Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…
To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…
Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.
Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.
Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?
Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).
Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:
„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”
Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".
Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.
Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych; By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…
To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…
Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.
Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.
Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?
Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).
Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:
„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”
Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".
Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.
Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych; By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.
Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.