BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasiłek dla bezrobotnych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zasiłek dla bezrobotnych. Pokaż wszystkie posty

04/02/2014

Po wizycie w PUP – bezrobotny musi wyjść z ofertą pracy, lub z pieniędzmi na życie do następnej wizyty.

W wyniku długotrwałych procesów stało się w tym kraju tak, że nie tylko bezrobocie jest traktowane jak coś wstydliwego i uwłaczającego człowiekowi, ale szczególnie potrzeba skorzystania z tak zwanej „pomocy społecznej” – skrajnie deprecjonuje człowieka w jego własnych oczach, no i zwłaszcza w oczach innych.
Określiłem to tak lakonicznie, bo nie chciałbym wdawać się w zbyt szczegółowe rozważania, gdyż nie to jest zasadniczym tematem mojego felietonu. Jednak bez paru zdań nie obejdzie się…

Skoro w PRL według oficjalnej ideologii władza należała do „ludu pracującego miast i wsi” – praca po prostu musiała być . Był człowiek – to musiała być dla niego praca. Praca należała poniekąd do podstawowych obowiązków obywatelskich; osoby niezatrudnione podobnie zresztą jak nieposiadające stałego zameldowania – były dla władzy, reprezentowanej w tym przypadku przez Milicję Obywatelską – ze wszech miar podejrzane nie tylko politycznie ale i „kryminalnie”.
Był człowiek i chciał pracować – to praca dla niego musiała się znaleźć, nawet wtedy gdy… zupełnie nie była potrzebna; wstawiało się dodatkowe biurko i przydzielało jakieś obowiązki – i już była nowa urzędniczka…

Pomijając ważniejsze efekty – taka sytuacja spowodowała faktyczny efekt stygmatyzacji tych co nie pracują, wykorzystywany też przez władzę do „karania” swoich przeciwników; gdy ktoś był „poza generalną linią partii” – to mu odbierano pracę i wówczas stawał się członkiem „marginesu społecznego”, uniwersalnym podejrzanym we wszelkich przestępstwach, tym winnym wszystkiemu co złe – na równi na przemian z syjonistami i cyklistami… no i oczywiście imperialistami z zachodu oraz rewizjonistami niemieckimi.
W najgłębszym autentycznym przekonaniu przeciętnego człowieka utkwił schemat: nie pracuje – to znaczy nie chce!, to znaczy – „niebieski ptak”, obibok, żul, podejrzany typ, karzeł reakcji (najczęściej – zapluty, tfu…), „cwaniak” żerujący na pracy innych – uczciwych i pracowitych robotników, zakała społeczeństwa socjalistycznego „zdradziecko” utrzymująca się z pomocy społecznej i „niejasnych interesów”… itp.
Niestety – choć sytuacja diametralnie zmieniła się – schemat ten funkcjonuje do dzisiaj. Może już dziś mniej – w stosunku do autentycznie bezrobotnych, bo wielu ludzi zetknęło się osobiście z tym problemem, odczuło na własnym grzbiecie, jakaś oświata poprzez doświadczenie własne i obserwację otoczenia dociera jednak pomału do ludzi, nawet najbardziej opornych na niezależną refleksję „lemingów”.
Gorzej jest niestety z beneficjentami pomocy społecznej; tu nadal obowiązuje „słuszny gniew klasy robotniczej” i ciemnogród utartych w przeszłości schematów myślowych. Jest tak, gdyż rzeczywiście zawsze istniała grupa leni uważających się za „cwanych”, chętniej sięgająca „z wyboru” po pomoc społeczną niż po pracę zarobkową. Byli to dawniej ci, co pracować po prostu nie chcieli lub nie mogli, na przykład z powodu zaawansowanego i nieleczonego alkoholizmu lub karanej sądownie nieuczciwości (przywłaszczenia, zabór mienia, wyłudzenia, oszustwa, kradzieże, włamania itp.) Po prostu był to tzw. półświatek kryminalny, „ferajna” z pogranicza prawa. Inaczej – „margines społeczny” w sensie jak najbardziej negatywnym. Ale jednak – margines! Czyli coś, co nie świadczy o większości.

Bazą czy może raczej skansenem takich przekonań i schematów myślowych są przede wszystkim sami pracownicy pomocy społecznej i pracownicy urzędów pracy. Choć czasy i sytuacja dawno się zmieniły – oni nadal trwają w dawnych schematach myślowych, za oszusta i obiboka mając każdego, kto szuka tam pomocy materialnej czy organizacyjnej. Pod tym względem tak zwana „pomoc społeczna” nie jest żadną pomocą i nie spełnia swojej roli; jest machiną gigantycznego marnotrawstwa, gdyż jak stwierdziło badanie Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) – pomimo takiego nastawienia, połowa wydawanych rocznie na pomoc pieniędzy trafia do oszustów żadnej pomocy nie potrzebujących.

Kontakt z ośrodkami pomocy społecznej, dla cwaniaków w tym wyspecjalizowanych będący czymś codziennym – dla osób bezrobotnych jest czymś nie do zniesienia; po prostu stygmatyzuje człowieka, odbierając mu resztki godności, honoru, wiary w siebie, chęci kierowania swoim życiem, aktywnego podejścia do przyszłości. Pomoc społeczna jest (w swoim mniemaniu) dla ludzi już całkowicie biernych, którzy są gotowi całkowicie zrezygnować ze swojej woli, godności i osobowości – i tego pracownicy pomocy społecznej od nich oczekują. Pomoc społeczna nie zna pojęcia „prewencji” w stosunku do skutków problemów życiowych wywodzących się z braku pieniędzy (możliwości zarobienia); nie uważa za właściwe zapobiegać popadnięciu w bezdomność, upadkowi osobistemu człowieka z powodu bezrobocia – czekając biernie aż stanie się on bezdomny, bezwolny, pozbawiony ambicji i godności i wówczas dopiero gotowa jest „coś” dla niego zrobić. Na przykład – odmawiają doraźnej pomocy w utrzymaniu „dachu nad głową” by zapobiec bezdomności – ponieważ „mają własne ośrodki dla bezdomnych”…

To jest jakieś straszliwe wynaturzenie, coś po prostu absurdalnego. Czy Pan Minister Kosiniak Kamysz tak to zaplanował, zaprojektował – czy raczej nie wie o takim stanie podległej mu służby, lub wie – lecz jest bezsilny?

Piszę to dlatego, by stanowczo stwierdzić iż absolutną nieprawdą jest, że tak zwana „pomoc społeczna” jest jakąś alternatywą dla osób bezrobotnych, wobec braku zasiłku z Urzędów Pracy. Oczywiście jak zawsze – są wyjątki, ale generalnie klienci Ośrodków Pomocy Społecznej i Urzędów Pracy – to dwie całkiem oddzielne grupy ludzi.
Znam wielu bezrobotnych, którzy woleliby umrzeć, niż mieć cokolwiek do czynienia z tak zwaną „pomocą społeczną”. I doskonale ich rozumiem.
Osoba bezrobotna która nie otrzyma prawa do zasiłku dla bezrobotnych – przeważnie nie idzie po zapomogę do „pomocy społecznej”. Zresztą – nie tak łatwo dostać zapomogę z MOPR czy MOPS; tak jak pracownicy PUP robią wszystko by nie dać zasiłku, nic nie pomóc, nie załatwić, odmówić, wynaleźć wszelkie możliwe przeszkody by cokolwiek zrobić dla bezrobotnego – tak samo postępują i pracownicy pomocy społecznej w stosunku do petentów. Najczęściej – realizują oni w ten sposób dokładnie i precyzyjnie zapisy ustaw; antyludzkich, antyspołecznych czyli tak bardzo „polskich” ustaw. I o to trudno akurat do nich mieć pretensję…
W takiej sytuacji – odsyłanie przez PUP osoby bezrobotnej pozbawionej zasiłku do Pomocy Społecznej – jest zwykłą podłością.

Osoba bezrobotna zarejestrowana w Powiatowym Urzędzie Pracy, dla której nie ma oferty zatrudnienia i akceptacji ze strony pracodawcy (sama oferta nie wystarczy) – powinna w Urzędzie Pracy otrzymać pomoc materialną. Musi przestać być dla pracowników PUP tematem „tabu” to, że osoba bezrobotna spełniająca swoje ustawowe obowiązki, dla której nie ma ani pracy ani zasiłku – musi posiadać środki do życia, potrzebne także i do tego – by mogła wypełniać obowiązki bezrobotnego. Głównie chodzi o obowiązek bycia stale w gotowości do podjęcia pracy. Te środki bezrobotny musi otrzymać w Urzędzie Pracy – gdzie jest znany, gdzie ma swoją „dokumentację” i gdzie załatwiane są jego sprawy. Środkiem do tego byłaby albo nowelizacja „Ustawy o promocji zatrudnienia” – co najmniej znacznie poszerzająca dostęp do zasiłków dla bezrobotnych, albo przeniesienie części zadań MOPS wobec bezrobotnych – automatycznie i bezpośrednio do odpowiednich Urzędów Pracy.

Urząd Pracy dla bezrobotnego musi być też automatycznie "ośrodkiem pomocy społecznej".

Osoba której nadano drogą decyzji administracyjnej status osoby bezrobotnej, musi po wizycie w PUP wyjść albo z ofertą pracy – albo z pieniędzmi na niezbędne potrzeby do czasu kolejnej wizyty. To jest po prostu absolutnie oczywiste.

Niechże Pomoc Społeczna będzie tylko dla ludzi niezdolnych do pracy z powodów psychicznych, alkoholików, degeneratów wymagających resocjalizacji, być może i dla ludzi niechętnych do pracy – ale nie dla bezrobotnych. Należy wreszcie przeciwstawić się tendencji do łączenia tych dwóch środowisk w obiegowych poglądach czy w opinii publicznej.

Być może byłoby konieczne rozdzielenie tych sfer nawet w kompetencjach ministrów, powracając do koncepcji Ministerstwa Gospodarki i Pracy – z wyłączeniem z niego spraw polityki społecznej (wszystkiego co nie dotyczy bezrobocia).

W większości wysoko cywilizowanych krajów, szczególnie w Europie Zachodniej – potrzeba systemu pomocy socjalnej państwa dla obywateli jest czymś absolutnie oczywistym. Nikt rozsądny nie nazwie Anglii, Irlandii, Norwegii czy Niemiec – krajami socjalistycznymi a funkcjonujące tam systemy pomocy socjalnej dla rzeczywiście potrzebujących – rozdawnictwem. Polska ma tak wspaniałe wzorce rozwiązań – z których nie chce skorzystać. Nie wszystko da się przenieść wprost pomiędzy różnymi krajami – ale to nie usprawiedliwia barbarzyńskiej bierności Rządu w tej sprawie.

19/01/2014

Władza tonie w absurdach. Platforma tzw. "Obywatelska" łamie Konstytucję…

Jest jakimś przekleństwem tego biednego i prymitywnego kraju, że zawsze najwięcej na temat jakiejś sprawy czy problemu mają do powiedzenia ci – których on zupełnie nie dotyczy a często nawet i porządnie nie interesuje. To poniekąd od dawna niepisana zasada konstruowania rządu i innych szczebli władz. Kompetencje i zaangażowanie są najgorzej widziane; najważniejsza – przynależność partyjna.
Ma to z pewnego punktu widzenia i dobre strony, gdy polityk, projektodawca, legislator – nie jest „osobiście” zainteresowany treścią tworzonego prawa; gdyby był – zawsze musiałoby się to kończyć tak, jak w sprawie znanej pod synonimem „lub czasopisma”…

To jednak przypadek szczególny; w sprawie pracy mamy najczęściej do czynienia z „niekompetencją” w rozumieniu bardziej braku kontaktu z rzeczywistością życiową, z praktyką, a co za tym idzie – z niewłaściwym skutkiem tworzonego prawa. „Niewłaściwym” – to oczywiście pojęcie uzależnione od przyjętych zamiarów (założeń), lecz ja używam go tutaj w odniesieniu do normalnych, powszechnych wartości cywilizacyjnych oraz do treści Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej – do czego powrócę w dalszej części felietonu.
Jaki więc ma być skutek np. działań legislacyjnych dotyczących bezrobocia, jeśli podejmują je zawsze i wyłącznie ludzie, którzy sami bezrobotni nigdy nie byli, nie są i nigdy do końca swojego życia już nie będą; nigdy się z tą problematyką osobiście nie zetknęli a jeśli już zetknęli się – to obchodzili ją z daleka z obrzydzeniem i pogardą jako rzekomą domenę patologii społecznej, marginesu społecznego i ludzkiej upadłości, czy upodlenia.
Czy jednak choć przez chwilę nigdy nie zastanowili się, że to oni mogą być tego przyczyną… choćby nie w każdym, ale w większości przypadków? To pytanie retoryczne… „Resortowe dzieci” dużo łatwiej spotkać w ministerstwach niż w redakcjach…

Piszę o sprawach bezrobocia z punktu widzenia bezrobotnego od niemalże dwóch i pół roku; początkowo będąc jednym z niewielu poruszających systematycznie ten temat, gdy jakakolwiek krytyka Rządu i jego bazy politycznej była ewenementem i niemile widzianym incydentem – natychmiast obrzucanym fekaliami przez zdziczałych, bezmyślnych propagatorów „liberalizmu” Platformy Obywatelskiej, przysłowiowych „lemingów” nazbyt chętnie posługujących się mową nienawiści a czasem nawet – jak niejaki Cyba – brutalną siłą prowadzącą nawet do morderstwa.
Dziś – bardzo wielu „szczeka” na Tuska (sic!), stało się to dość „tanie”, ale tenże znosi to jak zawsze ze stoickim spokojem wynikającym z arogancji i obojętności (przeważnie nie odszczekuje się). Na fali coraz bardziej otwarcie artykułowanego niezadowolenia z sytuacji na tak zwanym (nie wiadomo dlaczego) „rynku pracy” który de facto jest coraz bardziej targiem niewolników, coraz częściej powraca sprawa Funduszu Pracy i zasiłku dla osób bezrobotnych. Temat powraca coraz częściej – bo i problem staje się coraz poważniejszy.

Poprzez przyjętą konstrukcję obecnej wersji Funduszu Pracy (w ogóle Fundusz ten istnieje z przerwami od 1933 roku), prawo do zasiłku dla osób bezrobotnych jest powiązane wprost z najniższym ustawowo określonym wynagrodzeniem no i ma się rozumieć – z „Ustawą o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”.
Zgodnie z Ustawą, zasiłek dla osób bezrobotnych otrzymywać może osoba, dla której nie ma propozycji odpowiedniej pracy i która w okresie 18 miesięcy liczonych wstecz od daty zarejestrowania, była zatrudniona łącznie przez co najmniej 365 dni (kalendarzowych). To oczywiście jest indywidualne dla każdego człowieka i na dodatek zmienia się dynamicznie, dlatego jest to sprawdzane przy każdym kolejnym zarejestrowaniu bezrobotnego lub zwróceniu się przez bezrobotnego z wnioskiem (podaniem) o przyznanie tego zasiłku.
Jednocześnie jednak warunkiem jest, by owe 365 dni pracy było związane z takim jedynie rodzajem zatrudnienia, które ze swojego charakteru stwarza obowiązek danego pracodawcy opłacania składki na Fundusz Pracy – w związku z tym zatrudnieniem. Oznacza to, że okresy zatrudnienia za które nie była odprowadzana składka na Fundusz Pracy – nie są uwzględniane w tym okresie 365 dni przepracowanych – od których zależy prawo bezrobotnego do zasiłku.
To jednak jeszcze nie wszystko: kolejnym warunkiem jest, by płaca zasadnicza brutto w trakcie wspomnianego okresu 365 dni pracy – była co najmniej równa płacy minimalnej określonej ustawowo. Nie wystarczy tu więc jakakolwiek praca, podjęta przez zdesperowanego i pozbawionego środków do życia bezrobotnego; jakaś umowa-zlecenie na niską kwotę zapłaty lub umowa o pracę tylko na część etatu – byle cokolwiek zarobić i posiadać jakiekolwiek środki „na życie”, żeby przeżyć. Liczy się tylko wynagrodzenie równe lub wyższe od minimalnego. Na dodatek jak wiadomo – bezrobotny nie może zarabiać więcej niż połowę najniższej płacy a gdy tak się stanie że zarabia więcej (i zostanie to ujawnione) – traci prawo do statusu osoby bezrobotnej. Będąc już bezrobotnym – nie można więc zyskać prawa do zasiłku, jeśli tego prawa nie było w chwili rejestracji. Staż dla bezrobotnych nie jest traktowany jako zatrudnienie (nie przerywa ciągu bezrobocia) a prace interwencyjne i roboty publiczne – powodują wykreślenie z rejestru bezrobotnych. System jest przemyślany i szczelny a cel – odmówić, nie pomóc, nie dać, ograniczyć za wszelką cenę wydatki, nawet odbierając człowiekowi wszelkie szanse na wydostanie się z tej „pułapki”.
Nawet w sferze podstawowej logiki tworzy to sytuację absurdalną: jeśli zasiłek dla bezrobotnych uznać za formę obligatoryjnego „zabezpieczenia społecznego” o którym mówi Konstytucja RP – to logika nakazywałaby rozwiązanie dokładnie odwrotne. Tymczasem mamy tak, że gdy ktoś bardzo mało zarobił – to żadnej pomocy także nie otrzyma, a gdy zarobił więcej – to otrzyma też dodatkowo i pomoc w postaci zasiłku. To absurdalne, a z pewnością nie urzeczywistnia to „zasad sprawiedliwości społecznej” – do czego zobowiązuje władze Konstytucja RP.
Prawo do zasiłku uzależnione jest od czasu przepracowanego w ciągu poprzedzających zarejestrowanie 18 miesięcy i tu także tkwi pewien absurd: Jeśli ktoś w ciągu minionego półtorej roku – aż rok przepracował – to znaczy iż jego pozycja na „rynku pracy” wcale nie jest taka zła, jak osoby która w tym czasie zupełnie nie mogła uzyskać zatrudnienia. Prawdopodobnie mógłby on wkrótce znów znaleźć odpowiednie zatrudnienie i nadal pracować. I odwrotnie: gdy ktoś w ciągu półtorej roku mimo starań własnych i urzędu pracy nie został nigdzie zatrudniony – prawdopodobnie też i nadal zatrudnienia nie uzyska. Wynika moim zdaniem z tego, że to właśnie ten niepracujący powinien w pierwszej kolejności uzyskać zasiłek, oraz inne formy wsparcia zmierzające do ustalenia powodu braku pracy (powodu odmawiania mu zatrudnienia) i próby wyeliminowania tego powodu, usunięcia przyczyny tego stanu poprzez przekwalifikowanie, przyuczenie do innego zawodu, uaktualnienie uprawnień i licencji itp.

Oczywiście nie propaguję tu stosowania metody „mniejszego zła” ani tym bardziej konfliktowania beneficjentów pomocy poprzez wzajemna konkurencję. Ta pierwsza przykładowa osoba, która przepracowała półtorej roku po czym na nie dłużej niż sześć miesięcy straciła zatrudnienie – także powinna uzyskać pomoc, choćby po to, by nie straciła posiadanej wcześniej zdolności do pracy zawodowej, by mogła pozostać aktywna.
Mamy jednak dziś sytuację irracjonalną: ten kto ma niewielką przerwę w pracy – dostanie zasiłek, a ktoś całkiem pozbawiony pracy i dochodów – także i zasiłku będzie pozbawiony…
Czy to jest zgodne z „zasadami sprawiedliwości społecznej” mającymi w myśl Konstytucji obowiązywać w tym państwie?

Coś takiego mógł wymyślić jedynie bęcwał–teoretyk, głowę mający nabitą teoriami naukowymi (najczęściej – własnymi) i urzędniczym bełkotem; „jajogłowy” który nigdy nie zaznał biedy ani problemów; niedopilnowany w dzieciństwie arogancki bachor z bogatej rodziny, z nudów popalający po kątach „trawkę”; resortowe dziecko z „porządnej rodziny” polityków i ministrów – mające od urodzenia już doskonale ułożone całe życie, karierę i przyszłość (swoją i całej swojej rodziny).

Dla kogoś kto zaznał biedy i bezrobocia – zawsze będzie to absurdem. Nie chodzi tu jednak o takie – subiektywne i dyskusyjne przez to oceny. Ma to związek z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Art. 67 ust. 2 Konstytucji stwierdza:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.”

Opisywałem niedawno dość szczegółowo konsekwencje tego artykułu Konstytucji w artykule: "Suplement do tekstu "Zasadnicze pytanie: po co są Urzędy Pracy".

Istotą tego rozważania jest, że skoro Konstytucja jest Ustawą Zasadniczą czyli podstawą wszystkich innych praw ustawodawstwa krajowego – inne ustawy jak i przepisy wykonawcze do nich nie mogą zaprzeczać zasadom zawartym w Konstytucji. Osoba spełniająca definicję bezrobotnego – jest jednocześnie najczęściej także „obywatelem pozostającym bez pracy bez własnej woli i nie mającym innych środków utrzymania”. Konstytucja przyznaje więc jednoznacznie takiej osobie prawo do „zabezpieczenia społecznego” a jedynie ustalenie sposobu jego przyznawania (zakres) i wysokości do pewnego stopnia powierza władzy do ustalenia w ustawach. „Do pewnego stopnia” gdyż ustawa nie może już odbierać uprawnienia do zabezpieczenia społecznego – nadanego bezpośrednio Konstytucją, oraz zabezpieczenie ma mieć taką wysokość, która faktycznie „zabezpiecza” – i dlatego użyto w treści Konstytucji określenia „zabezpieczenie”; nie jest ono przypadkowe.
Obowiązujące w tej sprawie ustawy wydają się jednak sprzeczne z Konstytucją.
Ustawa o promocji zatrudnienia w sposób sprzeczny z Konstytucją reglamentuje dostęp do zasiłku dla osób bezrobotnych (pozostających bez pracy nie z własnej woli). Przypuszczam, że dzieje się tak dlatego, iż koncepcja Funduszu Pracy także jest sprzeczna z Konstytucją – gdy uznać, że to ten fundusz ma być głównym źródłem finansowania zasiłków dla osób bezrobotnych. Ustawodawca potraktował Fundusz Pracy jak rodzaj „ubezpieczenia”, gdzie obywatele w związku z zatrudnieniem generują wpłacanie przez swoich pracodawców składek pieniężnych z przeznaczeniem na zwalczanie skutków bezrobocia a jednocześnie możność skorzystania z pomocy tego funduszu uzależnia się tak jak przy ubezpieczeniach – od wcześniejszego wpłacania tychże składek, z dopuszczalną co najwyżej niewielką przerwą, obliczanych (procentowo) od „co najmniej najniższego” wynagrodzenia. Tylko ten kto „coś włożył” do Funduszu i to „coś” w co najmniej ściśle określonej wysokości – może z tego funduszu coś uzyskać w razie konieczności a i to – bardzo niechętnie.To niemalże modelowa definicja ubezpieczenia. Bardzo kiepskiego ubezpieczenia. Wszystkie ubezpieczenia noszą jednak niestety na sobie odium nieuczciwości.
Tymczasem Fundusz Pracy nie jest funduszem ubezpieczeniowym a celowym funduszem pomocowym, przy czym Ministerstwo Finansów – jak za czasów ministra Rostowskiego – rości sobie prawo do traktowania Funduszu jako części zasobów Skarbu Państwa i blokowania znajdujących się tam środków na doraźne potrzeby Skarbu Państwa – ze szkodą dla przedsiębiorców i bezrobotnych. To wszystko jest po prostu skrajnie patologiczne.

Jeśli władza ma zamiar uniknąć odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu – powinna moim zdaniem natychmiast zreformować Fundusz Pracy, czyniąc z niego faktyczny fundusz celowy (wyłączony ze Skarbu Państwa) nastawiony na finansowanie realizacji nakazu konstytucyjnego wyrażonego w Art. 67 ust. 2 i gromadzący takie środki, które pozwolą na przyznanie każdemu faktycznemu bezrobotnemu nakazanego „zabezpieczenia społecznego” a przy okazji stworzy mechanizm rzeczywistej „promocji zatrudnienia” poprzez tworzenie takich warunków, w których zatrudnienie obywatela będzie dla pracodawcy zawsze bardziej opłacalne niż utrzymywanie tego obywatela bez pracy. A to dlatego, że argument opłacalności jest jedynym argumentem (i słusznie) przemawiającym skutecznie do pracodawcy.
Obecnie cały system nastawiony jest na absurdalne zasady „odwrotne do sprawiedliwości społecznej” – jak wykazałem we wstępie, oraz na to, by nie dać, odmówić, zabronić, zakazać, odrzucić, uniemożliwić – a faktycznie – okroić do minimum wydatki państwa, nawet tam – gdzie ich reglamentacja równa się barbarzyństwu, podłości, zniewoleniu i upodleniu obywatela, złamaniu Konstytucji – przy jednoczesnym trwonieniu pieniędzy publicznych na cele błędne i nieistotne lub co najmniej dużo mniej pilne.
Absurd działania władzy wyraża się w tym, że tak pilnie strzeże ona „oszczędności” w wydatkach Skarbu Państwa i innych źródłach przez Skarb Państwa zawłaszczanych (jak FP) – w sprawach dotyczących rzeczywistych potrzeb zwykłego, biednego, przeciętnego obywatela, a w innych sprawach – marnotrawi setki milionów złotych bez sensu no i nawet beż żadnych konsekwencji dla osób odpowiedzialnych;
By nie dać zasiłku bezrobotnemu biedakowi – urzędniczka z Powiatowego Urzędu Pracy gotowa jest dokonywać cudów „przebiegłości” (cwaniactwa i podłości) – tak zajadle chroni (można powiedzieć – własnym ciałem a w każdym razie – godnością osobistą) interes Skarbu Państwa, natomiast „w świecie wielkich liczb i wielkich nazwisk” – tusk z kulawą nogą nie warknie, że wyrzucono w błoto setki milionów złotych, jak choćby 400 mln zł za budowany dziesięć lat pusty kadłub polskiej fregaty Marynarki Wojennej, porzucony w stoczni MW w Gdyni, dziś kosztem kolejnych 250 mln przerabiany na „patrolowiec”. Okrętu jak nie było – tak nie ma, jego potrzeba jest co najmniej dyskusyjna a te 650 zmarnowanych milionów mogłoby ocalić przed upadłością i stoczeniem się do poziomu kloszarda bardzo wielu ludzi, pozbawionych pomocy przez „oszczędne” pastwo.

Najwyższy czas już z tym skończyć !
Musi natychmiast powstać system pomocy socjalnej analogiczny jak w Anglii, Niemczech, Danii czy Norwegii, państwo musi wreszcie uznać obywatela za podmiot i przedmiot władzy a jego podstawowe potrzeby za priorytetowe. Podstawową potrzebą człowieka jest praca zarobkowa, nie zasiłek za jej brak, ale zasiłek przynajmniej pozwala poszukiwać pracy i mieć nadzieję.

22/08/2013

Nie ma pracy, nie ma życia – dla bezrobotnych „50+”.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że prawo unijne a pod jego wpływem obecnie i prawo krajowe jednoznacznie i kategorycznie zabrania nierównego traktowania obywateli w związku z zatrudnieniem – z jakiegokolwiek praktycznie powodu.

Jednym z takich (zakazanych) powodów jest też oczywiście kwestia wieku kandydata do zatrudnienia lub wieku pracownika.
Wiek jest w zasadzie prywatną sprawą obywatela i nic do niego pracodawcy.
Jeśli chodzi o przydatność do określonej pracy oraz fizyczną możliwość jej wykonywania, to także nie jest sprawa pracodawcy a raczej własnego poczucia tej osoby zainteresowanej, która chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykonywanie jakiegoś zadania i sama najlepiej wie, czy jest to w stanie właściwie zrobić, czy podoła temu zadaniu, oraz lekarza medycyny pracy, który mu wydaje lub odmawia wydania orzeczenia o braku przeciwwskazań do wykonywania tej konkretnej pracy, biorąc pod uwagę stan zdrowia, stopień zużycia organizmu, czyli właśnie w konsekwencji także wiek, gdyż wcześniej wymienione elementy są często jego pochodną. Jest to też sprawa odpowiedniego badania i obiektywnego orzeczenia lekarza. Pracodawca ma się skupić na zadaniu którego wykonanie jest mu potrzebne a nie na osobie je wykonującej. W krajach zachodnich czy USA od dawna tak to funkcjonuje, szczególnie w dużych firmach. Oczywiście zasada jest wystarczająco elastyczna; są możliwe także rozwiązania skrajnie przeciwne – jeśli są uzasadnione (możliwe do wiarygodnego uzasadnienia); niektóre prace są ściśle związane z wiekiem, aparycją, wyznaniem itp.
W znakomitej większości przypadków pracodawca powinien chcieć jedynie, by jakieś konkretne zadania zostały prawidłowo wykonane i nic mu do tego, czy ten – kto je będzie wykonywał jest kobietą czy mężczyzną, katolikiem czy protestantem, osobą młodą czy starszą, Europejczykiem Amerykaninem, Australijczykiem czy Afrykaninem itp.

Mówienie w warunkach polskich o bezrobotnych „z grupy 50+” już samo w sobie niebezpiecznie zbliża się do granicy prawa, w aspekcie właśnie szykanowania czy nierównego traktowania w sprawach pracy ze względu na wiek. Taki „wyróżnik” po prostu nie powinien być w ogóle potrzebny w związku z tym o czym pisałem wyżej. Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że dopuszczalne jest co najwyżej definiowanie pewnych grup pracowników, jak na przykład ludzie młodzi do 24 czy 26 roku życia, albo ludzie starsi – po 50 roku życia (ale przed wiekiem emerytalnym) jedynie dla lepszego ukierunkowania i zdefiniowania pomocy państwa w przypadku ich problemów z zatrudnieniem. W pierwszym przypadku mamy umowną granicę „młodości” związaną pewnie z wiekiem w którym kończy się studia i wchodzi w okres pracy zawodowej. Skąd jednak 50 lat jako granica czy wyróżnik jakiejkolwiek grupy osób – nie mam pojęcia. I dlaczego akurat 50? Stosuje się też czasem jeszcze bardziej niekonkretny i irytujący wręcz swoim kolokwializmem termin „seniorzy” termin który w takim zastosowaniu w ogóle nie powinien być dopuszczalny.
Na koniec lutego 2013 roku w Polsce było 2.337.000 osób bezrobotnych, w tym prawie połowa to kobiety. Stopa bezrobocia wynosiła 14.4% czyli o 1pp więcej niż w lutym ubiegłego roku. Liczba ta obejmuje jedynie tych bezrobotnych, którzy deklarują gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy i poszukują jej, czyli osoby określone ustawowo.
Prócz tego jest ogromna ilość osób, które już – na skutek długotrwałych i bezowocnych wysiłków znalezienia zatrudnienia – straciły zdolność wykonywania pracy, często straciły „dach nad głową” i wszystkie oszczędności czy zasoby materialne. Osoby te stały się często trwale nieaktywne zawodowo i znalazły się często już nieodwracalnie poza rynkiem pracy, zostały z niego trwale wypchnięte, wyrugowane przez społeczeństwo. Gdyby doliczyć te osoby do liczby bezrobotnych – okazałoby się, że w Polsce jest nieco ponad 2.890.000 osób w wieku produkcyjnym nieaktywnych, nie biorących czynnego udziału w życiu gospodarczym, nie zarabiających pieniędzy i nie wydających ich na rynku wewnętrznym, nie odprowadzających w związku z tym podatków itp. Wydaje się to ogromnym marnotrawstwem. Nie tylko materialnym.

Wzrasta stale liczba osób niezatrudnionych ze wspomnianej umownej grupy „50+”, pomimo że to z tej grupy najwięcej osób zostaje wyrugowanych na trwałe z rynku pracy. W ciągu 2012 roku liczba ta wzrosła o 8,3% natomiast grupa bezrobotnych osób młodych wzrosła w tym samym czasie o 1,2%. Na skutek „alarmu” podniesionego przez jednego z komisarzy w Komisji Europejskiej w sprawie „bezrobocia młodych” – uwaga decydentów skupiła się na młodych bezrobotnych, tymczasem właśnie grupa osób starszych znalazła się w dużo od nich gorszym położeniu.
Ma to związek ze zmianami demograficznymi; przybywaniem osób starszych – jako procesem demograficznym, starzeniem się społeczeństwa.

Jednak jeszcze obecnie ważniejszą przyczyną jest odmowa zatrudnienie osób starszych, jak już wspomniałem na początku – często ze złamaniem prawa. Niestety nie wiadomo dokładnie co jest tego powodem; nikt pracodawców o to poważnie nie wypytuje a też i oni nie podają rzeczywistych powodów – zmyślając jakieś mniej lub bardziej durne preteksty, wymieniane czasem przez rzeczników organizacji pracodawców. Jedynym więc logicznym wyjaśnieniem jest, że nie podają oni faktycznych powodów – bo w rzeczywistości mają świadomość , że powody te stanowią złamanie przepisów prawa. Wyjaśniając prawdziwe powody – przyznawaliby się publicznie co najmniej do wykroczenia zasługującego na wysoki mandat karny. Pracujące osoby starsze są też częściej niż młodsze zwalniane w przypadku konieczności redukcji zatrudnienia.

Kolejną przyczyną zwolnień jest… okres ochronny przed zwolnieniem z pracy, określony ustawą Kodeks Pracy: osoby którym pozostało nie więcej niż cztery lata do nabycia uprawnień emerytalnych nie wolno już pracodawcy zwolnić z pracy, dlatego zwalnia on tę osobę na wszelki wypadek tuż przed wejściem we wspomniany czteroletni okres ochrony stosunku pracy. Osoby starsze na skutek długiego stażu pracy często więcej niż młodzi zarabiają, dlatego też i zwolnienie takiej osoby daje pracodawcy większe oszczędności na kosztach pracy. Z całej grupy obywateli w wieku 55 – 64 lat pracuje obecnie tylko 39%, czyli o 10% mniej niż wynika ze średniej europejskiej.

Jednocześnie stale maleje i tak niezwykle niski odsetek bezrobotnych pobierających zasiłek dla osób bezrobotnych. Gdy w 2001 roku zasiłek otrzymywało nieco ponad 20% bezrobotnych co i tak jest skandalicznym rozwiązaniem w porównaniu ze średnią europejską, w ubiegłym roku (2012) zasiłek otrzymywało 16,7% a obecnie już tylko 16,1% To oczywiste, gdy przy niezmienionych, przestarzałych przepisach ustawowych wydłuża się znacznie statystyczny okres poszukiwania pracy, znacznie już przekraczając okres pobierania zasiłku. Ma to oczywisty wpływ na trwałe wyłącznie się osób początkowo bezrobotnych z poszukiwania pracy. Następuje tu znany i dostatecznie zbadany ale jednak zupełnie nie uwzględniany przez władzę efekt psychologiczny; utraty wiary we własne możliwości intelektualne, w posiadane kompetencje a w końcu – poczucie kompletnego braku wartości, narastająca depresja ogólna, związany z depresją i jednocześnie brakiem pracy – niedobór ruchu, wysiłku fizycznego powodujący choroby somatyczne, nadwagę, otyłość (co jeszcze bardziej utrudnia znalezienie pracy), braki materialne z czasem uniemożliwiające już poszukiwanie pracy przez utratę wiarygodności dla ewentualnych pracodawców, desocjalizacja, zanik zdolności podporządkowania się dyscyplinie zewnętrznej a nawet wewnętrznej, wyłączanie się z życia kulturalnego, społecznego, towarzyskiego, redukcja zainteresowań. To wszystko jest skutkiem bezrobocia a po przekroczeniu pewnej granicy – staje się tego przyczyną, czyli zamyka się koło zależności przyczynowo – skutkowej. To jakby samonapędzający się mechanizm destrukcji człowieka, porównywany czasami trafnie do równi pochyłej po której stacza się człowiek nieuchronnie „aż na dno” a ruch raz zapoczątkowany na jej szczycie często przez jakiś przypadek, jest trudny, prawie niemożliwy do powstrzymania i trwa nieuchronnie – aż do końca.

Bez zasiłku czy co najmniej równoważnych dochodów, poszukiwanie zatrudnienia staje się z konieczności fikcją. Zasiłek otrzymuje się (statystycznie 16 na 100 osób bezrobotnych) zasadniczo przez sześć miesięcy a w niektórych przypadkach przez 12 miesięcy. W krajach zachodniej Europy czy skandynawskich – zasiłki otrzymuje 70 – 80% bezrobotnych, pozwala on w zasadzie normalnie funkcjonować i efektywnie poszukiwać zatrudnienia.

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, ale też i prawie nikt nie pyta – za co żyją pozostali bezrobotni; tych statystycznych 84 na 100. Zresztą; – nie wszyscy żyją; wielu z tego powodu przestaje żyć, co nie jest objęte rzetelnym badaniem statystycznym a więc i umyka opinii publicznej. Tak sformułowane publicznie pytanie spotyka się co najwyżej ze wzruszeniem ramion…
Ale to jest właśnie jeden z powodów tak gigantycznego spadku zaufania i poparcia społecznego władzy. To odhumanizowanie władzy. Kompletna nieodpowiedzialność działań na skalę społeczną.
Premier nagle ocknął się ze swojego liberalnego snu w samoregulację i stwierdził, że władza zacznie wspierać inwestycje w polski przemysł, na początek w ramach Specjalnych Stref Ekonomicznych. Że chce zamienić Polskę w „raj inwestycyjny”. Że trzeba szybkiego przyspieszenia gospodarczego i realnych zachęt do inwestowania i tworzenia przez to nowych miejsc pracy w przemyśle – tu na miejscu coś produkującym i korzystającym przy tym z lokalnego, miejscowego rynku pracy.
W Zachodniopomorskim przedsiębiorcy już od miesięcy czekają, gotowi do rozpoczynania inwestycji w SSE, posiadając już nawet pozwolenia budowlane. Czekają na sygnał władzy. Sygnał jednak – to jeszcze zbyt mało. Niestety obawiam się, że to się stało zbyt późno i dalej będzie się „ciągnęło” w różnych instancjach administracji oraz w Parlamencie. Urzędnicy zawsze mają czas.

Wiele wskazuje na to, że działania na rzecz bezrobotnych „50+” muszą być skierowane do przedsiębiorców a nie jak dotychczas głównie do bezrobotnych, bo podstawową przyczyną problemu (abstrahując od braku miejsc pracy w ogóle) – są irracjonalne postawy przedsiębiorców. Jakiś idiota kiedyś wymyśli sobie, że „aktywizacja bezrobotnych” ma się dokonać poprzez oddziaływanie na bezrobotnych, a przecież oczywiste się wydaje dla każdego, kto miał z tym zagadnieniem bezpośrednio do czynienia, że bezrobotny – jest bezrobotny z powodu postawy pracodawców, którzy go nie chcą zatrudnić i nawet nie podają przyczyny, uzasadnienia (bo nie muszą). Owszem: jeśli bezrobotnemu brakuje jakichś kompetencji, to należy mu pomóc je uzyskać poprzez szkolenie, ale historia dowodzi, że szkolenia masowo w pewnym okresie czasu odbywały się, a bezrobotni w nich uczestniczący i tak w większości nie zostali zatrudnieni. To ewidentny przykład źle ukierunkowanego działania.
Działania muszą tu być różnorodne: kampania informacyjno-promocyjna wyjaśniająca wątpliwości pracodawców i informująca ich o skutkach ich nieprzemyślanych decyzji; promowanie tych którzy zaczynają zatrudniać osoby starsze, przestają to uzależniać od wieku czyli w pełni podporządkowują się prawu unijnemu. Niezbędne jest zasadnicze uproszczenie i uporządkowanie prawa pracy; ustawa obecnie obowiązująca dotycząca zwalczania bezrobocia jest podobnie jak kodeks pracy – dziwaczną pozostałością czasów „budowy ustroju socjalistycznego na wzór radziecki” i musi być zastąpiona całkowicie nowym, współczesnym rozwiązaniem prawnym. Także i postawy skrajnie przeciwne powinny moim zdaniem być rejestrowane i napiętnowane, powinny kształtować negatywny publiczny wizerunek firm obchodzących prawo, oszukujących pracowników i skarb państwa.

Osoby bezrobotne w większości muszą otrzymywać zasiłki oraz rzeczywistą pomoc w przekwalifikowaniu i poszukiwaniu zatrudnienia a źródło ich finansowania musi być zasilane wyłącznie przez przedsiębiorców, pracodawców. W razie konieczności trzeba w tym celu zmienić przepisy odpowiedniej ustawy oraz podwyższyć składkę na Fundusz Pracy lub ustanowić wręcz nowa składkę, tak by powstał nowy fundusz celowy utrzymania osób bezrobotnych 50+. Być może pracodawcy zechcą zatrudniać osoby starsze wówczas, gdy z powodu odmowy zatrudnienia – sami będą musieli te osoby utrzymywać; siła argumentu finansowego zawsze przemawiała do pracodawców, znacznie bardziej niż względy narodowe, społeczne, moralne czy polityczne. Tak czy inaczej, coś trzeba zrobić z tym problemem. Nie wystarczy pisanie „programów solidarności z 50+” – do szuflady.

Niestety tak tragiczna i nadal pogarszająca się sytuacja bezrobotnych z grupy wiekowej 50+ nie ma żadnego odzwierciedlenia w działaniach rządu ani samorządu. Mieliśmy już kilka programów „solidarności pokoleniowej” np. ministra Michała Boniego – które trafiły do szuflad gdyż okazały się wielką fikcją, ale nadal w sposób fikcyjny „obowiązują” i nawet są ponoć fikcyjnie realizowane. Wiąże się to także z tragicznym marnotrawstwem środków pomocowych z Unii. Wszystko to budzi po prostu obrzydzenie swoim odczłowieczeniem i cynizmem, obrzydzenie w sposób naturalny skierowane na „tych co rządzą” czyli głównie na Platformę Obywatelską i Donalda Tuska jako jej szefa. A najbardziej razi dziś to, że partia sprawująca władzę, odpowiedzialna za to – śmie się nazywać „obywatelska”. Coś co kiedyś dało impuls wielkiego poparcia na fali nadziei na właściwe zmiany – dziś już tylko irytuje. Dlaczego Platforma Obywatelska nie podejmuje żadnych działań zmierzających do naprawy swego wizerunku…?

„Wyrównanie szans” w wydaniu Platformy Obywatelskiej: całkowicie brak jakichkolwiek projektów dla grupy bezrobotnych „50+”(brak we wszystkich województwach).


Odwiedziny: