BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platforma Obywatelska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platforma Obywatelska. Pokaż wszystkie posty

25/04/2014

„Dziwne” umowy związane z zatrudnieniem.

Niedawno przedstawiałem cechy i podstawy prawne umów zlecenia – tak jak one powinny funkcjonować w prawie cywilnym. Stwierdziłem jednocześnie, że w związku z przyjętą zasadą, iż umowa jest umową o pracę wówczas gdy zawiera w sobie wszystkie jednocześnie cechy stosunku pracy – niektórzy pracodawcy łamią prawny zakaz zastępowania umów o pracę umowami zlecenia w ten sposób, iż pozbawiają faktycznie albo choćby pozornie stosunek łączący ich z pracownikiem choć jednej cechy charakterystycznej dla stosunku pracy, by twierdzić oficjalnie że to jest umowa zlecenia. To jest oczywiście oszustwo w sensie oceny intencji, ale prawo przeważnie nie ocenia intencji a posługuje się „literą prawa” w formie „suchego” zapisu, zasady – dającej się zinterpretować. Po prostu – język nie jest narzędziem w tym wypadku dość precyzyjnym by wyrazić jakąkolwiek myśli w sposób absolutnie nie podlegający interpretacji. Co prawda niegdyś funkcjonowała zasada iż to jedynie prawodawca (czyli Sejm oraz do pewnego stopnia SN a w sprawach Konstytucji – TK) ma prawo interpretować prawo, lecz dziś jak się wydaje każdy rości sobie prawo interpretowania wszystkiego i jeszcze nazywa to „wolnością”. „Litera prawa” także wydaje się być tworzona umyślnie w sposób dający możliwość „balansowania na granicy”, pole do popisów i zarobków dla cwanych zawodowców…

Lecz, powracając po powyższej dygresji do spraw pracy – w tym wypadku prawo stwierdza, że stosunek pracy ma miejsce wtedy, gdy praca jest wykonywana na rzecz pracodawcy (tego który zawarł umowę) i jest to praca określonego rodzaju, gdy jednocześnie odbywa się w czasie i miejscu wyznaczonym przez pracodawcę i pod jego kierownictwem oraz gdy przy tym co powyżej – jest ona wykonywana za wynagrodzeniem. Ponadto praca jest wykonywana osobiście bez względu na jakiekolwiek okoliczności, pracownik ma jedynie obowiązek starannego działania w celu osiągnięcia założonego przez pracodawcę rezultatu, ale nie odpowiada przed pracodawcą za osiągnięcie tego końcowego rezultatu a jedynie za wspomnianą staranność swojego działania i nie ponosi także ryzyka prowadzenia przedsiębiorstwa (ryzyka ekonomicznego, organizacyjnego, socjalnego i osobowego). Wszystkie te czynniki łącznie spełnione stanowią podstawę do orzeczenia, że mamy do czynienia ze stosunkiem pracy a więc umową o pracę opartą na Kodeksie Pracy.

To istotne, iż prawo wymaga spełnienia wszystkich tych cech jednocześnie by orzec o istnieniu stosunku pracy, przy czym nie jest ważne by były one spełnione w umowie wiążącej strony, lecz by były spełniane w praktyce jej realizacji, niezależnie od tego jak zostanie nazwana ta umowa. Umowa nazwana „umowa zlecenia” posiadająca wszystkie te cechy jednocześnie – jest po prostu umową o pracę z wszystkimi tego konsekwencjami.

Dla wyjaśnienia dodam, że pojęcie podporządkowania pracodawcy oznacza, że to pracodawca w każdej chwili wyznacza pracownikowi zadanie (poprzez strukturę zarządzania i hierarchię służbową), określa miejsce, czas i sposób wykonania każdego z tych zadań a pracownik ma się temu ściśle podporządkowywać, dzięki temu nie odpowiada za skutek ostateczny a jedynie za staranność w wykonywaniu poleceń w ramach tego podporządkowania.

Oczywiście jak łatwo się domyśleć, z umową zleceniem związane są przeciwstawne zasady: brak podporządkowanie „operacyjnego” zleceniobiorcy wobec zlecającego (nie wolno używać określeń „pracodawca” i „pracownik” bo umowa zlecenie nie jest pracą a wykonywaniem zleconej usługi, do czego przepisy kodeksu pracy ani stosowana tam nomenklatura nie ma prawa mieć zastosowania) – który oznacza, że zlecający nie ma prawa do wyznaczania realizatorowi zlecenia ani czasu, ani sposobu i miejsca wykonania zlecenia, prócz tego oczywiście – że w samym zleceniu opisuje co jest przedmiotem tej zleconej usługi oraz przed rozpoczęciem wykonania zlecenia określa „parametry końcowe” typu kolor, kształty, wymiar docelowy itp. oraz termin końcowy wykonania zlecenia. Dopuszczalne jest doprecyzowanie w trakcie wykonywania zlecenia pewnych parametrów lub nawet ich zmiana w stosunku do pierwotnie umówionych, ale wszelkie koszty tego ponosi zlecający oraz naraża się na odstąpienie wykonującego od zlecenia z winy zlecającego.
Wykonawca zlecenia nie dość że nie musi wykonywać go osobiście to jeszcze ma prawo uzasadnionego odstąpienia od jego wykonywania w każdej chwili, oczywiście nie ma tu zastosowania ani nawet mowy o jakimkolwiek „okresie wypowiedzenia” bo jest to cecha stosunku pracy (KP) którym wykonywanie zlecenia przecież, jak już wspominałem – nie jest.
Wykonawca zlecenia działa przy jego wykonywaniu samodzielnie (choć nie zawsze osobiście) w sensie operacyjnym; sam wyznacza sobie czas (porę dnia) realizacji itp. jednak w odróżnieniu od pracy – odpowiada własnym majątkiem za skutek; terminowość oraz zarówno jego brak jak i efekt końcowy; jego poprawność w sensie jakościowym przyjętym w danej branży, czy w znaczeniu reguł np. technologicznych przyjętych w danym zawodzie.
Wykonawca zlecenia może działać nieodpłatnie, co nie jest możliwe przy zatrudnieniu, oraz uzyskuje umówione wynagrodzenie za wykonanie zlecenia po przedstawieniu rachunku zlecającemu i „odebraniu” przez niego rezultatu działań wykonawcy, w sensie zaakceptowania skutku końcowego.

Takie zasady jakby się wydawało dość jednoznacznie pozwalają odróżnić zlecenie od zatrudnienia – przy nastawieniu na praworządność i dobrej woli. Co więcej – dowodzą one, że umowa zlecenia po prostu jest potrzebna, bywa niezastąpiona. Jeśli ktoś dla przykładu ma spory ogród z trawnikiem, może np. zamówić jednorazowe jego skoszenie – zawierając z jakąś osobą fizyczną umowę zlecenia, ustalając w niej termin wykonania (jako termin w którym zadanie ma być już w całości wykonane) oraz wysokość i formę odpłatności. Reszta spraw z tym związana – jest sprawą samego wykonawcy albo jego zastępcy. Zatrudnianie ogrodnika – któremu już się jednak codziennie stawia zadania, który ma być do dyspozycji w określonym przedziale czasowym w ciągu dnia i jest z tego rozliczany, którego posiadacz ogrodu instruuje przed każdym poleceniem – jak je należy wykonywać i sprawdza to na każdym etapie, któremu każe się np. zapłacić za roślinki które się „nie przyjęły” – jest już ewidentnym stosunkiem pracy, mimo że nazwanym „umową zlecenia” i wiąże się z obowiązkiem udzieleniu urlopu wypoczynkowego, zwolnienia lekarskiego, wypłatą wynagrodzenia raz na miesiąc nie później niż do dziesiątego dnia miesiąca następnego (a nie dopiero po wykonaniu pracy), z ubezpieczeniem ogrodnika przez posiadacza ogrodu w ZUS i odprowadzeniem wszystkich należnych składek ubezpieczenia społecznego, zdrowotnego, zaliczki na podatek PIT itp. itd.
Można też zawrzeć w tej sytuacji umowę zlecenia ustalając jako przedmiot umowy – „utrzymanie ogrodu” np. do końca października danego roku. Wchodzą w to bardzo różne prace ogrodnicze i techniczne w tym i koszenie trawnika, jednak to wykonujący decyduje na podstawie swojej wiedzy ogrodniczej kiedy będzie kosił, kiedy sadził a kiedy spał na leżaczku, bo nie może być tu mowy o jakimkolwiek bezpośrednim kierowaniu jego pracą, nadzorowaniu jej na bieżąco, „liście obecności” w pracy czyli w ogrodzie, wyznaczonych godzinach pracy itp. – gdyż wówczas byłby to ewidentny stosunek pracy a nie zlecenie, z wszystkimi tego konsekwencjami o których wyżej. Można więc mieć „stałego” ogrodnika a co za tym idzie bardzo dobrze zadbany ogród i trawnik – nie zawierając z nim stosunku pracy i nie popadając przy tym w konflikt z prawem.

Są jak widać bardzo różne możliwości, sytuacja jest dość elastyczna dla uczciwych. Istnieje niestety bardzo rozpowszechniona i wspierana przez ideologię Platformy Obywatelskiej tendencja do zamiany stosunku pracy na umowę zlecenia – z powodów ewentualnej sporej oszczędności dla pracodawcy, w tym przypadku udającego zleceniodawcę. Oszczędność ta czasem ma charakter obiektywny, wynikający z ograniczeń małej i niedokapitalizowanej działalności gospodarczej, czyli tzw. „dziadowskiej firmy” a może – i to chyba częstszy przypadek – wynikać z chciwości, nieuczciwości, pazerniactwa, sknerstwa, cwaniactwa – czyli z osobistych cech charakteru ludzi. Mimo że prawo pracy jednoznacznie zabrania zastępowania umów o pracę – umowami zlecenia – jest to praktyka codzienna i nagminna, dlatego że ta władza po prostu to toleruje. (Podobnie zresztą jest z zatrudnianiem nielegalnym w nieujawnianych przedsiębiorstwach czyli w tzw. szarej strefie).
To jest z kolei powodem znacznego pogorszenia sytuacji osób żyjących z pracy najemnej; nie tylko sytuacji dziś bezpośrednio materialnej.

Przeanalizujmy tu konkretny przykład „z mojego podwórka”– oferty „zatrudnienia na umowę zlecenia” z Powiatowego Urzędu Pracy w Koszalinie (patrz ilustracja).
Już samo określenie „zatrudnienie na umowę zlecenie” oznacza złamanie przepisów prawa, gdyż łączy w jedno określenia prawnie rozdzielone.
To oferta wykonywania pracy magazyniera w spółce z o. o. zajmującej się hurtową sprzedażą części samochodowych. Mamy określenie stanowiska i zakresu obowiązków na tym stanowisku (jako typowe obowiązki magazyniera) a więc jest to praca „określonego rodzaju”, na określonym stanowisku i na rzecz właśnie tego pracodawcy. Są określone wymagania wstępne (wykształcenie, prawo jazdy, doświadczenie zawodowe, komunikatywność, umiejętność „obsługi komputera”) a więc można przypuszczać, że wykonawca nie będzie mógł przysłać w zastępstwie swojego szwagra analfabety, bez „półlitra” – kompletnie niekomunikatywnego a z „półlitrem” – to aż za bardzo, doświadczonego jedynie w powożeniu zaprzęgiem konnym a komputer używającego do łupania orzechów, bo ciężki blaszak okropnie i jak się tak „prockiem” pierdyknie to żaden orzech się nie uchowa… A więc praca musi mieć tu charakter osobisty, musi być osobiście wykonywana przez tego, kto zostanie tu przez ogłoszeniodawcę wybrany w prowadzonej przez niego rekrutacji. Określona jest stawka płacy godzinowej a nie wynagrodzenie za całkowite wykonanie zlecenia, praca została określona jako etatowa – w pełnym wymiarze etatu czyli ustawowe w Kodeksie Pracy średnio 40 godzin tygodniowo (wyraźne odniesienie do przypisów prawa pracy a nie kodeksu cywilnego). Skoro stawka płacy jest godzinowa i limitowany jest czas pracy na zasadzie KP – zrozumiałe, że pracodawca będzie tu musiał rejestrować czas pracy tego pracownika co tym bardziej jeszcze wynika ze zmianowego charakteru pracy (praca na trzy zmiany), będzie go obowiązywała codzienna dyscyplina czasu pracy – gdyż musi przyjść odpowiednio wcześnie i rozpocząć pracę o godzinie ściśle wyznaczonej trybem zmian narzuconym przez pracodawcę. Czas pracy by mieścił się w normie 40-godzinnej będzie musiał być rejestrowany poprzez podpisywanie listy potwierdzającej czas rozpoczęcia pracy, jest to konieczne by wykazać brak godzin nadliczbowych lub ich rozliczenie finansowe (dodatek). Ktoś reprezentujący pracodawcę będzie sprawdzał dyscyplinę tej pracy, obecność, spóźnienia itp. ktoś musi bezpośrednio kierować pracą co najmniej trzech osób z których każda jest na innej zmianie, częściowo pokrywającej się z pozostałymi, przydzielać pracę (odbiorcę towaru do obsłużenia), reagować w przypadku konieczności ustalenia zastępstwa dla osoby chorej – wyznaczanego np., w ramach nadgodzin spośród pozostałych pracowników… słowem jest to praca pod bezpośrednim kierownictwem pracodawcy i z podporządkowaniem mu pracowników.

Teraz już bez wahania używam określeń ściśle związanych z Kodeksem Pracy – ponieważ wszystko tu wskazuje moim zdaniem na ewidentny charakter stosunku pracy a nie umowy zlecenia. Jak się wydaje – oferowana praca ma wszelkie cechu stosunku pracy czyli powinna być zawarta umowa o pracę, a tymczasem pracodawca oferuje tu zawarcie umowy zlecenia.
Najprawdopodobniej jest tu jakiś „haczyk” czyli „kruczek prawny” który pozwala „naciągać” interpretację tej umowy – przedstawiając ją jako zlecenie, gdyż Powiatowy Urząd Pracy nie przyjąłby jako pośrednik takiej oferty – w ewidentny sposób łamiącej prawo, szczególnie ustawowy zakaz zastępowania ofert pracy – umowami zlecenia. Państwo a w tym przypadku Samorząd Terytorialny (PUP jest instytucją samorządu powiatu) – nie może promować ani brać udziału w łamanie prawa.

Powiem szczerze; nawet jeśli jest tu jakiś „kruczek” prawny to wypacza to ewidentnie obraz prawnego podziału pomiędzy KC a KP jako źródłami prawnymi umów dotyczących zatrudniania. „Kruczki” prawne – dowodzą złych intencji; intencji obchodzenia przepisów zamiast ich uczciwego realizowania.

Otóż to wszystko dokładnie wpisuje się w sytuację na „rynku pracy” w Polsce pod rządami Platformy Obywatelskiej – Donalda Tuska, rynku pracy który „rynkiem” nie jest i na dodatek panuje tu samowola, bezprawie, sobiepaństwo – usprawiedliwiane „ideologią chciwości” czy zamiarem budowania „kapitalistycznej klasy średniej” kosztem życia najsłabszych i najbardziej od pracy najemnej uzależnionych.

Ludzie, szczególnie młodzi, żyją w podświadomym przeświadczeniu, że życie i postępowanie innych jest jednak najczęściej zgodne z prawem, że ktoś (państwo) to jednak kontroluje i że jest w życiu miejsce na jakieś zaufanie do ludzi, do państwa, do władzy… Trudno się dziwić, że w takiej jak opisana sytuacji po prostu tracą zdolność pojęcia – o co tu chodzi, jak to jest możliwe.
Powiem szczerze; to jest faktycznie nie do pojęcia.
Stąd bardzo często wypływa ich rozczarowanie, decyzja o emigracji – na jakiś czas – do normalnego kraju a w rezultacie – pobyt w normalnym kraju jeszcze bardziej utrudnia im zaakceptowanie i zrozumienie tego co się dzieje w ich ojczyźnie, co często powoduje decyzję o całkowitej rezygnacji z powrotu. Dotyczy to osób najbardziej wykształconych, najzdolniejszych i najbardziej przygotowanych do samodzielności, w wyniku tego Polska traci wiele osób od których mogłaby zależeć jej lepsza przyszłość.

10/01/2014

Barbarzyński kraj; Polska.

Sprawa nadużywania przez nieuczciwych Polaków systemu świadczeń socjalnych w Wielkiej Brytanii – podniesiona niedawno na forum publicznym w UE przez Premiera Camerona, niejako przy okazji zwróciła uwagę na samo istnienie systemu świadczeń socjalnych w krajach Unii do których wyjeżdża najwięcej Polaków.

Piszę tu „wyjeżdża” a nie „emigruje” – bo w moim przekonaniu w myśl Układu z Schengen, Polak w Niemczech czy Anglii nie jest imigrantem sensu stricte; po prostu tam na jakiś czas lub bezterminowo wybiera sobie miejsce pracy i życia – korzystając z nadanego mu Układem prawa. Emigrantami są co najwyżej ci, co przybywają do któregoś z państw Strefy Schengen „z zewnątrz” tejże strefy. Wewnątrz Strefy – każdy obywatel Unii ma prawo swobodnego wyboru miejsca życia i pracy, nie można więc mówić o emigracji czy imigracji w takim stanie prawnym.

Awantura wokół „populistycznej zagrywki” Camerona związanej pewnie jakoś z tamtejszymi wewnętrznymi rozgrywkami politycznymi, samego Camerona i jego partii – zwróciła niejako przy okazji uwagę na kolosalne różnice pomiędzy systemem socjalnym Anglii czy Niemiec – a Polski. To bezpośrednio rzutuje na warunki życia w danym kraju a więc śmiało możemy to uznać za jeden z najważniejszych czynników wpływających na decyzję opuszczenia Polski przez Polaków i nie chodzi tu głównie o jakąś banalną „opłacalność”.
Bardziej chodzi o coś, co Polacy poza Polską określają jako „łatwość życia”; życia w ogóle, bo dotyczy to nie tylko strony bezpośrednio finansowej. System socjalny w Anglii po prostu pozwala mieć nadzieję, że niezależnie od zmiennych okoliczności życiowych, losowych czy osobistych – można będzie sobie poradzić, da się przeżyć w czasie wydobywania się z tych nagle zaskakujących człowieka trudności.
W Anglii nie ma ”rozdawnictwa” (cokolwiek miałoby to idiotyczne słowo oznaczać w ustach polskiego leminga lub prawicowego oszołoma), tam trzeba pracować by coś zdobyć a jednak w wypadku trudności – jest też realna pomoc. Tamtejsze społeczeństwo stwierdziło widocznie już dawno, że ta pomoc w ostatecznym rozrachunku wszystkim się najbardziej opłaca. Pomoc ta ma swoje znaczenie także w stwarzaniu warunków korzystnych dla sytuacji demograficznej; zachęca a przynajmniej w najmniejszym stopniu nie zniechęca do rodzenia i wychowywania dzieci – co ma zasadnicze znaczenie dla każdego narodu, również i brytyjskiego. Związane jest to z ogólną zasadą pewnego „luzu”, zasadą unikania wszelkich zbędnych stresów w życiu, w urzędach, w pracy… więc także i w okresie braku pracy.
Mało tego: w Anglii kobieta mająca dzieci w wieku poniżej 16 lat i zajmująca się nimi – ma prawo nie pracować (jeśli pracuje jej mąż), by rzeczywiście tymi dziećmi mogła się zająć; uważane jest to nie tylko za jej sprawę osobistą ale za sprawę wagi społecznej. Państwo pomaga tam w sposób naturalny młodym rodzicom oraz osobom samotnie wychowującym dzieci lub mającym chore dzieci – po prostu dlatego, że potrzebują oni pomocy (tu nie jest potrzebna żadna ideologia).
To nieodpłatna pomoc medyczna i merytoryczna dla matek przed porodem, darmowe leki przepisane przez lekarza, zniżki na zakup mleka, „becikowe” (na koszty wyprawki dla noworodka) w wysokości 50 funtów, itp. Osoba mieszkająca w Wielkiej Brytanii i mająca pod opieką dzieci do lat 16 otrzymuje zasiłek (dodatek) na dziecko tzw. Child Benefit – w wysokości 20,3 funta tygodniowo na pierwsze i 13,4 funta tygodniowo na każde kolejne dziecko. Co więcej – dzieci te nie muszą przebywać w Anglii gdzie przebywa jedno z rodziców, jedyny warunek dotyczy tego, że drugi z rodziców przebywający z dziećmi np. w Polsce – nie może tu pobierać „polskiego „zasiłku” na dzieci. Jeśli jedno z rodziców w Anglii pracuje a drugie nie i mają dzieci w wieku szkolnym – to otrzymują zasiłek Child Tax Credit w wysokości 200 funtów miesięcznie, dodatkowo w takiej sytuacji niejako automatycznie pracujący w Anglii rodzić otrzyma też zasiłek dla najsłabiej zarabiających mających na utrzymaniu rodzinę – tzw. Working Tax Credit także w wysokości 200 funtów miesięcznie.
Można także liczyć na pomoc – jeśli jest potrzebna – w „udźwignięciu” kosztów mieszkaniowych; to zasiłek mieszkaniowy dla rodzin słabo zarabiających (dochody poniżej 16.000 funtów rocznie). Jest to tzw. Hausing Benefit (Hausening) który przysługuje również studentom i osobom wynajmującym wspólnie (jako para lub w większej grupie) mieszkanie. Jego wysokość jest bardzo skrupulatnie dostosowywana do indywidualnej sytuacji osób ubiegających się, bo nie zapominajmy, że naczelną zasadą jest w tych wszystkich sprawach – pomoc dla rzeczywiście potrzebujących. Jest jeszcze zasiłek dla osób pracujących w niepełnym wymiarze pracy „Income Support” – których dochody nie wystarczają im na utrzymanie, zasiłek dla osób poszukujących pracy „Jobseeker’s Allowance”, zasiłek z opłacanego podatku miejskiego „Council Tax Benefit”, dodatkowy zasiłek „Second Adult Rabate” itp.

Można oszacować, że suma zasiłków czyli pomocy dla rodziny wychowującej dzieci przeciętnie nie jest niższa niż ok. 650 funtów miesięcznie, ale „polacy-cwaniacy” potrafią wydębić i 1500 funtów miesięcznie z angielskiego systemu socjalnego, niezależnie od osiąganych zarobków – często w takim przypadku nielegalnych, ukrywanych (czyli „na czarno”).
Narzuca się tu refleksja dotycząca tego, jak wielkie możliwości w takiej sytuacji mają cwani i pozbawieni zasad „polaczkowie” w nadużywaniu tych wszystkich form pomocy, próbując naginać swoją oficjalną sytuację do przepisów brytyjskich, aby po prostu dostać czy trzeba czy nie jak najwięcej „bo się należy”, nieźle sobie żyć bez pracy, na koszt podatników, więc w tym i innych Polaków uczciwie pracujących i płacących podatki w Anglii. Z przykrością trzeba stwierdzić, że pretensje kierowane przez Premiera Camerona do Polaków są pod tym względem w dużym stopniu uzasadnione. Liczba Polaków w Anglii dochodzi już do 700.000.
To jednak oddzielny temat…

Piszę to wszystko nie jako poradnik dla wyjeżdżających, bo te informacje łatwo można znaleźć w Internecie.
Piszę to – by to zestawić z warunkami polskimi. I nie chodzi tu o bezpośrednie porównanie ilościowe (liczbowe). Uderza tu przede wszystkim właśnie różnica cywilizacyjna o której wspomniałem w tytule. Normalny zwykły człowiek po prostu chce żyć, chce przetrwać nawet w trudniejszych warunkach i gorszych dla siebie czasach. Niewiele w życiu da się przewidzieć z punktu widzenia pojedynczego człowieka, na bardzo niewiele można też mieć wpływ, poza tym przeszłość niejako zamyka przed nami wiele drzwi, czasem przy tym tylko niektóre otwiera. Życie ma swoją dynamikę i odbywa się zgodnie z nieznanym nam wcześniej scenariuszem; tak wiele może się zmienić w życiu człowieka, czasem nawet dość nagle.
Polacy w Anglii są przede wszystkim przyciągani tą „łatwością życia” w którym z realną pomocą państwa zawsze można sobie jakoś poradzić w zmieniających się w sposób nieprzewidywalny okolicznościach. To jest po prostu przyjazne dla ludzi państwo w którym można być milionerem, można należeć do establishmentu, ale też z drugiej strony – mając trudności ze znalezieniem jakiejś stałej pracy – także można jakoś żyć; choćby na minimalnym poziomie – ale można.
Tu dla nikogo nie jest zaskoczeniem tak jak dla polskiego ministra pracy Władysława Kosiniak Kamysza, że człowiek pozbawiony pracy z powodu bezrobocia – też MUSI MIEĆ jakieś pieniądze – by mógł tej pracy nadal skutecznie poszukiwać. Że aby szukać pracy – trzeba móc w miarę normalnie żyć, czyli utrzymać jakiś „dach nad głową”, móc się umyć, ubrać stosownie do pory roku, zjeść coś, mieć na telefon, na bilet do metra itp. (mam na myśli choćby absolutne minimum). Tam jest dla władzy „dziwnie” oczywiste, że jeśli by tak nie było – zarówno poszukiwanie pracy jak i pomoc socjalna nie spełnia swojej roli, staje się fikcją i przysłowiowym wyrzucaniem pieniędzy w błoto.

W barbarzyńskim polskim systemie, kojarzącym się niestety nadal jak przez dziesięciolecia z najgorszym rodzajem zaciekłego „kacapstwa” – człowiek pozbawiony pracy jest pozostawiony samemu sobie bez żadnych dochodów, nikogo nie obchodzi jego sytuacja i jego los. Jest tak – z założenia politycznego. Władza stosuje metodę „reglamentacji życia” – dbając o siebie, o dobre samopoczucie kasty stabilnie pracujących i nieźle opłacanych, w tym i swoich urzędników (służby cywilnej, administracji państwowej i samorządowej) – jako swojego głównego zaplecza wyborczego. Służalczo traktuje przedsiębiorców – świadomie tworząc dla nich w ramach jakiegoś syndykatu polityczno-biznesowego warunki rozwoju niewolnictwa pracowniczego – będącego w Polsce czymś normalnym i przez władzę oczekiwanym a poza Polską – hańbą Europy XXI wieku.
Ludzie pozbawieni pracy z przyczyn od siebie niezależnych (np. z powodu tolerowania przez władzę łamania prawa – poprzez odmowę „z zasady” zatrudnienia osób bezrobotnych po 45 roku życia) najczęściej są pozbawiani jakichkolwiek dochodów, a jednocześnie w ramach jakiegoś absurdu – wymaga się od nich utrzymywania stałej zdolności i gotowości do podjęcia pracy.
Urzędy pracy z powodu idiotycznej ustawy nie mają praktycznie nic istotnego do zaproponowania, zasiłek dla bezrobotnych otrzymuje czasowo jedynie kilkanaście procent zarejestrowanych osób bezrobotnych.

Urzędy Pracy i cała machina związana z bezrobociem – nastawiona jest na to, żeby NIE DAĆ, żeby ODMÓWIĆ, żeby OGRANICZYĆ, wykazać człowiekowi – że mu się NIE NALEŻY! Ustawa – pisana w warunkach państwa socjalistycznego, gdy praca była i była obowiązkiem a bezrobotni – marginesem społecznym – po pewnych przeróbkach obowiązuje nadal w zupełnie innej sytuacji ekonomicznej i politycznej, sytuacji rzeczywistego braku pracy, nadal zachowując swój wypaczony, PRL-owski charakter, przeniesiony tam przez wypaczonych PRL-owskich urzędników. Jeszcze gorzej jest z ustawą o pomocy społecznej. Doskonalona jest stale „sieć” skomplikowanych, coraz bardziej szczegółowych przepisów, by zawsze móc uzasadnić odmowę – czegokolwiek by nie potrzebował bezrobotny. By ewentualną pomoc „omotać” tak wieloma wyjątkami, zastrzeżeniami i warunkami – które spełnią tylko nieliczni a które sprowadzają to wszystko do absurdu i marnotrawstwa środków – choć dają pracę urzędnikom i polityczne pozory dla władzy. Mamy tu do czynienia wręcz już z jakimś trwałym wypaczeniem psychicznym, zwyrodnieniem psychicznym osób zajmujących kierownicze stanowiska w Urzędach Pracy, Ośrodkach Pomocy Społecznej czy też w Ministerstwie. Jednocześnie implikuje to zwyrodnienie narastające w całym społeczeństwie, nie tylko poprzez bezrobocie ale i społeczną obojętność na nie, na jego skutki dla jednostki. Trudno sobie dziś nawet wyobrazić, że to Polska właśnie stała się kolebką „Solidarności”, że rozpropagowała to pojęcie społeczne na cały świat. Dziś Polska jest ZAPRZECZENIEM SOLIDARNOŚCI, JEJ ODWROTNOŚCIĄ! Taka jest po prostu „ideologia chciwości” – Platformy Obywatelskiej.
A przecież urzędy pracy stworzone są do czegoś dokładnie przeciwnego!; do tego by DAĆ!, by rzeczywiście POMÓC!, by uczciwie „dało się przeżyć” nawet w najgorszych warunkach!. System powinien działać tak jak w Anglii, Niemczech, Norwegii – i to dopiero wówczas jest czymś normalnym.

Człowiek pięćdziesięcioletni pozbawiony przez społeczeństwo pracy zarobkowej, pozostaje po prostu z niczym, jak w jakimś absurdalnym, tragicznym,szaleńczym survivalu w którym z założenia odgórnego nie ma prawa „dać sobie rady”; im dłużej walczy o życie, tym więcej uciechy i korzyści sprawia „elicie” żerującej na udawanej „pomocy dla bezrobotnych” i fikcyjnej „pomocy społecznej”, ale tak czy inaczej musi przegrać, a przegrana – to rozpad rodziny, to utrata dachu nad głową (bezdomność), szybkie stoczenie się do poziomu kloszarda, i śmierć – z zimna, z powodu niedożywienia i nieleczonych chorób, przez „następczy” alkoholizm… albo po prostu śmierć samobójcza, bo też i w tym wypadku samobójstwo bywa tożsame z zaprzestaniem walki o byt, z odmową dalszego „bawienia” elity”, obroną resztek godności. Sytuacja takiego człowieka w Polsce ma w sobie coś irracjonalnego, jest jak z ponurej powieści Franza Kafki, albo z ciężkiego snu imbecyla. Tak to władza z Platformy Obywatelskiej wyobraża sobie „system socjalny” w Polsce!
To jest właśnie ta różnica: Polski – barbarzyńskiego, dzikiego, kacapskiego zadupia a innych wysoko cywilizowanych przez wieki rozwoju krajów Europy. Nie tak łatwo jest widać wyjść z "systemu radzieckiego" - szczególnie gdy istnieje grupa interesu która się przed tym za wszelką cenę broni.

To z tego powodu Polacy decydują się opuszczać ten kraj, często na stałe, szukając gdzie indziej normalności, tej większej łatwości życia – dającej nadzieję na poradzenie sobie nawet przy bardzo niekorzystnym rozwoju ich spraw osobistych – na co przecież nie mają ostatecznego wpływu. Nie wszyscy jednak mogą wyjechać; jest bariera zdrowotna, bariera językowa, wreszcie bariera finansowa (by wyjechać trzeba mieć jakieś zasoby „na początek” no i choćby – na bilet…
Wielu porzuconych przez „państwo PO” ludzi – nie ma już jednak nawet na bilet.

Społeczeństwo – działając w obronie własnej musi jak najszybciej to zmienić, a żeby to zmienić – trzeba… najpierw zmienić...

03/02/2013

Jedno jest pewne: minister pracy bezrobocia nie zmniejszy.

Występując z pozycji osoby, której uprawiana przez Donalda Tuska i jego Platformę „obywatelską” idiotyczna „zabawa w liberalizm” – odebrała resztki wolności, w wielu wcześniejszych moich, subiektywnych i emocjonalnych felietonach wyrażałem zdziwienie, zdumienie wręcz – nad reakcją ludzi władzy na praktyczne aspekty aktualnego bezrobocia. Dokładniej – nad reakcją polegającą na braku jakiejkolwiek reakcji lub reakcjami typu dziecięcego (dziecinnego). Podobnie zresztą szokował mnie brak reakcji drugiej strony, ludzi milcząco poddających się działaniu niszczącej ich machiny ideologicznej.
Nieprzypadkowo piszę tu: „ludzi władzy” podkreślając ich potencjalne człowieczeństwo, bo to przecież nie są jakieś roboty, ufo, cyborgi, czy też osoby tak zdegradowane psychicznie poprzez jakąś indoktrynację, by można ich z cyborgami porównywać.
Wręcz przeciwnie; gdy patrzymy na zdjęcia ministrów choćby w rządowym blogu – widzimy inteligentnych, ciekawych, bardzo różnych ale zawsze interesujących ludzi. Przecież konstruowanie rządu państwa demokratycznego to nie jest jakaś kwalifikacja negatywna, wyławiająca najgorszych z kandydatów. Raczej należałoby przypuszczać, że skoro są tacy – to znaczy, że lepszych nie było. Są najlepsi, najbardziej kompetentni.
Czy wraz ze wzrostem kompetencji – zanika człowieczeństwo?

Cóż więc sprawia, że wobec społecznych czy osobistych skutków braku zatrudnienia są oni tak obojętni? Co to za moda czy maniera na nieczułość, brak empatii, spojrzenia społecznego lub choćby zwykłej ludzkiej refleksji, normalnej reakcji wynikającej z ludzkiego zaangażowania – zawładnęła umysłami nie tylko tych ludzi, ale i wielu innych ekspertów, ekonomistów, tych różnych wron które kraczą już od dawna nad stanem polskiej gospodarki roztaczając dantejskie wizje. Jeśli nawet miałoby to mieć pozytywną motywację jako ostrzeżenie przed najgorszym – to daje skutek odwrotny, bo skoro ma być tak źle, to już nic się naprawiać widocznie nie opłaca. Taka też postawa zaczyna być powszechna: powiedzieć, że „będzie źle” po czym siedzieć z założonymi rękoma na przysłowiowej dupie i patrzeć: sprawdziło się, czy nie…
Że z punktu widzenia humanisty, jest to rodzaj zwyrodnienia – komuż to dziś przeszkadza…
Poza tym – sprawdzi się z pewnością, gdy nikt nie będzie przeciwdziałał.

Poszukując wyjaśnienia tego „fenomenu” – w jednym z wcześniejszych felietonów postawiłem tezę, że wyjaśnienie pozostaje tylko jedno: ludzie ci nie są tacy, ale tak się zachowują, bo mają się tak zachowywać!
Są elementem pewnej ideologii i dla jej realizacji znaleźli się w tym rządzie, więc ich zachowaniem steruje ideologia.

To jedyne logiczne dla mnie możliwe do wyobrażenia wyjaśnienie.
Wyjaśnienie – co nie znaczy, że usprawiedliwienie. Kiedyś trzeba będzie zdać sprawę ze skutków i sprawiedliwość jakoś dosięgnie tych ludzi.

Niezależnie od wszelkich uwarunkowań politycznych i ideologicznych – człowiek sprawujący jakąś władzę ma obowiązek przyglądać się bacznie skutkom i na tej podstawie korygować swoje działania, jakoś reagować, aż do rezygnacji z udziału w tym, co przynosi zły skutek. W założeniach bądź ich realizacji zawsze można popełnić jakiś błąd. Objawi się on w skutkach ocenianych z ludzkiego, humanistycznego punktu widzenia i pozwoli możliwie jak najwcześniej zatrzymać błędne działania. Jeśli ktoś nie czyni tego – mówiąc najbardziej oględnie – widocznie ma złą wolę.
Wydawało się, że było - to moje pisanie od września 2011 roku - absolutnie bez znaczenia, tak silne były i są nadal irracjonalne przyzwyczajenia myślowe, nastawienia i przekonania ludzi, ale – przede wszystkim urzędników tzw. Powszechnych Służb Zatrudnienia na szczeblu dyrektora miejskiego lub powiatowego urzędu pracy oraz kierowników wydziałów instrumentów rynku pracy czy aktywnych form przeciwdziałania bezrobociu. Bo to tu właśnie odbywa się realizacja postanowień ustawowych a zawsze jest to realizacja drastycznie formalistyczna i zawężająca, na zasadzie: jeśli nie da się udowodnić że urząd pracy czegoś robić nie musi, to trudno: zrobimy, ale…
Przyjemnie jest przeczytać w blogu rządowym, że minister pracy chwali się usunięciem wreszcie poważnego błędu czy może raczej biurokratycznego przyzwyczajenia, powodującego „zamrażanie” wszelkiej działalności (poza wypłatami zasiłków i rejestrowaniem nowych bezrobotnych) Urzędów Pracy pod koniec roku, by spokojnie sporządzić bilans, rozliczyć wszystko, poczekać na nowy budżet, by wreszcie gdzieś w połowie marca rozpoczynać pełną działalność w nowym roku. Bezrobotni oczekujący na właściwe szkolenie czy dofinansowanie – nie mogli robić nic innego jak czekać. A pracownikom urzędu dotychczas nigdy się nie spieszyło: oni byli w pracy, robili „swoje”…
Faktycznie w tym roku po raz pierwszy odbyło się to tak, jak powinno i jak od bardzo dawna i ja postulowałem w każdej dostępnej mi formie: zaraz po nowym roku i sylwestrze – „mój” Urząd Pracy ruszył z „normalną” działalnością. Nie wiem, czy zrealizowano tu dokładnie mój pomysł, czy rozwiązano to jakoś inaczej, ale przyjemnie jest pomyśleć, że jeśli nawet nie przyczyniłem się inspiracją do tego minimalnego postępu, to przynajmniej – od początku byłem po słusznej stronie.
Piszę o działalności „normalnej” w cudzysłowie, by podkreślić, że jak dotychczas jeszcze jest to normalność jak na standardy urzędów pracy a nie w znaczeniu ogólnym.

W swoim najnowszym artykule w blogu minister Władysław Kosiniak Kamysz przedstawił swoje nowe projekty.
Pomysły są zaiste – rewolucyjne.
Otóż gdy jakaś osoba pozbawiona zatrudnienia przyjdzie do Urzędu Pracy by się zarejestrować – to teraz, „po nowemu” – ktoś tam ma się nią autentycznie   z a i n t e r e s o w a ć .
Niesamowite! – prawda?
Nie wystarczy podanie kilkunastu danych, w tym osobowych, poprzez wypełnienie formularza oraz złożenie kilku oświadczeń, żeby uzyskać status, ubezpieczenie i ewentualnie – zasiłek.
Teraz osoby poszukujące pracy mają być "profilowane".
Ma to zgodnie z planem ministerialnym polegać na wstępnym spotkaniu z doradcą zawodowym, który poprzez zbieranie informacji o tej konkretnej osobie i jej sytuacji, po wypełnieniu formularza elektronicznego ma przypisać petenta do jednej z trzech grup:
- grupy aktywnych, samodzielnych i dobrze przygotowanych do pracy dostępnej na rynku, oczekujących tylko ofert zatrudnienia;
- grupy wsparcia – osób wymagających szybkiej i intensywnej pomocy albo dotyczącej uzupełnienia kwalifikacji czy stażu, albo pomocy psychologicznej, motywacyjnej czy dotyczącej tzw. kompetencji miękkich;
lub też grupy trzeciej – osób znajdujących się poza „rynkiem pracy” – o których Pan Minister pisze, że jest to profil „dla osób długotrwale bezrobotnych, słabiej wykształconych, w urzędach rejestrujących się głównie dla ubezpieczenia zdrowotnego. Często odmawiają podjęcia pracy, bo już pracują, tyle że na czarno. Nie da się im łatwo pomóc, cały proces wymaga czasu i współpracy urzędu z ośrodkiem pomocy społecznej, a także zaangażowania lokalnych organizacji pozarządowych i prywatnych agencji zatrudnienia.”
Celowo zacytowałem wprost ten fragment bo muszę tu z oburzeniem interweniować. Panie Ministrze. Jak Pan może jako członek rządu i na dodatek – na blogu rządowym który najwyraźniej z założenia ma być pi-ar-ową wizytówką pryncypała, z akceptującą obojętnością podchodzić do faktu poważnego łamania prawa. Jeśli ktoś przychodzi do urzędu pracy mówiąc że mu chodzi wyłącznie o ubezpieczenie społeczne – to nie jest bezrobotny. Jeśli odmawia przyjęcia oferty pracy – to także nie jest bezrobotny, a jeśli już jest zarejestrowany to należy go natychmiast usunąć z ewidencji bezrobotnych. Może już dość fałszowania statystyk. Jeśli ktoś odmawia podjęcia pracy bo twierdzi że już pracuje „na czarno” – to ma Pan obowiązek natychmiast złożyć doniesienie na takiego „pracodawcę” do odpowiednich organów państwa – jak każdy obywatel który posiadł informację o dokonywaniu przestępstwa. To także fałszuje statystyki, bo ten człowiek jest faktycznie bezrobotny, gdyż prawdopodobnie legalnie nigdy by zatrudniony nie został, ale za takiego go uznać nie wolno, bo pracuje i osiąga dochody z wynagrodzenia.
Generalnie kierunek tych zmian trzeba uznać za dobry: chodzi o indywidualne potraktowanie każdego faktycznego bezrobotnego. Minister sam zresztą stwierdził, że to nie są pomysły oryginalne ani nowatorskie w Europie. Generalnie rzecz ujmując – rzeczywiście działania urzędów pracy oraz instytucji pomocy społecznej powinny być skoordynowane i uzupełniać się. Z drugiej jednak strony nie można mieszać roli urzędów pracy z rolą pomocy społecznej, tak jak nie można mieszać sytuacji ludzi zdolnych i gotowych do podjęcia pracy z sytuacją osób obecnie niezdolnych nie tylko do podjęcia pracy ale i do samodzielnego życia.
Niechaj jednak „każdy wreszcie robi swoje” w podziale ról i zadań tych instytucji.

Grupa pierwsza – to osoby które same poszukują zatrudnienia i maja na nie szansę, to znaczy mają szansę zostać zatrudnione, bo przecież człowiek dziś „nie podejmuje pracy” a „jest zatrudniany”. Chodzi mi o właściwe uwypuklenie niewielkiej roli postawy osoby poszukującej zatrudnienia: jeśli znajdzie ofertę pracy z którą może się utożsamić jako kandydat, to jest dziś najczęściej jednym z kilkuset kandydatów. I najczęściej na tym się kończy, nawet nie wiadomo z jakiego powodu. Jeśli wejdzie w dalszy etap rekrutacji i zostanie zatrudniony, to jest to decyzja pracodawcy na którą wpływ ma niewielki, warunki zatrudnienia są zresztą także dyktatem pracodawcy.

Grupa trzecia – to osoby które muszą najpierw najczęściej przejść leczenie odwykowe, resocjalizację ze względu na wymogi pracy itp. Od tego są zupełnie inne instytucje i projekty. Urzędy pracy może faktycznie nie powinny takich osób „odsyłać”; jest szansa wpłynąć na ich postawę poprzez rzeczową informację o skutkach na przyszłość takiej pracy z uchylaniem się od płacenia podatków i składek na ubezpieczenie społeczne. Uważam, że należy przyznać im prawo do ubezpieczenia zdrowotnego ale jedynie pod warunkiem poddanie się procesowi przywrócenia do normalnej pracy i unormowanej sytuacji osobistej i wówczas działać z ich współpracą w sposób odpowiedni do sytuacji. Na początek niewątpliwie najwięcej miałby tu do roboty psycholog i prawnik.

Urzędy Pracy tak na prawdę istnieją jednak dla tej grupy drugiej, czyli osób potrzebujących pracy dla uzyskania dochodu „na życie”, chcących pracować oraz mających jakieś „braki” powodujące znaczne zmniejszenie szans na zdobycie zatrudnienia. Takim brakiem mogą być niedostatki wykształcenia, posiadanie zawodu w którym jest znaczna przewaga podaży pracy nad popytem na nią, brak wymaganych świadectw kwalifikacyjnych, problemy ze spełnieniem zdrowotnych wymogów dotychczasowego zawodu itp. Tu rzeczywiście ogromne znaczenie ma indywidualne poznanie potrzeb konkretnego człowieka pod warunkiem skorzystania z tej wiedzy na poziomie osoby decydującej o tym w konkretnym PUP-ie. Pisze o tym, gdyż znane mi są przypadki, gdy pomimo wiedzy o potrzebach konkretnego bezrobotnego, nie otrzymuje on potrzebnej pomocy, gdyż osoba decydująca o tym, w jakimś swoim poczuciu „sprawiedliwości społecznej” – chyba jeszcze socjalistycznej w jak najgorszym znaczeniu – dzieli wsparcie „każdemu po troszku” czyli w rezultacie każdemu bez skutku”. Jeśli dostał skierowanie na kurs – to już nie dostanie skierowania na staż, no bo „już pan przecież otrzymał pomoc…”. Jeśli takich osób się nie wyeliminuje z urzędów pracy (a w tym przypadku chodzi o poziom kierownika działu) – to żadne zmiany nie przyniosą właściwego skutku. Szczególną kwestią jest też wyłączenie – prawdopodobnie na zasadach nieformalnych – pewnych działań wyłącznie dla sfery biznesu prywatnego, a osób bezrobotnych po prostu nie stać na uczestnictwo w działaniach edukacyjnych odpłatnych na zasadach wolnorynkowych. Dotyczy to najczęściej znajomości języka obcego, posiadania lub uaktualnienia prawa jazdy, uprawnień do obsługi pewnych urządzeń. Zgodnie z ideologią chciwości Platformy „obywatelskiej” – uznano za ważniejsze „dać zarobić na tym prywaciarzom”, skoro jest tu ogromne zapotrzebowanie, niż usunąć te problemy z listy przeszkód utrudniających zdobycie zatrudnienia, czyli zmniejszenie bezrobocia poprzez pomoc osobie bezrobotnej potrzebującej pomocy – także materialnej – w rozwiązaniu ich.
Pan Minister Pracy wspomniał też w blogu rządowym, iż uważa proponowane teraz zmiany za początek drogi przemian mających doprowadzić do unowocześnienia instytucji i zwiększenia jaj skuteczności. Zapewne też szkoleniowy projekt unijny „Piramida Kompetencji” skierowany do pracowników PSZ da korzystny impuls dla takich zmian.

Jedno jest wszakże pewne:
To nic nie da!
Dokładniej – nic nie da osobom pozbawionym zatrudnienia, bo ministrowi i pracownikom ministerstwa da wiele, przede wszystkim miłą i dobrze płatną pracę.

Działaniami tego typu podejmowanymi przez Ministerstwo Pracy można co najwyżej łatwiej zaspokoić te kilkadziesiąt tysięcy ofert zatrudnienia codziennie funkcjonujące jako „aktualne oferty pracy” z ważnością do kilku dni, głównie w Internecie. To nie ma żadnego znaczenia dla ogromnej fali narastającego bezrobocia.
To jest właśnie najbardziej absurdalne w tej sprawie, że oczekuje się od Ministra Pracy – wyników w zmniejszaniu bezrobocia. Ale powodem bezrobocia jest brak miejsc pracy a powodem tego, sytuacja gospodarcza, sytuacja prawna biznesu i wiele innych czynników zupełnie od ministra pracy nie zależnych.
Te wszystkie problemy wynikają w większości z nastawienia ideologicznego Platformy Obywatelskiej, założeń ogólnych polityki zagranicznej i gospodarczej, bałwochwalczej uległości i uzależnienia niektórych polityków od biurokracji unijnej i jej niejednokrotnie absurdalnych w polskich warunkach – dyrektyw.
Jeśli Polska zacznie prowadzić politykę własnego rozwoju gospodarczego opartego na własnej produkcji i eksporcie – tak jak to robią Niemcy, Francja czy Anglia, a mam na myśli własną produkcję we własnych zakładach produkcyjnych na terenie własnego kraju, z własnym kapitałem założycielskim i zatrudniających przede wszystkim własnych obywateli z własnego rynku pracy – to osoby „faktycznie bezrobotne” – bardzo szybko odpowiednią dla siebie pracę znajdą a stopa bezrobocia spadnie do naturalnej, lub bardzo niskiej – jak w Niemczech.

Bezrobocie polega przecież na braku miejsc pracy i ewentualnie na niedopasowaniu potrzeb w rozumieniu kompetencyjnym pomiędzy pracodawcami (popytem) a pracownikami (podażą). Ludzie faktycznie bezrobotni natychmiast sami i z radością rzucą się na etaty i umowy, natychmiast podejmą pracę, bo czekają na to i jest im ona niezbędna do życia i to nie tylko poprzez płace, jako źródło zarobku – ale i w sensie dosłownym. W ten sposób bezrobocie zmniejszy się samoczynnie bez żadnych zabiegów Ministra Pracy. Pozostaną jedynie ci – co pracy już, albo jeszcze – podjąć nie mogą, ale to nie należy do problemu bezrobocia a raczej pomocy społecznej, pomocy psychologicznej i „aktywizacji” ludzi w zdobywaniu własnych środków na własne potrzeby.
Może dla kogoś to właśnie jest wizja katastrofy, scenariusz nie do przyjęcia?

Tymczasem na temat gospodarki, polityki gospodarczej, planów i prognoz w tej sprawie – trwa sztuczne milczenie, zagłuszane przez usłużne szmatławce „matkami Madzi” i innymi tematami nastawionymi na zogniskowanie uwagi durnej gawiedzi na sprawach jednostkowych i nieważnych, natomiast szaleje chocholi taniec wokół „aktywizacji bezrobotnych” i innych tego typu tematów, mających de facto tę samą co „matka Madzi” cechę odwracania uwagi od tego co najważniejsze.
Ważna jest gospodarka, wpływ Unii na naszą gospodarkę i projekcje na przyszłość. Czyżby było już aż tak źle, że ujawnienie prawdy mogłoby zagrozić pozostaniu Polski w Unii? Jedno jest pewne: minister pracy – cokolwiek by nie wymyślał – nie zmniejszy bezrobocia. Z całym szacunkiem i sympatią dla pana Władysława Kosiniak Kamysza; obojętnie nawet – kto personalnie miałby tym ministrem być. Bo źródłem bezrobocia są błędy w zarządzaniu gospodarką, moim zdaniem błędy wynikające z założeń ideologicznych.

Cały ten za przeproszeniem „cyrk” z „walką z bezrobociem” za pomocą „aktywizowania bezrobotnych”, nakierowanie wszelkich działań nie na faktyczną przyczynę a na ofiary bezrobocia tak jakby to wina czy przyczyna braku dwóch czy trzech milionów miejsc pracy leżała po ich stronie – nie da żadnych innych skutków jak tylko propagandowy i to tylko dla naiwnych.

11/08/2012

Brak miejsc pracy! Aktywizujcie przedsiębiorców a nie bezrobotnych!

Najbardziej dziwne jest to, że wszelkie działania jakie są dotychczas podejmowane w celu powrotu do pracy osób bezrobotnych z grupy wiekowej zwanej „50 plus” – są adresowane czy kierowane do tych bezrobotnych.
Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, że to paskudna pozostałość po ustroju gospodarczym PRL-u, kiedy nie było problemu „braku miejsc pracy” a sama praca była podstawowym obowiązkiem obywatelskim. Kiedy trzeba było zatrudnić człowieka, to zawsze znajdowało się dla niego miejsce pracy, a jeśli były z tym trudności – to owo miejsce pracy było dla niego tworzone. Oczywiście aż strach wspominać o konsekwencjach ekonomicznych tego, ale ponieważ pracodawcą było państwo, jakoś się one „rozmydlały” w całości – tak że nie rzucały się w oczy zbyt dociekliwych ekonomistów, szczególnie tych co się naczytali wrogiej ideowo, fachowej kapitalistycznej literatury zachodniej…

Dziś łatwo jest tak sobie pokpiwać z tego, ale przyznam, że inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć tego zadziwiającego do dziś zjawiska, że nikt nie wiąże bezrobocia z gospodarką, ze sferą przedsiębiorstw a wyłącznie kojarzy się ten problem z ludźmi, szczególnie tymi zarejestrowanymi w urzędach pracy.
Moim zdaniem to ewidentna pozostałość dawnego ustroju, pozostałość w umysłach obecnych polityków i urzędników w większości w „komunie” niegdyś dorastających.

Tymczasem bezrobocie dotyczy przecież stanu gospodarki, bo polega na redukcji ilości miejsc pracy stosownie do redukcji potrzeb i możliwości ekonomicznych przedsiębiorstw, przekładającej się na redukcję zatrudnienia. Bezrobocie to brak miejsc pracy a nie brak aktywności ludzi w wieku produkcyjnym. Owszem: ten "brak aktywności" jest dramatycznym skutkiem bezrobocia a nie jego przyczyną.

Zjawisko to ma oczywiście swoje odzwierciedlenie w urzędniczej nowomowie, w bełkocie specyficznego języka urzędowego a jednym z takich ulubionych przez urzędników durnych określeń jest „aktywizacja bezrobotnych”. To nosi po prostu znamiona jakiejś gigantycznej paranoi, że powołano ogromną machinę tzw. instytucji rynku pracy a nie stworzono w rzeczywistości autentycznego i zrównoważonego rynku pracy, ponadto cała ta machina obraca się wokół człowieka pozbawionego zatrudnienia i jego chce koniecznie „aktywizować” pomimo że w rzeczywistości trzeba aktywizować gospodarkę, która zlikwidowała miejsce pracy tegoż bezrobotnego i nie wytworzyła dla niego innego miejsca pracy. W ten sposób kosztem gigantycznego marnotrawstwa środków publicznych szkoli się osobę bezrobotną, doradza się jej, wspiera się ją psychologicznie, motywuje do ciągłego biegania i szukania tego – czego nie ma – a ostatecznie i niezmiennie osoba ta po prostu „odbija się” od muru niemożności niezmiennie i niezależnie od natężenia swojej aktywności dowiadując się, że żadnego miejsca pracy dla niej nie ma!

Przecież to jest jakieś szaleństwo, obłęd ludzi odpowiedzialnych w rządzie za sferę gospodarki i pracy! Trzeba to natychmiast przerwać! Niestety; w najbliższej przyszłości nie widać szans na zmianę tego absurdalnego stanu. Z jednej strony zapowiada się wyhamowanie gospodarki w najbliższym roku, pogorszenie sytuacji, czyli prędzej – dalsze redukcje zatrudnienia zarówno w gospodarce w sferze przedsiębiorstw jak i konieczność oszczędności wydatków państwa w sferze budżetowej. Z drugiej strony w obecnym czasie trwa właśnie weryfikacja, kwalifikacja i ocena nowych projektów EFS z dofinansowaniem unijnym, dotyczących „aktywizacji bezrobotnych” poprzez szkolenia i inne formy działania jakie przewiduje ustawa o promocji zatrudnienia a jakie są w tej sytuacji absolutnie nieskuteczne.
Wszystko więc wskazuje na to, że wspomniany „chocholi taniec”, polka „platformerska” wokół bezrobocia będzie trwał nadal.

W tym wszystkim zapomniano tylko o najważniejszym: o tym, że zaledwie 17 na 100 bezrobotnych statystycznie licząc ma prawo do czasowego zasiłku dla bezrobotnych a pozostali, w tym szczególnie osoby w wieku 50 plus – nie posiadają takiego prawa i nie maja innego źródła środków niezbędnych do życia. Widać tu ewidentnie znieczulicę, tumiwisizm, ograniczenie moralne urzędników i decydentów mające swoje źródło w ideologii rządu Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej. Sytuacja staje się dramatyczna i nie widać żadnych możliwości powstrzymania zaplanowanego i realizowanego już scenariusza, poza ewentualnym (bardzo mało prawdopodobnym) bardzo licznym, głośnym i spektakularnym protestem społecznym, który jak dotychczas czasem potrafił wyrwać rządzących z letargu samouwielbienia i z poczucia bezkarności, z nieodpowiedzialności.

Są więc dwa problemy: działania zwalczające bezrobocie muszą zostać nakierowane na gospodarkę (tworzenie czy odtwarzanie miejsc pracy) a nie na osoby bezrobotne których aktywność w poszukiwaniu zatrudnienia jak dotychczas rozbija się o brak zapotrzebowania na ich pracę.

Drugi pilny problem – to brak środków do życia trapiący wielu ludzi długotrwale już bezskutecznie poszukujących zatrudnienia, szczególnie z grupy 50 plus. Ten problem wymaga moim zdaniem pilnego wdrożenia jakiegoś nowego doraźnego rozwiązania, bo nie może on zostać rozwiązany ani w ramach zasiłków dla bezrobotnych (z powodu przepisów) , ani też w ramach funkcjonowania ustawy o pomocy społecznej. Istniejące przepisy muszą być pilnie znowelizowane, albo uzupełnione o szczególną, celową pomoc adresowaną do osób długotrwale bezrobotnych aktywnie poszukujących zatrudnienia, które nie mają już lub w ogóle nie miały prawa do zasiłku dla bezrobotnych wynikającego z ustawy o promocji zatrudnienia. Musi powstać na czas kryzysu dodatkowa forma jakiegoś świadczenia dla tej grupy bezrobotnych, być może współfinansowanego z budżetów powiatów czy gmin, gdyż jak to uzasadniałem we wcześniejszym felietonie – pozostawanie w gotowości do podjęcia zatrudnienia wymaga posiadania przez cały czas minimalnych środków do zaspokojenia podstawowych potrzeb bezrobotnego, i w tym sensie zasiłek dla bezrobotnych powinien być przyznawany co miesiąc aż do chwili rzeczywistego zatrudnienia, niezależnie od czasu poszukiwania tego zatrudnienia. Dziś bezrobotni z grupy 50 plus zostali bez środków do życia, porzuceni przez państwo, odtrąceni przez społeczeństwo, zdani wyłącznie na siebie i pomoc swoich ewentualnych bliskich – co z kolei jest formą ukrytego, nielegalnego opodatkowania osób zatrudnionych i emerytów na rzecz utrzymania osób bezrobotnych, od czego się państwo odżegnuje łamiąc przy tym obowiązujące zapisy Konstytucji RP.

Państwo Platformy Obywatelskiej udaje, że nie ma żadnego państwa, nie ma obowiązków, nie ma też żadnej Konstytucji, albo ona "nas nie obowiązuje"…

25/06/2012

Minister Pracy poprosi „kolegę” o odblokowanie Funduszu Pracy.

W minionym tygodniu pojawiło się coś nowego w sprawie przeciwdziałania bezrobociu i jego skutkom.
 W sprawie tego przeciwdziałania – którego nie ma, pomimo że jest ono konstytucyjnym obowiązkiem Państwa.
Któż by się jednak przejmował w Rządzie jakąś tam Konstytucją jakiejś tam Rzeczypospolitej Polskiej… Wszak mamy „Rząd Internacjonałów” i "uni już sami lepiej wiedzą co dla nas jest dobre…"

Zaczęły się pojawiać wyraźne naciski, żądania i argumenty ze strony organizacji „pracodawców” – na odblokowanie zasobów Funduszu Pracy. Chodzi o fundusz tworzony z obowiązkowych składek pracodawców, przeznaczony na łagodzenie skutków bezrobocia i interwencje na rynku pracy w tworzenie nowych miejsc pracy, szkolenie pracowników itp. Obecnie jest tam niebagatelna kwota rzędu ponad 5 miliardów złotych. Problem w tym, że została ona „zablokowana” przez Ministra Finansów ze względu na jakieś mało sprecyzowane potrzeby zrównoważenia budżetu (mało sprecyzowane, ale i w tym ujęciu mało mnie interesujące).

Na przełomie roku 2010 i 2011 finansowanie potrzeb związanych z obsługą i zwalczaniem bezrobocia zostało w ten sposób przez Ministra Finansów zmniejszone dokładnie o połowę, a przecież nigdy nie było wystarczające. W 2012 roku także minimalnie przekracza ono połowę kwoty z 2010 roku.
Dlatego powszechnie w Urzędach Pracy brakuje pieniędzy; brakuje oczywiście dla bezrobotnych na staże, szkolenia i inną pomoc; – nie brakuje dla urzędników zatrudnionych w Urzędach Pracy a tym bardziej – w Ministerstwie.

Staże dla osób bezrobotnych były dość dobrym instrumentem wpływania na zatrudnianie bezrobotnych, bo pozwalały dokładniej „przyjrzeć się” stażyście w trakcie pracy, bez angażowania środków pracodawcy przeznaczonych na wynagrodzenia, co dość często pozwalało przełamywać opory, obawy, stereotypy i docelowo skutkowało zatrudnieniem tej osoby. Ponadto odbycie takiego stażu – jeśli nawet nie zakończyło się kontynuowaniem zatrudnienia przez organizatora stażu po jego zakończeniu, to dawało udokumentowane doświadczenie w praktycznym wykonywaniu jakichś czynności lub zadań a to z kolei – często pomagało bezrobotnemu przekonać do siebie jakiegoś innego pracodawcę; brak doświadczenia praktycznego przestawał być przeszkodą w uzyskaniu pracy, choćby dla absolwentów.

Na skutek zablokowania środków Funduszu Pracy w 2010 roku – ilość staży organizowanych dla bezrobotnych w 2011 roku spadła do 1/3 ilości staży z roku poprzedniego.
Inicjatywę poparł wreszcie Minister Pracy – Władysław Kosiniak Kamysz. Zapowiedział on złożenie – jeszcze do końca czerwca – wniosku formalnego do Ministra Finansów o odblokowanie wspomnianego funduszu, albo przynajmniej jakiejś istotnej kwoty w ramach funduszu. Jest to o tyle pilne, że z końcem czerwca na „rynek pracy” wchodzi ponad półmilionowa grupa tegorocznych absolwentów szkół, którzy będą szukać zatrudnienia a jak się szacuje około 100.000 z nich tego zatrudnienia z pewnością nie uzyska. W sierpniu br. rusza z kolei specjalny program pomocy dla bezrobotnych w wieku do 30 roku życia. Pomoc skierowana do młodych jest jak pamiętamy hasłem wyborczym Donalda Tuska, toteż trudno się dziwić, że Minister Pracy także uważa pomoc dla tej grupy bezrobotnych za ważną, twierdzi że „tej grupie bezrobotnych warto pomóc”.
Należy więc rozumieć, że ministerstwo już całkowicie „stanęło otworem” do osób starszych lecz w wieku przedemerytalnym i im już – podobnie jak dotychczas – żadnej rzeczywistej, realnej pomocy nie ma zamiaru udzielać.

Ciekawe swoją drogą, jakie będą dalsze losy wspomnianego wniosku jednego ministra do drugiego ministra bo to ciekawa forma porozumiewania się; widocznie ministrowie w rządzie Tuska nie umieją się już albo jeszcze porozumiewać bezpośrednio na posiedzeniach rządu a jedynie – poprzez wnioski na piśmie?
Poza tym; czy minister Kosiniak Kamysz sam wnioskował o zamrożenie środków Funduszu Pracy?
Czy sam wnioskował by Minister Rostowski ogołocił Urzędy Pracy ze środków przeznaczonych na realizowanie ustawy – i to jeszcze na dodatek z uzasadnieniem „potrzebą zracjonalizowania wydatków publicznych”?
Mam wrażenie, że nie. Że minister Rostowski sam, można by może nawet rzec – samowolnie, położył ciężką łapę na tych pieniądzach dla „zabezpieczenia doraźnych potrzeb Ministerstwa Finansów”.
Jeśli więc tak – to obawiam się, że ewentualny wniosek o odblokowanie finansów Funduszu – będzie tak samo zbagatelizowany, jak wcześniej zbagatelizowano potrzeby osób bezrobotnych i instytucji organizujących działania na rzecz zmniejszenia bezrobocia.

Pisałem już niedawno także, że zablokowanie tych środków może mieć swoje dobre strony; mianowicie tylko dzięki temu środki te jeszcze są. Kierując się doświadczeniem i obserwacją bezpośrednią obawiam się, że gdyby nie to, zostałyby one zmarnowane, roztrwonione, przepuszczone i rozdane bez żadnego trwałego efektu dla bezrobocia.
Potrzebne są działania na rzecz trwałego zmniejszenia bezrobocia. Potrzebne są już działania na rzecz większej dostępności zasiłku dla bezrobotnych. Ale jak dotychczas – dalej nie widać pomysłów na realne działania dające taki skutek. Przedsiębiorcy – uważający środki Funduszu za swoje – coraz natarczywiej domagają się ich w formie dotacji do zatrudnienia, dopłat na tworzenie miejsc pracy, dodatków za szkolenie pracowników itp. Tymczasem nie chodzi nam o to, by tworzyć fikcję, jakąś atrapę gospodarki która istnieje wyłącznie dzięki dotacjom a gdy się skończą dotacje – wszystko pada.
Zarządzanie Funduszem miało być dokonywane społecznie w ramach działania tzw. Komisji Trójstronnej w której strona związkowa miała reprezentować interesy pracowników i bezrobotnych.
Czy jednak zablokowanie Funduszu zostało zaakceptowane przez Komisję Trójstronną?
Czy w ogóle było z nią przez Ministra Rostowskiego konsultowane?
Jak wyjaśnić kompletną bezczynność związków zawodowych w tej i nie tylko tej sprawie?
Pięć miliardów złotych to spora kwota, dzięki której można w sposób trwały przywrócić sporą część ludzi dziś pozbawionych zatrudnienia – do pracy, do płacenia podatków i do dokonywania zakupów – napędzających gospodarkę w formie wzmacniania popytu wewnętrznego.

Mam jednak coraz większe wątpliwości, które wyrażają się w pytaniach:

CZY TEN RZĄD TEGO CHCE?
————————————————————————————–
CZY CHCE ZMNIEJSZAĆ BEZROBOCIE, CZY WOLI EKSTERMINOWAĆ BEZROBOTNYCH, SZCZEGÓLNIE TYCH „50 plus” – POZBYWAJĄC SIĘ WRAZ Z NIMI – „PROBLEMU”?
————————————————————————————–
CZY BEZROBOTNYM „50 PLUS” – JUŻ „NIE WARTO POMAGAĆ”, BO ICH GŁOSY PRZESTAŁY SIĘ LICZYĆ DLA WŁADZY?
————————————————————————————–

Pytań jest więcej, ale wszystko wskazuje na to, że zadać je będzie musiała ulica.

09/06/2012

Jesień nasza!

W założeniach do przyszłego budżetu, które zostały przekazane do Komisji Trójstronnej – zakłada się utrzymanie bardzo wysokiego poziomu bezrobocia, na poziomie 12.4%.

Wbrew manipulacjom danymi i ich interpretacjami, dokonywanymi przez prymitywnych propagandystów pozbawionych poczucia wstydu i przyzwoitości – twierdzącym że stopa bezrobocia spada – w porównaniu odpowiadających sobie okresów w poszczególnych minionych czterech latach – bezrobocie rośnie i jesienią bieżącego roku ma osiągnąć poziom jeszcze wyższy niż dotychczas.
To zapewne skutek przerwy czy wielomiesięcznej „dziury” w wykorzystaniu środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach PO Kapitał Ludzki. W wielu województwach dopiero trwa przyjmowanie wniosków i dofinansowanie projektów w ramach PO KL; wyniki konkursu – o ile wcześniej nie nastąpią jakieś trudne dziś do przewidzenia zaburzenia spokoju społecznego (co ostatecznie nie byłoby dziwne) będą znane w październiku. Wówczas nastąpi dopiero czas przygotowania i przeprowadzenia naboru tzw. beneficjentów ostatecznych – co oznacza, że pomoc dofinansowana z Unii będzie dostępna praktycznie w przyszłym roku. Trudno też stwierdzić, czy instytucje pośredniczące pomiędzy EFS a projektodawcami wyciągnęły jakiekolwiek wnioski z niepowodzenia poprzednich projektów, objawiającego się w ich bardzo niskiej skuteczności.

Konkretnie – jak pisałem już we wcześniejszych felietonach – chodzi o to, że wielotygodniowe nieraz działania wobec bezrobotnych finansowane z EFS kończyły się sukcesem objawiającym się w bardzo wysokim zainteresowaniu oraz bardzo wysokim procencie osób jakie ukończyły swój udział w projekcie z oceną pozytywną, natomiast po nich wszelka pomoc merytoryczno – organizacyjna nagle kończyła się i beneficjenci tych działań wobec dalszego braku zatrudnienia bardzo szybko powracali do stanu załamania, depresji, braku poczucia wartości, szans na normalne zatrudnienia itp. W takich okolicznościach, szczególnie w grupie osób w wieku zwanym „50 plus” – nadal pozostaje bardzo wiele osób bezrobotnych pomimo ukończenia kilku nawet projektów szkolenia zawodowego i wsparcia psychologicznego.
By całkiem nie skompromitować swoich działań, nastawionych głównie na własne zyski, firmy szkoleniowe określały skuteczność swoich projektów w stosunku do uczestników którzy uzyskali jakiekolwiek zatrudnienie po zakończeniu udziału w projekcie, bez analizowania czy zatrudnienie to ma cokolwiek wspólnego z ich działaniami na rzecz tych osób a skuteczność nawet tak określona nie przekraczała najczęściej 20%. Oznacza to ni mniej ni więcej jak zmarnowanie olbrzymiej części pomocy unijnej z EFS . Trudno więc stwierdzić, czy instytucje pośredniczące, jakimi są w tym przypadku Wojewódzkie Urzędy Pracy potrafią teraz poprzez odpowiednie kryteria oceny wniosków starających się o dofinansowanie zapewnić odpowiednio większą ich skuteczność co by się przekładało na lepsze wykorzystanie pieniędzy a w ostatecznym wyniku powinno jednoznacznie wywołać zmniejszenie bezrobocia poprzez lepsze wykorzystanie istniejących ofert pracy (dopasowanie strukturalne).
Działania te nie wpływają na zwiększenie ilości miejsc pracy a bezrobocie polega przecież bezpośrednio na ich niedoborze.

Tak więc bezrobotni dopiero późną jesienią mogą liczyć na jakieś projekty wspomagające uaktualnienie wcześniej posiadanych lub zdobycie nowych umiejętności zawodowych potwierdzonych zaświadczeniem – co niektórych z nich może zbliżyć w 2013 roku do zatrudnienia. Tylko ci – co jakoś dotrwają do tego czasu w stanie umożliwiającym im skorzystanie z tej pomocy.

Osób w wieku 50 plus nie zatrudnia się jednak prawdopodobnie ze względu na wiek (co jest przecież sprzeczne z obowiązującym prawem), więc tu żadne szkolenia nic nie dają, w każdym razie nie szkolenia bezrobotnych. Być może istnieje potrzeba zakrojonej na szeroką skalę akcji uświadamiającej dla przedsiębiorców zatrudniających pracowników, dotyczącej prawa, społecznej roli pracy, konieczności wdrażania tzw. zarządzania wiekiem pracownika – i to nie poprzez wyrzucanie tych najstarszych byle nie weszli w okres ochrony przed rozwiązaniem stosunku pracy. Wspomniany okres ochrony nie daje żadnej ochrony a wręcz przeciwnie; wymusza niejako skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego – więc powinien być zlikwidowany (uchylenie przepisu z Kodeksu Pracy). Ma to także bezpośredni związek z Ustawą Emerytalną. Rozważa się też powrót do okresu dwuletniego.

Chciałbym wierzyć, że odchodzi w niechlubną przeszłość czas siedzenia z założonymi rekami i przyglądania się w wyobraźni jak „niewidzialna ręka rynku” wszystko sama za Rząd reguluje, pomimo że wszyscy sąsiedzi interweniują w gospodarkę, w rynki i we wszystko w co potrzeba interweniować – by osiągnąć jak najmniejszy poziom kosztu społecznego. Niemcy dotują „co trzeba”, Anglia, Francja interweniuje, tylko „polski wioskowy głupek” dał się nabrać na hasełko ideologiczne o „niewidzialnej ręce” i realizuje – choćby i po trupach swoich ziomków – byle zasłużyć na poklepanie po plecach, intratne stanowisko w Unii albo inne profity…

Bardzo mało zrozumiałe jest zachowanie NSZZ Solidarność. Obawiam się, że jest on zdeterminowany świadomością braku wystarczającego poparcia społecznego. To ciekawe zjawisko, bo przecież – jeśli nie liczyć samego początku – strajków Sierpniowych, to właśnie teraz związek powinien być bardzo aktywny. To oddzielny, ciekawy temat.

W mediach pojawiają się zapowiedzi „ofensywy” Prawa i Sprawiedliwości od września br. (po sezonie urlopowym i „sezonie” prac sezonowych) szczególnie mającej przenieść swoją uwagę i nacisk polityczny w działalności wreszcie na sprawy gospodarcze a więc w konsekwencji na społeczne skutki obecnych problemów gospodarczych. Wyciszenie wyobcowanych społecznie krzykaczy politycznych a zapowiadane zgromadzenie gremium doradczego ekspertów, naukowców i ludzi młodych – powinno przybliżyć tę partię do spraw społecznych, do zainteresowania problemami ludzi – z czym dotychczas był wielki kłopot.

W rządzącej koalicji także zapowiadane są nieśmiało poważne działania zarówno reorganizujące rząd jak i porządkujące prawo, na przykład zapowiadane przez Ministra Sprawiedliwości „wielkie porządki” w prawie pracy. Być może to także zbliży choć trochę uwagę rządu do ludzi, do rzeczywistych problemów społecznych. Oby tak się stało, może pozwoliłoby to uniknąć dużych, jak dotychczas nieuniknionych protestów i zaburzeń społecznych…? Jeśli Rząd zwraca jeszcze jakąkolwiek uwagę na działania opozycji – być może ktoś z ekipy Tuska nagle bardzo się zdziwi, że jest coś takiego jak „społeczeństwo” i zupełnie nie jest zainteresowane „co powiedział Kaczyński” i dlaczego to było tak złe i głupie oraz jest coś takiego jak gospodarka co wymaga uwagi, organizacji, zarządzania i czasem nawet zdecydowanych interwencji państwa.

Pisząc to chcę dobitnie podkreślić oczywisty dla mnie a być może zaskakujący dla wszelkich oszołomów fakt, że ludzie w swoim życiu rodzinnym, zmaganiu się z problemami osobistymi i rodzinnymi – nie przywiązują tak wielkiej wagi do tego, co stanowi treść życia polityków, albo tych durniów i prostaków którzy za polityków chcą dziś być poczytywani. Dla normalnego człowieka jest coś żenującego i godnego politowania w robieniu niesamowitej afery z faktu, że ktoś zamiast Jarosław – powiedział „Jarasław”, bo się przejęzyczył, czyli po „tuskowemu” – zakałapućkał się. Jest w tym coś zboczonego by rozdmuchiwać to do wielkości ogromnego problemu politycznego, oczekiwać przepraszania na klęczkach lub wyciągać z tego daleko idące wnioski polityczne czy choćby logiczne. To stało się po prostu chore i mam wrażenie, że „klasa polityczna” to wreszcie dostrzegła; dostrzegła że stała się śmieszna i nie do przyjęcia dla społeczeństwa, które ją utrzymuje i wyposaża w przywileje, oczekując od nich poszanowania, kompetencji, dobrych decyzji i postawy służenia.
Politycy jak urzędnicy – zawsze mają czas. Przynajmniej sami tak uważają, stąd pośpiechu w ich działaniach nigdy nie da się dostrzec. Społeczeństwo jednak czasem staje się bardzo niecierpliwe, rozczarowane, wymagające, oczekuje rozliczeń.

Bezrobocie ma dwa oblicza; przyczyny w stanie gospodarki na który można mieć ograniczony wpływ, także ze względu na globalizację, oraz skutek społeczny „tu i teraz”.
Uważam za niezbędne, by władza zajmowała się teraz obiema tymi sprawami jednocześnie.

Władza ma czas, ale ludzie już czasu nie mają, szczególnie ci rzeczywiście bezrobotni oraz ci żyjący na granicy nędzy (czyli większość społeczeństwa). Jeśli rzeczywiście nastąpi jakiś przełom, władza i opozycja, sama czy pod naciskiem społecznym – zwróci się bardziej w stronę problemów społecznych a nie interesu elity – musi zając się gospodarką pod kątem jej społecznej służebności, ale doraźnie – zanim działania gospodarcze spowodują jakiś skutek – musi zastosować środki interwencyjne pozwalające doczekać ludziom bezrobotnym do czasu poprawy stanu gospodarki, przede wszystkim do tej poprawy się przyczynić, poprzez pracę.

O jednym z aspektów tego pisałem niedawno: żeby być gotowym do podjęcia pracy, zdolnym do jej wykonywania w pełnym wymiarze a przede wszystkim by bezrobotny był „możliwy do zaakceptowania” przez pracodawcę jako kandydat do zatrudnienia – musi on osiągać stale dochody wystarczające do zaspokojenia niezbędnych potrzeb i utrzymania się w tej gotowości. Ustawa o promocji zatrudnienia jest w tej sprawie absolutnie nielogiczna, absurdalna jest także praktyka jej stosowania w Urzędach Pracy. Wydaje się, że przepisy ustawy mają za zadanie ograniczyć jej stosowanie a więc głównie ograniczyć obciążenie Skarbu Państwa a nie – wywołać ograniczenie bezrobocia i jego skutków społecznych. To niedopuszczalne i to musi się natychmiast zmienić.
Uważam, że to pierwsza rzecz jaką należy doraźnie zmienić, nowelizując ustawę o promocji zatrudnienia w kierunku zapewnienia rzeczywiście bezrobotnym realnej pomocy finansowej w utrzymywaniu się w stanie gotowości do pracy. Finansowanie tego nie wymaga szczególnego dopływu dodatkowych środków a raczej innego wykorzystania środków istniejących, z uwolnieniem i mądrym wykorzystaniem zasobów Funduszu Pracy.

Fundusz Pracy powstaje z obowiązkowych wpłat składek finansowanych przez pracodawców, ale NIE JEST TO FUNDUSZ PRACODAWCÓW! TO FUNDUSZ SPOŁECZNY utworzony ze składek obowiązkowych, zarządzany przez Rząd i pracodawcy nie mają żadnego prawa do wyłącznego decydowania o sposobie jego wykorzystania. Oczywiście także i Minister Finansów nie miał prawa zagarnąć zasobów Funduszu Pracy pod jakimkolwiek pretekstem czy powodem.
Pracodawcy najchętniej – jak można wywnioskować z różnych wypowiedzi – zagarnęliby te pieniądze w postaci różnych form dotowania ich działalności, ale to wydaje się najgorszym sposobem wykorzystania Funduszu.

Potrzebne są więc zarówno natychmiastowe, doraźne decyzje i działania osłonowe jak i długofalowy plan, jakaś przemyślana polityka gospodarcza i to zarówno na szczeblu centralnym jak i w samorządach.

30/03/2012

49.
Powrót do modelu państwa totalitarnego.

Dziś każdy pisać może. Trochę lepiej lub trochę gorzej.
Może swobodnie wyrażać swoje przekonania. Choćby założyć blog za darmo i na dodatek z możliwością ukrycia się za ksywą i dowolnym obrazeczkiem użytym zamiast własnego zdjęcia. Przeważnie są to zwierzątka… a jeśli nawet nie, to i tak nie ma znaczenia...

To, że jest możliwe swobodne a nawet często i zbyt swobodne (uchodzi płazem) wypowiadanie się, zawdzięczamy demokracji która przezwyciężyła totalitaryzm władzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wspieranej przez otaczających nas „przyjaciół”. Władza tamta zawsze wiedziała co jest najlepsze dla ludzi; od Bolesława Bieruta – do Mieczysława Rakowskiego i „generała spawacza” władza zawsze robiła - co chciała a jak dziś wiemy, prawdopodobnie - co jej nakazano z Kremla, czasem na skutek protestów lekko „luzując śrubę” by nie zniszczyć propagandowego wrażenia „władzy ludu”. W końcu – gdy w propagandę już nikt nie wierzył – działała wręcz dosłownie „po trupach” stawiając na swoim, dopóki się tylko dało…
Demokracja zwyciężyła. Nawet jeśli była tylko "częściowa". W wyborach społeczeństwo wyłoniło nową władzę, która rozpoczęła proces wychodzenia z totalitarnych nawyków. Minęło 30 lat, różnie się potoczyły losy władzy, różnie przebiegały procesy transformacji gospodarki. Nikt jednak nie przypuszczał nawet, że powrót do totalitarnych nawyków jest jeszcze możliwy.
Owszem; ostatnio odzywały się ciche głosy oskarżające rząd Donalda Tuska o tendencje do „wiedzenia najlepiej” bez potrzeby konsultowania tego z organami przedstawicielskimi społeczeństwa, środowiskami, autorytetami społecznymi.
Zapowiedzią kryzysu demokracji była sprawa ACTA a zwłaszcza potajemnego przygotowania w Ministerstwie Kultury (sic!) regulacji jeszcze bardziej drakońskich i niebezpiecznych dla wolności niż te narzucane Europie przez amerykańskich lobbystów.
Niedawno Premier ogłosił, że „za wszelką cenę” podwyższy wiek emerytalny, że to nie podlega żadnej dyskusji, nikt go od tego nie odwiedzie bo jest zdeterminowany...."
Coś nam to przypomina… ?

Trudno się dziwić młodym ludziom, że dziś z trudnością potrafią sobie wyobrazić prawdziwy totalitaryzm. W opowieści z czasów PRL-u najczęściej już po prostu nie wierzą, traktują to jak "bajeczki wapniaków", jak my niegdyś - opowieści dziadka z I wojny Światowej.
Rozumiem to.

Jednak jest coś alarmistycznego w tym, gdy dziś nagle czytam w czyimś blogu:

„… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie, konieczne jest ograniczanie wydatków państwa. Czy zrobi to Platforma czy też inna partia – nie ma znaczenia. Każdy obywatel naszego kraju wie, że musimy uporządkować finanse publiczne bo inaczej zapłacimy wszyscy, trochę później rachunek za swoją nierozwagę. A raczej nierozwagę rządu…”

Ewidentny powrót do totalitaryzmu? Znów władza wie najlepiej…?

Pisze to co zacytowałem jakaś osoba anonimowa, posługująca się awatarem przedstawiającym bardzo młodą i niemożliwą do identyfikacji dziewczynę...
Każda władza miała zawsze swoich „lizusów” zwanych też „potakiwaczami” a i czasem dużo bardziej złośliwie. Także zawsze były „szare eminencje” jak i naiwni aktywiści oszołomieni ideą do tego stopnia, że nie byli już w stanie rozejrzeć się bacznie wokół siebie, zweryfikować hasła z rzeczywistością, z tym co niezaprzeczalne i nie podlegające interpretacji, co można dostrzec i odczuć osobiście. Podobno od jakiegoś czasu różne siły polityczne oraz lobbystyczne grupy nacisku mają zwyczaj nawet opłacać wynajętych „anonimów” bardzo aktywnie działających w Internecie w ściśle określony sposób, imitując „opinię publiczną” i propagując metodą "szeptaną" hasełka władzy jako oczywiste i bezdyskusyjne.

Jednak ja wierzę, że społeczeństwo już nie dopuści do powrotu totalitaryzmu. Władza musi mieć poparcie społeczne do określania działań o tak wielkich konsekwencjach jak reforma emerytalna. Skandaliczne jest dla mnie nie tylko totalitarne podejście Prezesa RM do tej reformy, także i to że społeczeństwo nadal nie wie, o co chodzi, o czym się tak naprawdę dyskutuje wśród polityków, jaki jest konkretnie projekt PO oraz poszczególnych innych sił.
O co tu chodzi, na czym polega różnica poszczególnych stanowisk. Wiemy to tylko fragmentarycznie i wyłącznie z doniesień medialnych czyli niewiarygodnych. Ale Premier nie ma zamiaru z nikim dyskutować, a najmniej - ze społeczeństwem.
To niedopuszczalne. Wysiłki niedopuszczenia do referendum także dowodzą zamiaru wprowadzenia swojego planu z pełną świadomością, że nie zostałby on zaakceptowany społecznie. Ale władza wie lepiej co dobre...zdusi wszelkie demokratyczne prawa by zrobić to - co sama chce (lub - co jej nakazano).
Niespodziewanie i w sposób niezauważalny Platforma Obywatelska stworzyła (a może raczej odtworzyła z przeszłości) model państwa totalitarnego, w którym człowiek, Polak, obywatel – ma po prostu słuchać i powinien poprzeć to co mu każą, nawet wbrew swojemu oczywistemu interesowi, a jeśli nie – to władza i tak zrobi swoje. No bo… „… Jest tak. Reformy rząd musi przeprowadzić. Czy to się nam podoba czy też nie…………..

25/03/2012

42.
Targujmy się o swoje, o nasze…

Wiele wskazuje na to, że Premier Donald Tusk jest wynalazcą nowego znaczenia określenia „konsultacje”. Dla Premiera "konsultacje społeczne" to akcja propagandowa przekonywania o tym, że musi być i będzie tak jak Premier chce, jak chce partia, czyli - czyli tak jak mu nakazali… (lobbyści? biznesmeni? politycy "unijni"?)

Ciekaw jestem - nawet już tak zwyczajnie, po ludzku, co społeczeństwo z tym zrobi i czy w ogóle coś...

Prócz niebezpieczeństwa wynikającego z upierdliwej propagandy, która wydłużenie czasu oczekiwania na uzyskanie prawa do emerytury nazywa „wydłużeniem czasu pracy dla uzyskania wyższej emerytury” – co jest jak dotychczas czczą propagandą bez oparcia w rzeczywistości, jest też i inne widoczne już niebezpieczeństwo.
Polega ono na tym, że nowelizacją ustawy - wiek emerytalny zostanie przesunięty na 67 lat a inne konieczne działania, które powinny być wykonane wcześniej – pozostaną w formie ustnego zapewnienia, że „zrobimy”, że „tak oczywiście będzie”… kiedyś tam...

I przez to może się spełnić najgorszy scenariusz; zamiast pracować dłużej i powiększać swoją emeryturę ponad poziom „głodowy” – ludzie będą głodować już wcześniej na zasiłkach i zapomogach albo na łasce krewnych a ich emerytury będą malały z powodu braku wpłat składek, lub wpłat ale w "symbolicznej" wysokości…
Wiele wskazuje na to, że "oszołomstwo wiary w niewidzialną rękę" nadal gości w umysłach władzy i gotowa jest ona czekać z założonymi rękoma na to, aż ilość miejsc pracy "sama" wzrośnie w wyniku "naturalnego" rozwoju przedsiębiorczości, a jednocześnie popyt na pracę osób w wieku "50+" także "sam" wzrośnie w wyniku przemian demograficznych prowadzących do starzenia się społeczeństwa, na które władza także nie zamierza w żaden sposób oddziaływać.
Oczywiście - ilości ofiar tego oczekiwania nikt liczył ani tym bardziej rozliczał nie będzie...

Myślę, że jeśli nawet uznamy przesunięcie wieku emerytalnego na 67 lat życia za nieuniknione, niezbędne z jakichś przyczyn obiektywnych, ekonomicznych, kryzysowych czy demograficznych, to społeczeństwo nie powinno się zgadzać na jedynie obietnice dotyczące wszystkich niezbędnych działań „około-emerytalnych” jakie są przy takiej zmianie niezbędne.

Nie ma żadnego powodu czy przyczyny, by nie można było teraz opracować po prostu całego systemu emerytalnego, wraz z redukcją bezrobocia i systemem osłon socjalnych. Wszystkie te sprawy muszą być opracowane jako jednolity system, pakiet ustaw już teraz, razem z wydłużeniem wieku emerytalnego, nawet jeśli by to wymagało przesunięcia chwili wdrożenia tych zmian, gdyby poszczególne regulacje miały pewną kolejność wdrażania. Jest obawa, że jeśli nie powstaną teraz, to nigdy nie powstaną, albo będą knotami legislacyjnymi i pozostaną na papierze, jak projekt „Solidarność pokoleń dla 50+”. Ministra Michała Boniego.

Jeśli już uznać to co się dzieje teraz za rodzaj targu, pomiędzy koalicjantami ale i pomiędzy społeczeństwem a Rządem, to jest po prostu jedyna szansa wytargować niezbędne ustawy około-emerytalne, sprawiające że te zmiany będą dość elastyczne i że „da się żyć”, nawet i tym dla których pracy jeszcze długo nie będzie.
Nie referendum jest tu potrzebne a zwykłe targowanie się o swoje, a jest spora szansa, że Rząd to przewidział i ma z zanadrzu rezerwę do negocjacji, że będzie gotów na współpracę i przyjęcie rozsądnych żądań, byle osiągnąć swój założony cel; wiek emerytalny 67 lat.

03/03/2012

41.
Bezrobocie z definicji.

Bezrobocie polega na powstaniu nadwyżki „podaży” pracy, czyli ilości osób zdolnych i gotowych natychmiast podjąć pracę zawodową, nad „popytem na pracę najemną” czyli potrzebami przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą i zatrudniających do realizacji tej działalności - pracowników.
Nadwyżka ta (czyli bezrobocie) istnieje stale, jednak normalny, tak zwany naturalny jej poziom nie przekracza 2 – 3 % i problemy z tym związane rozwiązywane są automatycznie w procesie tak zwanej fluktuacji kadr. Oznacza to, że w każdej chwili niewielka części pracowników jest akurat zwalniana lub sami zwalniają się ze stosunku pracy z dotychczasowym zatrudniającym a inni w tym czasie niejako na ich miejsce pracę tę podejmują. Jest to po prostu jakby „strefa zmiany” dotycząca z jednej strony pracowników a z drugiej – zatrudniających . Pewien niewielki niedobór ilości miejsc pracy najemnej powoduje atmosferę zdrowej rywalizacji, stabilizując zatrudnienie z korzyścią dla płynności pracy firm. Czas poszukiwania nowego miejsca zatrudnienia jest stosunkowo krótki, z łatwością zanik dochodu z pracy rekompensowany jest zasobami własnymi pracownika lub w ostateczności – zasiłkiem dla osób poszukujących pracy, pobieranym co najwyżej kilka miesięcy. To wszystko jeszcze mieści się w granicach normalnych zjawisk w dziedzinie pracy.
Bezrobocie przewyższające ten stan naturalny nazywa się bezrobociem nadmiernym i podlega ustawowemu obowiązkowi zwalczania (przeciwdziałania).
Pojęcie bezrobocia wiąże się ściśle z pojęciem bezrobotnego.

Osobą bezrobotną w Polsce jest osoba która nie jest zatrudniona, ani nie wykonuje żadnej innej pracy zarobkowej a jednocześnie jest chętna, zdolna i gotowa do natychmiastowego podjęcia odpowiedniej pracy zawodowej w pełnym wymiarze czasu pracy obowiązującym w danym zawodzie. Jest to osoba w wieku powyżej 18 lat ale nie powyżej 60 (kobiety) lub 65 (mężczyźni) lat, nieucząca się ani niestudiująca na studiach stacjonarnych, nieposiadająca emerytury, renty socjalnej, renty zdrowotnej, renty szkoleniowej, zasiłku przedemerytalnego, chorobowego, macierzyńskiego, nie jest posiadaczem gospodarstwa rolnego o powierzchni powyżej 2 ha, nie ma wpisu do ewidencji działalności gospodarczej lub działalność jest zawieszona, nie podlega na podstawie jakichkolwiek obowiązujących przepisów obowiązkowi ubezpieczenia społecznego i nieosiągająca dochodów miesięcznych przekraczających połowy minimalnego ustawowego wynagrodzenia za pracę z jakichkolwiek źródeł z wyłączeniem odsetek lub innych przychodów od środków zgromadzonych na rachunkach bankowych.

To nie jest jeszcze pełna definicja ale zawiera główne wyznaczniki pojęcia osoby bezrobotnej. Jakiekolwiek osoby niespełniające wymogów wynikających z definicji ustawowej – nie są osobami bezrobotnymi w Polsce.

Stosownie więc do tego – bezrobocie określa się jako stosunek pomiędzy całkowitą ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki i jednocześnie zatrudnionych – a ilością osób zdolnych do pracy i spełniających wszystkie powyższe warunki a niezatrudnionych – wyrażoną w procentach.

W myśl zasad ustawowych obowiązujących powszechnie – nie jest osobą bezrobotną :
- osoba która nie ukończyła 18 lat;
- osoba które nie jest zdolna do natychmiastowego podjęcia pracy w pełnym wymiarze;
- osoba która osiągnęła wiek emerytalny (niezależnie od tego czy ma decyzję o przyznaniu emerytury);
- osoba która jest rencistą z tytułu niezdolności do pracy;
- pobiera stały zasiłek z pomocy społecznej;
- ma wpis o działalności gospodarczej a działalność nie jest zawieszona (niezależnie od tego czy działalność przynosi dochód).
- osoba aresztowana lub odbywająca karę pozbawienia wolności;
- osoba która jest uczniem szkoły nie dla dorosłych lub studentem studiów stacjonarnych;
- osoba która osiąga z jakichkolwiek źródeł prócz odsetek od sum zgromadzonych na koncie bankowym dochód miesięczny większy niż 690 zł (750 zł po wejściu w życie ustawy o podwyższeniu minimalnej płacy do 1500 zł brutto).

Oprócz osób bezrobotnych wyróżnia się jeszcze osoby bierne zawodowo.

Osoby bierne zawodowo nie są osobami bezrobotnymi.

Do osób biernych zawodowo należą:

Emeryci
Renciści
Osoby na urlopie wychowawczym
Osoby na urlopie macierzyńskim
Osoby odbywające karę więzienia
Zakonnicy i zakonnice
Osoby przebywający w domach opieki
Rentierzy

Pomijając szczegóły, najważniejsze jest jednak to co wyróżnia szczególnie osoby uznane za bezrobotne. To że taka osoba poszukuje możliwości uzyskania zatrudnienia, oraz że jest praktycznie gotowa i zdolna do podjęcia pracy w pełnym wymiarze dla danego zawodu.

Ma to swoje realne i logiczne konsekwencje: jeśli na przykład bezrobotny zachoruje i uzyska krótkotrwałe zwolnienie lekarskie – korzysta ze zwolnienia na zasadach analogicznych jak pracownik. Jeśli jednak choruje długotrwale, otrzymuje zasiłek chorobowy z ZUS i wówczas traci prawo do statusu osoby bezrobotnej, ponieważ przestaje być zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy.

Oczywiście ukrywanie przez kogoś faktów lub okoliczności dla uzyskania statusu osoby bezrobotnej, podczas gdy w rzeczywistości nie spełnia on warunków lub przekracza je – jest pospolitym oszustwem, wiąże się z przestępstwem wyłudzenia nienależnego zasiłku i podlega ściganiu w przypadku ujawnienia. Pospolite oszustwa zdarzają się w wielu okolicznościach i wszędzie więc nie stanowią one cechy charakterystycznej bezrobocia.

Inną konsekwencją jest to, że najczęściej alkoholik, osoba uzależniona od spożycia alkoholu nie jest zdolna i gotowa natychmiast podjąć pracę. Osoby o znacznie ograniczonym stopniu zrozumienia treści im przekazywanych, otoczenia, osoby w widocznie złym stanie psychicznym – także nie mogą być uznane za spełniające ten warunek. Oczywiście zarówno w tym jak i w poprzednim przypadku odnoszę się do praktyki urzędów pracy polegającej na bezmyślnym i nieodpowiedzialnym stosowaniu przepisów w sposób wyłącznie formalny.
Prowadzi to do szkodzenia osobom poszukującym pracy, gdyż powoduje nieudzielenie im potrzebnej pomocy, obniżenie wiarygodności urzędu pracy jako pośrednika pracy czyli szkodzi wszystkim.

Urzędy pracy działają na podstawie ustawy i przepisów wykonawczych. Mają wszelkie narzędzia dla odpowiedniego zapobiegania oszustwom, wyłudzeniom albo wykrywania ich i przekazywania do organów ścigania. Nie czynią tego jednak, dlatego status osoby bezrobotnej jest statusem niezwykle niskim. Z powodu złej polityki i praktyki, osoby nieuczciwe albo niezdolne do pracy zbyt łatwo uzyskują status osoby bezrobotnej, a następnie – wysłane do pracodawcy w celu podjęcia pracy – kompromitują Urząd jako pośrednika, siebie ale przy okazji także i ogół, sam status osoby bezrobotnej, powodując efekt uogólnienia obrazu, wytworzenia negatywnego stereotypu. Jest to ewidentna wina Urzędów Pracy, a więc zarządzających nimi dyrektorów, powołujących ich starostów (prezydentów miast) czyli ogólnie mówiąc – władzy. Władza lokalna w większości wywodzi się ze środowiska politycznego partii rządzącej. Z pewnością nie jest to wina osób rzeczywiście bezrobotnych. To wynik działania złej ustawy, a ustawa stworzona została przez parlament, który reprezentuje większość parlamentarną skupioną wokół siły politycznej jaka wygrała wybory i utworzyła rząd. A więc w konsekwencji – za opisaną tu sytuację odpowiada Rząd. Akurat w tym wypadku – Rząd Donalda Tuska, co stwierdzam absolutnie bez satysfakcji.

Sytuację pod tym względem powinno poprawić działanie polegające na restrykcyjnym stosowaniu w praktyce wymogów definicji osoby bezrobotnej oraz ściganiu oszustw jak i kierowaniu do właściwej pomocy osób uczciwych lecz niespełniających podstawowego wymogu definicji; zdolności do natychmiastowego podjęcia pracy.

Oczywiście te wszystkie dywagacje wiążą się z tym, że dotyczą istniejącej liczby miejsc pracy. Jest ich zbyt mało. O ile za mało, tego tak naprawdę nie wiadomo, gdyż ewidencyjne dane o ilości osób bezrobotnych nie są do końca wiarygodnie, a to dlatego, że obejmują one także pewną część osób np. pracujących „na czarno” jak i osób absolutnie w rzeczywistości niezdolnych do podjęcia jakiejkolwiek zorganizowanej pracy, np. czynnych alkoholików, osoby znacznie ograniczone umysłowo a nieposiadające statusu osoby niepełnosprawnej itp.
Panuje system wrzucający „do jednego worka” wszystkich którzy mogą wykazać formalne spełnienie wymogów i składają oświadczenie o innych okolicznościach – oświadczenie którego nikt potem nie sprawdza.
Formalistyczne podejście urzędników do treści ustawy objawia się tym na przykład, że osobie wykazującej pełne typowe cechy zewnętrzne zaawansowanego alkoholika i to na wygląd i na "wyczucie" - najwyraźniej bezdomnego - podsuwa się pod nos druk oświadczenia, że "jest zdolny i gotowy do natychmiastowego podjęcia pracy" po czym staje się on bezrobotnym, otrzymuje np. zasiłek dla bezrobotnych który oczywiście pogrąża go jeszcze bardziej w alkoholizmie, jest wzywany co dwa miesiące do obowiązkowej wizyty w Urzędzie by podpisać kolejny taki sam papierek, i tak przez półtorej roku. Urząd Pracy nie daje nikomu ofert, nie proponuje nikomu konkretnej pracy, jeśli ktoś sam nie szuka i nie pyta. Urząd Pracy w najlepszym przypadku zdobywa oferty pracy i je publikuje w centralnej bazie ofert oraz w formie papierowych ogłoszeń na tablicach informacyjnych w siedzibie urzędu. Be4zrobotny ma sam znaleźć sobie ofertę i o nią zapytać w Urzędzie - czy zechcą go tam skierować. A w tym przypadku - alkoholik nie pyta i nie szuka. Chce jak najdłużej dostawać od Państwa na wódkę.
Podobnie z osobami normalnie pracującymi na pełnym etacie, tyle że "na czarno". Formalnie spełniają one wszystkie wymogi, jeśli ukryją nigdzie nie notowany fakt posiadania stałej pracy i osiągania dochodów. Do osiąganych dochodów dołączą sobie jeszcze i zasiłek, a co... należy się...
Przy obowiązkowym stawiennictwie raz na dwa miesiące w z góry ustalonych terminach - z łatwością można pogodzić te obowiązki ze stałą pracą. Nie byłoby to możliwe, gdyby stawiennictwo było częstsze, nieregularne, w różnych godzinach i gdyby delikwent otrzymywał często oferty odpowiedniej pracy z obowiązkiem stawienia się do pracodawcy i udokumentowania tego. Inaczej pewnie też by było, gdyby wyłudzenia nienależnego zasiłku było surowo karane, nie tylko obowiązkiem jego zwrotu na zasadach podobnych do egzekucji obowiązku alimentacyjnego ale i odpowiedzialnością karną oraz upublicznieniem. Kara ma mieć działanie odstręczające od zamiaru przestępczego, wyłudzenie np. zasiłku nie może się w żadnym przypadku opłacać.

Jeśli urząd pracy wyśle alkoholika do pracodawcy jako kandydata do pracy poszukiwanego przez tego pracodawcę, to ośmiesza nie tylko Urząd jako pośrednika ale psuje wizerunek wszystkich kandydatów kierowanych przez urzędy pracy. Rodzi się w ten sposób stereotyp bardzo szkodliwy i niesprawiedliwy dla tych rzeczywistych, prawdziwych bezrobotnych.
Jeśli Urząd skieruje do pracodawcy osobę już gdzieś na czarno pracującą, to będzie się ona tam broniła rękami i nogami przed zatrudnieniem jej, co rodzi stereotyp że bezrobotni to lenie wcale nie chcący pracować, stereotyp bardzo szkodzący opinii ogólnej o bezrobotnych a więc głównie tym prawdziwym bezrobotnym, rzeczywiście poszukującym zatrudnienia.

Na dodatek: to co opisałem powyżej - to nie jest wina rzeczywistych bezrobotnych. Nie mają oni na to żadnego wpływu. To wina głupiej ustawy, biurokracji w Urzędzie, a więc wina Władzy. Wina Rządu. I owszem: wina Tuska. Jako premiera i szefa partii rządzącej.
Osoby rzeczywiście bezrobotne chcą pracować, potrzebują szybkiej i skutecznej pomocy, głównie dotyczącej przekonania pracodawcy do realizacji zamiaru zatrudnienia ich> Osoby bezrobotne nie życzą sobie być "wrzucane do jednego worka" z alkoholikami, oszustami, osobami niepełnosprawnymi umysłowo czy bezdomnymi. Dla tych wymienionych osób potrzebna jest inna, specjalistyczna pomoc i zasługują one na nią; alkoholicy na leczenia a potem resocjalizację, oszuści na odpowiedzialność za próbę wyłudzenia - co także należy uznać za pomoc; pomoc w zrozumieniu zasad funkcjonowania społeczeństwa praworządnego. Osoby nie w pełni sprawne umysłowo, na odpowiednią opiekę i pomoc ale nie z Urzędu Pracy a z Opieki społecznej. Urzędy pracy powinny selektywnie zajmować się tylko rzeczywiście bezrobotnymi.

Cały istniejący system jest straszliwie niefunkcjonalny i marnuje ogromne środki publiczne, nie osiągając podstawowego i głównego celu. Równolegle z przeciwdziałaniem skutkom bezrobocia muszą towarzyszyć działania zapobiegające przyczynom bezrobocia, a więc rozkładowi gospodarki, zastępowaniu likwidowanej produkcji własnej, lokalnej – importem obcych wyrobów, rozwijaniu i promowaniu turystyki do Polski dającej lokalnie wiele miejsc pracy (obsługi turystycznej) wraz z działaniami ekologicznymi, odbudową części przemysłu zniszczonego w latach 90-tych, właściwej polityce edukacji zawodowej i szkolnictwa wyższego itp. To wszystko jest konstytucyjnym obowiązkiem siły politycznej jaka przyjęła władzę i stworzyła Rząd Rzeczypospolitej Polskiej.

25/02/2012

45.
Rozmowa głuchego ze ślepcem…?

Strona rządowa zawarła w projekcie ustawy zmieniającym system emerytalny zasadę uzależniającą prawo do przejścia na emeryturę z ukończeniem 67 roku życia, tak dla mężczyzn jak i dla kobiet, z jednoczesnym oczekiwaniem wykazania wymaganego minimalnego stażu ubezpieczeniowego (25 lat dla mężczyzn i 15 lat dla kobiet) oraz gwarancją emerytury minimalnej.

Jak dotychczas Premier wypowiadając się w tej sprawie, nie wyraził najmniejszej nawet chęci do jakiejkolwiek zmiany stanowiska rządowego. Jest to postawa tyleż butna i antydemokratyczna, co infantylna – gdy z jednej strony rozwija się platformę konsultacji społecznych, dyskusji, debaty publicznej a z drugiej strony nie ma najmniejszych oznak nawet teoretycznej gotowości do zmiany stanowiska. Widocznie Premier uważa, że konsultacje społeczne są po to, aby „ludziska sobie pogadali, ponarzekali a my i tak zrobimy swoje, bo to nie podlega dyskusji” albo traktuje konsultacje społeczne i całą dyskusję medialną wyłącznie jako formę przekazu jednostronnego, to znaczy platformę propagandy, przekonywania wszystkich do swojego zdania bez najmniejszej możliwości i zamiaru zmodyfikowania go.

Z drugiej strony – Solidarność a także odrębnie – SLD po pierwsze żądają referendum w tej sprawie, czyli przyznania prawa do decyzji większości demokratycznej, a po drugie wysuwa kontrpropozycję, by na emeryturę można było przejść po 40 latach pracy (mężczyzna) i 35 lat pracy (kobieta), niezależnie od wieku. Ogólnie – by staż pracy decydował o przejściu na emeryturę a nie wiek.

Oczywiście narzuca to wiele pytań i wątpliwości, ale strony jak widać nie chcą i nie organizują rozmów, by te wątpliwości wyjaśniać i dążyć do wypracowania kompromisu.
Przyznam, że nie odpowiadają mi propozycje SLD i Solidarności, ani co do referendum, ani co do uzależnienia prawa do emerytury tylko od stażu pracy, a to z tego powodu, że sytuacja ogólnie nie sprzyja rozumnemu czy może "rozumowemu" załatwieniu tego problemu, więc referendum będzie jedynie bezmyślnym, emocjonalnym więc sterowanym plebiscytem. Podobnie nie odpowiada mi buta Premiera i jego bezkompromisowe stanowisko.
Wątpliwości są jakoś, lepiej lub gorzej artykułowane przez dziennikarzy, polityków i blogerów, każdy kto interesuje się życiem codziennym może je poznać i nawet zająć stanowisko w tych sprawach, choćby w Internecie.

Chciałbym tu jednak zadać pytanie zasadnicze: dlaczego może być tylko tak – lub tak. Przecież mieliśmy już całkiem niedawno system dwutorowy, gdzie do przejścia na emeryturę wystarczyło spełnić jeden z warunków; albo stażu, albo wieku. Możliwość przejścia na emeryturę po uzyskaniu stażu pracy 40 lat mogłoby być wykorzystane przez mężczyzn  wcześnie rozpoczynających pracę zawodową, a osoby które zaczęły pracę później, po studiach, po wojsku, po urodzeniu i odchowaniu dzieci itp. – korzystałyby z możliwości uzyskania emerytury związanego z wiekiem, bez uwzględniania stażu (prócz tego minimalnego).
Dlaczego system nie może być dwutorowy, równoległy. Wymagałoby to oczywiście analizy finansowej i symulacji na danych statystycznych, czy taki układ, uniwersalny i bardziej prospołeczny – spełniłby oczekiwane po reformie kryteria ekonomiczne dla budżetu, bo to przecież jest istotą tej reformy: pieniądze a nie ludzie są tu ważne (dla projektodawców).

Tak czy inaczej pozostaje wiele wątpliwości ale jak dotychczas nikt nie okazuje woli czy zamiaru wyjaśniania ich społeczeństwu.

20/02/2012

35.
Podejrzana reprezentacja narodu…

W artykule pt. Będą pracować dłużej – czy dłużej czekać, głodując lub żebrząc…? znalazł się fragment dotyczący projektu zmiany wieku emerytalnego; fragment do którego chciałbym powrócić, by go nieco rozwinąć.

„…Wszystko co się dzieje w tej sprawie i jak się dzieje – jest jakieś pokrętne, wypaczone; czy Polacy rzeczywiście nie potrafią nic załatwić normalnie, w rzeczowy, cywilizowany i konstruktywny sposób?
Waldemar Pawlak, a teraz za nim i Minister Rolnictwa z PSL– jawnie wyrażają swoją niechęć do tej zmiany, zachowują się jawnie nielojalnie jako koalicjant - apelując o jej zaniechanie. Przypuszczam, że może to być sygnałem dla Premiera, ostrzeżeniem by nie dokonywał zmian na wsi, nie tykał KRUSu, a może sygnałem dla jakiegoś stronnictwa wewnątrz PO, że PSL nie będzie się upierało w trwaniu przy Premierze Tusku… To bardzo zły sygnał dla społeczeństwa, w związku z tą reformą. Znów okazuje się, że społeczeństwo jest traktowane jak jakiś dodatek jedynie – do polityków i ich nieodpowiedzialnych „zagrywek” w których społeczeństwo jest częściej piłką niż graczem lub sędzią…”


Polska „klasa polityczna” zachowuje się od lat dziwacznie. Wydawałoby się oczywiste, że do władzy, do podejmowania decyzji, do zarządzania, realizacji prawa i jego ustalania – społeczeństwo powinno delegować najlepszych swoich przedstawicieli, jednostki wybitne i merytorycznie i moralnie. To po prostu logiczne. Tymczasem widzimy zjawisko dokładnie odwrotne. Nie chodzi o jednostki, jednostkowy przypadki czy wybryki - bo jakiś margines jest wszędzie gdzie jest człowiek; afery uwidaczniają się w każdym społeczeństwie i na każdym kontynencie, ale u nas margines raczej stanowią ci kompetentni i normalni.

Musi być jakaś przyczyna a leży ona i w jakości wychowania i kształcenia młodego pokolenia – od dawna, i w systemie politycznej reprezentacji. Systemie partyjnym.
To skomplikowany problem którego nie chcę tu analizować szczegółowo (dobry temat na pracę doktorską), ale trzeba sobie zdać sprawę, że jak świadczą fakty - rządzą nami najgorsi i najgłupsi i że to system wyłaniania Rządu, Sejmu czy Senatu decyduje o najdrobniejszym nawet szczególe codziennego istnienia każdego obywatela, o jego losie, jakości życia a nawet i jakości pogrzebu. Los i jakość życia każdego z nas zależy od tego bezpośrednio.
Co do zasady warto więc chyba zastanowić się co zrobić, by społeczeństwo kształciło młode kadry stanowiące tę właściwą, rzeczywistą elitę decyzyjną i wykonawczą władzy, no i by władza wywodziła się z tych właśnie osób przygotowanych do pełnienia funkcji administracyjnych i decyzyjnych. To przerażające ale i absurdalne że ludzie wydają się tego zupełnie nie rozumieć.

Odnoszę wrażenie, że władza i „elity decyzyjne” dotychczas były przypadkowe, a przede wszystkim od czasów Mazowieckiego – po prostu amatorskie. Czy młodzieniec słabo się uczący, kiepsko dopilnowany przez rodziców zajętych pracą i borykaniem się z „komuną”, popalający „trawkę” z kumplami po kątach i niezbyt na dodatek utożsamiający się z Polską - – to rzeczywiście idealny kandydat na przyszłego premiera? Minione afery i sprawy po części tylko ujawnione przez Sejmowe Komisje Śledcze – dowodzą nam, że do władzy, Sejmu i Rządu dostaje się najgorszy element społeczny, najgorszy „sort” obywateli. To były często wręcz pokazy cynizmu, krętactwa, prywaty, nepotyzmu, niekompetencji, nieuczciwości, prostactwa, prymitywizmu moralnego.

Zostawiamy to przypadkowi i obcej agenturze układającej nasze losy znacznie skuteczniej niż my sami. Ale czy ciągłe grzebanie w systemie szkolnictwa, spadająca jego jakość, promowanie marihuany i jej depenalizowanie nie spowoduje, że gdy przyjdzie czas na zmianę pokoleniową we władzy, znów będziemy mieli zaćpanych i niedouczonych, nafaszerowanych "dopalaczami" i otumanionych grami komputerowymi kandydatów „na haju”? Powierzymy im nasz los?

Może to apel idealisty, ale uważam, że czas z tym skończyć. Społeczeństwo w geście samoobrony musi to zmienić i MOŻE to zmienić – tak jak powstrzymało ACTA.

Odwiedziny: