BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komorowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komorowski. Pokaż wszystkie posty

16/02/2013

Nie prawa autorskie a gospodarka polska jest dziś ważna!

Może ktoś mi zarzuci, że się powtarzam w moich tekstach, obracających się wokół dość wąskiej tematyki, ale dlaczego właściwie nie powtarzać się, skoro mijają miesiące i lata a w tych sprawach nic się nie zmienia.

A dlaczego nic się nie zmienia?

Nasuwają się trzy możliwości;
pierwsza – że „ci co trzeba” doskonale znają realia, ale nigdy się do tego nie przyznają, gdyż to mogłoby być odebrane przez „tych co nie trzeba” jako negowanie linii ideologicznej Platformy Obywatelskiej, założeń politycznych prowadzących społeczeństwo do wielkiego krachu a w każdym razie do ogromnych choć niewymiernych ofiar, tak niewymiernych jak zmarnowane bez winy lata najlepszych potencjalnych możliwości, zmarnotrawione na bezowocnym poszukiwaniu zatrudnienia mimo że „w wieku 50+ już się nie zatrudnia”;
druga – że w wytworzonym na fali rzekomej „wolności” rozgardiaszu, na fali bełkotu młodej kadry niedouczonych „dziennikarzy” z różnego rodzaju „dys….”, po prostu już nikt a zwłaszcza władza nie wie już co się dzieje, co jest rzeczywistością a co wytworem propagandy jakiejś „opcji” i dlatego np. minister pracy błąka się na oślep jak dziecko we mgle, chcąc się wykazać „robieniem czegoś” – robi cokolwiek, widząc spoza „końskich klapek” swojego stanowiska i swojego resortu kompletnie fałszywy obraz rzeczywistości;
trzecia – że polska władza w Polsce jest już obecnie władzą marionetkową, a zarządza tym wszystkim ktoś inny i to zarządza w sposób wrogi;

W zasadzie można by zaryzykować i możliwość czwartą a mianowicie, że wszystkie te trzy wcześniej wymienione możliwości – są rzeczywiste i aktualne jednocześnie i funkcjonują w tym kraju.
Jedno jest pewne: władza w sposób skuteczny manipuluje opinią publiczną i tematyką publicznie funkcjonującą i ostatecznie nic w tym dziwnego; mieli za nauczycieli doskonałych fachowców od tych spraw a niektórych (po weryfikacji) zapewne „odziedziczyli w spadku” po PRL.

Zastanawiałem się właśnie: co też ta nasza nieszczęsna władzuchna wymyśli by skanalizować zainteresowanie społeczne w bezpiecznym dla siebie kierunku.
Słupki poparcia w rankingach spadają, stopień poparcia PiS dorównuje lub nawet czasem nieznacznie przekracza poparcie PO – w zależności od tego, kto robi sondaż i jaki został zamówiony (opłacony) jego wynik, wzrasta niezadowolenie i krytyka ze strony wszystkich, prócz buraczanych biznesmenów robiących mająteczki na szalejącym bezhołowiu (nadal poparcie dla PO w tej grupie – około 50%), niezadowolenie rolników z wyników unijnych negocjacji budżetowych, jeszcze na dodatek zapowiadane od dawna i już właśnie oficjalnie złożone propozycje zmiany rządu na apolityczny rząd fachowców nastawionych na walkę z kryzysem gospodarczym, złożone przez PiS itp.
No i mamy; wiadomo, że w takiej sytuacji sięga się do tematów zastępczych wzbudzających duże emocje społeczne. Takim tematem była sprawa praw autorskich i słynnego projektu ACTA. Więc nagle wyskoczył jak Filip z konopi minister Michał Boni ze swoimi propozycjami uwolnienia zasobów powstałych dzięki finansowaniu ze środków publicznych, zakotłowało się w środowisku intelektualistów i artystów, twórców, producentów… no i o to przecież chodziło…
Ale to może dziś nie wystarczyć.
Już nie.
Ludzie w coraz większym stopniu rozumieją co jest ważne.

Ważna jest gospodarka polska. Ważna jest możliwość sterowania nią i realna samodzielność w sprawach kluczowych, sprawach bezpośrednio skutkujących negatywnym wpływem na sytuację społeczną. Ważne jest selektywne stosowanie zaleceń administracji unijnej tak by nie dać sobie psuć tego, co jeszcze jako tako funkcjonuje. Tak robi Francja, Wielka Brytania i Niemcy i tak też musi do sprawy podchodzić Polska. Kraje tak zwanej „Unii” stosują protekcjonizm gospodarczy, interweniują jeśli trzeba w rzekomo „wolny” rynek, narzucają reszcie Unii własne warunki i indywidualne zasady ich tylko dotyczące, chronią własne społeczeństwa przed bezrobociem – szukając rynków zbytu własnych towarów i zwalczając konkurencję wytwórczą i handlową tak, by to ich towary miały zbyt na innych rynkach. Trwa bezwzględna walka o zbyt własnej produkcji w czasie nadprodukcji, bo od tego zależą miejsca pracy i stopa bezrobocia.
Polska musi działać podobnie i dlatego musi się pozbyć nastawienia służebnego. Nastawienie to jednak jest, jak się wydaje, preferowane przez reprezentantów Polski, dla których ich interes osobisty, prywatny – stał się ważniejszy. Polska jak rączy chłop pańszczyźniany znów „służy panom”… ?

Nie chodzi o jakąś obstrukcję czy brak solidaryzmu a raczej o zachowywanie do końca tej nienaruszalnej odrobiny zdrowego rozsądku czy odpowiedzialności przede wszystkim przed własnym społeczeństwem. Niestety jak się wydaje – kryteria wyboru kandydatów na europarlamentarzystów były całkowicie chybione, znalazło się tam wielu ludzi przypadkowych, bezmyślnych, dbających wyłącznie o własne interesiki i kariery, zabiegających teraz o unijne gaże jako pieniądze których w Polsce – jako artyści, naukowcy czy „ludzie pióra” – nigdy by nie zarobili.
Ważne jest zadbanie o gospodarkę, o własny rozwój, ale w takich dziedzinach które generują nowe (odtworzenie niedawno zlikwidowanych) miejsca pracy szczególnie w produkcji i przetwórstwie, bo tylko to pozwoli zmniejszyć bezrobocie do granicy tzw. naturalnego czyli przynajmniej zapobiec wielkiemu, nadciągającemu dziś protestowi społecznemu.

03/02/2013

Jedno jest pewne: minister pracy bezrobocia nie zmniejszy.

Występując z pozycji osoby, której uprawiana przez Donalda Tuska i jego Platformę „obywatelską” idiotyczna „zabawa w liberalizm” – odebrała resztki wolności, w wielu wcześniejszych moich, subiektywnych i emocjonalnych felietonach wyrażałem zdziwienie, zdumienie wręcz – nad reakcją ludzi władzy na praktyczne aspekty aktualnego bezrobocia. Dokładniej – nad reakcją polegającą na braku jakiejkolwiek reakcji lub reakcjami typu dziecięcego (dziecinnego). Podobnie zresztą szokował mnie brak reakcji drugiej strony, ludzi milcząco poddających się działaniu niszczącej ich machiny ideologicznej.
Nieprzypadkowo piszę tu: „ludzi władzy” podkreślając ich potencjalne człowieczeństwo, bo to przecież nie są jakieś roboty, ufo, cyborgi, czy też osoby tak zdegradowane psychicznie poprzez jakąś indoktrynację, by można ich z cyborgami porównywać.
Wręcz przeciwnie; gdy patrzymy na zdjęcia ministrów choćby w rządowym blogu – widzimy inteligentnych, ciekawych, bardzo różnych ale zawsze interesujących ludzi. Przecież konstruowanie rządu państwa demokratycznego to nie jest jakaś kwalifikacja negatywna, wyławiająca najgorszych z kandydatów. Raczej należałoby przypuszczać, że skoro są tacy – to znaczy, że lepszych nie było. Są najlepsi, najbardziej kompetentni.
Czy wraz ze wzrostem kompetencji – zanika człowieczeństwo?

Cóż więc sprawia, że wobec społecznych czy osobistych skutków braku zatrudnienia są oni tak obojętni? Co to za moda czy maniera na nieczułość, brak empatii, spojrzenia społecznego lub choćby zwykłej ludzkiej refleksji, normalnej reakcji wynikającej z ludzkiego zaangażowania – zawładnęła umysłami nie tylko tych ludzi, ale i wielu innych ekspertów, ekonomistów, tych różnych wron które kraczą już od dawna nad stanem polskiej gospodarki roztaczając dantejskie wizje. Jeśli nawet miałoby to mieć pozytywną motywację jako ostrzeżenie przed najgorszym – to daje skutek odwrotny, bo skoro ma być tak źle, to już nic się naprawiać widocznie nie opłaca. Taka też postawa zaczyna być powszechna: powiedzieć, że „będzie źle” po czym siedzieć z założonymi rękoma na przysłowiowej dupie i patrzeć: sprawdziło się, czy nie…
Że z punktu widzenia humanisty, jest to rodzaj zwyrodnienia – komuż to dziś przeszkadza…
Poza tym – sprawdzi się z pewnością, gdy nikt nie będzie przeciwdziałał.

Poszukując wyjaśnienia tego „fenomenu” – w jednym z wcześniejszych felietonów postawiłem tezę, że wyjaśnienie pozostaje tylko jedno: ludzie ci nie są tacy, ale tak się zachowują, bo mają się tak zachowywać!
Są elementem pewnej ideologii i dla jej realizacji znaleźli się w tym rządzie, więc ich zachowaniem steruje ideologia.

To jedyne logiczne dla mnie możliwe do wyobrażenia wyjaśnienie.
Wyjaśnienie – co nie znaczy, że usprawiedliwienie. Kiedyś trzeba będzie zdać sprawę ze skutków i sprawiedliwość jakoś dosięgnie tych ludzi.

Niezależnie od wszelkich uwarunkowań politycznych i ideologicznych – człowiek sprawujący jakąś władzę ma obowiązek przyglądać się bacznie skutkom i na tej podstawie korygować swoje działania, jakoś reagować, aż do rezygnacji z udziału w tym, co przynosi zły skutek. W założeniach bądź ich realizacji zawsze można popełnić jakiś błąd. Objawi się on w skutkach ocenianych z ludzkiego, humanistycznego punktu widzenia i pozwoli możliwie jak najwcześniej zatrzymać błędne działania. Jeśli ktoś nie czyni tego – mówiąc najbardziej oględnie – widocznie ma złą wolę.
Wydawało się, że było - to moje pisanie od września 2011 roku - absolutnie bez znaczenia, tak silne były i są nadal irracjonalne przyzwyczajenia myślowe, nastawienia i przekonania ludzi, ale – przede wszystkim urzędników tzw. Powszechnych Służb Zatrudnienia na szczeblu dyrektora miejskiego lub powiatowego urzędu pracy oraz kierowników wydziałów instrumentów rynku pracy czy aktywnych form przeciwdziałania bezrobociu. Bo to tu właśnie odbywa się realizacja postanowień ustawowych a zawsze jest to realizacja drastycznie formalistyczna i zawężająca, na zasadzie: jeśli nie da się udowodnić że urząd pracy czegoś robić nie musi, to trudno: zrobimy, ale…
Przyjemnie jest przeczytać w blogu rządowym, że minister pracy chwali się usunięciem wreszcie poważnego błędu czy może raczej biurokratycznego przyzwyczajenia, powodującego „zamrażanie” wszelkiej działalności (poza wypłatami zasiłków i rejestrowaniem nowych bezrobotnych) Urzędów Pracy pod koniec roku, by spokojnie sporządzić bilans, rozliczyć wszystko, poczekać na nowy budżet, by wreszcie gdzieś w połowie marca rozpoczynać pełną działalność w nowym roku. Bezrobotni oczekujący na właściwe szkolenie czy dofinansowanie – nie mogli robić nic innego jak czekać. A pracownikom urzędu dotychczas nigdy się nie spieszyło: oni byli w pracy, robili „swoje”…
Faktycznie w tym roku po raz pierwszy odbyło się to tak, jak powinno i jak od bardzo dawna i ja postulowałem w każdej dostępnej mi formie: zaraz po nowym roku i sylwestrze – „mój” Urząd Pracy ruszył z „normalną” działalnością. Nie wiem, czy zrealizowano tu dokładnie mój pomysł, czy rozwiązano to jakoś inaczej, ale przyjemnie jest pomyśleć, że jeśli nawet nie przyczyniłem się inspiracją do tego minimalnego postępu, to przynajmniej – od początku byłem po słusznej stronie.
Piszę o działalności „normalnej” w cudzysłowie, by podkreślić, że jak dotychczas jeszcze jest to normalność jak na standardy urzędów pracy a nie w znaczeniu ogólnym.

W swoim najnowszym artykule w blogu minister Władysław Kosiniak Kamysz przedstawił swoje nowe projekty.
Pomysły są zaiste – rewolucyjne.
Otóż gdy jakaś osoba pozbawiona zatrudnienia przyjdzie do Urzędu Pracy by się zarejestrować – to teraz, „po nowemu” – ktoś tam ma się nią autentycznie   z a i n t e r e s o w a ć .
Niesamowite! – prawda?
Nie wystarczy podanie kilkunastu danych, w tym osobowych, poprzez wypełnienie formularza oraz złożenie kilku oświadczeń, żeby uzyskać status, ubezpieczenie i ewentualnie – zasiłek.
Teraz osoby poszukujące pracy mają być "profilowane".
Ma to zgodnie z planem ministerialnym polegać na wstępnym spotkaniu z doradcą zawodowym, który poprzez zbieranie informacji o tej konkretnej osobie i jej sytuacji, po wypełnieniu formularza elektronicznego ma przypisać petenta do jednej z trzech grup:
- grupy aktywnych, samodzielnych i dobrze przygotowanych do pracy dostępnej na rynku, oczekujących tylko ofert zatrudnienia;
- grupy wsparcia – osób wymagających szybkiej i intensywnej pomocy albo dotyczącej uzupełnienia kwalifikacji czy stażu, albo pomocy psychologicznej, motywacyjnej czy dotyczącej tzw. kompetencji miękkich;
lub też grupy trzeciej – osób znajdujących się poza „rynkiem pracy” – o których Pan Minister pisze, że jest to profil „dla osób długotrwale bezrobotnych, słabiej wykształconych, w urzędach rejestrujących się głównie dla ubezpieczenia zdrowotnego. Często odmawiają podjęcia pracy, bo już pracują, tyle że na czarno. Nie da się im łatwo pomóc, cały proces wymaga czasu i współpracy urzędu z ośrodkiem pomocy społecznej, a także zaangażowania lokalnych organizacji pozarządowych i prywatnych agencji zatrudnienia.”
Celowo zacytowałem wprost ten fragment bo muszę tu z oburzeniem interweniować. Panie Ministrze. Jak Pan może jako członek rządu i na dodatek – na blogu rządowym który najwyraźniej z założenia ma być pi-ar-ową wizytówką pryncypała, z akceptującą obojętnością podchodzić do faktu poważnego łamania prawa. Jeśli ktoś przychodzi do urzędu pracy mówiąc że mu chodzi wyłącznie o ubezpieczenie społeczne – to nie jest bezrobotny. Jeśli odmawia przyjęcia oferty pracy – to także nie jest bezrobotny, a jeśli już jest zarejestrowany to należy go natychmiast usunąć z ewidencji bezrobotnych. Może już dość fałszowania statystyk. Jeśli ktoś odmawia podjęcia pracy bo twierdzi że już pracuje „na czarno” – to ma Pan obowiązek natychmiast złożyć doniesienie na takiego „pracodawcę” do odpowiednich organów państwa – jak każdy obywatel który posiadł informację o dokonywaniu przestępstwa. To także fałszuje statystyki, bo ten człowiek jest faktycznie bezrobotny, gdyż prawdopodobnie legalnie nigdy by zatrudniony nie został, ale za takiego go uznać nie wolno, bo pracuje i osiąga dochody z wynagrodzenia.
Generalnie kierunek tych zmian trzeba uznać za dobry: chodzi o indywidualne potraktowanie każdego faktycznego bezrobotnego. Minister sam zresztą stwierdził, że to nie są pomysły oryginalne ani nowatorskie w Europie. Generalnie rzecz ujmując – rzeczywiście działania urzędów pracy oraz instytucji pomocy społecznej powinny być skoordynowane i uzupełniać się. Z drugiej jednak strony nie można mieszać roli urzędów pracy z rolą pomocy społecznej, tak jak nie można mieszać sytuacji ludzi zdolnych i gotowych do podjęcia pracy z sytuacją osób obecnie niezdolnych nie tylko do podjęcia pracy ale i do samodzielnego życia.
Niechaj jednak „każdy wreszcie robi swoje” w podziale ról i zadań tych instytucji.

Grupa pierwsza – to osoby które same poszukują zatrudnienia i maja na nie szansę, to znaczy mają szansę zostać zatrudnione, bo przecież człowiek dziś „nie podejmuje pracy” a „jest zatrudniany”. Chodzi mi o właściwe uwypuklenie niewielkiej roli postawy osoby poszukującej zatrudnienia: jeśli znajdzie ofertę pracy z którą może się utożsamić jako kandydat, to jest dziś najczęściej jednym z kilkuset kandydatów. I najczęściej na tym się kończy, nawet nie wiadomo z jakiego powodu. Jeśli wejdzie w dalszy etap rekrutacji i zostanie zatrudniony, to jest to decyzja pracodawcy na którą wpływ ma niewielki, warunki zatrudnienia są zresztą także dyktatem pracodawcy.

Grupa trzecia – to osoby które muszą najpierw najczęściej przejść leczenie odwykowe, resocjalizację ze względu na wymogi pracy itp. Od tego są zupełnie inne instytucje i projekty. Urzędy pracy może faktycznie nie powinny takich osób „odsyłać”; jest szansa wpłynąć na ich postawę poprzez rzeczową informację o skutkach na przyszłość takiej pracy z uchylaniem się od płacenia podatków i składek na ubezpieczenie społeczne. Uważam, że należy przyznać im prawo do ubezpieczenia zdrowotnego ale jedynie pod warunkiem poddanie się procesowi przywrócenia do normalnej pracy i unormowanej sytuacji osobistej i wówczas działać z ich współpracą w sposób odpowiedni do sytuacji. Na początek niewątpliwie najwięcej miałby tu do roboty psycholog i prawnik.

Urzędy Pracy tak na prawdę istnieją jednak dla tej grupy drugiej, czyli osób potrzebujących pracy dla uzyskania dochodu „na życie”, chcących pracować oraz mających jakieś „braki” powodujące znaczne zmniejszenie szans na zdobycie zatrudnienia. Takim brakiem mogą być niedostatki wykształcenia, posiadanie zawodu w którym jest znaczna przewaga podaży pracy nad popytem na nią, brak wymaganych świadectw kwalifikacyjnych, problemy ze spełnieniem zdrowotnych wymogów dotychczasowego zawodu itp. Tu rzeczywiście ogromne znaczenie ma indywidualne poznanie potrzeb konkretnego człowieka pod warunkiem skorzystania z tej wiedzy na poziomie osoby decydującej o tym w konkretnym PUP-ie. Pisze o tym, gdyż znane mi są przypadki, gdy pomimo wiedzy o potrzebach konkretnego bezrobotnego, nie otrzymuje on potrzebnej pomocy, gdyż osoba decydująca o tym, w jakimś swoim poczuciu „sprawiedliwości społecznej” – chyba jeszcze socjalistycznej w jak najgorszym znaczeniu – dzieli wsparcie „każdemu po troszku” czyli w rezultacie każdemu bez skutku”. Jeśli dostał skierowanie na kurs – to już nie dostanie skierowania na staż, no bo „już pan przecież otrzymał pomoc…”. Jeśli takich osób się nie wyeliminuje z urzędów pracy (a w tym przypadku chodzi o poziom kierownika działu) – to żadne zmiany nie przyniosą właściwego skutku. Szczególną kwestią jest też wyłączenie – prawdopodobnie na zasadach nieformalnych – pewnych działań wyłącznie dla sfery biznesu prywatnego, a osób bezrobotnych po prostu nie stać na uczestnictwo w działaniach edukacyjnych odpłatnych na zasadach wolnorynkowych. Dotyczy to najczęściej znajomości języka obcego, posiadania lub uaktualnienia prawa jazdy, uprawnień do obsługi pewnych urządzeń. Zgodnie z ideologią chciwości Platformy „obywatelskiej” – uznano za ważniejsze „dać zarobić na tym prywaciarzom”, skoro jest tu ogromne zapotrzebowanie, niż usunąć te problemy z listy przeszkód utrudniających zdobycie zatrudnienia, czyli zmniejszenie bezrobocia poprzez pomoc osobie bezrobotnej potrzebującej pomocy – także materialnej – w rozwiązaniu ich.
Pan Minister Pracy wspomniał też w blogu rządowym, iż uważa proponowane teraz zmiany za początek drogi przemian mających doprowadzić do unowocześnienia instytucji i zwiększenia jaj skuteczności. Zapewne też szkoleniowy projekt unijny „Piramida Kompetencji” skierowany do pracowników PSZ da korzystny impuls dla takich zmian.

Jedno jest wszakże pewne:
To nic nie da!
Dokładniej – nic nie da osobom pozbawionym zatrudnienia, bo ministrowi i pracownikom ministerstwa da wiele, przede wszystkim miłą i dobrze płatną pracę.

Działaniami tego typu podejmowanymi przez Ministerstwo Pracy można co najwyżej łatwiej zaspokoić te kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia codziennie funkcjonujące jako „aktualne oferty pracy” z ważnością do kilku dni, głównie w Internecie. To nie ma żadnego znaczenia dla ogromnej fali narastającego bezrobocia.
To jest właśnie najbardziej absurdalne w tej sprawie, że oczekuje się od Ministra Pracy – wyników w zmniejszaniu bezrobocia. Ale powodem bezrobocia jest brak miejsc pracy a powodem tego, sytuacja gospodarcza, sytuacja prawna biznesu i wiele innych czynników zupełnie od ministra pracy nie zależnych.
Te wszystkie problemy wynikają w większości z nastawienia ideologicznego Platformy Obywatelskiej, założeń ogólnych polityki zagranicznej i gospodarczej, bałwochwalczej uległości i uzależnienia niektórych polityków od biurokracji unijnej i jej niejednokrotnie absurdalnych w polskich warunkach – dyrektyw.
Jeśli Polska zacznie prowadzić politykę własnego rozwoju gospodarczego opartego na własnej produkcji i eksporcie – tak jak to robią Niemcy, Francja czy Anglia, a mam na myśli własną produkcję we własnych zakładach produkcyjnych na terenie własnego kraju, z własnym kapitałem założycielskim i zatrudniających przede wszystkim własnych obywateli z własnego rynku pracy – to osoby „faktycznie bezrobotne” – bardzo szybko odpowiednią dla siebie pracę znajdą a stopa bezrobocia spadnie do naturalnej, lub bardzo niskiej – jak w Niemczech.

Bezrobocie polega przecież na braku miejsc pracy i ewentualnie na niedopasowaniu potrzeb w rozumieniu kompetencyjnym pomiędzy pracodawcami (popytem) a pracownikami (podażą). Ludzie faktycznie bezrobotni natychmiast sami i z radością rzucą się na etaty i umowy, natychmiast podejmą pracę, bo czekają na to i jest im ona niezbędna do życia i to nie tylko poprzez płace, jako źródło zarobku – ale i w sensie dosłownym. W ten sposób bezrobocie zmniejszy się samoczynnie bez żadnych zabiegów Ministra Pracy. Pozostaną jedynie ci – co pracy już, albo jeszcze – podjąć nie mogą, ale to nie należy do problemu bezrobocia a raczej pomocy społecznej, pomocy psychologicznej i „aktywizacji” ludzi w zdobywaniu własnych środków na własne potrzeby.
Może dla kogoś to właśnie jest wizja katastrofy, scenariusz nie do przyjęcia?

Tymczasem na temat gospodarki, polityki gospodarczej, planów i prognoz w tej sprawie – trwa sztuczne milczenie, zagłuszane przez usłużne szmatławce „matkami Madzi” i innymi tematami nastawionymi na zogniskowanie uwagi durnej gawiedzi na sprawach jednostkowych i nieważnych, natomiast szaleje chocholi taniec wokół „aktywizacji bezrobotnych” i innych tego typu tematów, mających de facto tę samą co „matka Madzi” cechę odwracania uwagi od tego co najważniejsze.
Ważna jest gospodarka, wpływ Unii na naszą gospodarkę i projekcje na przyszłość. Czyżby było już aż tak źle, że ujawnienie prawdy mogłoby zagrozić pozostaniu Polski w Unii? Jedno jest pewne: minister pracy – cokolwiek by nie wymyślał – nie zmniejszy bezrobocia. Z całym szacunkiem i sympatią dla pana Władysława Kosiniak Kamysza; obojętnie nawet – kto personalnie miałby tym ministrem być. Bo źródłem bezrobocia są błędy w zarządzaniu gospodarką, moim zdaniem błędy wynikające z założeń ideologicznych.

Cały ten za przeproszeniem „cyrk” z „walką z bezrobociem” za pomocą „aktywizowania bezrobotnych”, nakierowanie wszelkich działań nie na faktyczną przyczynę a na ofiary bezrobocia tak jakby to wina czy przyczyna braku dwóch czy trzech milionów miejsc pracy leżała po ich stronie – nie da żadnych innych skutków jak tylko propagandowy i to tylko dla naiwnych.

18/01/2013

Zakaz nierównego traktowania i dyskryminacji w zatrudnieniu – powszechnie nie jest przestrzegany.

Ponownie – o pewnym konkretnym, kolejnym już i jednym z wielu – szczególe, dotyczącym nieprzestrzegania prawa w „Tym Kraju”. Chodzi o Kodeks Pracy w jego przepisach dotyczących zakazu nierównego traktowania pracowników (i kandydatów do zatrudnienia).
Otóż prawo krajowe zmodyfikowane pod wpływem dyrektyw unijnych, zabrania nierównego traktowania obywateli w sprawach zatrudnienia, pod jakimkolwiek właściwie względem. Rozpatruję to w aspekcie procesu przyjęcia do pracy, procesu rekrutacji kandydatów do zatrudnienia. Kodeks wymienia literalnie informacje, jakich rekruter lub ewentualny pracodawca ma prawo żądać od kandydata. To zamknięta i krótka lista, konkretnie sformułowana w Art. 22 1 §1 Kodeksu Pracy. Oznacza to, że zakres pytań możliwych do zadania kandydatowi do pracy jest ściśle określony i jest on nawet węższy, niż dotyczący kogoś już będącego pracownikiem.
Wspomniane dane, to:
- imię (imiona – jeśli w dowodzie osobistym ma wpisane więcej niż jedno) i nazwisko;
- imiona rodziców;
- data urodzenia;
- miejsce zamieszkania, ewentualnie adres dla korespondencji, jeśli jest inny;
- wykształcenie;
- przebieg dotychczasowego zatrudnienia;
I to wszystko!
Lista jest kompletna i zamknięta.

Jest to ważne właśnie w aspekcie nierównego traktowania; prawo zabrania pytania kandydata o cokolwiek co by łatwo mogło stać się przedmiotem dyskryminacji lub zostać podane jako takie.
Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że nie jest to kwestią kultury, dobrej woli, dobrego wychowania rekrutera czy kadrowca a kwestią przestrzegania prawa sformułowanego jednoznacznie. Oczywiście kultury nie da się nie docenić, czy zastąpić przepisami, ale jednak tu chodzi o przepis prawa, nie pozostawiający żadnego miejsca na różne cechy osobowościowe człowieka to prawo realizującego. Jest to ważne, gdyż przepis ten jest powszechnie lekceważony, pomijany podczas rozmów z kandydatami do zatrudnienia i prowadzenia rekrutacji. Winnym nie wystarczy więc tu zarzucić braku kultury a po prostu niepraworządność.
Pracodawcy oraz działające w ich imieniu, z ich upoważnienia i na ich koszt firmy rekrutacyjne powszechnie łamią prawo pracy, nie tylko pod względem zatrudniania całkiem nielegalnego, nierejestrowanego, nastawionego na oszukanie Skarbu Państwa, bezprawnego nadużycia umów-zlecenia do zatrudniania (patrz: "Zatrudniasz na umowę-zlecenia zamiast na umowę o pracę – płać grzywnę 30.000 zł!), ale także i w tym zakresie; ustalają własne sposoby rozmów z kandydatami, sprzeczne z powyżej przedstawionym przepisem obowiązującego powszechnie prawa. Często są to żenujące, niby-magiczne podchody, oparte na jakiejś pseudopsychologii, i nie byłoby ostatecznie takie ważne, gdyby miało dostateczną alternatywę oraz nie decydowało dzisiaj o być albo nie być konkretnego człowieka poddanego takim „procedurom rekrutacyjnym”.

Wszystko to zaczyna przypominać jakiś potworny sen wariata, coś w stylu Franza Kafki.
Kandydaci pytani są bez oporów o stan cywilny, stan zdrowia, stan rodziny i plany „rozrodcze” na przyszłość, stan majątkowy i posiadane oszczędności, nazwisko panieńskie matki, stan majątkowy rodziców, własną przynależność polityczną i związkową oraz przynależność rodziców, narodowość i pochodzenie rodziców, itp. a nawet inne wręcz intymne sprawy osobiste.

Równie nagminną choć nieuregulowaną prawnie praktyką, jest przeprowadzanie nieformalnych „wywiadów” czy czasem wręcz „dochodzeń” co do osoby kandydata i powodów jego odejścia – w poprzednich jego miejscach zatrudnienia wymienionych w cv.

Nie wystarczy, że prawo nie wymienia tych pytań czy spraw jako dopuszczalne podczas rekrutacji; Kodeks Pracy wyraźnie określa w Art. 183a §1 wszystkie te sprawy których może dotyczyć nierówne traktowanie, w następnym paragrafie stwierdza, że nakazane powszechnie równe traktowanie w sprawach zatrudnienia oznacza obowiązek niedyskryminowania w jakikolwiek sposób, bezpośrednio lub pośrednio, z przyczyn w poprzednim paragrafie literalnie wymienionych.
Tymi okolicznościami dotyczącymi nawiązywania i rozwiązywania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania, dostępu do szkoleń podnoszących kwalifikacje – wymienionymi w ustawie są:
płeć, wiek, niepełnosprawność, rasa, religia, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkowa, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientacja seksualna, rodzaj umowy o pracę ze względu na czas jej trwania oraz wymiar czasu pracy (etatu).

Naruszenie zasady równego traktowania następuje wtedy, gdy jedna lub kilka wymienionych przyczyn spowoduje odmowę nawiązania stosunku pracy, rozwiązanie istniejącego stosunku pracy, wpływa na wielkość wynagrodzenia, warunki pracy, pominięcie przy awansowaniu, nieprzyznanie jakichś świadczeń związanych z pracą, odmowę skierowania na szkolenie podnoszące kwalifikacje zawodowe.
Sprawa jest więc w prawie jednoznacznie unormowana, to jednak nie powstrzymuje samowoli i sobiepaństwa pracodawców.
Ten jak i wiele innych przepisów prawa jest absolutnie przez nich pomijany. Często mamy tu do czynienia z jakimś dziwnym nastawieniem „antypaństwowym” czy „antyregulacyjnym”, co by można zobrazować dawnym szlacheckim zawołaniem: „Szlachcic na zagrodzie – równy wojewodzie!” Tak i przedsiębiorca-buc w sprawach zatrudniania – w jakimś „anarchistycznym” oszołomieniu nic sobie nie robi z obowiązującego prawa pracy, często nawet już w ofertach zatrudnienia udostępnianych publicznie podając sformułowania jaskrawo kolidujące z tymi przepisami Kodeksu Pracy. Jedynie Powiatowe Urzędy Pracy odmawiają przyjmowania i publikowania takich ogłoszeń i... być może dlatego mają tak mało ofert.

Jest to zjawisko które warto zauważyć i potępić publicznie. Być może to detal, ale włącza się to w całą masę podobnych zjawisk, tworząc obraz otaczającej nas rzeczywistości, obraz władzy, rządu, stanu państwa. To dziś obraz bardzo negatywny.

Nie znam żadnych przesłanek, które by mogły uzasadniać twierdzenie, że władza nie może nad tym zapanować, szczególnie, gdy szefem rządu jest przywódca największego ugrupowania politycznego, koalicji PO-PSL, posiadającego większość a obu izbach parlamentu. Dlatego przyjmuję za wyjaśnienie, iż taka jest wola władzy. Że to właśnie zostało zaplanowane i jest realizowane, przy współpracy sądów i odpowiedniej postawie Państwowej Inspekcji Pracy (podległej Sejmowi czyli większości parlamentarnej). Oczywiście nie sposób tego też nie łączyć ze sprawą absolutnej nierównowagi stron na rzekomym „rynku pracy”, który właśnie z powodu tej nierównowagi nie może być z definicji traktowany jak faktyczny rynek. To właśnie daje wraz z ogromnym bezrobociem (z którym władza nie walczy) okazję pracodawcom do zachowań bezprawnych, pozostających poza krytyką i praktycznie bezkarnych.

15/01/2013

Zatrudniasz na umowę-zlecenie zamiast na umowę o pracę? Płać grzywnę 30.000 zł!


Zastanawiałem się niedawno nad tematem szalejącego szczególnie wśród drobnych przedsiębiorców bezprawia, odnoszącego się do sposobu „zatrudniania” czy raczej zdobywania przez nich wykonawców pracy – pomijającego obowiązujące prawo: artykuł:
Umowy „śmieciowe” – tolerowane czy świadome bezprawie.
Starałem się przeanalizować tam, na czym polega – jeśli tak można napisać – „śmieciowość” tych praktycznie (choć bezprawnie) stosowanych przez pracodawców rozwiązań.Poszukując jakiejś pra-przyczyny, niejako sedna tego problemu, doszedłem wówczas do jedynego moim zdaniem sensownego wniosku, że istota problemu leży w ideologii Platformy Obywatelskiej a szczególnie w tym, że jest to partia „krypto-ideologiczna”, to znaczy oficjalnie rozgłaszająca swoje podporządkowanie zasadom nauki, ekonomii, a w rzeczywistości – ideologiczna i wykazująca tendencje w pewnym sensie arogancji i ignorancji, co prowokuje postawy anarchizujące.
Postawa władzy opiera się na „porzuceniu” społeczeństwa, jakby ze ślepą wiarą w „samoregulację”, chyba w jakimś naiwnym naśladownictwie warunków jakie towarzyszyły początkom kapitalizmu co najmniej 200 lat temu, także specyficznego nastawienia na zarobek i zysk „za wszelką cenę” – o którym wspominałem w artykule pt. Ideologia chciwości .
Trudno powiedzieć dziś, jak długo ten eksperyment potrwa, pewne jest jednak, że przyniesie dużo bałaganu, ogromne straty „moralne”, odbije się nieodwracalnie na życiu bardzo wielu zwykłych ludzi, o czym też pisałem, choćby w tekście pt. Praca i pieniądze.
Mamy dziwaczny stan oddzielenia oficjalnej warstwy życia od tej rzeczywistej i w tym akurat władza Platformy Obywatelskiej przypomina do pewnego stopnia czasy tzw. „władzy ludowej”. Jest to tendencja moim zdaniem wprost przeciwna do potrzebnej i pożądanej, myślę że nasze społeczeństwo potrzebuje pewnego okresu spokojnej regulacji, przestawienia najpierw na zasadniczą racjonalność a z drugiej strony – wypracowania mechanizmów niezbędnego interwencjonizmu państwowego, by móc dopiero przystępować do takich jak obecny eksperymentów. Aby deregulacja odniosła właściwy skutek, najpierw wszystko musi być odpowiednio wyregulowane i działać. Wtedy można eksperymentować z rezygnacją z pewnych regulacji i bacznie obserwować jaki to daje efekt, porównując go z tym pierwotnym, wyjściowym. Jeśli ktoś natomiast chce deregulować skrajny bałagan i bezhołowie, coś co działało źle lub wcale nie działało – to wprowadza okres straszliwego zamętu pogłębiając w rzeczywistości jeszcze bardziej ten pierwotny bałagan. I coś takiego właśnie obserwujemy…
Mam tu na myśli najbardziej istotny interes przeciętnego człowieka, polegający na prawie i możliwości zdobywania pracą najemną środków niezbędnych do życia. Przy tym człowiek ten nie występuje tu, w tej sprawie, w roli petenta, klienta czy proszącego, choć do takiej roli jest spychany.
Mamy zadziwiający stan jawnego bezprawia jeśli chodzi o pracę najemną. Władza daje „cichą zgodę” na pomijanie przepisów prawa przez pracodawców lub pośredników działających z ich upoważnienia i na ich rzecz.
Wydawałoby się, że sprawa rodzajów umów o pracę lub pokrewnych i ich własności jest banalna, prosta i powszechnie znana, lecz w rezultacie mamy prawdziwą falę zjawisk patologicznych po stronie pracodawcy, jawne działania kompletnie bezprawne lub pozaprawne, parasol ochronny nad tym zarówno władzy jak i instytucji kontrolnych np. Państwowej Inspekcji Pracy – uzależnionej od koalicji rządzącej, spolegliwe dla pracodawców nastawienie sądów (wydziałów pracy w sądach rejonowych i okręgowych), zdegradowane i rozbite związki zawodowe. Jest też i nakłada się na to reakcja ze strony społecznej; ludzie zatrudnieni, wykonujący zlecenia lub poszukujący tego – widzą wokół siebie codzienną praktykę całkowicie sprzeczną z tym co by było w zgodzie z przepisami. Stąd narastający mętlik pojęciowy, szum informacyjny, ale także podejście praktyczne; jakoś żyć trzeba, nie warto walczyć o praworządność, o swoje prawa czy o normalność bo przedsiębiorca zawsze wygra…
Z kolei brak oporu zainteresowanych utwierdza dodatkowo pracodawcę, że idzie we właściwym kierunku, opierając się na zasadach „rynkowych”. Ale pracobiorcy są „pod ścianą” codziennych rachunków, potrzeb, chęci przetrwania, instynktu samozachowawczego, zwycięża u nich przeważnie „mentalność niewolnika” sprytnie podsycana przez władze hiobowymi wieściami o „narastającym kryzysie” lub nadchodzących „zwolnieniach grupowych” – dlatego „rynek pracy” jest tylko pojęciem propagandowym PO a mamy praktycznie do czynienia z absolutnym dyktatem. Mówić „rynek pracy” w Polsce – to tak, jakby mówić o „samorządzie” w obozie zagłady… Oczywiście mam na myśli najniższe stanowiska wykonawcze – czyli większość.
Tymczasem w mediach, w biuletynach organizacji lub podmiotów zajmujących się pośrednictwem pracy albo wtórnym udostępnianiem publicznych ofert zatrudnienia zbieranych z różnych miejsc, widać coraz więcej takich, które w jawny sposób ignorują przepisy prawa a nawet – jego istnienie. Stąd wyżej sformułowane wnioski ogólne; po prostu niemożliwe jest, by to zjawisko nie było zaplanowane, albo nie miało przynajmniej całościowego, ideologicznego przyzwolenia.
Najwięcej w tej chwili zastrzeżeń budzi sprawa umów związanych z zatrudnieniem. Nazywam to tak ostrożnie, bo przecież często nie są to umowy zlecenia sensu stricte ani także i umowy o pracę; to jakiś absolutnie pozaprawny konglomerat, majstrowany na zasadzie samowoli i bezkarności. Jedynie powiatowe czy miejskie urzędy pracy dbają o zasadniczą zgodność publikowanych (przyjmowanych do publikacji) ofert pracy z prawem. Już na etapie kontaktu z pracodawcą poszukującym pracownika – treść ofert jest pod tym względem weryfikowana a te wadliwe – nie są przyjmowane. Z tego powodu urzędy pracy mają zazwyczaj bardzo niewiele ofert. Najgorzej natomiast jest w prywatnych lokalnych albo i ogólnopolskich portalach ogłoszeniowych; tam przyjmuje się uniwersalną zasadę odpowiedzialności autora a nie publikującego za zgodność oferty z prawem.
Jak wiadomo umowa o pracę jest zdefiniowana przez Ustawę „Kodeks Pracy” w związku z innymi ustawami i podlega też wszystkim przepisom wykonawczym (stąd „kodeks” a nie „zwykła” ustawa).
Pracę na zasadach umowy regulowanej Kodeksem Pracy i tylko tę – nazywa się zatrudnieniem. „Praca” – nie ma tu nic wspólnego ze znaczeniem fizycznym tego słowa: praca to realizowanie umowy o pracę przez osobę zatrudnioną.
Osoba realizująca treść umowy-zlecenia nazywa się wykonawcą zlecenia lub zleceniobiorcą. Umowa-zlecenie nie podlega żadnym przepisom Kodeksu Pracy a tylko Kodeksu Cywilnego i przepisom wykonawczym do niego, stąd nazywana jest umową cywilno-prawną.
Stwierdzenie „zatrudnienie na umowę zlecenia” – jest po prostu absurdem. Np: „Przyjmę do pracy na umowę zlecenie na pełen etat, w trybie 3-zmianowym kobietę do 35 lat, najchętniej bezdzietną, w pełni dyspozycyjną, katoliczkę o miłym usposobieniu… „ – to nie oferta pracy a po prostu przyznanie się do winy pracodawcy lub „rekrutera” i normalny sąd powinien od ręki, bez rozprawy wydać w takiej sytuacji wyrok skazujący go na maksymalną grzywnę, bo to jedno zdanie łamie kilka obowiązujących zasad prawa…
O powodach preferowania umów-zlecenia pisałem już niejednokrotnie i są one powszechnie znane, ale nie niesie to za sobą żadnej zmiany ani refleksji władzy, co potwierdza jeszcze dodatkowo celowy charakter takiej sytuacji. To problem tzw. umów śmieciowych, szczególnie przy próbie stosowania umowy-zlecenia tam, gdzie powinna być umowa o pracę. Powinna być – ze względu na charakter pracy i okoliczności z nią związane. Prawo stwierdza jednoznacznie, że o faktycznym rodzaju umowy decyduje jej rzeczywisty charakter a nie forma graficzna czy nazwa.
Zatrudnienie, czyli praca na umowę o pracę ma charakterystyczne cechy których nie ma i nie może mieć umowa-zlecenie. Jest tak dlatego, ze są to inne rodzaje umów o zupełnie innym przeznaczeniu i prawnie – to wszelkie okoliczności związane ze stosunkiem stron decydują o tym a nie możliwość nieodprowadzania jakichś obowiązkowych składek, koszty po stronie przedsiębiorcy itp.
Dla umowy o pracę charakterystyczne jest:
- Konieczność osobistego świadczenia pracy;
- Wykonywanie pracy w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, pod jego kierunkiem i nadzorem (podległość służbowa, regulaminy i instrukcje, polecenia, lista obecności, dyscyplina pracy itp. – dotyczą wyłącznie umowy o pracę);
- Wykonywanie pracy na rzecz i ryzyko pracodawcy;
- Praca wyłącznie za odpłatność (za wynagrodzeniem);
- Charakter ciągły – od zawarcia do rozwiązania.
- Treść umowy wyłącznie wynikająca z Kodeksu Pracy, warunki umowy nie gorsze niż określone w KP.
Czynności lub zadanie określone w umowie-zlecenia nie mogą posiadać powyższych cech a umowa taka jest raczej przewidziana dla wykonania jednorazowego określonej czynności (zadania). Nie może w niej być odwołań do przepisów Kodeksu Pracy, charakterystycznych cech pracy jak godzina rozpoczęcia i zakończenia, potwierdzania obecności, dyscypliny pracy, wymiaru etatu, podległości i wykonywaniu poleceń itp.
Zawarcie umowy posiadającej wymienione cechy – powoduje, że umowa taka jest traktowana jak umowa o pracę, choćby nosiła wzór i nazwę umowy zlecenia. Pracodawca odpowiada wówczas za wszelkie zaniechania i szkody z tego wynikające dla zatrudnionego oraz Skarbu Państwa. Niestety: pracodawcy – czując za sobą wsparcie władzy, polityków, bezradność lub bezczynność nadzoru oraz przychylność sądów – nauczyli się tak manewrować treścią umów zlecenia zawieranych w miejsce umów o pracę, by w połączeniu z krętactwem wyślizganych prawników unikać odpowiedzialności za to.
Odpowiedzialność za wykroczenia przeciwko Kodeksowi Pracy jest w gruncie rzeczy praktycznie niewielka w porównaniu do zysków, jakie może w praktyce przynieść przedsiębiorcy. Stworzono sytuację, gdy opłaca się Łamać prawo.
Zawieranie umów-zlecenia w przypadkach, gdy okoliczności i zadania stawiane wykonawcy są charakterystyczne dla umów o pracę – jest podyktowane chęcią oszustwa o motywacji finansowej, gdy danie zlecenia pozwala na zmniejszenie opłat, np. nieodprowadzenie składek ubezpieczenia, a to ma fatalne dalsze skutki społeczne.
Umożliwienie przedsiębiorcom nieograniczonego zarabiania, nieograniczonego nawet przepisami obowiązującego prawa – jest najwyraźniej zasadą bliską Platformie Obywatelskiej.
Dewastacja zasad współżycia społecznego, szkodzenie finansom publicznym i systemowi ubezpieczenia społecznego – nie stanowi dla Platformy żadnego problemu…
Niestety narasta zamieszanie pojęciowe, niewiedza i niezrozumienie spowodowane rażącym rozdźwiękiem pomiędzy tym, co poszukujący pracy praktycznie widzi wokół siebie a tym, co czyta w ustawie, w informacjach opartych bezpośrednio na prawie pracy. Normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że można sprawując władzę w demokratycznym niby państwie, w centrum Europy, w XXI wieku – aż tak drwić sobie z prawa i aż tak nie szanować ludzi. Niestety; nagminność łamania prawa stawia je w oczach ludzi zasadniczo pod znakiem zapytania. Praktyka działania metodą faktów dokonanych zastępuje stan właściwy, zgodny z prawem. Jeśli jeden człowiek złamie prawo – jest przestępcą, ale jeśli bardzo wielu ludzi złamie to prawo – to… prawo jest złe… oto dewiza państwa mafijnego.
Choćby przed chwilą czytam w portalu porad prawnych: … osoba zatrudniona w firmie w oparciu o umowę zlecenie (praca od poniedziałku do piątku) przedstawiła pracodawcy zaświadczenie usprawiedliwiające jednodniową absencję w pracy. Wynikało z niego, że w czasie nieobecności uczestniczyła w charakterze świadka w rozprawie sądowej. Czy w takiej sytuacji pracodawca powinien pomniejszyć przysługujące jej wynagrodzenie, czy też ma obowiązek wypłacić je w pełnej wysokości?…
Ręce opadają…

30/03/2012

49.
Powrót do modelu państwa totalitarnego.

Dziś każdy pisać może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.
Może swobodnie wyrażać swoje przekonania. Choćby założyć blog za darmo i na dodatek z możliwością ukrycia się za ksywą i dowolnym obrazeczkiem użytym zamiast własnego zdjęcia. Przeważnie są to zwierzątka… a jeśli nawet nie, to i tak nie ma znaczenia...

To, że jest możliwe swobodne a nawet często i zbyt swobodne (uchodzi płazem) wypowiadanie się, zawdzięczamy demokracji która przezwyciężyła totalitaryzm władzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wspieranej przez otaczających nas „przyjaciół”. Władza tamta zawsze wiedziała co jest najlepsze dla ludzi; od Bolesława Bieruta – do Mieczysława Rakowskiego i „generała spawacza” władza zawsze robiła - co chciała a jak dziś wiemy, prawdopodobnie - co jej nakazano z Kremla, czasem na skutek protestów lekko „luzując śrubę” by nie zniszczyć propagandowego wrażenia „władzy ludu”. W końcu – gdy w propagandę już nikt nie wierzył – działała wręcz dosłownie „po trupach” stawiając na swoim, dopóki się tylko dało…
Demokracja zwyciężyła. Nawet jeśli była tylko "częściowa". W wyborach społeczeństwo wyłoniło nową władzę, która rozpoczęła proces wychodzenia z totalitarnych nawyków. Minęło 30 lat, różnie się potoczyły losy władzy, różnie przebiegały procesy transformacji gospodarki. Nikt jednak nie przypuszczał nawet, że powrót do totalitarnych nawyków jest jeszcze możliwy.
Owszem; ostatnio odzywały się ciche głosy oskarżające rząd Donalda Tuska o tendencje do „wiedzenia najlepiej” bez potrzeby konsultowania tego z organami przedstawicielskimi społeczeństwa, środowiskami, autorytetami społecznymi.
Zapowiedzią kryzysu demokracji była sprawa ACTA a zwłaszcza potajemnego przygotowania w Ministerstwie Kultury (sic!) regulacji jeszcze bardziej drakońskich i niebezpiecznych dla wolności niż te narzucane Europie przez amerykańskich lobbystów.
Niedawno Premier ogłosił, że „za wszelką cenę” podwyższy wiek emerytalny, że to nie podlega żadnej dyskusji, nikt go od tego nie odwiedzie bo jest zdeterminowany...."
Coś nam to przypomina… ?

Trudno się dziwić młodym ludziom, że dziś z trudnością potrafią sobie wyobrazić prawdziwy totalitaryzm. W opowieści z czasów PRL-u najczęściej już po prostu nie wierzą, traktują to jak "bajeczki wapniaków", jak my niegdyś - opowieści dziadka z I wojny Światowej.
Rozumiem to.

Jednak jest coś alarmistycznego w tym, gdy dziś nagle czytam w czyimś blogu:

„… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie, konieczne jest ograniczanie wydatków państwa. Czy zrobi to Platforma czy też inna partia – nie ma znaczenia. Każdy obywatel naszego kraju wie, że musimy uporządkować finanse publiczne bo inaczej zapłacimy wszyscy, trochę później rachunek za swoją nierozwagę. A raczej nierozwagę rządu…”

Ewidentny powrót do totalitaryzmu? Znów władza wie najlepiej…?

Pisze to co zacytowałem jakaś osoba anonimowa, posługująca się awatarem przedstawiającym bardzo młodą i niemożliwą do identyfikacji dziewczynę...
Każda władza miała zawsze swoich „lizusów” zwanych też „potakiwaczami” a i czasem dużo bardziej złośliwie. Także zawsze były „szare eminencje” jak i naiwni aktywiści oszołomieni ideą do tego stopnia, że nie byli już w stanie rozejrzeć się bacznie wokół siebie, zweryfikować hasła z rzeczywistością, z tym co niezaprzeczalne i nie podlegające interpretacji, co można dostrzec i odczuć osobiście. Podobno od jakiegoś czasu różne siły polityczne oraz lobbystyczne grupy nacisku mają zwyczaj nawet opłacać wynajętych „anonimów” bardzo aktywnie działających w Internecie w ściśle określony sposób, imitując „opinię publiczną” i propagując metodą "szeptaną" hasełka władzy jako oczywiste i bezdyskusyjne.

Jednak ja wierzę, że społeczeństwo już nie dopuści do powrotu totalitaryzmu. Władza musi mieć poparcie społeczne do określania działań o tak wielkich konsekwencjach jak reforma emerytalna. Skandaliczne jest dla mnie nie tylko totalitarne podejście Prezesa RM do tej reformy, także i to że społeczeństwo nadal nie wie, o co chodzi, o czym się tak naprawdę dyskutuje wśród polityków, jaki jest konkretnie projekt PO oraz poszczególnych innych sił.
O co tu chodzi, na czym polega różnica poszczególnych stanowisk. Wiemy to tylko fragmentarycznie i wyłącznie z doniesień medialnych czyli niewiarygodnych. Ale Premier nie ma zamiaru z nikim dyskutować, a najmniej - ze społeczeństwem.
To niedopuszczalne. Wysiłki niedopuszczenia do referendum także dowodzą zamiaru wprowadzenia swojego planu z pełną świadomością, że nie zostałby on zaakceptowany społecznie. Ale władza wie lepiej co dobre...zdusi wszelkie demokratyczne prawa by zrobić to - co sama chce (lub - co jej nakazano).
Niespodziewanie i w sposób niezauważalny Platforma Obywatelska stworzyła (a może raczej odtworzyła z przeszłości) model państwa totalitarnego, w którym człowiek, Polak, obywatel – ma po prostu słuchać i powinien poprzeć to co mu każą, nawet wbrew swojemu oczywistemu interesowi, a jeśli nie – to władza i tak zrobi swoje. No bo… „… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie…………..

Odwiedziny: