierzy w prawo, w praworządność.
Z drugiej strony prawo było domeną reżimu utrzymywanego przez dominującego wrogiego sąsiada, bezwzględnego okupanta z anielską maską przyjaciela i "brata Słowianina".
Jeśli tak – to obcemu, narzucanemu prawu należało się przeciwstawiać, stanowiło to niemalże obowiązek patriotyczny. W pewnym momencie określanym umownie jako rok 1989, władza nie potrafiła przekonać, że oto już jest inaczej, teraz już to jest wreszcie ta nasza, wolna polska i prawo także jest przez nas stanowione, więc obowiązkiem patriotycznym zaczyna być od tej pory przestrzeganie prawa a nie jego „obchodzenie”. Normą miało być współtworzenie prawa i poddanie się mu, jak to jest w każdym normalnym, wolnym państwie.

Jeśli nawet jakieś ośrodki propagandowe tak twierdziły, to prosta obserwacja życia zaprzeczała temu, podając niezliczone przykłady „dzikich” prywatyzacji, bezwzględnego niszczenia przedsiębiorstw byle tylko grupka kolesiów, bardzo często jeszcze ze śladami styropianu na dupie mogła na tym zarobić, zadziwiających upadłości firm które wcale nie musiały upaść. Tu mieliśmy jako przykład praworządności wolnego państwa od 2002 roku przejęcie „Optimusa” i "Onetu" pana Romana Kluski, kolejne kryminalne afery prywatyzacyjne - jak "Dom Książki", afery lobbingowe, dziwne zjawiska mające charakter niemalże wymuszeń przestępczych, porwania… W takich warunkach trudno by nie powstały doskonałe warunki dla działania agresywnego lobbingu czy wręcz agentury wielkich koncernów zagranicznych, zainteresowanych zdobyciem nowych rynków zbytu dla swojej nadprodukcji, albo szansy rozwoju gospodarczego poprzez „pomoc” w przejęciu nowych rynków zbytu.

Chodzi tu o to, że łatwo było wykorzystać pazerność, prostactwo, chęć szybkiego dorobienia się za wszelką cenę oraz słaby związek z Ojczyzną, dominujący wśród ludzi „mających coś do powiedzenia”, dla niszczenia polskich firm, polskiej gospodarki – po to by tu właśnie wkroczyć ze swoimi wyrobami gotowymi. Wówczas, już na początku „transformacji” w Szczecinie dla przykładu słyszało się stwierdzenia, że by miasto to w niczym nie zagroziło odległej zaledwie o 120 km stolicy Niemiec, podjęto decyzję o likwidacji przemysłu w tym miejscu, z przeznaczeniem Szczecina jako ośrodka usługowego dla Berlina i zaplecze taniej siły roboczej w sektorze usług.
Późniejszy rozwój wypadków w ciągu minionych 20 lat bardzo uprawdopodobnił prawdziwość tych ówczesnych „przecieków”. Zniszczono i zlikwidowano wszystkie duże zakłady pracy (Huta Szczecin, Cementownia, Cukrownia, Papiernia, przemysł odzieżowy – Dana, Odra, Trykot, Luxpol; przemysł połowowy – PPDiUR Gryf; Stocznia, itd.).

Tu dochodzimy do sedna sprawy; brak miejsc pracy, bo gospodarka polska została zrujnowana. Oczywiście; musiały przecież nastąpić przekształcenia zarówno organizacyjne jak i strukturalne, tak jak było - nie mogło już być, ale nie musiało to oznaczać takich strat i aż takich kosztów społecznych. Zabrakło rozwagi, uczciwości, patriotyzmu, odpowiedzialności i solidarności.
Trudno się dziwić "obcym", że wykorzystali głupotę durnych i chciwych „polaczków”; w polityce oraz w wielkiej gospodarce nie ma sentymentów ani skrupułów a decydują prawa silniejszego. Silniejszy jest ten, kto ma motywację, jest zorganizowany, bezwzględny, wie co chce i ma środki by to dostać. Jak Niemcy. Zjednoczone Niemcy. Zjednoczone również dzięki nam.

Bezrobocie w Polsce ma dziś kilka zasadniczych przyczyn, a jedną z nich jest brak miejsc pracy. Tak naprawdę - "bezrobocie" to oznacza "brak miejsc pracy" - to synonimy. Gospodarka jest otwarta, zredukowana, nastawiona na obcy kapitał, który raczej rzadko coś tu produkuje posługując się miejscową siła roboczą. Często są to jedynie firmy dystrybucyjne sprowadzające tu cudze wyroby i organizujące ich zbyt, dzięki czemu powstaje niewiele miejsc pracy dość prymitywnej i słabo opłacanej a gospodarka dostawcy tych wyrobów kwitnie. Brak miejsc pracy dla około dwóch milionów zdolnych do pracy osób nie da się niczym zrekompensować. Na dodatek usługi nie mają takiego potencjału rozwojowego by wchłonąć tak wielką liczbę ludzi. Miejsca pracy dla bezrobotnych muszą powstać w sferze produkcji lub choćby przetwarzania półproduktów do wyrobów gotowych. Jest to zadanie władzy, zadanie Państwa.

Bez odtworzenia tak barbarzyńsko zniszczonych miejsc pracy, cała ta gadanina o "walce z bezrobociem" będzie tylko bełkotem intelektualnym w stylu Michała Boniego, powtarzanym bezmyślnie przez pracowników „służb zatrudnienia” pod kontrolą wszelkich innych służb.

06/01/2012

20.
Sprzeciw wobec podłych stereotypów na temat bezrobotnych.

Trzeba po prostu, choć to trudne, pogodzić się z faktem, że są ludzie pochopni w swoich sądach, mało dociekliwi, myślący ogólnikami i uogólnieniami, nieświadomie stosujący projekcję swoich jednostkowych obserwacji na całość danego problemu czy zjawiska. Ludzie całkowicie pozbawieni umiejętności wczucia się w czyjąś sytuację, zrozumienia jej przez poznanie, ludzie którym wystarczają „prawdy zasłyszane” czyli tak zwana „opinia publiczna”.
Pesymiści twierdzą, że to stan naturalny dla człowieka. Optymiści zwracają uwagę na to, że wielu z tych ludzi nie jest w stanie zauważyć czy zrozumieć tego, iż ich opinia na przykład o bezrobotnych – nie jest tak naprawdę ich opinią a została im wtłoczona do głów przez speców od urabiania opinii publicznej, działających w imieniu, na zlecenie i w interesie ludzi winnych istniejącej dramatycznej sytuacji. Państwo, władza, Rząd – zawsze potrzebował jakiegoś winnego, uniwersalną ofiarę na którą będzie można zrzucić swoje winy, odpowiednio urabiając obiegową „opinię publiczną”.

Wbrew pozorom łatwo jest zmanipulować opinię publiczną i ma to miejsce na co dzień.
Skutki tego także widzimy na co dzień: ktoś się kiedyś spotkał z kilkoma rozwydrzonymi urzędniczkami z instytucji budżetowej, dziś bezrobotnymi – więc teraz już dla niego „bezrobotni tacy są” i już; rozwydrzeni, roszczeniowi. Wszyscy i z zasady.
Ktoś inny pisze krytycznie o chamstwie innych, ale nie widzi, że sam robi to w skrajnie chamski, agresywny sposób i jeszcze na dodatek prezentuje wyświechtany, bzdurny stereotyp o „bezrobotnych”, tak jakby to była jakaś rasa, gatunek zwierzątek czy nawet pod-gatunek ludzi…
Ja każdemu życzę dobrze; tak jak głodnemu życzę możliwości uczciwego zapracowania na chleb, tak i wygłaszającemu pochopne i szkodliwe sądy życzę – by osobiście poznał i zrozumiał prawdę. A prawdę o bezrobociu można w takich warunkach, w takiej sytuacji poznać tylko z autopsji.

Sytuacja stale pogarsza się i staje się dramatyczna dla dużej części osób pozbawionych zatrudnienia. Sytuacja jest dla części osób pozbawionych zatrudnienia - skrajna. Staje się wręcz krytyczna.
Mam zamiar więc powrócić do elementarza, tłumacząc podstawowe sprawy i pojęcia tak jak ja je rozumiem z perspektywy mojego doświadczenia. Kiedyś, gdy winni obecnych i przyszłych ofiar tego systemu rządów będą pociągani do odpowiedzialności, nie tylko Prezes Rady Ministrów Donald Tusk ale i np. Minister Pracy – Władysław Kosiniak-Kamysz czy jego poprzedniczka Jolanta Fedak lub Minister Finansów Vincent Jacek Rostowski – musi być możliwe do udowodnienia, że dziś o pewnych sprawach pisano, mówiono, że istniały i istnieją głosy krytyczne, że prawda była znana i dostępna. Tylko Władza nie była nią zainteresowana. Może tu ktoś, tzw. „realista” uśmiechnie się z pobłażaniem, ale ja wierzę w odpowiedzialność, także - moralną. W coś wierzyć trzeba, by zasługiwać na miano człowieka a nie tylko homo sapiens czyli wyprostowanej małpy.

Władza - w zamiarze wyłgania się od odpowiedzialności przed społeczeństwem - stosuje dezinformację oraz manipulację obiegowymi poglądami czy sądami, wtłaczanymi czy wciskanymi do głów mało samodzielnych ludzi, wstrzykiwanymi w obieg informacyjny poprzez media, propagandę szeptaną czy może raczej szemraną, w taki sposób by pozbyć się odpowiedzialności.
W przypadku bezrobocia jest to taka manipulacja opinią publiczną, by ludzie myśleli że bezrobocie to jest własny dobrowolny wybór pewnych ludzi, cwaniaków i oszustów lubiących żyć na koszt społeczeństwa. Zresztą zawsze tak było; pisałem niedawno o niektórych kolejnych cyklach „oficjalnych winnych” a byli to albo „Żydzi”, albo „cykliści”, albo „zaplute karły reakcji”, „badylarze”, albo „cinkciarze”, „niebieskie ptaki”, Wrogiem ludu byli i "bikiniarze" i "warchoły", raz syjoniści, a innym razem anty-syjoniści, nawet i jazzmani też byli za tow. Władysława Gomułki winni wszystkich niepowodzeń budowy socjalizmu. Władza – choć inna – nadal korzysta z tego sposobu, bo niby dlaczego by nie? Jest skuteczny i są kadry przygotowane do jego realizacji...

Łatwo jest przekonać głupich, bezrefleksyjnych ludzi, że „bezrobotni” to najgorsze zło i to na własne życzenie. To samo - bezdomni. Natychmiast zdejmuje to ciężar winy z władzy, z Rządu… przynajmniej doraźnie i pozornie. Ale "sprawiedliwość" władzy opiera się właśnie na pozorach i tymczasowości; byle do końca kadencji… Potępianie "w czambuł" bezrobotnych, ukuty tak stereotyp - pozwala też wyłgać się odpowiedzialności moralnej - tym, co pracują, co mieli szczęście, znajomości, rodzinkę, "plecy" lub są najwyższej klasy specjalistami w swoim zawodzie.

Interesuje mnie problem bezrobocia, bo on jest praprzyczyną wielu innych problemów społecznych, dlatego trzeba spokojnie i cierpliwie wyjaśniać to zagadnienie; a nuż znajdzie to w Internecie Pan Minister Pracy Władysław Kosiniak-Kamysz, przeczyta i czegoś się dowie o rzeczywistości, o życiu, o sytuacji faktycznej a nie tej fikcyjnej, z urzędowych papierów, zakłamanych sprawozdań i idiotycznej pseudonaukowej „nowomowy” - bełkotu intelektualnego na potrzeby „rynku pracy”.

Jak już kiedyś pisałem, słowo bezrobocie uważam za nieprzyzwoite. Zostało ono tak nacechowane negatywnie przez propagandę, że ma jednoznaczny wydźwięk pejoratywny. To już po prostu odruch psychiczny przeciętnego człowieka; bezrobotny – znaczy złodziej, leń, pijak, bandyta, oszust, obszczymurek, nierób… Pomyśleć, że taką samą funkcję i znaczenie np. w niektórych stanach USA pełni słowo „Polak”… Już dawniej zauważyłem, że gdy w jakimś amerykańskim filmie jest postać seryjnego mordercy, psychopaty, bandziora, oszusta czy obiboka – to ma on zawsze jednoznacznie polsko brzmiące nazwisko. Teraz już w Anglii pojawiają się ultra-nacjonalistyczne „wybuchy” - jak ta kobieta z filmiku w YouTube, w pojeździe komunikacji miejskiej wrzeszcząca, że „…wszędzie pełno tych p*********ch Polaków” (informacja prasowa z ostatnich dni). Skąd takie połączenie jej niezadowolenia - z pojęciem „Polak”?
Z propagandy.
Na kogoś trzeba zrzucić winę za pogarszającą się sytuację gospodarczą. Ale jeszcze niedawno mówiło się, jak to wspaniali Polacy budują potęgę gospodarczą Anglii, bronią Królestwo przed kryzysem…
Tak więc, na tej samej zasadzie - „bezrobotny” – znaczy wszystko co najgorsze.

Ale działanie Państwa nie tylko stworzyło taki wizerunek, ale i zadbało o jego uprawdopodobnienie. Metodą na to okazało się „wrzucenie wszystkich niepracujących oraz oszustów pracujących i wyłudzających zasiłek - do jednego worka”. Bo rzeczywiście są ludzie, którzy nie pracują, dlatego że są alkoholikami i nie potrafią zapanować nad swoim zachowaniem, sprostać podstawowej dyscyplinie pracy. Wymagają leczenia antyalkoholowego, następnie resocjalizacji. Ale – spełniają wymogi ustawowe dla pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani w PUP. Są tacy którzy nie chcą i nie potrafią pracować w sposób zorganizowany, nie znoszą struktury hierarchicznej organizacji pracy, nie zgadzają się na swoją „podwładność” wobec kierownika, majstra czy brygadzisty itp. Ale spełniają kryteria ustawowe pojęcia „bezrobotny” i są rejestrowani jako bezrobotni. Są ludzie leniwi, nauczeni że jakoś można żyć nie pracując, korzystając z różnych form pomocy i dobroczynności. Po co im pracować, gdy mają bez pracy to co im potrzebne; ciuchy z darów, telewizor, ustawę o ochronie lokatora, obiady z pomocy społecznej w stołówce a na półliterka sami jakoś „zakombinują” i tak leci… Spełniają formalne wymogi definicji „bezrobotny”. I są zarejestrowani.
No i oczywiście są ci „rzeczywiści” bezrobotni, na których spada odium „złej reputacji” tych poprzednio wymienionych. Ale to wina Państwa. Wina Władzy! Wina Tuska! Po prostu – definicja ustawowa widocznie jest zła.

To Rząd ma prawo inicjatywy legislacyjnej, by ją zmienić a także OBOWIĄZEK inicjatywy legislacyjnej – bo jest obciążony obowiązkami wynikającymi z Konstytucji. Niestety; gdyby to zostało uporządkowane, to nie byłoby na kogo zrzucić winy za stan sprawy...
Tak więc słowo „bezrobotny” zostało tak zszargane i sztucznie nacechowane pejoratywnie, że w zasadzie powinno już pozostać dla oznaczania tych „niezdatnych” a osoby rzeczywiście bezrobotne powinno się nazywać określeniem innym, neutralnym. Osoba poszukująca pracy – to nie jest jednoznaczne, bo sam fakt poszukiwania pracy nie świadczy o niezatrudnieniu. Osoba niepracująca – tu nie wiemy czy z wyboru, czy z powodu braku oferty. Poza tym – co innego „zatrudnienie” a co innego „praca”. Albo inaczej; określenie „bezrobotny” pozostawić jedynie dla tych rzeczywistych bezrobotnych i włożyć potrzebny wysiłek i pieniądze na moralną i merytoryczną rehabilitację tego pojęcia wśród zatrudniających, a odpowiednie określenia stosować do pozostałych osób: alkoholika nazywać po prostu alkoholikiem a nie bezrobotnym, innych wyżej wymienionych – osobami psychicznie niezdolnymi do pracy, czyli w zasadzie – inwalidami a nie bezrobotnymi. To zadanie Rządu, w szczególności – Ministra Pracy i Spraw społecznych.

Trzeba więc ponownie zacząć wyjaśniać podstawowe pojęcia.
Osoba bezrobotna – to człowiek gotowy do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie, zdolny do tego fizycznie i psychicznie bez zwłoki („od dziś”), albo zdolny do innej pracy zarobkowej zgodnie z przepisami obowiązującego prawa. Bezrobotny to osoba niezatrudniona (na zasadach prawa pracy) ani nie wykonującą pracy zarobkowej na zasadach Kodeksu Cywilnego (umów cywilno-prawnych) oraz nieuzyskująca miesięcznie przychodu w wysokości przekraczającej łącznie połowę minimalnego ustawowo określonego wynagrodzenia. Nie jest bezrobotną osoba posiadająca wpis o działalności gospodarczej, jeśli działalność ta nie została zawieszona. Nie jest osobą bezrobotną osoba pobierająca zasiłek stały z opieki społecznej, lub zasiłek chorobowy.

Problem w tym, że Urząd Pracy obecnie ogranicza się do tego, że wyznacza osobie zarejestrowanej datę stawienia się ledwie sześć razy w roku (czyli co 2 miesiące) na obowiązkową wizytę, podczas której obywatel bezrobotny podpisuje papierek oświadczający, że nie uzyskał dochodu przekraczającego dopuszczalną granicę i że "jest zdolny i gotowy" po czym dostaje nowy termin za dwa miesiące.
Urząd Pracy nie przekazuje nikomu ofert pracy, bo ich nie ma, a te które ma - w mniej lub bardziej udany sposób udostępnia publicznie. Nie proponuje nikomu żadnej pomocy, bo z zasady nic nikomu nie proponuje (jest instytucją usługową), a poza tym - na nic nie ma pieniędzy (w zasadzie od początku maja ub.r.), przez blokadę założoną przez Ministra Finansów na Fundusz Pracy i obcięcie Budżetu PUP o 70% w stosunku do ubiegłorocznego (dotyczy 2011 roku).

Wymóg gotowości do natychmiastowego podjęcia pracy jest oczywisty. Dodatkowo można by postulować nie uznawanie za bezrobotną osoby bezdomnej, po prostu dlatego, że osoba bezdomna nie jest zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia pracy.
Oczywiste jest stwierdzenie, że osoba bezrobotna to taka, która nie pracuje ani nie wykonuje umów cywilno-prawnych.

Inne wymogi już nie są takie oczywiste. Człowiek musi się „utrzymywać” na co potrzebuje pieniędzy. Połowa najniższego ustawowego wynagrodzenia – to niecałe 750 złotych brutto, a za to nie da się utrzymać jakiegoś miejsca zamieszkania, choćby wynajętej kwatery typu „studenckiego”. Bez stałego miejsca zamieszkania, z choćby tylko dostępem do łazienki – nie da się „być zdolnym i gotowym do natychmiastowego podjęcia pracy” – bo człowiek musi się myć, utrzymywać higienę, musi prać odzież i bieliznę i prasować ją, choćby to były tylko jedne portki i jedna koszula, a to wymaga dostępu do łazienki i pokrycia kosztów np. ciepłej wody oraz płacenia za energię elektryczną. Człowiek brudny, śmierdzący, niestrzyżony przez pół roku i z liściem na głowie – nie jest „zdolny i gotowy” do podjęcia pracy, a jeśli nawet Urząd Pracy go za takiego uzna, to go za takiego nie uzna żaden pracodawca. Na dodatek ten pracodawca straci zaufanie do Urzędu Pracy jako pośrednika, wyrobi sobie o Urzędzie Pracy jako pośredniku pracy bardzo negatywną opinię i przekaże ją innym pracodawcom.
Urzędy Pracy są najmniej wiarygodnym pośrednikiem pracy i same sobie na to zasłużyły, są skompromitowane właśnie tym, że nie odróżniają alkoholika, osoby trwale pozbawionej zdolności do zatrudnienia – od osoby rzeczywiście bezrobotnej. Nie odróżniają, bo nie muszą i nie chcą.
W Urzędach Pracy rejestrowane są jako bezrobotne osoby które nie powinny być tam zarejestrowane, ale to nie jest wina faktycznych bezrobotnych i nie maja oni na to wpływu.

Urząd Pracy gospodaruje pieniędzmi publicznymi, nie jest rozliczany w efektów społecznych tego gospodarowania byle w finansach - księgowości wszystko się zgadzało, dlatego nie wychodzi poza swoją interpretację obowiązków wynikających wprost w ustawy. Urząd Pracy i nie tylko pracy - robi wyłącznie to, na co ma wyraźne i jednoznaczne, nie dające się obalić polecenie ustawowe. Oczywiście nawet nie zawsze; Urzędy Pracy nie realizują niektórych swoich obowiązków, nie ponosząc żadnych tego konsekwencji. Chodzi o to, by pieniądze wydać i rozliczyć a nie o to, jaki jest tego efekt społeczny, w tym przypadku dotyczący bezrobocia.

Ale to nie bezrobotni organizowali Urząd Pracy i nie oni są autorami tej konkretnej wadliwej Ustawy; ustawy wymagającej natychmiastowej zmiany.

Odwiedziny: