BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawy. Pokaż wszystkie posty

19/01/2014

Władza tonie w absurdach. Platforma tzw. "Obywatelska" łamie Konstytucję…

Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…

To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…

Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.

Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.

Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?

Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).

Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”

Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".

Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.

Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych;
By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.

Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.

01/10/2013

Powiatowe Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy.

Urzędy Pracy zatrudniają pracowników – pośredników pracy do obsługi osób zarejestrowanych jako bezrobotne lub jako poszukujące zatrudnienia. I słusznie, gdyż powinny one zajmować się pośrednictwem pracy. A cóż to jest pośrednictwo dotyczące pracy?

Przede wszystkim – dotyczyć ono ma zarówno pracodawców jak i bezrobotnych.
Należy zdobyć ofertę zatrudnienia.
Urzędy pracy muszą ściśle trzymać się prawa a w tym celu muszą wymagać całkowitej zgodności ofert zatrudnienia z prawem, w tym przypadku z ustawą Kodeks Pracy, ustawą o promocji zatrudnienia oraz każdym innym przepisem obowiązującego prawa, w tym i regulacji Unijnych. Jeśli wiec pracodawca chciałby poszukiwanemu pracownikowi zapłacić mniej za pracę na pełny wymiar czasu pracy niż wynosi ustalone prawem minimalne wynagrodzenie – to jego oferta nie zostanie w Urzędzie Pracy przyjęta, gdyż urząd pracy będąc instytucją samorządu terytorialnego nie może współpracować w działaniach łamiących prawo.
Jeśli pracodawca chciałby na stanowisko swojej sekretarki czy asystentki koniecznie zatrudnić kobietę w wieku do 35 lat, bezdzietną i nie planującą dziecka, blondynkę o „atrakcyjnym wyglądzie” płynnie posługującą się co najmniej dwoma językami obcymi już nie mówiąc o własnym – to także taka oferta nie zostanie przyjęta w urzędzie pracy z wyżej wymienionych powodów. Łamie ona tyle przepisów prawa, że nadaje się jedynie do prokuratury lub co najmniej do Państwowej Inspekcji Pracy.
To niewątpliwie ogranicza liczbę ofert jakimi dysponują urzędy pracy, bo świadomość prawa jest dziś wśród przedsiębiorców wypierana przez podejście anarchistyczne i poczucie bezkarności pod „parasolem ochronnym” syndykatu biznesowo-politycznego z PO.

Z drugiej strony wiele instytucji ma obowiązek korzystania z pośrednictwa urzędów pracy przy poszukiwaniu pracowników.
Prowadząc pośrednictwo dla pracodawcy, pracownik urzędu powinien przede wszystkim zbadać, czy w bazie danych osób zarejestrowanych ma osobę lub osoby odpowiadające oczekiwaniom tego pracodawcy a jeśli tak – to zaproponować pracodawcy te osoby jako kandydatury, oczekując wyboru tych z nich, z którymi pracodawca chciałby porozmawiać bezpośrednio na temat zatrudnienia. Urząd Pracy posiada przecież bardzo dużo informacji o osobach rejestrowanych, w zasadzie może posiadać ich więcej jeśli tylko nie jest to zabronione, więc może każdej ofercie przyporządkować osoby spełniające wymagania pracodawców. Z wybranymi w ten sposób kandydatami urząd powinien skontaktować się, wzywając ich do przyjęcia skierowania na rozmowę kwalifikacyjną, bo urząd ma prawo w takim przypadku kierować osoby bezrobotne do poszczególnych pracodawców a osoby te muszą i najczęściej chcą jak najszybciej podjąć odpowiednią dla nich pracę i po to przecież dobrowolnie zarejestrowały się w urzędzie pracy.
Zakładam, że zmniejszanie bezrobocia, czy też „walkę z bezrobociem” należy utożsamić z działaniami skutkującymi zmniejszaniem liczby osób zarejestrowanych jako bezrobotne w ten sposób, by spowodować ich zatrudnienie, najlepiej trwałe zatrudnienie. To dość logiczne: jeśli osoby zarejestrowane będą zatrudniane, to będzie się zmniejszała ich liczba w rejestrze PUP czyli bezrobocie będzie malało, przynajmniej to rejestrowane bezrobocie. Ustawy jednakże nic nie mówią o bezrobociu nierejestrowanym.

Na tym polega pośrednictwo: na kojarzeniu podmiotu poszukującego pracownika z osobami poszukującymi pracy będącymi w rejestrze osób bezrobotnych.

Nic takiego jednak w urzędach pracy nie dzieje się.

Urząd pracy po prostu publikuje uzyskane oferty zatrudnienia na portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia – przesyłając je do wspólnej bazy danych z wyszukiwarką, działającej na serwerach w Ministerstwie Pracy w Warszawie. Publikuje je także na własnej stronie internetowej oraz wewnątrz urzędu – na tablicach ogłoszeń, ewentualnie na wyświetlaczach (ekranach) umieszczonych w urzędzie w części dostępnej dla bezrobotnych. I na tym koniec działań urzędu pracy.

Bezrobotny który zapozna się z takim ogłoszeniem (a praktycznie – pierwsze kilka osób) i sam uważa się za spełniającego oczekiwania pracodawcy – ma się zgłosić do pośrednika pracy a ten wyda mu albo nie wyda skierowanie do kontaktu z pracodawcą.
Dzieje się tak miedzy innymi zgodnie z zasadą powszechnej dostępności ofert pracy a także pełnej dobrowolności usług oferowanych przez urzędy pracy.

Patrząc na to z drugiej strony, urząd który miałby świadczyć usługi pośrednictwa pracy dla osób bezrobotnych zarejestrowanych w tym urzędzie, powinien także każdą uzyskaną ofertę zatrudnienia porównywać z danymi osób zarejestrowanych dla określenia kandydatów do pracy spośród tychże właśnie osób pozostających w rejestrze bezrobotnych. W wyniku tego osoby spełniające wymagania pracodawcy uzyskiwałyby skierowanie do kontaktu z tym pracodawcą w sprawie zatrudnienia. Generalnie – urzędy pracy powinny starać się zmniejszyć liczbę zarejestrowanych bezrobotnych poprzez uzyskanie zatrudnienia dla jak największej ich liczby. Jak widać – pośrednictwo pracy dla pracodawców jak i dla bezrobotnych jest w zasadzie tym samym działaniem, da się połączyć a skutkiem tego ma być zatrudnienia osoby która była zarejestrowana jako bezrobotna.

Urzędy pracy zachowują się tak, jak prywatne agencje pośrednictwa, przy czym agencje prywatne wykazują więcej starań i aktywności – bo na tym zarabiają (od pracodawców), natomiast marazm w urzędach pracy wynika także i z tego, że nie muszą one zabiegać o pieniądze na płace i na działalność, bo te – niezależnie od wyników pracy urzędu mierzonych zatrudnianiem bezrobotnych – są gwarantowane przez władzę ze środków publicznych.

Jest wiele portali publikujących oferty zatrudnienia dostępne za darmo dla każdego przy finansowaniu np. z reklam, więc takie działanie urzędów pracy jak opisano powyżej, sporym kosztem środków publicznych – prowadzi do absurdu, marnotrawstwa, niegospodarności.

Powiatowe (Miejskie) Urzędy Pracy nie prowadzą rzeczywistego pośrednictwa pracy, dlatego mają tak mierne osiągnięcia.

08/04/2013

Mitu „wysokich kosztów pracy” ciąg dalszy… czyli rozterki prostaczka - przedsiębiorcy.

Pisałem już niedawno o micie „wysokich kosztów pracy”. Niestety; postrzeganie tego zjawiska zależy od nastawienia a nastawienie jest uwarunkowane taką ilością bzdurnych wypowiedzi jakie można znaleźć w „mediach”, że trudno się dziwić trwałości wspomnianego mitu.
Przede wszystkim – jest on jednak po prostu opłacalny dla przedsiębiorców. Stąd – na zasadzie prawa rzymskiego – przypuszczać można, że to oni są jego autorami.

W rzeczywistości – przedsiębiorca przed rozpoczęciem działalności gospodarczej ustala niezwykle precyzyjny i dokładny plan biznesowy, uwzględniający wszelkie wydatki oraz źródła dochodów, wszelkie szczegóły działalności i jej rozwoju, wszelkie przepływy pieniędzy. Prawdziwy biznesplan wymaga także opracowania sposobów wycofania się z działalności, zwinięcia firmy, dróg wycofania kapitału i minimalizowania strat w przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia gospodarczego itp.
Oczywiście; nie zawsze tak precyzyjnie się to opracowuje w przypadku małych firm. Wiele elementów planu może mieć wtedy charakter uproszczony. Za działalność gospodarczą biorą się także ludzie nie mający o tym pojęcia i ci starają się maksymalnie szybko i za wszelką cenę zarobić a jak największe ryzyko i wszelkie skutki niepowodzenia przerzucić na zatrudnionych i współpracujących.
Jednak w poważnym przedsiębiorstwie wszystko jest i musi być przewidziane.

Wszystko operacyjnie opiera się na dochodach uzyskanych z pracy zatrudnionych pracowników. Formalnie mówi się na przykład, że połowę wymiaru procentowego składki na ubezpieczenia emerytalne pracownika płaci pracownik a połowę – jego pracodawca, ale przecież w rzeczywistości to pracownik wypracowuje całą tę kwotę; zarówno część która jest potrącana z jego dochodu brutto jak i tę część, którą opłaca pracodawca z dochodu firmy wypracowanego dla niej przez pracownika. Przedsiębiorca nie płaci tego przecież z kapitału założycielskiego firmy ani ze swoich prywatnych środków posiadanych wcześniej i nie pozostających w związku z tą właśnie a nie inną działalnością gospodarczą.

Byle buraczany prostaczek może mówić: przychód firmy wyniósł tyle to a tyle, i to jest MOJE, ale z tego muszę teraz zapłacić pracownikom, opłacić składki ZUS, podatek, zapłacić za czas choroby i za czas urlopu, czyli ponieść te straszne koszty pracy, które mnie po prostu rujnują.
Zapłata ludziom za pracę czy inne opłaty związane z zatrudnianiem są dla niego zwykłym zdzierstwem odbierającym mu JEGO PIENIĄDZE, ale to przecież jeszcze nie są jego pieniądze; to pieniądze firmy, przychody brutto podlegające dopiero tym odliczeniom. Byle buraczany prostaczek nie potrafi jednak odróżnić majątku firmy mającej osobowość prawną od swojego majątku, no bo mówi – to ja przecież jestem właścicielem…
Tymczasem majątek firmy jest majątkiem firmy a nie właściciela.

Poważny przedsiębiorca wie jednak, że wszystko operacyjnie musi się opierać na przychodzie wypracowanym przez pracowników i to oni pracują na wszystkie koszty, także i na składki ubezpieczenia, na wynagrodzenia za czas choroby i urlopu itp. płacone przez niego jako pracodawcę. Od przychodów firmy trzeba odjąć te koszty, podatki, opłaty itp. i dopiero uzyskana kwota jest przychodem netto przedsiębiorcy, wartym zastanowienia. Z przychodu przedsiębiorca musi dokonać jeszcze odpisów amortyzacyjnych i innych przewidzianych prawem po czym dopiero da się wyróżnić kwota zysku netto, o której przedsiębiorca może dopiero powiedzieć, że jest ona jego własnością.

Jedno tu jest najważniejsze: to pracownicy wypracowują środki na opłacenie wszelkich kosztów związanych z zatrudnianiem ich; pracownicy a nie pracodawca. Koszty te wynikają z przepisów obowiązującego prawa.
Wcale nie twierdzę tu, że są one optymalne. Nie twierdzę, że tak jak jest – jest dobrze.
Na przykład, gdyby składki ubezpieczenia społecznego były powszechnie płacone, być może można by je zmniejszyć. Niestety system ubezpieczenia jest dziurawy; istnieje np. bardzo szkodliwy społecznie proceder tzw. „optymalizacji ZUS” który pozwala na unikanie lub drastyczne zmniejszanie wysokości składek ze szkodą dla ZUS a więc dla całego społeczeństwa oraz dla samych objętych tym procederem pracowników. Jest to jednak najwyraźniej tolerowane przez władzę w imię propagowanej ideologii politycznej.
System podatkowy jest mało sprawiedliwy ale przede wszystkim w rzeczywistości nie ma charakteru powszechnego; jest zbyt wiele podmiotów zwolnionych z obowiązku podatkowego, korzystających z upustów, obniżek, umorzeń itp. Gdyby nie to, być może podatki można by było zmniejszyć. Być może podatki można by zmniejszyć, gdyby usunąć z obowiązującego prawa liczne absurdalne pozostałości rozwiązań z czasów PRL, a wiec ani nie komunistycznych, ani nie socjalistycznych ani tym bardziej pro-rynkowych.
Na przykład – wcale nie jest konieczne, by to pracodawca płacił za pewien początkowy czas nieobecności w pracy pracownika chorego; to wynika z jakiejś złej, absurdalnej dziś tradycji prawnej dotyczącej społecznych środków produkcji, albo z tendencji do przerzucania kosztów ze „skarbu państwa” na „kogokolwiek innego” oraz z braku właściwych rozwiązań ubezpieczeniowych.

Powtórzę tu: wcale nie twierdzę, że koszty związane z zatrudnieniem są optymalne. Pod pojęciem „koszt” rozumiemy jednak kwoty które musimy pokrywać z posiadanych, zarobionych przez nas pieniędzy stanowiących nasz dochód a tymczasem w tym przypadku to pracownicy wypracowują środki na pokrycie opłat związanych z ich zatrudnieniem, zanim pracodawca wyliczy zysk powstały w wyniku działalności gospodarczej związanej z ich zatrudnianiem. Inaczej – kosztem jest coś co zostało opłacone z zysku netto a nie z dochodu brutto, bo to „brutto” właśnie zawiera jeszcze w sobie składniki operacyjne w postaci „kosztów”, „brutto” to znaczy „przed odliczeniami”. Tym się właśnie „brutto” różni od „netto”…

Niestety wielu prymitywnych „biznesmenów” nie potrafi zaplanować działalności gospodarczej, podchodząc do tego niesłychanie prostacko, jakby mieli do czynienia z systemem niewolniczym albo pańszczyźnianym. Poza tym mają mówiąc elegancko – nazbyt wybujałe oczekiwania finansowe; zakładają jakiś parszywy interes, głupio zaprojektowaną firmę „krzak” i już po miesiącu chcą za to kupić nowego mercedesa, a gdy im nie starczy – to już nic im „się nie opłaca” – bo koszty zbyt duże… Oczywiście najlepiej by było, gdyby nie musieli nikomu płacić za pracę oraz żadnych składek, podatków… czysty zysk…

Straszliwe spustoszenie w finansach publicznych czyni też tak zwana „szara strefa” czyli strefa kryminalna zatrudniania nielegalnego. Władza nie walczy z nią z przyczyn politycznych, prawdopodobnie dlatego, że musiałaby zaprzeczyć własnej ideologii i ponieść z tego powodu pewne koszty polityczne w postaci utraty formalnego poparcia tych, co dziś z tej ideologii korzystają. Obietnice władzy, szczególnie obietnice wyborcze są bardzo niebezpieczne także dla władzy, stanowiąc coś w rodzaju pułapki. Także i postawa pełnej usłużności wobec przedsiębiorców, parasol ochronny nad pracodawcami, ciche przyzwolenie na łamanie prawa – wszystko to nie sprzyja optymalizacji kosztów. Władza nie tylko nie walczy z patologią jaką jest nielegalne zatrudnianie, ale jak się wydaje – świadomie spycha przedsiębiorców i obywateli do tej strefy…

Państwo powinno dopuszczać dyskusję o zmniejszaniu obciążeń przychodów pracodawców, powinno przede wszystkim całkowicie uszczelnić system ubezpieczeń społecznych i system podatkowy, zlikwidować mocą respektowania prawa nielegalne zatrudnianie i starać się minimalizować te obciążenia, o ile to miałoby pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, na rozwój przedsiębiorczości dającej miejsca produktywnej pracy. Jeśli zmniejszenie obciążeń miałoby się wprost przełożyć na rozwój, szczególnie rozwój rynku pracy, to do władzy publicznej należy tu ten pierwszy gest, jego finansowanie z zasobów publicznych traktowanych jako inwestycja w rozwój. Niestety istnieje tu tendencja do pochłaniania takich środków bezpośrednio na poczet zysku netto, bez efektu zmiany sytuacji po stronie społecznej, co skutecznie zniechęca do takich działań. Przykładem jest tu dotowanie zatrudnienia (jako forma interwencji państwa w rynek pracy), które jest traktowane jak prezent państwa dla przedsiębiorcy, powiększający bezpośrednio jego zysk netto czyli mówiąc wprost – transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni, a gdy dotacje ustają – ustaje natychmiast i zatrudnienie…

Tymczasem obserwujemy nieudolność, niekonsekwencję, demagogię ideologiczną opartą na micie „samoregulacji”, znieczulicę, drastyczny wzrost bezrobocia, patologii i biedy. Jest na to bierna zgoda społeczeństwa, kościoła i władzy; jeśli stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi dziś blisko 15%, bezrobocia rzeczywistego – przyjmijmy że dwukrotnie więcej (30%) – to pozostała część – większość, 70% obywateli z grupy „produkcyjnej” ma się nieźle a nieraz całkiem dobrze i ma gdzieś tych pozbawionych pracy, staczających się, głodujących, cierpiących fizycznie i psychicznie. „Ma gdzieś” czyli w dupie. Ogromna rzesza spośród nich stanowi zupełnie nie produkcyjną, rozdętą biurokrację państwową i samorządową, jest zatrudniona w usługach, duża część pracuje za granicą.

„Solidaryzm społeczny” jest dziś takim samym mitem, jak katolickie współczucie czy „miłość bliźniego” a także i „wysokie koszty pracy”. Dlatego niestety muszą się powtarzać krwawe rewolucje…

To klęska prawdziwego człowieczeństwa.

Odwiedziny: