BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rostowski. Pokaż wszystkie posty

13/07/2014

Zasadnicze pytanie: czy umowa Tuska i Belki nadal działa i będzie realizowana aż do wyborów? Cz. 1.

Mam oczywiście na myśli słynne już nagranie rozmowy Ministra Spraw Wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza z Prezesem Narodowego Banku Polskiego Markiem Belką. W połączeniu z pewnymi innymi informacjami, narzuca ona wręcz kilka zasadniczych pytań. Podstawowe założenie jest takie, iż osoby nagrane nie wiedziały o dokonywaniu nagrań, były przekonane, że treść tych rozmów nie wyjdzie poza grono osób bezpośrednio tam obecnych i rozmawiających, czyli w tym wypadku panów Belki, Sienkiewicza i Cytryckiego (współpracownika Belki z NBP), a to gwarantuje ich szczerość i autentyczność (wiarygodność) wypowiedzi. Nielegalność nagranie jest kwestią drugorzędną i banalną – rozpatrywaną przez odpowiednie do tego służby państwa w odrębnym postępowaniu. Ta kwestia nas jednak tu nie interesuje, gdyż nie wpływa na treść nagranych wypowiedzi, odzwierciedlającą postawy, sposób myślenia, etykę, praworządność i poziom kultury osobistej występujących tu osób. Ludzi ci mówią to – co mówią, planują to – co planują, niezależnie od tego czy zostało to legalnie czy nielegalnie zarejestrowane.
By jednak pozostać wiernym faktom, zacytuję fragment stenogramu tej rozmowy:
Rozmowa Belka, Sienkiewicz, Cytrycki – prawdopodobnie lipiec 2013 roku.


( … )
[Bartłomiej Sienkiewicz] [BS] A mogę zadać inne pytanie, znacznie trudniejsze?
[Marek Belka] [MB] Proszę bardzo. Spróbujemy.
[BS] Mamy deficyt budżetowy, ryzyko przekroczenia progu [dopuszczalnego deficytu budżetowego?], 43 % w CBOS dla PiS-u i osiem miesięcy do wyborów…
[MB] …bardzo mi się podoba takie postawienie sprawy. Jeszcze raz.
[BS] Dobra. Warunki wyjściowe do…
[MB] … Mhm.
[BS] …mamy dupę pogłębiającą się na poziomie budżetu państwa. OK, od karuzeli z kryzysu dzieje się to na tyle wolno, wszystko, wszystko działa, tylko problem polega na tym, że wpływy są opóźnione; wiemy, że jest buch, mniej pieniędzy niż tam, nie wiem, w 2015, pod koniec, ale na razie nie bucha, są sygnały, że idzie ku lepszemu, brakuje pieniędzy w budżecie, cięcia są niewystarczające. I mamy osiem miesięcy do wyborów, jak zmniejszymy ten okres, to ten warunek jest bez znaczenia wtedy, i PiS ma 43 % [poparcia społecznego] w sondażu CBOS. Czyli idziemy w taki wariant, nie czarujmy się, że idziemy w taki wariant, że tylko i wyłączne ekonomika decyduje o ocenie stabilności kraju…
[MB] …czyli wszystko jest, niby jest jeszcze do utrzymania, tylko że…
[BS] … tylko że wiemy, że to się skończy katastrofą, ponieważ zwycięstwo PiS-u oznacza ucieczkę inwestorów, pogorszenie się warunków finansowych…
[MB] …no i…
[BS] …i parę innych kłopocików, ale to już takich wewnątrz-polskich. I to jest dokładnie taka sytuacja, w której trzeba podjąć decyzję, co my robimy z tym? Czy jest to moment na uruchomienie tego rodzaju rozwiązania, czy nie? Bo ja mam takie poczucie, że to jest wariant OK, ale on nie jest kompletnie hipotetyczny… W związku z tym albo idziemy wariantem czysto finansowym i wtedy nie ma żadnego powodu, żeby uruchamiać tego typu rodzaju mechanizmy, albo jednak rozumiemy, że między polityką a stabilnością finansową państwa jest pewien związek, który w ostatnich latach w szczególnie mocno ujawnił w Europie.
[MB] Dobrze. Podoba mi się ten sposób stawiania sprawy. Bo on dotyczy Polski, a nie tylko tak zwanej gospodarki, czy jakiegoś tam…
[BS] Dokładnie.
[MB] No, więc tak…
[BS] … a, i jeszcze sekundę. Ja się boję w tej sytuacji jednej rzeczy, że na to wszystko kolega Rostowski mówi: „w życiu!”. „W życiu, bo to nam zdewastuje opinię, bo to jest niewykonalne, bo tego nie wolno robić”. Ja już w to nie chcę wchodzić, dlaczego tak powie, bo to oddzielna sprawa, ale… no tak, no!
[MB] Dobrze… Po pierwsze, ja bym chciał mieć partnera, który się nazywa prezes Rady Ministrów, a nie minister finansów. Ja bym wtedy… bo to oczywiście oznacza… bardzo istotną zmianę w statusie… nie moim osobistym, bo ja to tam w ogóle, wiesz… Tylko tej instytucji, którą kieruję. I ja wtedy mówię premierowi: „Bardzo dużo jest możliwe!”. Mamy oczywiście tą pieprzoną Radę Polityki Pieniężnej…
[BS] No właśnie!
[MB] Ale… ale jesteśmy w stanie z nią zagrać. Ale wtedy moim warunkiem jest dymisja ministra finansów. Przychodzi nowy minister finansów, na razie nie muszę wam mówić, kto by mógł być, ale takie nazwiska i tacy ludzie są w kraju. I wtedy zrobimy to, co trzeba, żeby uniemożliwić… mówiąc krótko, aby kraj to zrozumiał…
[BS] …to nie może się zdarzyć później niż osiem miesięcy przed wyborami…
[MB] Mówiąc po prostu, jeśli w drugim półroczu gospodarka się zdecydowanie nie przyspieszy, to będzie problem. To będzie być może konieczne tego rodzaju niestandardowe działanie. A wtedy trzeba serdecznie ze wszystkimi, jakby to powiedzieć, możliwymi tymi różnymi lansadami podziękować hrabiemu von Rothfeld-Rostowskiemu i powołać technicznego niepolitycznego ministra finansów, który znajdzie w banku centralnym pełne wsparcie. Także…
[Sławomir Cytrycki] [SC] … z takim patriotycznym zacięciem…
[MB] Tak. I wtedy pivotalny członek Rady Polityki Pieniężnej, czyli Hausner zgodzi się…
[BS] (śmiech)
[MB] Pivotalny właśnie on jest, kurwa… A patrz, jak to się temu chujowi podoba, że on jest pivotalny. I wtedy…
[SC] On dodaje gravitas…
[MB] Gravitatio on tylko dodaje i myśli, że ma dłuższego. Niestety, każdy człowiek ma jakieś słabości nawet on. W każdym razie tak naprawdę, to o to chodzi.
[SC] Nigdy nie był w kiblu w Dżakarcie… gdzie jest napisane na szybie: „Przysuń się! masz krótszego, niż ci się wydaje”.
[BS] [wznosi toast] Panowie, za dobre anegdoty i za to, aby się złe scenariusze nie spełniały…
[SC] Oczywiście, że nie spełniały… Dlatego powinieneś wcześniej…
[MB] [do Sienkiewicza]… zadałeś pytanie bardzo…
[SC] Dlatego powinieneś wcześniej zrobić zmianę w ustawie o NBP.
[MB] Tak: bardzo ważna sprawa.
[SC] Rostowski tego nie zrobi…
[MB] Mogę to zrobić tylko z Tuskiem.
(…)
[BS] Macie projekt tej ustawy?
[MB] No raczej… Wszystko jest, w ministerstwie. Tam są wytrychy…
[SC] Tam nie ma wszystkiego.
[MB] Dobrze, ale kurna, jak ja bym miał sygnał od premiera, że mogę tam wstawić to, co będzie trzeba, to wstawimy, różne rzeczy, które umożliwiałyby mi…
[SC] Nie mamy partnera dziś do rozmowy…
[MB] No – nie mamy…
[SC] Czemu macie problem? Że Tusk zrzucił to na kontakty Rostowskiego, doradców?
[MB] Ja mu się zresztą nie dziwię, on się na tym nie zna. Natomiast Rostowski sprawia wrażenie, że panuje nad wszystkim. (…) On ma tych problemów takich typu, tam wiesz, Smoleńsk kurwa, jakieś pierdoły.
[SC] Co ma wspólnego Rostowski ze Smoleńskiem?
[MB] No nic, ale ma Tusk.
(…)

Treści tu przez rozmówców artykułowane są bardzo ważne, bo są szczere i autentyczne. Zasługują więc na przeanalizowanie w powiązaniu i innymi nagranymi rozmowami polityków oraz faktycznymi działaniami rządu.

13/05/2014

Wybory do PE: Wyższy poziom „polskiego piekła”; kabaret polski w UE.

Gdzieś ponad poziomem własnych problemów, wątpliwości czy codziennych zmartwień; własnych w tym sensie – że bezpośrednich, egzystencjalnych i osobistych – niektórzy potrafią spojrzeć też na „całość”, na sytuację ogólniejszą i sprawy może nie tak bezpośrednio już dziś nas dotyczące, ale ważne. Ważne przez to, że prędzej czy później mogące nas bezpośrednio dotyczyć, te które bez wątpienia „dopadną” nas. Efekt tego – zależy od indywidualnego dostępu do informacji, czyli do wiedzy o rzeczywistym i faktycznym stanie spraw, gdyż wiedza o nierzeczywistym stanie spraw informacją nie jest. Może raczej odwrotnie powinienem napisać: efekt tego zależy od indywidualnego dostępu do wiedzy, czyli do informacji o rzeczywistym stanie spraw, gdyż informacja o nierzeczywistym stanie spraw wiedzą nie jest. Z pewnego punktu widzenia oba te stwierdzenia znaczą to samo…

Na tej właśnie zasadzie, im bliżej do wyborów polskich euro-parlamentarzystów – tym bardziej rośnie moja ciekawość, oczywiście nie dotycząca tego, kto zostanie wybrany w sensie personalnym a raczej tego, jaką to stworzy sytuację polityczną i jakie będzie miało reperkusje w sytuacji społecznej. Przy braku wpływu na bieg zdarzeń – można sobie pozwolić na to, by pozostać jedynie przy obserwacji; biernej… choć z zaciekawieniem.

Zmiana władzy w tym kraju w sensie ideologii środowiska politycznego tworzącego władzę lub koalicję rządzącą wydaje się bardzo prawdopodobna i wręcz konieczna. Po prostu niezbędna i to najlepiej natychmiast. Prawdopodobieństwo to wynika nie tyle ze „zwodniczych” badań opinii publicznej, które manipulują zaplanowanym wynikiem zależnie od tego – kto je wykonuje i na czyje zamówienie to robi. Takie „badanie” opinii publicznej ma na celu kształtowanie jej. Dużo bardziej prawdopodobieństwo to widać po zmianie postaw wielu osób publicznie znanych ze swoich poglądów zdecydowanie poro-PO-wskich; dla mnie takim przykładem mogłaby być droga jaka przeszedł Jacek Żakowski: dziennikarz kojarzący się co prawda niestety z „Gazetą Wyborczą”, ale dla mnie to przede wszystkim znany dziennikarz radiowy Radia Tok-FM; drugiej – obok „Polityki” – swoistej „gadzinówki” władzy.
Stopniowe w miarę rozwoju przejście od bałwochwalczego, bezrefleksyjnego stosunku do Platformy „Obywatelskiej”, bezrefleksyjnej w minionych 3 – 4 latach obrony jej „grajdoła politycznego” – do konkluzji iż stworzyła ona państwo nieludzkie, jego skrajnie wypaczoną namiastkę – jest dla mnie godne szacunku i to wcale nie dlatego, że sam podzielam ten pogląd i wygłaszałem go dużo wcześniej. Bynajmniej nie daje mi satysfakcji iż nazywałem pewne zjawiska bez ogródek już dwa lata temu. Tak „oświeconych” stopniowo przybywa, co może pozostać nie bez wpływu na przyszłe wyniki wyborów krajowych. Ideologię która stworzyła to wypaczone, nieludzkie państwo dobrze by było odsunąć jak najszybciej od jakiegokolwiek wpływu na realną rzeczywistość, pod warunkiem wszakże, iż ta siła polityczna która tego dokona – sama ma zamiar wdrożyć normalniejsze, bardziej „ludzkie”, jednolite standardy…

Jak się to jednak ma do najbliższych wyborów europejskich?
Środowisko aktywistów PO prawdopodobnie zdaje sobie sprawę ze zbliżającego się „rozliczenia” przez wyborców, być może dlatego partia desygnowała na kandydatów do Parlamentu Europejskiego na pierwszych miejscach list wyborczych swoich najlepszych, sprawdzonych „towarzyszy” – jak były minister Vincent Rostowski czy urzędujący minister Władysław Kosiniak Kamysz, Bogdan Zdrojewski; jeśli się urzędujących dziś ministrów wystawia do wyborów, czyli w intencji – wysyła do Brukseli, to dowodzi po prostu świadomości, iż długo oni by tu i tak już nie pourzędowali…
Jest tam na pierwszych miejscach list właśnie i Bogdan Zdrojewski, i niesławny Michał Boni, Janusz Lewandowski, Dariusz Rosati, Barbara Kudrycka, Danuta Huebner, Julia Pitera, Jacek Saryusz Wolski, Róża Thun, Jerzy Buzek… słowem towarzystwo faktycznie „doborowe”, niezwykle w swoim „liberalnym” odczłowieczeniu społecznym kompetentne.

Załóżmy więc przez chwilę na użytek eksperymentu myślowego, że wszystkie te osoby wraz z wystawionymi obok nich celebrytami i innymi „figurantami” mającymi co najwyżej „zajmować miejsca mądrzejszym od siebie wrogom – a tym wyżej wymienionym nie przeszkadzać, ludźmi całkowicie im praktycznie podporządkowanymi w zamian za „ciepłą wodę w kranach”, dobrze płatną i miłą posadkę na co najmniej pięć lat – dostają się do Parlamentu Europejskiego.
Załóżmy, że większość z polskiej puli 51 mandatów w PE obejmują tego typu sprawni politycy Platformy Obywatelskiej mający kontakty zawodowe, polityczne, dobre rozeznanie w tym jak się w PE poruszać wśród wytrawnych polityków zachodnioeuropejskich, mający szerokie kontakty osobiste zdobyte w minionych latach swojej aktywności itp. Głos Polski na forum międzynarodowym w Unii – przynajmniej w PE – byłby więc nadal głosem Platformy Obywatelskiej i jej ideologii.
Mają oni – wraz z działającym do końca kadencji rządem PO w kraju jeszcze rok na przygotowanie się do skutków zmiany władzy w Polsce.

Latem 2015 roku odbywają się wybory prezydenckie i parlamentarne w Polsce i załóżmy, że w ich wyniku władzę obejmuje partia „Prawo i Sprawiedliwość”, która utworzy rząd. Ale kto będzie rządził? Kto wówczas rządzi „tak naprawdę”? Nie można przecież zapominać, że prawo Unijne a raczej dyrektywy będące w rzeczywistości instrukcjami obligatoryjnego modyfikowania prawa na szczeblu krajowym – ma właśnie pierwszeństwo prawne, czyli rząd musi poniekąd ciągle wdrażać zmiany prawa krajowego pod dyktando dyrektyw unijnych.
To jest zrozumiałe i logiczne z punktu widzenia konieczności dążenia do jego unifikacji, ale w aspekcie powyższego pytania zastanawiać się można – kto miałby większy wpływ na sytuację w kraju; ci co tworzą prawo unijne i kierunki jego zmian na poziomie krajów unii czy ci którzy zarządzają państwem pod dyktando tychże dyrektyw, musząc prawo krajowe do nich dostosowywać.

Obawiam się, że niewiele osób w pełni rozumie rzeczywistą rolę poszczególnych instytucji Unii Europejskiej w procesie kształtowania Unii i zarządzania nią na szczeblu kontynentalnym. A przecież jest i szczebel globalny na którym dokonywane są zmiany przez „globalnych graczy” do których Polska przecież nie należy. Bardzo niewielkie zainteresowanie wyborami naszych reprezentantów w Parlamencie Europejskim (a przewiduje się w Polsce frekwencję na poziomie 20%) wynika nie tylko z braku łatwego dostępu do wspomnianej wiedzy; to pewnie i zbytnie rozbicie interesów narodowych poszczególnych krajów, istniejący od początku „podskórnie” rzeczywisty podział na „lobby” tzw. starej unii i jej siłę w porównaniu z nowymi członkami, zapewne i początkowy zwyczaj gremialnego wysyłania tam (wystawiania kandydatur) osób niekompetentnych, artystów, celebrytów, pożytecznych idiotów którzy będą zbyt głupi by przeszkadzać elicie tych co „wiedzą o co chodzi” – wszystko to przyczyniło się do społecznego nastawienia lekceważącego, uznawania tych wyborów za mało istotne. Parlamentarzyści europejscy nie działają zresztą w ramach „reprezentacji” narodowych a w ramach podziału całego PE na większe struktury polityczne; być może nie jest bez znaczenia każda osoba zasilająca konkretną opcję polityczną w ramach struktury PE, nawet i kilkadziesiąt głosów tu się liczy, lecz oddala to psychologicznie PE od „przeciętnego” obywatela kraju członkowskiego.

Oczywiście sytuacja w Unii a co za tym idzie i rola parlamentarzystów powoli zmienia się, ale nastawienie zwykłych obywateli, jakby „metka” tych wyborów – zmienia się jeszcze wolniej.
Szczególną rolę należy przypisać głównie czterem instytucjom; Komisji Europejskiej, Radzie Unii Europejskiej, Radzie Europejskiej oraz Parlamentowi Europejskiemu; instytucji europejskich jest znacznie więcej i wcale nie są one drugorzędne w ramach przysłowiowej już unijnej biurokracji. Te cztery stanowią jednak główny trzon odpowiadający funkcjonalnie parlamentowi i rządowi.

Komisja Europejska i jej przewodniczący jest powoływana przez Radę Europejską. Składa się z Przewodniczącego, komisarzy (po jednym z każdego kraju) oraz grupy pracowników Komisji; tłumaczy itp. – obecnie ok. dwudziestu pięciu tysięcy pracowników działających na rzecz komisarzy. Rada Europejska powołuje Przewodniczącego Komisji Europejskiej a ten desygnuje kandydatów na Komisarzy – którzy są po przesłuchaniach w komisjach PE następnie także formalnie powoływani przez Radę Europejską i PE. Komisja odpowiada za interes Unii jako całości, zajmuje się polityką Unii we wszelkich jej obszarach działania. To Komisja ma prawo do inicjatywy ustawodawczej, decyduje o konsultacjach społecznych, określa długofalową politykę finansową Unii, przygotowuje do zatwierdzenia propozycję rocznego budżetu Unii oraz rozdzielania środków finansowych, pilnuje też wykonywania prawa europejskiego przez rządy krajowe, także wspomnianej implementacji dyrektyw. Każdy z komisarzy zajmuje się inną dziedziną gospodarki unijnej, powierzoną mu przez Przewodniczącego zgodnie z kompetencjami.
Zajmuję się tu jednak głównie oceną wpływu rozlokowania polityków PO jako przyszłej opozycji i ich możliwego wpływu na możliwości realizacji przez nowy Rząd jego programu wyborczego; jednego w przypadku Komisji Europejskiej nie wiem: kto i na podstawie jakich przesłanek nominuje poszczególne osoby na kandydatów na Komisarzy; firmuje to swoim nazwiskiem powołany wcześniej Przewodniczący Komisji, ale jaki jest „klucz” doboru tych kandydatów? Czy aby tylko kompetencyjny?
Komisarze ponoszą odpowiedzialność nie przed tym ciałem które ich powołało a wyłącznie przed Parlamentem Europejskim. Odpowiedzialność tę Parlamentowi Europejskiemu z natury dużo trudniej jest wyegzekwować niż Komisji Europejskiej i być może dlatego tak to zorganizowano. Listę Komisarzy ustala Rada Unii Europejskiej w porozumieniu z Przewodniczącym Komisji i uwzględniając opinie rządów krajów członkowskich. To jasne, gdyż Rada Unii Europejskiej składa się z ministrów rządów państw członkowskich. Problem jest jednak z terminarzem: kadencja Komisji Europejskiej trwa 5 lat, rozpoczęła się na początku lutego 2010 roku a więc czy może ona upłynąć przed terminem wyborów parlamentarnych w Polsce; czyżby to oznaczało, że to obecny Rząd miałby na kilka miesięcy przed przegranymi przez siebie wyborami ustalić skład Komisji Europejskiej? (a w niej polskiego komisarza). Powiązanie składu Komisji z wynikami wyborów krajowych musi przecież istnieć jednak do jakiego stopnia można nim manipulować. Tu trzeba przyznać, że środowisko PO jako opozycyjne wobec rządu krajowego byłoby dużo bardziej „sprawne” niż obecna opozycja w Polsce.

Wybory do Parlamentu Europejskiego są ważne, ale nie można nie uwzględniać, iż nie ma on prawa inicjatywy ustawodawczej; jest on ogromną machiną biurokratyczną o bardzo rozbitym oddziaływaniu, natomiast ciała unijnej administracji które mają największy wpływ na cała sytuację Unii – nie pochodzą z bezpośrednich wyborów, proces ich wyłaniania jest dość niejednoznaczny.

Generalnie trudno jest o rzetelne informacje szczegółowe o organizacji i funkcjonowaniu Unii jako całości, gdyż wiele źródeł wzajemnie sobie zaprzecza; dla przykładu strona internetowa Unii Europejskiej i poświęcona Unii strona w tak popularnej dziś Wikipedii. Odnoszę wrażenie że stan małego rozpowszechnienia rzetelnej wiedzy nie jest tu przypadkowy.
Chodzi o materię dość złożoną, o skomplikowane zależności i masę szczegółów posiadających swoje różne „dna”… jakże więc się nie dziwić niechęci jaką „przeciętny obywatel” Unii darzy wybory do PE. Unia jest zbyt skomplikowana dla „Kowalskiego” więc koncentruje się on na wojence personalnej zastępującej politykę w swoim kraju, ale rzeczywista sytuacja w kraju – zależy w dużej mierze od Unii; czy to aby sprawa jedynie przypadku?

To, że Unię trudno zrozumieć nie znaczy, że łatwiej ją lekceważyć.
Generalnie trudno jest określić ewentualny hipotetyczny wpływ przyszłych przegranych przez PO wyborów parlamentarnych pomimo wygrania wyborów europejskich – na sytuację i możliwości nowego polskiego rządu. Wiele też zapewne zależy od jego postawy, stopnia samodzielności, od definicji bieżącej „interesu polskiego” i skłonności do poświęcania tegoż na rzecz integracji – choćby i ze stratą, czy na rzecz własnej kariery politycznej lub finansowej.
Jedno jest pewne: w nominowaniu znanych polityków PO takich jak Rostowski, w tym i urzędujących ministrów – jako kandydatów w wyborach do PE – jest coś niepokojącego. Byłoby pożałowania godne, gdyby obecna walka ideologiczna i personalna ze szczebla krajowego przeniosła się po wyborach parlamentarnych w Polsce na szczebel Instytucje UE – Rząd.

19/01/2014

Władza tonie w absurdach. Platforma tzw. "Obywatelska" łamie Konstytucję…

Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…

To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…

Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.

Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.

Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?

Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).

Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”

Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".

Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.

Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych;
By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.

Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.

23/06/2013

Społeczeństwo – niechżyje! Na przekór tuskom…

Szesnastego listopada 2007 roku Donald Tusk został powołany i zaprzysiężony na Prezesa Rady Ministrów. Powołano i zaprzysiężono także osoby wchodzące w skład jego rządu. Tydzień później Rząd uzyskał wotum zaufania Sejmu PR.
Od początku 2008 roku zaczęło gwałtownie rosnąć bezrobocie. Z 1.474.000 wzrosło ono do 1.983.000 osób (II kw.2011), czyli o 509.000 osób. Jednocześnie w latach 2008 – 2011 znacząco malała liczba ofert pracy a jednocześnie rosła liczba absolwentów gotowych podjąć pracę. W II kw. 2011 roku ponad 400.000 młodych ludzi – do 24 roku życia – zarejestrowanych było jako bezrobotni. Najszybciej w tym okresie rosła liczba bezrobotnych z wyższym wykształceniem: ze 144.000 osób w 2008 r. – do 250.000 osób w 2011 r., czyli o ponad 70%. W efekcie tego zwiększyła się ponad trzykrotnie liczba bezrobotnych przypadających na jedną ofertę pracy.
W II kwartale 2011 r. w Polsce pracowało 14.153.000 obywateli. Wskaźnik zatrudnienia osób będących w wieku produkcyjnym (18 – 59 lat kobiety i 18 – 64 lat mężczyźni) był jednym z najniższych w Europie i wyniósł 57,8%. Osiągnięcie wartości średniego europejskiego wskaźnika wymagałoby zatrudnienia jeszcze 2.600.000 osób z grupy obywateli w wieku produkcyjnym.
W tym czasie prawie 2 miliony Polaków pracowało za granicą na rzecz rozwoju gospodarczego państw do których wyemigrowali „za praca” (dokładniej 1.940.000 osób – stan na II kw. 2011 r.). W tym samym czasie w kraju natomiast było zarejestrowanych nieco ponad 2 miliony osób bezrobotnych, czyli osób zdolnych i gotowych podjąć pracę – dla których nie było oferty zatrudnienia (dokładniej 2.097.000 osób, stan na II kw. 2011 r.). W sumie więc dla gospodarki polskiej nie pracowało 4.037.000 osób mogących pracować dla Polski co stanowi nieco ponad 28,5% wszystkich obywateli w wieku produkcyjnym.
W roku 2011 rozpoczęła się przewidywana aż do 2015 roku fala wchodzenia na rynek pracy absolwentów szkół ponad-gimnazjalnych. Liczba ich określana jest łącznie na 3.500.000 a wiec średnio 400.000 absolwentów co roku, w ciągu pięciu kolejnych lat. Dziś jesteśmy w połowie tego okresu i stan bezrobocia w grupie absolwentów jest katastrofalny. Najprawdopodobniej przekształci się on w kolejną falę masowej emigracji zarobkowej czy też co najmniej przemieszczania się młodych Polaków w ramach strefy swobodnego przepływu osób z Polski do innych krajów UE o lepszych perspektywach życia i pracy.
To ostatnia fala młodej siły roboczej i intelektualnej; w przyszłości prognozuje się pogłębiający się niż demograficzny, prowadzący do starzenia się społeczeństwa. Oznacza to utratę niezwykle cennego zasobu narodowego o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości Polski, bo jak wskazują wszystkie współczesna badania, szansa powrotu do kraju tych młodych ludzi którzy znaleźli za granicą stabilizację zawodową i rodzinną – jest minimalna.
Niezwykle pilne były i nadal są więc działania nakierowane na tworzenie miejsc pracy a więc na rozwój gospodarki krajowej. W celu zapobieżenia masowej emigracji musiałoby powstać dwa miliony miejsc pracy. Ponadto zasadnicze znaczenie ma także kwestia płac, których wzrost nie podąża za wzrostem wydajności pracy jak to ma miejsce w krajach UE i jest sztucznie hamowany (wskaźnik 0.28) , co znacznie podnosi atrakcyjność pracy za granicą szczególnie dla osób młodych „na dorobku”.

Większość urzędów pracy wykazała się bardzo niską efektywnością wykorzystania środków Funduszu Pracy na „zwalczanie bezrobocia” (rzędu 30 – 50%) a tylko nieliczne z nich osiągnęły efektywność ponad 70%. Sposób określania efektywności nakierowany był na uzyskanie dobrych danych statystycznych a nie na trwały rzeczywisty efekt.
Ogromne kwoty poświęcono na finansowanie szkoleń dla bezrobotnych zmieniających kwalifikacje lub aktualizujących je, ale za tym nie prowadzono promocji tych działań i promocji „absolwentów” tych szkoleń wśród pracodawców, co dało niezwykle mizerny efekt w porównaniu z wydatkowanymi środkami. Osoby przeszkolone mimo szkolenia nie uzyskiwały zatrudnienia i ponownie powracały do rejestru bezrobotnych.
Ogromne środki przeznaczono na dofinansowanie organizacji staży dla osób bezrobotnych. Założeniem tu była promocja konkretnych osób, zaakceptowanych i przyjętych przez pracodawcę do odbycia stażu zawodowego na podstawie deklaracji następującego po tym zawarcia z nimi stosunku pracy. Tymczasem pracodawcy uczynili sobie z tego metodę na pozyskiwanie bardzo tanich pracowników, których zatrudnienie było finansowane z Funduszu Pracy i w niczym nie wiązało pracodawcy ze stażystą (brak jakiejkolwiek umowy) a po upłynięciu okresu stażu bardzo często nie wywiązywali się oni z deklaracji dalszego zatrudnienia tych osób. Wielu pracodawców wręcz w taki sposób zorganizowało prace, że część zadań dotychczas wykonywanych przez pracownika etatowego – przeznaczyli do wykonywania przez kolejnych kierowanych z Urzędu Pracy stażystów. Stażyści ci nie generowali dla pracodawcy żadnych kosztów; ich praca wiązała się z otrzymywaniem od Urzędu Pracy jedynie stypendium stażowego w wysokości porównywalnej z zasiłkiem dla bezrobotnych, wypłacanego z Funduszu Pracy.
Pracodawcami organizującymi staże dla bezrobotnych były głównie instytucje samorządowe powiatowe i gminne w tym i same Urzędy Pracy (dotyczy to także i innych form zatrudnienia dotowanego), co powodowało jedynie w ostatecznym rozrachunku transfer pieniędzy z zasobów Funduszu Pracy do kasy powiatu lub gminy poprzez zastępowanie pracowników – stażystami opłacanymi ze środków FP.
Podobnie formy dotowanego w ok. 50% zatrudnienia w formie tzw. „prac interwencyjnych” lub „robót publicznych” okazały się źródłem taniej siły roboczej na czas określony uwarunkowany okresem dotowania, ale nie odegrały żadnej roli w promocji zatrudnienia skutkującego trwałym wykreśleniem bezrobotnego z rejestru Urzędu Pracy. Wszystkie te działania w rezultacie nakierowane były na pomnożenie zysku przedsiębiorców w tym „odzyskanie” co nieco z zasobów FP, tworzonego obowiązkowo ze składek pracodawców a nie skutkowały zmniejszeniem bezrobocia.
Wręcz przeciwnie: stanowiły one element stabilizujący bezrobocie na wysokim poziomie z tendencją do stałego wzrostu.

Pomimo tak dramatycznego stanu, w połowie 2011 roku Rząd drastycznie zmniejszył wydatki z Funduszu Pracy, zredukowano także budżety Powiatowych Urzędów Pracy o 30% w 2011 r., obcinając fundusze na zwalczanie skutków bezrobocia. W 2012 roku Rząd ponownie okroił budżety Urzędów Pracy co zmniejszyło możliwości finansowania podstawowych instrumentów rynku pracy. W 2012 roku urzędy pracy w wielu powiatach już przed połową roku wyczerpały środki na działania, posiadając jedynie możliwość finansowania tego co już zostało rozpoczęte; zapanował zastój i marazm. W rezultacie tego stan środków na koncie Funduszu Pracy wzrósł do 7.200.000.000 zł ze składek pracodawców. Przyczyną tego było traktowanie przez Ministra Finansów zasobów FP jako zasobów Skarbu Państwa lub przynajmniej zasobów pod bezpośrednim zarządem resortu finansów, stanowiących element stabilizacji finansowej państwa. W rezultacie to Minister Pracy jako dysponent zasobów Funduszu Pracy będącego przecież funduszem celowym, musiał ubiegać się w Resorcie Finansów o przekazanie jakiejkolwiek kwoty z FP do dyspozycji Resortu Pracy. Było to skandaliczne w tak trudnych okolicznościach panujących na rynku pracy.
W 2013 roku resort pracy dysponuje już dużo większymi zasobami finansowymi niż w omawianym okresie.
Okres ten, okres głównie pierwszego gabinetu Donalda Tuska, z punktu widzenia zwalczania przyczyn i skutków bezrobocia trzeba uznać za skandalicznie zmarnowany. Dopiero w roku bieżącym zaczęły powstawać projekty zmian systemowych, mających w zamiarze Ministra Pracy radykalnie wpłynąć na stan bezrobocia. Oczywiście – skuteczność tych zmian jest co najmniej dyskusyjna i zostanie dopiero z czasem zweryfikowana.
Jednocześnie korzystając z nieco bardziej dostępnych zasobów FP resort pracy rozpoczął zakrojoną na szerszą skalę akcję interwencji na rynku pracy poprzez dotowanie zatrudnienia czasowego w ramach „prac interwencyjnych” i „robót publicznych”. Ma ona niewątpliwie duże znaczenie dla podratowania kondycji osób długotrwale bezrobotnych i bezskutecznie od 2, 3, 4 lat, lub nawet jeszcze dłużej – poszukujących jakiegoś stabilnego zatrudnienia; w szczególności dotyczy to ludzi młodych oraz osób z grupy tzw. „50+” jeszcze walczących o powrót w sposób trwały do pracy, szczególnie w związku z wydłużeniem okresu pracy niezbędnego do uzyskania uprawnienia do emerytury. Akcja dotowania zatrudnienia jednak ma niewielki wpływ na stan bezrobocia; powoduje wahania stopy bezrobocia o kilka dziesiątych punktu procentowego, co usłużna propaganda Platformy Obywatelskiej przedstawia jako sukces szumie zwany „spadkiem bezrobocia”. Jednak w zatrudnienia dotowane interwencyjnie jest już niejako z góry wpisany powrót osoby zatrudnionej do rejestru bezrobotnych: zatrudnienie bezrobotnego na prace interwencyjne na 4 miesiące, co jest równoznaczne z zawarciem umowy o pracę na czas określony 4 miesięcy pod warunkiem dotowania tego zatrudnienia na poziomie 50%, jest przez Urzędy Pracy wykazywane jako sukces w zwalczaniu bezrobocia, gdyż bezrobotny uzyskuje zatrudnienie na czas „nie krótszy niż trzy miesiące”, co jest traktowane jako „trwały powrót do pracy”. Tymczasem z chwilą zawarcia tej umowy na okres czterech miesięcy, powrót tej osoby bezrobotnej po zakończeniu okresu zatrudnienia dotowanego do rejestru bezrobotnych w większości przypadków jest pewny i nieunikniony, więc jest to raczej „ukrywanie bezrobocia” niż jego zwalczanie.

Podobnie jak w przypadku stażystów, pracodawcy zastępują pewne miejsca zatrudnienia osobami wykonującymi prace interwencyjne, co daje podwójną korzyść: praca jest wykonana a jeszcze przynosi ograniczenie kosztów.
Tymczasem prócz elementarnych środków do przetrwania (płaca 1186 zł netto) i utrzymania aktywności pracowniczej – w niczym nie zmniejsza to bezrobocia ani nie daje trwałego efektu, dlatego przedstawianie drobnych wahań stopy bezrobocia w dół kosztem wydatkowania sporych kwot na dotowanie zatrudnienia nie dającego żadnego trwałego efektu – jest wyłącznie oszukańczą propagandą polityczną.
U podstaw wszystkich wyżej naszkicowanych problemów leży fakt, że bezrobocie jest w istocie nadwyżką podaży pracy nad popytem na nią a więc jest to problem gospodarki, który powinien być rozwiązywany poprzez aktywne działania na gospodarce narodowej, a więc działania resortu gospodarki i infrastruktury a nie resortu pracy, który może się zajmować „gospodarowaniem” istniejącymi miejscami zatrudnienia, warunkami ich funkcjonowania itp. a nie ich tworzeniem, i w rzeczywistości – to właśnie robi. Jednocześnie jednak obserwuje się absurdalne oczekiwanie, że to resort pracy „zwalczy bezrobocie” podczas gdy w resorcie gospodarki panuje „magiczna” ideologia polityczna oparta na zasadzie „nieingerencji w gospodarkę”, która ma się sama zorganizować dzięki „samoregulacji” realizowanej przez „niewidzialną rękę”.

Wszystkie te problemy wywodzą się więc z ideologii politycznej realizowanej przez rząd Donalda Tuska – jak jakiś eksperyment na żywym (jeszcze) organizmie. Jednak kontynuowanie tego nie jest już możliwe; albo eksperymentator sam zrezygnuje i powróci do metod znanych i sprawdzonych w wielu dobrze funkcjonujących krajach, albo zostanie do tego zmuszony siłą. Jeśli „żywy organizm” – społeczeństwo, szczególnie w swojej części uzależnionej od pracy najemnej a nie należącej do uprzywilejowanych grup „wsparcia władzy” – okaże się na tyle „żywy” by móc się jeszcze bronić i na tyle mądry, by się nie dać podzielić i rozbić przydupnym propagandystom władzy,

09/04/2013

Dymisje. Minister Pracy Kosiniak- Kamysz – następny…?

Dla kogoś, kto ma to nieszczęście być teraz w grupie obywateli „zbędnych” w tym kraju, czyli ludzi rugowanych z rynku pracy, z życia, spychanych w kierunku „śmietnika”, także i w sensie dosłownym – trudno o bardziej denerwujące miejsce w Internecie, niż strona Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej – pana Władysława Kosiniak Kamysza.
To dość absurdalne, bo jak się wydaje – właśnie tam osoby walczące o przetrwanie powinny chyba spodziewać się dobrych wieści, informacji dających nadzieję i motywację do dalszego borykania się z przeciwnościami. Władza jednak odwrotnie: zawzięcie produkuje nowe przeciwności, jednocześnie stwarzając fikcyjny piękny obraz rzeczywistości; obraz jakby z innego świata, z ciężkiego snu debila marzącego o tym, że mu się wszystko „samo reguluje” za pomocą jakiejś tajemniczej (bo niewidzialnej) reki. Propaganda władzy wiele ostatnio krzyczy i każe krzyczeć swoim usłużnym medialnym sługusom o „sekcie smoleńskiej” czy smoleńskiej „wierze”, ale taka wiara w niewidzialne ręce rynku także przecież jest nie mniej sekciarska, czyni przy tym dużo więcej rzeczywistej szkody ogromnej rzeszy ludzi „zbędnych” w tym kraju niż takie czy inne teorie wyjaśniające przyczyny nagłej śmierci 96 ważnych dla państwa osób. Jest ona także sekciarska, bo wystarczy przecież spojrzeć dookoła, by stwierdzić, że to nie działa, albo co najmniej nie działa tak jak tego władza oczekuje.
Cechą sekt jest irracjonalizm wiary dla „maluczkich” tworzonej przez cynicznych, bezwzględnych i niewierzących w nic oprócz pieniędzy – przywódców, oraz drastyczny rozdźwięk pomiędzy wersją oficjalną a obiektywną obserwacją rzeczywistości. Dokładnie tak jak w „zwalczaniu bezrobocia” przez ministra pracy.

Mam nieodparte wrażenie, przeglądając stronę tego ministerstwa, albo czytając wpisy w blogosferze Kancelarii Prezesa Tuska, że mamy tam do czynienia z zabawami ludzi nienormalnych, obłąkańców kompletnie nie widzących i nie rozumiejących realnej rzeczywistości a bawiących się w „liberalizm gospodarczy” – czyniąc tym spustoszenie, bezsensowne szkody i dramaty – jak psychopata z piłą spalinową w rękach czy przysłowiowa już małpa z brzytwą. Piszę o tym tak bezpardonowo, bo sam jestem o krok od stania się ofiarą tej właśnie obłąkańczej „zabawy” władzy…
Przeraża perfidia tej władzy, wyrażająca się w dzieleniu społeczeństwa, degradowaniu wszelkich oznak solidarności międzyludzkiej. Dane statystyczne potwierdzają, że miejsc pracy ubywa a jednocześnie ci co pracują, głównie w rozdętej do nieprzyzwoitości administracji – zarabiają coraz więcej.
Brak zatrudnienia dającego dochód wystarczający do przetrwania dla co najmniej 30% ludzi w wieku produkcyjnym, ale pozostałe 70% – ma się coraz lepiej. Łatwo więc tu o wniosek, ich wniosek, że jest im coraz lepiej właśnie dzięki temu, że ci odrzuceni przymierają głodem, staczają się na śmietnik lub wybierają świat kryminalny i zdecydowanie nielegalny. Dla mnie natomiast stąd płynie prosty i oczywisty sygnał: skoro jest nam lepiej dzięki tej władzy, to popierajmy ją a tamci, odrzuceni… trudno; jakieś ofiary muszą być… dobrze że to nie my.
Jak łatwo jest przekreślać życie i zdrowie kogoś innego, obcego, nieznajomego. Poświęcić innych na ofiarę własnego spokoju czy wzrastającego dobrobytu. Cóż: nie dali sobie rady... No trudno...

Jest już tak wielu zadowolonych ze swojej sytuacji społecznej i materialnej, że na protesty na skalę porównywalną choćby do Sierpnia 80 – nie ma co liczyć. A jeśli nawet, to władza ma dobry sprzęt do rozpędzania mniejszych, lokalnych demonstracji czy manifestacji, sprowadzony zdaje się z Japonii (mieliśmy być drugą Japonią i jesteśmy… przynajmniej pod tym względem), ma ludzi chętnych i zainteresowanych taką służbą dla władzy, a jeśli czegoś zabraknie – to się dokupi; pieniądze zawsze się znajdą na „utrzymanie spokoju społecznego”.
Piszę to oczywiście z duża dozą sarkazmu, przesady – lecz wierzę, że jeszcze jest czas zawrócić z tej drogi.
Przede wszystkim trzeba w tym celu zająć się gospodarką w taki sposób, by – nawet sprzeciwiając się naciskom obcych lobbystów kryjących się za maską „unii europejskiej” – odtworzyć niektóre gałęzie przemysłu krajowego, pracującego wówczas choćby tylko na potrzeby rynku wewnętrznego zamiast importu, stwarzając w ten sposób lokalne „polskie” miejsca pracy zamiast utrzymywania obcych.
By tak się stało, musi być widać tu dobrą wolę; – potrzeba tak zwanej „woli politycznej” to znaczy korekty, zgody na korektę ideologii politycznej od której obecnie zależy postawa władzy. Od tej korekty zależy ponowna „humanizacja” władzy, niezbędna do tego by uznać prawa każdego obywatela zapisane w Konstytucji – jakie dziś wobec części społeczeństwa są bezczelnie traktowane za nieistniejące czy nieobowiązujące.

Podstawą obecnych problemów jest właśnie kompletne ignorowanie przez władzę istniejącej i obowiązującej konstytucji. Czerpanie dochodu niezbędnego do życia – z pracy, jest podstawowym prawem każdego człowieka a w myśl kardynalnej zasady na jakiej opiera się prawo w ogóle – katalog praw jednych jest jednocześnie katalogiem odpowiadających tym prawom – obowiązków innych. Np. prawo pracownika do urlopu oznacza jednocześnie obowiązek pracodawcy udzielenia mu tego urlopu, nawet gdyby nie było to literalnie zapisane w ustawie.
Odebranie dwóm milionom ludzi możliwości zdobycia niezbędnych środków poprzez pracę – jest odebraniem im ich podstawowego prawa a właściwie wielu praw, których realizacja bezpośrednio zależy od posiadania środków na zaspokojenie własnych potrzeb. Jak zresztą w takiej sytuacji można mówić o liberalizmie gdy się jednym obywatelom nadaje prawa kosztem odebrania ich innym obywatelom tego samego państwa?
Władza a w tym i minister pracy musi zrozumieć czyli przyznać, że do istnienia, do życia oraz do poszukiwania źródła niezbędnego dochodu (pracy, działalności gospodarczej itp.) – są człowiekowi potrzebne… dochody w niezbędnej wysokości. Nie wiem na czym miałby polegać sygnalizowany niedawno przez Prezesa Jarosława Kaczyńskiego plan stworzenia w krótkim czasie 1,2 miliona miejsc pracy, ale dowodzi on przynajmniej dostrzegania problemu ich braku. Jeśli jest to możliwe, to tylko poprzez inne gospodarowanie istniejącymi środkami skarbu państwa, uszczelnienie źródeł przychodów itp.
Dokładnie to samo można powiedzieć o doraźnych działaniach: jeśli przyznamy, że nie tylko „bycie bezrobotnym” ale życie, istnienie w ogóle wymaga posiadania środków (kosztuje), to należy upowszechnić pomoc finansową dla rzeczywistych, zarejestrowanych bezrobotnych, także oczywiście poprzez odpowiednie przesunięcia środków jakimi już dysponuje władza.
Napiszę to jeszcze raz, choć wspominałem o tym w swoich felietonach już wielokrotnie, mając przez cały czas wrażenie – że „gadam do obraza” jak ten przysłowiowy dziad:
Panie Ministrze!
Człowiek by istnieć, by żyć – musi posiadać środki na utrzymanie.
Jeśli jest bezrobotnym – tym bardziej musi posiadać środki niezbędne do utrzymania „dachu nad głową”, ubioru, schludnego wyglądu, czystości i higieny, jakiegoś ubioru i obuwia, telefonu, – bo bez tego żaden pracodawca nie będzie z nim rozmawiał o zatrudnieniu.
Tymczasem zaledwie 16 na 100 bezrobotnych ma prawo do zasiłku (niespełna 700 zł miesięcznie). Taki zasiłek nawet dla tych nielicznych szczęśliwców jest zbyt niski, nie wystarcza na utrzymanie gotowości do podjęcia pracy, jest także zbyt krótko wypłacany w porównaniu z przeciętnym okresem poszukiwania zatrudnienia.
Pojawia się ogromna ilość idiotycznych tekstów zawierających „porady” dla bezrobotnych, jak lepiej szukać tego czego się nie znajdzie - bo nie ma. Podejrzewam, że autorami są młode osoby bez własnego doświadczenia, które się bezpośrednio z bezrobociem, z biedą, bezdomnością, stresem i depresją z tego wynikającą – nie zetknęły. Przykład dość irytujący – pierwszy z brzegu, z portalu „Zielona Linia”, autorstwa Joanny Niemyjskiej: "Aktywność w czasie poszukiwania pracy".

http://zielonalinia.gov.pl/Aktywnosc-w-okresie-poszukiwania-pracy-1116,46858,76,209

Brakuje miejsc pracy i ich ilość zmniejsza się, dlatego działania ministerstwa pracy przypominają ochocze, wesołe i pomysłowe… przelewanie z pustego w próżne. Na stronie ministerstwa – jak w Wojewódzkich Urzędach Pracy – kwitnie radosna działalność; konferencje, sympozja, wizyty, spotkania, odczyty, wszystko bezstresowe, w pięknych garniturach i sukniach, na luzie i w dobrym stylu. I całkowicie bez sensu. Minister z zachwytem donosi o pierwszych efektach „udanej interwencji na rynku pracy” w postaci zmniejszenia stopy bezrobocia o… 0,1% w marcu br.

http://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/art,5543,6138,spadek-bezrobocia-w-marcu-zaczynaja-skutkowac-interwencje-na-rynku-pracy.html

Ta interwencja – to oczywiście dotowanie zatrudnienia (ok. 50% kosztów pracy). Przede wszystkim poprzez prace interwencyjne i staże dla bezrobotnych. Minister chwali zwiększenie ilości ofert pracy w formie zapotrzebowań na tego typu pracowników. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ze zmniejszeniem bezrobocia. Praca dotowana jest zawsze i bezwzględnie ograniczona czasowo ściśle do okresu dotowania; kończy się dotacja to i kończy się zatrudnienie. Można to bardziej trafnie nazwać „przerwą w bezrobociu” a nie zatrudnieniem. Bezrobotny taki otrzymuje umowę na czas określony; na okres dotowania jego pracy. Potem – bezwzględnie powraca do rejestru bezrobotnych. Jak więc uczciwie można tu mówić o „zmniejszeniu bezrobocia”? To tylko jego częściowe „ukrycie”. Nic dziwnego, że gdy rozeszła się wieść, iż ministerstwo chce przeznaczyć dużo większe środki na dotowanie zatrudnienia, pojawiło się więcej pracodawców chętnych na owe dotacje, składających zapotrzebowania na pracę dotowaną. Dotowanie zatrudnienia to prezent dla przedsiębiorcy, to pieniądze idące bezpośrednio do jego kieszeni, tani i dobry pracownik za kilkaset złotych miesięcznie. Oczywiście że człowiek ten dotychczas bezskutecznie poszukujący zatrudnienia (środków do życia) będzie wdzięczny za te 1600 zł brutto (czyli jak dobrze pójdzie 1170 zł na rękę); to dla niego ratunek przed ostatecznym stoczeniem się, ale efekt tego jest chwilowy. To – jak dla skazańca – odroczenie egzekucji. Skończy się dotacja, skończy się zatrudnienie… to najczęściej obowiązujący mechanizm.
Miałoby to sens jedynie wówczas, gdyby w tak zwanym międzyczasie ministerstwo gospodarki i ministerstwo skarbu państwa pracowało intensywnie nad stanem gospodarki, mając na celu zwiększenie ilości miejsc trwałego zatrudnienia, mam na myśli nie przedsiębiorstwa państwowe a tworzenie środowiska prawnego w którym działają firmy prywatne. Także – uporządkowanie przychodów skarbu państwa i ZUS, uszczelnienie polityki fiskalnej w zamian za obniżenie podatku itp.; wówczas przejściowe dotowanie zatrudnienia miałoby sens.
Coś co pozwala ludziom przeżyć, przetrwać – zawsze ma sens, ale…

Jako osoba wierząca uważam, że pomoc w przetrwaniu okresu spowolnienia gospodarczego ludziom niezatrudnionym dla których zabrakło pracy, jest ważniejszym obowiązkiem państwa niż finansowanie budowy Świątyni Opatrzności Bożej czy finansowanie kościoła w ogóle, ważniejszym niż wiele wielkich inwestycji infrastrukturalnych jakie mogłyby tymczasem w sytuacji kryzysu jeszcze trochę poczekać, ważniejszym niż wiele wydatków na cele sportowe i kulturalne.

Pieniądze są: chodzi jedynie o to, na co zostaną przeznaczone w pierwszej kolejności a na co w dalszych. Chodzi o priorytety. A to – wynika z ideologii politycznej władzy oraz ze stopnia zezwierzęcenia, dehumanizacji ludzi, decydentów – mającego poniekąd związek z realizowana ideologią.

Interwencje polegające na dotowaniu zatrudnienia są jak zastrzyk przeciwbólowy dla potrąconego przez samochód: zmniejszają ból, ale niczego nie załatwiają, nie zastępują reanimacji, diagnozy i leczenia, rehabilitacji… Gdyby nawet efekt tej interwencji wyniósł 1% a nie 0,1% – to niewiele zmienia, bo nie dotyka przyczyn tragedii, szczególnie dla osób z grupy zwanej 50 plus i nie daje efektu trwałego.
Prócz intensywnego działania w kierunku zwiększenia liczby miejsc produktywnej pracy, co nakazuje obowiązująca Konstytucja, oraz zapewnienia środków zastępczych zamiast dochodu z pracy osobom bezrobotnym gotowym do podjęcia pracy a jednak nie zatrudnianym (jak choćby w Danii), należałoby oczywiście także zmienić odpowiednio treść odnośnej ustawy w punktach reglamentujących dziś prawo do zasiłku i jego okres, stosownie do sytuacji kryzysowej. Jeśli nadanie pracownikom większych obciążeń poprzez ingerencję w prawo pracy jest dziś uzasadniane „kryzysem”, to i ingerencja w ustawę dotyczącą bezrobocia na rzecz bezrobotnych jest z tym samym uzasadnieniem możliwa.
Dla zarejestrowanych osób bezrobotnych z grupy 50 plus, szczególnie tych najdłużej pozostających bez zatrudnienia, należałoby być może pomyśleć o jednorazowej akcji wyjątkowego przeniesienia pewnej ich liczby na wcześniejsze emerytury; celem w tym wypadku byłoby zarówno trwałe zmniejszenie stopy bezrobocia jak i radykalne zabezpieczenie tych osób przed skrajną nędzą i upadkiem.
Władza musi uznać, że obywatel bez własnej woli pozostający bez dochodów z pracy musi otrzymać od państwa pomoc nie tylko organizacyjną ale i materialną, bo środki materialne są mu niezbędne do życia i utrzymania gotowości do pracy. Środki te mogą pochodzić z zasiłku dla bezrobotnych ale mogą należeć też do tzw. pomocy społecznej. Obecnie jest tak, że osoby które nie spełniają niezwykle rygorystycznych wymogów prawa dotyczących przyznawania zasiłku dla bezrobotnych – są po prostu rejestrowane jako „bezrobotny bez prawa do zasiłku”. Jest to irracjonalne, bo bezrobotnym nie można być bez posiadania minimalnego dochodu, bez środków niezbędnych do zaspokojenia podstawowych potrzeb. Co więcej: ustawa o promocji zatrudnienia zabrania osobom bezrobotnych posiadania dochodów pochodzących z wynagrodzeń. Bezrobotny nie może być zatrudniony ani wykonywać zleceń (dzieł), nie może też osiągać dochodu z jakichkolwiek innych źródeł większego niż 800 zł brutto miesięcznie (połowa minimalnego wynagrodzenia ustawowo określonego) pod rygorem utraty statusu osoby bezrobotnej a nawet narażenia się na zarzut wyłudzenia zasiłku. Urzędy Pracy poza sprawą tych rygorów całkowicie odżegnują się od problemu braku środków do życia, zgłaszanego nieraz przez bezrobotnych – odsyłając ich do pomocy społecznej.
Kontakt z tak zwana „pomocą społeczną” jest doświadczeniem którego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi, wywołuje wrażenie najgorszego upodlenia, pozbawienia wszelkich praw, wolności osobistej, godności itp. Pomijając jednak to, środki jakie tam można otrzymać są symboliczne. Pomoc społeczna nie pomaga w utrzymaniu dachu nad głową, bo mówią że lokator tymczasem jeszcze może jakiś czas bezkarnie nie płacić a poza tym oni mają własne ośrodki dla bezdomnych… Słowem, człowiek ma się stać bezdomny i wówczas dopiero jest godzien zainteresowania pomocy społecznej. Wyżebrana tam pomoc materialna w zasadzie nie przekracza 250 – 450 zł miesięcznie na osobę, jest to więc o wiele za mało by przeżyć, nie mówiąc już o utrzymaniu gotowości do podjęcia pracy czy właściwego zaprezentowania się ewentualnemu pracodawcy.
W ten sposób władza tworzy fikcję: fikcję walki z bezrobociem i fikcję pomocy społecznej. Wiele osób nie godzi się na aż takie poniżenie, pozbawienie godności – gotowi raczej umrzeć niż dać się „zeszmacić” państwu, sprawić tę satysfakcję urzędnikom…
Dlatego uważam, że sprawa posiadania przez bezrobotnego środków do życia musi być obowiązkowym przedmiotem zainteresowania i działalności urzędów pracy. Osoba bezrobotna powinna mieć możliwość w urzędzie pracy uzyskać dostateczną i wystarczającą pomoc, także i materialną, gdyż jej sytuacja wynika także wyłącznie z braku dla niej oferty zatrudnienia a nie z upadku cywilizacyjnego, alkoholizmu, socjopatii, niechęci do pracy najemnej itp. Ośrodki pomocy społecznej pozostawmy dla różnych wykolejeńców, odmawiających leczenia alkoholików i osób nie nadających się z różnych przyczyn do pracy bądź nią w ogóle nie zainteresowanych.
Z obserwacji praktycznej wynika, że np. w miastach poza największymi ośrodkami, do minimalnej samodzielnej egzystencji potrzeba ok. 1400 – 1500 zł miesięcznie netto. Kwota ta zawiera ok. 500 zł za wynajem lokum, opłatę za najtańszy telefon mobilny (niezbędne dla osoby bezrobotnej), środki na uzupełnienie garderoby, podstawowe środki czystości, fryzjera, leki i wyżywienie. To wszystko jest niezbędne by można było mówić o rzeczywistym poszukiwaniu zatrudnienia, kontaktach z pracodawcami i pośrednikami oraz „gotowości i zdolności do natychmiastowego podjęcia zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy wynikającym z posiadanego wykształcenia (zawodu)” .
To urząd pracy nadający człowiekowi status osoby bezrobotnej powinien jednocześnie rozpatrzeć jego aktualną sytuację materialną, doprowadzając do tego by dysponował on środkami tego rzędu, podobnie jak to się dzieje np. w Danii. To musi być załatwiane bezpośrednio w Urzędzie Pracy (w ostateczności – w innym dziale, innym pokoju – niż pośrednictwo pracy), bez pogardliwego jak dziś odsyłania bezrobotnego do „pomocy społecznej”. Inaczej – tworzy się fikcję walki z bezrobociem i marnuje się ogromne środki publiczne na działania pozorne i nieefektywne. Oczywiście – by uniknąć nadużyć – musi być też konkretna i możliwa do wyegzekwowania natychmiast odpowiedzialność po stronie nieuczciwych bezrobotnych.
Niestety – dzisiejsze działania ministerstwa pracy przywodzą na myśl jakiś chocholi taniec, jakąś obłąkańczą fikcję nie liczącą się ani z kosztami materialnymi ani z ludzkim życiem i cierpieniem. Stąd pytanie postawione w tytule.

08/04/2013

Mitu „wysokich kosztów pracy” ciąg dalszy… czyli rozterki prostaczka - przedsiębiorcy.

Pisałem już niedawno o micie „wysokich kosztów pracy”. Niestety; postrzeganie tego zjawiska zależy od nastawienia a nastawienie jest uwarunkowane taką ilością bzdurnych wypowiedzi jakie można znaleźć w „mediach”, że trudno się dziwić trwałości wspomnianego mitu.
Przede wszystkim – jest on jednak po prostu opłacalny dla przedsiębiorców. Stąd – na zasadzie prawa rzymskiego – przypuszczać można, że to oni są jego autorami.

W rzeczywistości – przedsiębiorca przed rozpoczęciem działalności gospodarczej ustala niezwykle precyzyjny i dokładny plan biznesowy, uwzględniający wszelkie wydatki oraz źródła dochodów, wszelkie szczegóły działalności i jej rozwoju, wszelkie przepływy pieniędzy. Prawdziwy biznesplan wymaga także opracowania sposobów wycofania się z działalności, zwinięcia firmy, dróg wycofania kapitału i minimalizowania strat w przypadku niepowodzenia przedsięwzięcia gospodarczego itp.
Oczywiście; nie zawsze tak precyzyjnie się to opracowuje w przypadku małych firm. Wiele elementów planu może mieć wtedy charakter uproszczony. Za działalność gospodarczą biorą się także ludzie nie mający o tym pojęcia i ci starają się maksymalnie szybko i za wszelką cenę zarobić a jak największe ryzyko i wszelkie skutki niepowodzenia przerzucić na zatrudnionych i współpracujących.
Jednak w poważnym przedsiębiorstwie wszystko jest i musi być przewidziane.

Wszystko operacyjnie opiera się na dochodach uzyskanych z pracy zatrudnionych pracowników. Formalnie mówi się na przykład, że połowę wymiaru procentowego składki na ubezpieczenia emerytalne pracownika płaci pracownik a połowę – jego pracodawca, ale przecież w rzeczywistości to pracownik wypracowuje całą tę kwotę; zarówno część która jest potrącana z jego dochodu brutto jak i tę część, którą opłaca pracodawca z dochodu firmy wypracowanego dla niej przez pracownika. Przedsiębiorca nie płaci tego przecież z kapitału założycielskiego firmy ani ze swoich prywatnych środków posiadanych wcześniej i nie pozostających w związku z tą właśnie a nie inną działalnością gospodarczą.

Byle buraczany prostaczek może mówić: przychód firmy wyniósł tyle to a tyle, i to jest MOJE, ale z tego muszę teraz zapłacić pracownikom, opłacić składki ZUS, podatek, zapłacić za czas choroby i za czas urlopu, czyli ponieść te straszne koszty pracy, które mnie po prostu rujnują.
Zapłata ludziom za pracę czy inne opłaty związane z zatrudnianiem są dla niego zwykłym zdzierstwem odbierającym mu JEGO PIENIĄDZE, ale to przecież jeszcze nie są jego pieniądze; to pieniądze firmy, przychody brutto podlegające dopiero tym odliczeniom. Byle buraczany prostaczek nie potrafi jednak odróżnić majątku firmy mającej osobowość prawną od swojego majątku, no bo mówi – to ja przecież jestem właścicielem…
Tymczasem majątek firmy jest majątkiem firmy a nie właściciela.

Poważny przedsiębiorca wie jednak, że wszystko operacyjnie musi się opierać na przychodzie wypracowanym przez pracowników i to oni pracują na wszystkie koszty, także i na składki ubezpieczenia, na wynagrodzenia za czas choroby i urlopu itp. płacone przez niego jako pracodawcę. Od przychodów firmy trzeba odjąć te koszty, podatki, opłaty itp. i dopiero uzyskana kwota jest przychodem netto przedsiębiorcy, wartym zastanowienia. Z przychodu przedsiębiorca musi dokonać jeszcze odpisów amortyzacyjnych i innych przewidzianych prawem po czym dopiero da się wyróżnić kwota zysku netto, o której przedsiębiorca może dopiero powiedzieć, że jest ona jego własnością.

Jedno tu jest najważniejsze: to pracownicy wypracowują środki na opłacenie wszelkich kosztów związanych z zatrudnianiem ich; pracownicy a nie pracodawca. Koszty te wynikają z przepisów obowiązującego prawa.
Wcale nie twierdzę tu, że są one optymalne. Nie twierdzę, że tak jak jest – jest dobrze.
Na przykład, gdyby składki ubezpieczenia społecznego były powszechnie płacone, być może można by je zmniejszyć. Niestety system ubezpieczenia jest dziurawy; istnieje np. bardzo szkodliwy społecznie proceder tzw. „optymalizacji ZUS” który pozwala na unikanie lub drastyczne zmniejszanie wysokości składek ze szkodą dla ZUS a więc dla całego społeczeństwa oraz dla samych objętych tym procederem pracowników. Jest to jednak najwyraźniej tolerowane przez władzę w imię propagowanej ideologii politycznej.
System podatkowy jest mało sprawiedliwy ale przede wszystkim w rzeczywistości nie ma charakteru powszechnego; jest zbyt wiele podmiotów zwolnionych z obowiązku podatkowego, korzystających z upustów, obniżek, umorzeń itp. Gdyby nie to, być może podatki można by było zmniejszyć. Być może podatki można by zmniejszyć, gdyby usunąć z obowiązującego prawa liczne absurdalne pozostałości rozwiązań z czasów PRL, a wiec ani nie komunistycznych, ani nie socjalistycznych ani tym bardziej pro-rynkowych.
Na przykład – wcale nie jest konieczne, by to pracodawca płacił za pewien początkowy czas nieobecności w pracy pracownika chorego; to wynika z jakiejś złej, absurdalnej dziś tradycji prawnej dotyczącej społecznych środków produkcji, albo z tendencji do przerzucania kosztów ze „skarbu państwa” na „kogokolwiek innego” oraz z braku właściwych rozwiązań ubezpieczeniowych.

Powtórzę tu: wcale nie twierdzę, że koszty związane z zatrudnieniem są optymalne. Pod pojęciem „koszt” rozumiemy jednak kwoty które musimy pokrywać z posiadanych, zarobionych przez nas pieniędzy stanowiących nasz dochód a tymczasem w tym przypadku to pracownicy wypracowują środki na pokrycie opłat związanych z ich zatrudnieniem, zanim pracodawca wyliczy zysk powstały w wyniku działalności gospodarczej związanej z ich zatrudnianiem. Inaczej – kosztem jest coś co zostało opłacone z zysku netto a nie z dochodu brutto, bo to „brutto” właśnie zawiera jeszcze w sobie składniki operacyjne w postaci „kosztów”, „brutto” to znaczy „przed odliczeniami”. Tym się właśnie „brutto” różni od „netto”…

Niestety wielu prymitywnych „biznesmenów” nie potrafi zaplanować działalności gospodarczej, podchodząc do tego niesłychanie prostacko, jakby mieli do czynienia z systemem niewolniczym albo pańszczyźnianym. Poza tym mają mówiąc elegancko – nazbyt wybujałe oczekiwania finansowe; zakładają jakiś parszywy interes, głupio zaprojektowaną firmę „krzak” i już po miesiącu chcą za to kupić nowego mercedesa, a gdy im nie starczy – to już nic im „się nie opłaca” – bo koszty zbyt duże… Oczywiście najlepiej by było, gdyby nie musieli nikomu płacić za pracę oraz żadnych składek, podatków… czysty zysk…

Straszliwe spustoszenie w finansach publicznych czyni też tak zwana „szara strefa” czyli strefa kryminalna zatrudniania nielegalnego. Władza nie walczy z nią z przyczyn politycznych, prawdopodobnie dlatego, że musiałaby zaprzeczyć własnej ideologii i ponieść z tego powodu pewne koszty polityczne w postaci utraty formalnego poparcia tych, co dziś z tej ideologii korzystają. Obietnice władzy, szczególnie obietnice wyborcze są bardzo niebezpieczne także dla władzy, stanowiąc coś w rodzaju pułapki. Także i postawa pełnej usłużności wobec przedsiębiorców, parasol ochronny nad pracodawcami, ciche przyzwolenie na łamanie prawa – wszystko to nie sprzyja optymalizacji kosztów. Władza nie tylko nie walczy z patologią jaką jest nielegalne zatrudnianie, ale jak się wydaje – świadomie spycha przedsiębiorców i obywateli do tej strefy…

Państwo powinno dopuszczać dyskusję o zmniejszaniu obciążeń przychodów pracodawców, powinno przede wszystkim całkowicie uszczelnić system ubezpieczeń społecznych i system podatkowy, zlikwidować mocą respektowania prawa nielegalne zatrudnianie i starać się minimalizować te obciążenia, o ile to miałoby pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy, na rozwój przedsiębiorczości dającej miejsca produktywnej pracy. Jeśli zmniejszenie obciążeń miałoby się wprost przełożyć na rozwój, szczególnie rozwój rynku pracy, to do władzy publicznej należy tu ten pierwszy gest, jego finansowanie z zasobów publicznych traktowanych jako inwestycja w rozwój. Niestety istnieje tu tendencja do pochłaniania takich środków bezpośrednio na poczet zysku netto, bez efektu zmiany sytuacji po stronie społecznej, co skutecznie zniechęca do takich działań. Przykładem jest tu dotowanie zatrudnienia (jako forma interwencji państwa w rynek pracy), które jest traktowane jak prezent państwa dla przedsiębiorcy, powiększający bezpośrednio jego zysk netto czyli mówiąc wprost – transfer pieniędzy publicznych do prywatnych kieszeni, a gdy dotacje ustają – ustaje natychmiast i zatrudnienie…

Tymczasem obserwujemy nieudolność, niekonsekwencję, demagogię ideologiczną opartą na micie „samoregulacji”, znieczulicę, drastyczny wzrost bezrobocia, patologii i biedy. Jest na to bierna zgoda społeczeństwa, kościoła i władzy; jeśli stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi dziś blisko 15%, bezrobocia rzeczywistego – przyjmijmy że dwukrotnie więcej (30%) – to pozostała część – większość, 70% obywateli z grupy „produkcyjnej” ma się nieźle a nieraz całkiem dobrze i ma gdzieś tych pozbawionych pracy, staczających się, głodujących, cierpiących fizycznie i psychicznie. „Ma gdzieś” czyli w dupie. Ogromna rzesza spośród nich stanowi zupełnie nie produkcyjną, rozdętą biurokrację państwową i samorządową, jest zatrudniona w usługach, duża część pracuje za granicą.

„Solidaryzm społeczny” jest dziś takim samym mitem, jak katolickie współczucie czy „miłość bliźniego” a także i „wysokie koszty pracy”. Dlatego niestety muszą się powtarzać krwawe rewolucje…

To klęska prawdziwego człowieczeństwa.

29/07/2012

Godzina "W".

Stopa bezrobocia podawana w komunikatach GUS i powielana przez media – nie odpowiada obiektywnej rzeczywistości.
Mam tu na myśli rzeczywistość społeczną, to znaczy rzeczywistą sytuację społeczną a nie potrzeby polityków lub partii. Trudno się dziwić, że politycy i służący im dziennikarze-wazeliniarze czy może raczej dziennikarze-propagandyści (a więc przeciwieństwo dziennikarzy sensu stricte) nie lubią danych szczegółowych a panuje moda na dane makro, im bardziej „globalne” – tym lepiej dla nich. Chcą mówić a nie powiedzieć. Najlepiej gadać o „bezrobociu w Unii Europejskiej” i w takiej skali porównywać je ze średnią krajową. Łatwo jest oszukać opinię publiczną naciąganiem faktów, podawaniem danych może i prawdziwych, ale wyizolowanych z całości obrazu, o czym wspominałem na przykład w tekście:

Stara szkoła informacji niejakiego dr Paula Josepha G.

Ale dalej oczywiście mamy tryumfujące informacje propagandystów, że „bezrobocie zmalało” w czerwcu… także i w lipcu…, choć gdy przyjrzeć się z bliska, okazuje się, że owszem; zmalało, co prawda w sumie o 0,2 punktu procentowego, lecz jest wyższe niż rok temu w tym samym czasie (czyli – rośnie). Nawet gdyby nie rosło to zmiana jest marginalna a na dodatek – zmiana dotyczy okresu, w którym zawsze jest nieco łatwiej o pracę doraźną, tymczasową, sezonową właśnie – choćby przy obsłudze ruchu turystycznego w miejscowościach letniskowych i turystycznie atrakcyjnych.
Oznacza to po prostu, że chodzi o małe i chwilowe wahnięcie wskaźnika bezrobocia, za którym nie stoi żadne działanie dotykające jego przyczyn i to przecież jest, musi być oczywiste dla władzy i jej cynicznych propagandystów.
W tym znaczeniu to jestem akurat pewien, że dane o bezrobociu wkrótce wykażą dalszy spadek, a to dlatego, że ludzie – zniechęceni bezruchem, bezwładem, brakiem pieniędzy i możliwości w Urzędach Pracy – zaczną się z nich masowo wyrejestrowywać a także i zaczną z nich uciekać dotychczasowi oszuści udający bezrobotnych, wyłudzający bezkarnie składki na Fundusz Zdrowia, o ile minister Kosiniak Kamysz znajdzie poparcia dla swojego pomysłu oddzielenia tej składki od bezrobocia i zdoła to włączyć do ustawy a następnie wdrożyć do praktyki. Wątpię, gdyż to jest całkowicie sprzeczne z ideologią Platformy „Obywatelskiej” a Pan Minister mimo że z PSL – został ministrem by realizować założenia dominującej władzy politycznej…

Na dodatek może się okazać, że udana walka z tymi oszustwami spowoduje kłopoty wielu małych firm współpracujących z „udawanymi bezrobotnymi” i egzystujących dzięki temu, że to państwo płaciło składkę ubezpieczenia zdrowotnego za zatrudnionych tam „na czarno” rzekomych bezrobotnych, praca była wykonana a podatek – „zerowy”. Koszty pracy – sprowadzone do tych paru stów wciśniętych w rękę pracującego dla nich „na lewo”, zdającego sobie sprawę że to jest niekorzystne i dla niego i dla wszystkich, ale działającego pod naciskiem biedy, odpowiedzialności za los dzieci itp. Wszystkie takie pomysły – to bezładna szamotanina mająca zastąpić spójny i całościowy plan funkcjonowania gospodarki państwa. Plan – którego nie ma, bo został zastąpiony puszczeniem wszystkiego „na żywioł” z debilną wiarą w „niewidzialną rękę” którą ktoś próbuje zastąpić własne nieuctwo, niewiedzę, jak i gorączkowym prozaicznym „nachapywaniem się „elity samych swoich”, w imię budowy za wszelką cenę „polskiego kapitalizmu”. Lecz to nie budowniczowie, nie inwestorzy płacą tę „wszelką cenę”; płacę ją ja i jeszcze kilka milionów innych podobnych mi „zwyczajnych” ludzi.

Tymczasem to nie jest dobry temat dla cyników czy pajaców zwanych politykami, gdy mają zamiar w taki sposób „ślizgać się po powierzchni” tego problemu w interesie swoich pozycji i apanaży. Do wyborów jeszcze dość daleko, więc jeszcze nie muszą udawać zainteresowania problemami i losem ludzi, wyborców. Mają wypracowany i sprawdzone metody ogłupiania więc znów, jak poprzednio – wygrają… Znów obiecają drugą Japonię ale sprzed tsunami, trzy miliony mieszkań dla bezdomnych, po sto tysięcy dla każdego jako uwłaszczenie, albo wymyślą jeszcze jakąś nową bzdurę, a w ostateczności – propaganda wraz ze służbami postraszy „kaczyńskim”… znajdzie się jakiś sprzedawczyk i jakaś „taśma PiS”…

To doskonały temat dla prawdziwych polityków, rozumiejących swoją rolę jak służbę pro publico bono, czy jednocześnie służbę pewnej racji, na którą ani oni, ani ich wyborcy nie mają monopolu, tak jak i nie maja monopolu na prawdę. Na ten problem jak i na wszystko trzeba patrzeć mając człowieka w centrum uwagi; człowieka a nie jakąś „elitę”; czy to proletariacką – jak w ideologii komunistycznej, czy to „swoich przy żłobie” jak w ideologii Platformy „Obywatelskiej”. Człowieka to znaczy tego, dla którego praca najemna jest niezbędnym do życia sposobem zdobywania środków pieniężnych potrzebnych do zaspokajania potrzeb, od tych niezbędnych, do – w miarę możności – potrzeb wyższych, jak kulturalne czy estetyczne.
By tak było, na bezrobocie trzeba patrzeć lokalnie i analitycznie, bo i człowiek pozbawiony zatrudnienia jest tam gdzie jest, żyje i poszukuje możliwości w swoim środowisku i otoczeniu, dlatego sytuacja w innym województwie – choćby była dużo lepsza – mało ma z nim wspólnego. Zresztą po to nastąpiła reforma administracji państwa, po to powołano samorząd lokalny – by to właśnie głównie on zarządzał, kierując się znajomością swoich lokalnych problemów. To jednak słabo działa gdyż politycy nie dość, że pozamykani w swoich partyjnych „grajdołach” jak w warownych zamczyskach, jeszcze na dodatek – interesują się wyłącznie władzą centralną, jeśli nie brukselską to krajową a na skalę lokalną króluje stagnacja, bezradność i brak nadziei.

Mamy jeszcze na dodatek znane od dawna zjawisko specyficznego wypaczenia tzw. „warszawskiego” punktu widzenia, z jednej strony uznającego, że „wszystko, co najlepsze musi być w mieście stołecznym a jeśli nie jest – to trzeba to do stolicy natychmiast przenieść”, z drugiej strony – Polska to Warszawa a reszta – to jakaś mało ważna „prowincja”, którą się nie należy (nie wypada) specjalnie przejmować.
Jeśli pominąć ewidentną głupotę lub złą wolę, to niestety jeszcze mamy do czynienia z niewiedzą tych, którym się wydaje, że wszędzie jest tak, jak w Stolicy – czy za nią w tym wypadku uznamy Warszawę – czy raczej Trójmiasto ze szczególnym wyróżnieniem rodzinnego dla Premiera – Sopot, do którego powraca on „po pracy” – jak do domu rodzinnego.
Chodzi o to, że w Warszawie i w Sopot stopa bezrobocia oscyluje wokół 4%, w Poznaniu – spadła nawet w pewnym okresie poniżej 4%. To bezrobocie na poziomie tzw. „naturalnego” to znaczy odpowiadającego sytuacji, gdy w zasadzie wszyscy którzy rzeczywiście chcą pracować jako pracownicy najemni i są do tego zdolni – pracują. Nie wykluczam więc, że z powyższych powodów w odczuciu powszechnym lokalnej społeczności – ogólnie „nie jest tak źle”; nie widać jakoś masowego żebractwa w tych miejscach (nawet gdyby był powód, władza nigdy by przecież do niego nie dopuściła metodami administracyjno – policyjnymi), jest bardzo dużo ofert zatrudnienia na różnym poziomie wymogów zawodowych. Na dodatek – mania krytykanctwa panująca w środowiskach opozycyjnych, nie wiedzieć czemu nazywanych „prawicowymi” oraz „katolickimi”, działających na zasadzie „im gorzej – tym lepiej” a przez to także zupełnie nie zajmujących się rzeczywistymi problemami społecznymi, za to ośmieszającymi się czepianiem się każdej najdrobniejszej okazji do rozsiewania czarnych, katastroficznych wizji rozwoju sytuacji – wszystko to powodować może osłabienie zdrowej reakcji w ośrodkach decyzyjnych. Tam po prostu widać, że nie jest tak źle jak to przedstawia opozycja, dlatego nie ma potrzeby jakoś zdecydowanie interweniować… i może to być niestety rozciągane na „prowincję”. Opozycja, głównie PiS – starając się zdyskredytować władzę bardziej niż sama władza – szkodzi ludziom, a przede wszystkim pozbywa się resztek własnej wiarygodności w kręgach innych niż radiomaryjny betonowy schron „prawdziwego człowieczeństwa”. Wszelkie rozsądne głosy sygnalizujące problem lokalny – mogą być łatwo dyskredytowane, podciąganiem do PiS-owskiego „oszołomstwa”, czyli właśnie tych grubo przesadzonych, tendencyjnych pogłosek mających wartość propagandy politycznej, a więc nie mających żadnej wartości.

Wobec środowiska zachowującego się do tego stopnia niewiarygodnie – nie wierzy się nawet prawdzie.

Tu, w Polsce - czyli poza Warszawą, jednak sytuacja bywa zupełnie inna. Na przykład w Radomiu bezrobocie wynosi około 30%, podobnie na Pojezierzu Pomorskim. Na Mazurach – na przykład w rejonie Braniewa czy Pisza – 33% a w najgorszym miejscu pod względem bezrobocia – w Szydłowcu – wg danych GUS z lutego 20102 r. – 38,2%.
Mówienie czy pisanie dziś z tryumfem, że „bezrobocie spada” podczas gdy spadło ono średnio w skali kraju z powodu sezonu letniego o 0,2% jest nie tylko podłością, ale i działaniem antyspołecznym, nie usprawiedliwiają tego żadne argumenty „polityczne”.
Wiadomo powszechnie, że latem co roku następuje pewne zwiększenie ofert pracy sezonowej, ale ma ono charakter chwilowy, bo nie wynika z żadnych celowych działań władzy, natomiast może władzę wprowadzać w błąd, odraczać potrzebne tak czy inaczej działania antykryzysowe. Prócz informacji, jakie daje stopa bezrobocia, ważne jest jeszcze rozpowszechnienie bezrobocia na terenie kraju; w ciągu minionego roku wzrosła o 8% liczba powiatów, w których stopa bezrobocia przekroczyła barierę 20%.
To także potwierdza diagnozę o totalnym wzroście bezrobocia. A nie jest to jakiś abstrakcyjny parametr „ekonomiczny” tylko wskaźnik, za którym kryje się dramat osób bezskutecznie starających się o zatrudnienie nieraz od kilku lat, żyjących w skrajnym ubóstwie od jednego przygodnego „zarobku” doraźnego do innego „okazyjnego”, najczęściej poza wszelką ewidencją, obciążających swoim istnieniem pracujących członków rodziny a w coraz częstszych przypadkach – staczających się do pozycji kloszarda, alkoholika, osoby bezdomnej, całkowicie uzależnionej od pomocy społecznej, czyli już tylko „kosztującej”. Pomijam tu już moralny charakter tej sprawy, bo to do coraz mniejszej liczby ludzi dociera, ale to się po prostu nie opłaca.

Jest dla mnie niepojęte, że coraz częściej eksperci czy komentatorzy ekonomiczni bez żenady czy nawet zdziwienia potrafią stwierdzić, że nikt co prawda w Polsce nie wie dokładnie ile osób pracuje tu nielegalnie, ale liczbę pracowników sezonowych „na czarno” szacuje się na milion czterysta tysięcy (1.400.000). Na czarno – to znaczy bez składek na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, bez płacenia podatków ani opłat lokalnych, bez zapewnienia warunków bezpieczeństwa itp. a często nawet bez prawa pobytu w tym kraju. To nie do pojęcia – jakby przestępstwo w całym majestacie prawa, jednak dla wszystkich oczywiste i normalne, nikogo już nawet nie dziwiące…

Jak dotychczas nie widać żadnych działań systemowych mających przeciwdziałać bezrobociu, pracy na czarno, nielegalnej pracy obcokrajowców. Docierają do nas ledwie jakieś zapowiedzi działań „po wakacjach”… niejasne pomysły…
Bezrobocie wynika z problemów gospodarczych, ale i pogłębia problemy gospodarcze. Stwarza swoiste sprzężenie zwrotne wygaszające miejscową aktywność gospodarczą. Rozwija się fala upadłości przedsiębiorstw…

Wyrażałem wielokrotnie przypuszczenie czy tezę, że taki stan tego państwa jest skutkiem założeń ideologicznych Platformy Obywatelskiej, na których nauczyła się żerować kolejna wataha cwaniaków pozbawionych nie tylko patriotyzmu, ale i elementarnej przyzwoitości. Nauczyła się żerować pozostając bezkarną i nietykalną.


Może pierwszego sierpnia, zamiast organizować marsze, akademie i koncerty obcych nam piosenkarek – trzeba znów dać sygnał: „Godzina W”…



19/07/2012

Okraść najbiedniejszych; „janosikowe” – dla Janosika.

Mamy do czynienia z próbą „odbicia” Funduszu Pracy z rąk „zbójeckiego” Ministra Finansów, który zasoby Funduszu w dziwny i jakby mało prawnie wytłumaczalny sposób zawłaszczył na rzecz Ministerstwa Finansów i Skarbu Państwa. Bo jeśli „wytłumaczalny” – to tylko słowem-wytrychem: KRYZYS. Ale powszechnie wiadomo, że wytrychami głównie złodzieje się posługują…

A Fundusz Pracy został przecież stworzony jako społeczny fundusz celowy, zarządzany przez Ministra Pracy przy współudziale partnerów społecznych reprezentujących też pracodawców oraz pracownicze związki zawodowe. Trzeba podkreślić że nie są to pieniądze pracodawców – jak zdaje się czasem sugerować Jeremi Mordasewicz z KPP Lewiatan, ale tym bardziej nie mają one nic wspólnego z budżetem państwa – jak to potraktował Vincent Rostowski. Stąd próba całościowej reformy Funduszu i zdefiniowania na nowo oraz precyzyjniej – czym Fundusz ma być no i… czyj ma być.

Doprawdy; – nie wiem właściwie tak do końca gdzie jest słuszność. Mam wątpliwości. A to dlatego, że zasoby FP stanowią dziś bardzo łakomy kąsek dla bardzo łakomych „biznesmenów” z tendencjami do żerowania na społecznych funduszach, traktujących bezrobocie wyłącznie jak pretekst do zarobienia na tym. Można to było przez ostatnie lata obserwować na przykładzie tzw. „szkoleń” dla bezrobotnych, mających często formę projektów finansowanych z funduszy unijnych a nastawionych wyłącznie na pozory, bez realnych skutków końcowych w postaci sensownego współczynnika skuteczności odniesionego do rzeczywistego spadku bezrobocia. Teoretycznie więc – może być rzeczywiście tak jak kiedyś już sugerowałem, że zasoby Funduszu Pracy dziś jeszcze istnieją wyłącznie dlatego, że zostały zamrożone” przez Ministra Finansów…

Z drugiej strony…
Bardzo brakuje teraz działań możliwych do finansowania ze środków Funduszu, dlatego to bardzo potrzebna inicjatywa. Rozumiem, że Ministrowi Pracy może być „niezręcznie” otwarcie i aktywnie ją poprzeć (szczególnie teraz – bo jest z PSL-u), nie ma ochoty szarpać się z finansowym bykiem, ale może mimo to wspierać te działania – mimo że nieco subtelniej. Zmiany wysokości składki na FP powinny być rozpatrywane wyłącznie merytorycznie w odniesieniu do potrzeb – coraz bardziej tragicznej sytuacji szczególnie osób bezrobotnych w wieku „50+” (przedemerytalnym) – wymagającej coraz większych nakładów a z drugiej strony przy dbaniu o stabilność czy wręcz kondycję dostarczyciela tych pieniędzy, czyli przedsiębiorców zatrudniających pracowników. W odniesieniu do potrzeb dla których Fundusz został stworzony a nie potrzeb dla których próbuje się go bezprawnie użyć.

Synonimem skutecznego rozwiązania sytuacji trudnej, w rozwiązaniu której nie można liczyć na dobrą wolę pracodawców – jest przykład ustawy o PFRON. Ponieważ sytuacja ludzi starszych w wieku przedemerytalnym, których nikt od nieraz trzech lat nie chce zatrudnić pomimo pomocy udzielanej przez urzędy pracy – staje się dramatyczna, usprawiedliwiałoby to w tym przypadku przynajmniej czasowe zastosowanie podobnego zabiegu prawno-organizacyjnego, co w sprawie zatrudniania osób niepełnosprawnych.

Sugerowałbym zwiększanie składki na FP przy nieusprawiedliwionej całkowitej odmowie zatrudniania osób starszych, wraz z proporcjonalnym jej obniżaniem – proporcjonalnie do ilości zatrudnianych osób z tej grupy. Czyli zastosowanie rozwiązania analogicznego do PFRON. Uzasadnia to – prócz względów społecznych czy wręcz humanitarnych – praktyczny brak logicznego, merytorycznego uzasadnienia dla powszechnej odmowy zatrudniania takich osób. Są tylko jakieś stereotypy, bajeczki, fobie, uprzedzenia osobiste pracodawców a na tym polityka społeczna państwa nie może się przecież oprzeć. Tak jak pisałem w jednym z poprzednich artykułów – Właściwe społecznie rozwiązania powinny się pojawiać naturalnie, samoczynnie, ale gdy tak się nie dzieje – państwo musi właściwie, subtelnie interweniować, stwarzając właściwe ramy dla wolności, gdy ona niebezpiecznie zbliża się do granicy anarchii, samowoli i zaczyna szkodzić zamiast uszczęśliwiać. Naiwne jest oczekiwanie, że pracodawcy mogą ukształtować właściwy i akceptowalny społecznie model funkcjonowania rynku pracy. Pisałem:
Dziś stosunek pracodawcy chama do pracowników przypomina często stosunek „jaśniepani” do „służby” w satyrycznym przerysowaniu przedwojennych filmów lub oper. Stąd się pewnie biorą dzisiejsze powszechne problemy z nieprzestrzeganiem przez przedsiębiorców prawa pracy czy prawa cywilnego w aspekcie pracy; nieprzestrzeganiem natrętnym, konsekwentnym, upartym i zaciekłym. Bo i któż mógłby przypuszczać, że cham, prostak i burak najgorszego gatunku w samochodzie, w życiu czy w interesach – nagle jako pracodawca stanie się praworządnym, odpowiedzialnym i kulturalnym obywatelem w stosunku do pracowników… Tak jak nie może być ślepy dobrym przewodnikiem, tak też i ktoś zdemoralizowany nie stworzy właściwych relacji dotyczących zatrudnienia.

Zasada tu proponowana, polegająca na stosowaniu tym wyższej składki na FP im bardziej pracodawca broni się przed zatrudnianiem ludzi starszych, ma swoje uzasadnienie także w konieczności poszukiwania i odpowiednio wcześniejszego wdrożenia jakiegoś skutecznego rozwiązania biorącego pod uwagę starzenie się całego społeczeństwa, ale przede wszystkim konieczność zdobycia większych środków na pomoc materialną bezrobotnym którym się odmawia zatrudnienia, większe udostępnienie zasiłków dla bezrobotnych.
Wygląda na to, że docelowo to pracodawcy muszą utrzymywać bezrobotnych starszych pracowników pozostających bez zatrudnienia i będzie to najlepszą motywacją do wyzbywania się uprzedzeń, grymasów i fobii a raczej motywacją do poszukiwania możliwości by to oni pracowali na dochód pracodawcy – zamiast żyć na jego koszt (w postaci czerpania zasiłków z funduszu składek).

Odnoszę wrażenie, że gdyby udało się przełamać, choćby „siłą” – uprzedzenia pracodawców do pracy ludzi starszych, pracy i tak docelowo nieuniknionej – to bardzo szybko sytuacja uległaby pewnej normalizacji, ucywilizowaniu. Schemat skłaniania przedsiębiorców do poszukiwania sposobów na zatrudnienie osób niepełnosprawnych, co jest niezmiernie ważne społecznie – zawarty w pomyśle na PFRON sprawdził się dość dobrze. Jednocześnie dowiódł, że wartości materialne, koszt czy oszczędność (brak kosztu) dużo silniej przemawiają do przedsiębiorców w naszym stadium, rozwoju społecznego – niż jakiekolwiek argumenty etyczne, społeczne, religijne czy humanistyczne. Dlatego nie widzę powodów, by w sprawie bezrobotnych sposób ten nie zadziałał podobnie korzystnie.

Skoro teraz właśnie debatuje się nad zmianami, reformą czy usprawnieniem Funduszu Pracy, szczególnie nad ujednoznacznieniem jego zarządzania a z drugiej strony pracodawcy protestują przeciwko zawłaszczeniu środków FP przez ministra finansów w ten sposób, że domagają się obniżenia wymiaru składki na fundusz, gdyby miała ona być dalej traktowana jak teraz – bardziej na zasadzie podatku dla skarbu państwa a nie funduszu celowego – jest atmosfera i okazja do zasadniczych zmian.
Dlatego uważam, że należy rozpatrzeć właśnie teraz w ramach planowanej reformy proponowaną tu możliwość; ustalić zmienną wysokość składki stosowaną w zależności od stopnia zatrudniania osób bezrobotnych w wieku przedemerytalnym, których nikt dziś nie chce zatrudniać. Jednocześnie – zwiększyć dostępność zasiłków dla bezrobotnych, finansowanych właśnie ze środków pochodzących ze składek pracodawców, tak by mieli oni świadomość, że odmawiając na zasadzie jakiegoś aspołecznego wybryku – jak to się dziś dzieje – zatrudniania tych ludzi, sami będą musieli ich utrzymywać. Nie może być tak jak dziś – że ludzi tych pozostawiono samym – sobie; bez pracy, praktycznie bez skutecznej pomocy i bez zasiłku. Taktyka Premiera – udawania że „nie ma problemu” – w tym przypadku „nie przejdzie”.

Poprawa sytuacji, spadek bezrobocia przynajmniej w tej grupie – powinien dzięki temu nastąpić bardzo szybko, okazałoby się że „da się” to zrobić bez żadnych istotnych problemów. Jednocześnie nie ma obawy o nadmierną konkurencyjność tych osób w stosunku do bezrobotnych w wieku 26 – 45 lat, a to z powodu specyfiki możliwości fizycznych; katalog zajęć zawodowych mogących stanowić pracę „odpowiednią” (w rozumieniu ustawy o promocji zatrudnienia) dla ludzi w wieku po 50 roku życia a przed 67 rokiem życia – jest już dość ograniczony właśnie z powodów fizycznych (medycznych). Przy okazji – tak „narzucona” opłacalność zatrudniania osób starszych wymogłaby na pracodawcach wypracowanie wreszcie właściwych a dziś praktycznie nieistniejących zasad tzw. „zarządzania wiekiem pracownika” co by miało olbrzymie znaczenie w przyszłości „społeczeństwa starzejącego się” w sposób uznawany dziś za nieunikniony. Bo gdy istnieje dziś sztucznie wytworzona z uzasadnieniem ideologicznym ogromna nadwyżka „podaży” rak do pracy nad popytem na nie – takie zasady „zarządzania wiekiem pracownika” będą zastępowane dużo tańszym… wyrzuceniem go „na bruk” i zastąpieniem kimś młodszym. Chyba, że nastąpi zasadnicza zmiana władzy, i to taka zmiana kończąca dzisiejsze spychanie społeczeństwa gdzieś na obrzeża cywilizowanego rozwoju czy barbarzyńskiego odczłowieczenia – jak to obserwujemy obecnie w wydaniu „ideolo” Platformy Obywatelskiej. Drobny problem a nawet bym się odważył powiedzieć – „szkopuł” – tylko w tym, że przy innym „ideolo” – może być jeszcze gorzej… ale to wcale nie oznacza, że to co jest – jest dobre.

*) Pisząc o „Janosikowym” nie miałem na myśli opłaty, jaką bogatsze województwa płacą na rzecz biedniejszych. Miałem na myśli zablokowanie środków Funduszu Pracy, które działa podobnie jak Janosik, tylko odwrotnie. Legendarny Janosik jak wiadomo rabował bogatym by pomagać biednym, między innymi i sobie… Tymczasem Minister Vincent Rostowski…

06/07/2012

Albo przestanę szykanować osoby w wieku 50 plus w sprawach zatrudnienia, albo będę je musiał utrzymywać..

Pamiętam, jak w minionej kampanii wyborczej do Parlamentu doradcy Premiera Donalda Tuska nagle podpowiedzieli mu, by – walcząc o topniejące głosy – „zauważył” oficjalnie sytuację ludzi młodych; bezrobocie i brak perspektyw dla tej grupy Polaków. Przyglądając się już kilka lat działalności władzy nie mam złudzeń: nie było to wyrazem rzeczywistej troski, zrozumienia ważności tego problemu a wynikiem brudnej i cynicznej kalkulacji.

O głosy ludzi młodych warto zadbać, powalczyć – choćby dlatego, że jest to łatwiejsze; ludzie ci nie mają takiego jak starsi rozeznania, doświadczenia życiowego, dużo łatwiej zdobyć (kupić) ich poparcie obiecując poprawę warunków życia czy dostęp do zatrudnienia. Są niedoświadczeni i dużo mniej związani z tradycją Ojczyzny, patriotyzmu. Dużo łatwiej im niż starszym sprzedać internacjonalistyczną, multi-kulturową bajeczkę i ogłupić neoliberalną propagandą, perspektywą „szmalu”, jako panaceum na wszystkie problemy życiowe i moralne. Dużo czasu minie, zanim się zorientują, że to kłamstwa wciskane im wyłącznie po to by uwiarygodnili tę władzę, dali jej przetrwać jak najdłużej…
Dlatego też Premier bardzo się wówczas zatroskał losem młodych Polaków, szczególnie – dotykającym ich bezrobociem, no i… wygrał.

O głosy starszych obywateli Premier w ogóle nie zabiegał. Wiadomo, że tu by nie wystarczył jakiś „kit wyborczy”, który wciśnięto młodzieży; ludzie oczytani, doświadczeni, w wielu wypadkach dużo bardziej wykształceni niż Premier, wiedzący wiele z własnego doświadczenia, pamiętający różne czasy i mający własne rozeznanie polityczne. Dla Premiera – tylko kłopot i konkurencja.
Poza tym – o zgrozo – w sporej części to są wierzący, także i „praktykujący”, po prostu „naturalne zaplecze PiS i Rydzyka”, więc byłoby politycznym bezsensem pomagać im, coś im choćby obiecywać za głosy wyborcze. Kogoś „kryzys” musi dopaść, żeby przykład ostrzegawczy był jasny, więc najlepiej niechaj dopada ich; niech się staczają do śmietników w poniżeniu i rozpaczy, niech zdychają z głodu, – bo w końcu ktoś musi… Inaczej się nie uda stworzyć „klasy niewolników”…
Czas od wyborów do wyborów, umilany harataniem w gałę szybko leci, więc skoro się rzekło – trzeba było coś dla młodzieży zrobić.

Rzeczywiście dane z „rynku pracy” wyraźnie wskazują na zmniejszanie się bezrobocia w grupie osób w wieku do 25 roku życia i jest to tendencja trwała. Od roku liczba bezrobotnych „50+” jest większa niż bezrobotnych do 25 roku życia, przy czym tych pierwszych przybywa trzykrotnie szybciej niż tych drugich. Według danych GUS – osób bezrobotnych w wieku „50+” wg stanu z maja br. było prawie 460.000, przy czym ich ilość w porównaniu ze stanem z maja 2011 wzrosła o 7,3%, natomiast ogólne bezrobocie w tym czasie wzrosło „tylko” o 2,6%. Grupa osób bezrobotnych w wieku do 26 lat w tym samym czasie zmniejszyła się o 5%.
Mamy więc obraz skutków realizacji obietnicy wyborczej.

Dowodzi to moim zdaniem przede wszystkim tego, że władza wbrew propagandzie w ogóle ma możliwość skutecznie ingerować w sytuację, więc magiczne słowo „kryzys”, które było do tej pory uniwersalnym usprawiedliwieniem, alibi tumiwisizmu i bezczynności – teraz już nie wystarcza. Władza może coś zrobić… inna sprawa, że powyższe choćby zestawienie danych dowodzi, że rząd Tuska nie rozwiązał i nawet nie próbował rozwiązać żadnego problemu, a najzwyczajniej tylko przerzuca ciężar bezrobocia z młodzieży na ludzi starszych, zaprzeczając w ten sposób wszystkim własnym argumentom za przesunięciem wieku emerytalnego. Osoby w wieku „50+” miały dłużej pracować a więc dłużej generować składki na ubezpieczenie społeczne i dzięki temu otrzymać wyższe świadczenia emerytalne po przekroczeniu wieku 67 lat, tymczasem narastające „wypychanie” ich z rynku pracy przez działania rządu, po to aby zrobić miejsce młodym i wypełnić w ten sposób obietnicę wyborczą – spowoduje skutek dokładnie odwrotny niż propagandowo głoszony; ludzie ci będą dłużej czekać na swój wiek emerytalny, nie opłacając (nie generując) składek ubezpieczenia z powodu braku zatrudnienia, część z nich może być zmuszona skorzystać z emerytury cząstkowej by móc przetrwać do wieku 67 lat, wyczerpując i tak niewielkie, zdobyte jeszcze „przed Tuskiem” zasoby swojego konta emerytalnego, więc gdy dojdzie przy dużym szczęściu do obliczenia należnej emerytury – sytuacja może stać się dramatyczna i zgoła odmienna niż ta przedstawiana przez propagandystów platformerskiej „reformy emerytalnej”.

Z jednej strony możemy tu mieć do czynienia z klasycznym zjawiskiem zwanym potocznie „krótką kołderką”; tak jak nie można się krótką kołderką nakryć „w całości” i coś nam zawsze będzie spod niej wystawało, tak też i gdy ogólnie mamy zbyt mało miejsc pracy – dla kogoś musi ich zabraknąć.
Swoista „logika” władzy, rządu – to jedno, ale warto przyjrzeć się w takim razie, jak przedsiębiorcy zatrudniający pracowników uzasadniają gremialną odmowę zatrudniania osób starszych.

Pewną dozę logiczności ma może jeden, dotyczący słynnego „okresu ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy” na cztery lata przed wejściem w wiek emerytalny. Wprowadzenie zmian dotyczących wieku nabycia prawa do emerytury skomplikowało jeszcze sprawę, bo w miarę stopniowego wprowadzania wydłużenia okresu pracy i czas wejścia w ów okres ochronny będzie się indywidualnie wydłużał; należałoby go dziś liczyć, jako 48 miesięcy wstecz od daty uzyskania uprawnienia emerytalnego, czyli liczyć indywidualnie dla każdego pracownika z osobna. Ta rzekoma ochrona jest czymś absurdalnym, pozostałością poprzedniego okresu błędów i wypaczeń i powinna być natychmiast zlikwidowana, tym bardziej, że dziś zamiast chronić – staje się właśnie przyczyną rozwiązania stosunku pracy tuż przed rozpoczęciem okresu rzekomej ochrony. Władza nie zamierza jednak tego zlikwidować, bo jako pretekst jest jej widocznie potrzebne. Tym bardziej nie zamierza wprowadzać rozwiązań alternatywnych, jak na przykład wymogu wprowadzania powszechnie w zakładach pracy tak zwanej polityki zarządzania wiekiem pracownika, co oznacza długoterminowe planowanie zamian stanowisk, sposobu zatrudnienia i jego wymiaru w stosunku do starszych pracowników w miarę ich starzenia się.

Pozostałe pojawiające się tu i ówdzie uzasadnienia czy wyjaśnienia odmowy zatrudniania ludzi bezrobotnych w wieku 50+ są absurdalne, dziecinne, śmieszne, głupie lub z pogranicza praworządności.
Pisałem w jednym z poprzednich tekstów:
„…Kto ma bezpośredni i praktyczny związek ze sprawami pracy (a nie teoretyczny – jak minister pracy) – ten widzi czarno na białym, jak zdemoralizowany, nieposkromiony i anarchizujący typowy polski obywatel, dziś akurat występujący w roli przedsiębiorcy – przelewa na sprawy zatrudnienia, sprawy podatkowe czy ubezpieczeniowe całą tę swoją dotychczasową demoralizację.
Tak jak nie chce i nigdy nie chciał się podporządkować regulaminowi porządku domowego, ciszy nocnej (cham), jak zawsze lekceważył zakazy, nakazy i ograniczenia w ruchu drogowym i to niezależnie od kwot płaconych mandatów (ideowiec) – tak teraz nie ma zamiaru podporządkować się jako pracodawca prawu pracy, przepisom wykonawczym dotyczącym zatrudnienia, wynagradzania czy czasu pracy swoich pracowników a nawet podstawowej przyzwoitości.
Dziś stosunek pracodawcy chama do pracowników przypomina często stosunek „Jaśnie Pani” do „służby” w satyrycznym przerysowaniu przedwojennych filmów lub oper.”
Ale zrzucanie powodów takiego zachowania pracodawców na ich własny, osobisty „niski poziom” – to jedno. Można też widzieć tu inne pobudki; współpracę „elity” z władzą w realizacji planu ideologicznego „budowy kapitalizmu” poprzez stworzenie podziału społecznego na elitę posiadaczy i „szare masy” pracowników, całkowicie życiowo uzależnionych od pracy najemnej, przyjmujących z wdzięcznością każdą pracę na każdych warunkach, jakie się tylko „przyśnią” przedsiębiorcy, bez szemrania, bez wymagań czy oczekiwań, bez żadnych istotnych praw. No i ma się rozumieć – bez żadnych związków zawodowych.
Czyżby rząd Tuska chciał odtworzyć podziały społeczeństwa, klasowy jego charakter z czasów sprzed Wielkiej Rewolucji Październikowej? A wszystko to jedynie dla maksymalizacji zysków przedsiębiorców i ich bezpiecznego transferu?

Mam więc następujący pomysł.

Przez analogię do ustawy o PFRON:
Fundusz Pracy jest tworzony z obowiązkowych składek płaconych przez pracodawców z ich własnych zasobów (nie potrącanych z pensji pracowniczych) w przypadku zatrudniania pracownika zarabiającego brutto powyżej ustawowo określonej płacy minimalnej. Wysokość tej składki wynosi 2,45% podstawy wymiaru jego (pracownika) składek na ubezpieczenie społeczne. Przeznaczenie zasobów tego funduszu określa ustawa o promocji zatrudnienia – jako pokrywanie kosztów zasiłków dla bezrobotnych, stypendiów szkoleniowych, dodatków aktywizacyjnych itp. Jednocześnie przepisy ustawy ograniczają w sztuczny sposób grupę docelowa uprawnionych do zasiłków – do (statystycznie) 20% zarejestrowanych bezrobotnych.
(Na marginesie więc – jakim prawem Minister Finansów może samowolnie zablokować większość tych środków „na doraźne potrzeby ministerstwa finansów” – tego pojąć nie można. Świadczy to o postępującej anarchii wewnątrz Rządu.)
Co do zatrudnienia bezrobotnych w wieku „50+” – należałoby:
- uchylić czasowo działanie przepisów ograniczających liczbę osób bezrobotnych z tej grupy, posiadających prawo do zasiłku i wydłużyć czas jego przyznawania do 24 lub 36 miesięcy, albo wręcz do chwili uzyskania zatrudnienia (bezterminowo); *[Chodzi o Art.71, Ust.1, Pkt 2 Ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy]
- wprowadzić do ustawy dodatkowy przepis, mówiący że pracodawca, który zatrudnia odpowiednio proporcjonalną do załogi liczbę osób starszych płaci składkę na Fundusz Pracy w wymiarze dotychczasowym 2,45%, natomiast przy zatrudnianiu mniejszej liczby osób w tym wieku – odpowiednio podwyższoną składkę, przy całkowitej a nieuzasadnionej odmowie zatrudniania osób z tej grupy – nawet np. trzykrotność tej stawki, czyli 7,35%.
Uzyskane w ten sposób środki byłyby wypłacane osobom z tej grupy bezrobotnych, których pracodawcy z zasady nie chcą zatrudniać, – jako forma zasiłku czy rodzaj „świadczenia przedemerytalnego” dającego możność utrzymania się w gotowości do podjęcia pracy, stanowiącego podstawowe środki do życia, czyli w wysokości ustawowo określonego najniższego wynagrodzenia. Pytanie tylko – co wówczas ze składką emerytalną; prawdopodobnie także powinna być opłacana z FP.
Czyli krótko: albo zatrudniam człowieka w wieku „50+” i wówczas on pracuje „na mnie” (no i ma się rozumieć także „na siebie”, płaci podatki, kupuje wyroby moje i innych wytwórców itp.), albo odmawiam mu zatrudnienia „bo mi się wydaje że coś-tam” (pretekst) i wtedy poprzez Fundusz Pracy to ja płacę jemu zasiłek za brak zatrudnienia, utrzymuję go. Wtedy to ja „pracuję na niego” opłacając dużą składkę na FP a on… dalej szuka zatrudnienia, i tak aż do emerytury…
Czy taka zasada odpowiada pracodawcom?

A jeszcze – gdyby zatrudnianie odpowiedniej liczby starszych pracowników zwalniało z obowiązku opłacania składki, to okazałoby się natychmiast, że osoby „50+” są najbardziej na rynku poszukiwanymi pracownikami, tak jak dziś niepełnosprawni i studenci. Jeśli przyjąć za zasadę (z obserwacji życia) że przedsiębiorcy rozumieją wyłącznie argument opłacalności (wyłącznie w sensie doraźnym i pieniężnym), to może  wyłącznie taką „argumentacją” należy ich skłaniać do działania społecznie akceptowalnego i społecznie korzystnego.

Odwiedziny: