BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą platforma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą platforma. Pokaż wszystkie posty

24/10/2013

Kolejne marnotrawstwo pieniędzy EFS – śliczne kursy „psu na budę”.

Pisałem niedawno o tym, że w okresie 2012/2013 wygaszono prawie całkowicie szkolenia przekwalifikowujące lub uaktualniające kwalifikacje dla osób bezrobotnych z grupy wiekowej „50+”, finansowane z Europejskiego Funduszu Społecznego.

Stało się tak na fali krytyki związanej z efektami ewaluacji, ujawniania się ogromnej nieskuteczności tego programu i jednocześnie jego ogromnych kosztów. Po prostu władza przesadziła z „puszczeniem wszystkiego na żywioł” – cyniczny i zachłanny żywioł biznesowy pod parasolem ochronnym Platformy Obywatelskiej. Być może obawiano się też trochę zbytniego nagłośnienia tej sprawy i reakcji unijnych instytucji kontrolnych lub samego EFS. Nagle znikło wszelkie zainteresowanie szkoleniami dla osób niepracujących za to zaczęły mnożyć się oferty skierowane do osób pracujących i ich pracodawców, szczególnie działających w kilku wybranych branżach.

Co do ewaluacji – zadbano o to, by nie stworzono narzędzi rzeczywistej kontroli efektywności szkoleń bezrobotnych, mających dzięki temu otrzymać szansę trwałego zatrudnienia.
Jeśli przyjmuje się na przykład, że sukces szkolenia następuje wówczas, gdy uczestnik takiego kursu znajdzie w ciągu trzech miesięcy od jego zakończenia jakiekolwiek zatrudnienie, to prowadzi to do absurdu, gdyż nie bada się czy wspomniane zatrudnienie ma jakikolwiek związek z tym kursem czy szkoleniem; związek tematyczny ale i związek przyczynowo-skutkowy. Jeśli np. kobieta pięćdziesięcioletnia ukończy kilkutygodniowy kurs podstaw księgowości, to księgowo po prostu nie jest, nie ma też doświadczenia praktycznego i nie ma na nie szans, gdyż nie uzyskuje żadnego zatrudnienia prawdopodobnie ze względu na wiek (niezależnie od liczby i jakości przebytych kursów). Jeśli w okresie do trzech miesięcy, przymuszona biedą, głodem, podejmie pracę np. sprzątaczki na umowę na czas określony (np. pracę tymczasową) to w myśl zasad ewaluacji szkoleń dotowanych z EFS – kurs odniósł sukces. To, że nie uzyskała pracy choć częściowo związanej z tematem kursu – księgowością (sprzątanie biur działu księgowości w jakiejś firnie – to jednak nie księgowość), że po kilku miesiącach ponownie powróci do rejestru bezrobotnych gdy minie okres jej zatrudnienia tymczasowego – już nikogo nie obchodziło a przecież to w ewidentny sposób świadczy o klęsce, o bezsensowności tak zaprojektowanego szkolenia czy wręcz o skandalicznym marnotrawstwie pieniędzy z funduszy unijnych. Sukces odniosła tu jedynie firma szkoleniowa prowadząca ów projekt; to sukces w sensie finansowym, oraz – w sensie sprawozdawczym – instytucja nadzorująca i pośrednicząca, czyli odpowiedni Wojewódzki Urząd Pracy i Ministerstwo Pracy.

W nowej perspektywie finansowej proceder ten zaczyna się odradzać, powtarzać. Widać tu, że niepowodzenie poprzedniego programu dofinansowania projektów unijnych nie było skutkiem niewiedzy czy braku doświadczeń a świadomie dopuszczonym „przekrętem” mającym jedynie „sprywatyzować” jak najwięcej z dostępnych pieniędzy a w żadnym wypadku nie zmniejszyć bezrobocia, jakie jest przykrywką dla tych działań i daje świetne alibi oszustom, rozgłaszającym na wszystkie strony o swoim zaangażowaniu społecznym i „misji”.
Jedyną różnicą jest dziś to, że oferta nie jest już skierowana bezpośrednio do bezrobotnych.
Dla przykładu; we Wrocławiu aktualnie trwa rekrutacja na kurs podstaw obsługi komputera dla osób z grupy „50+” w tym i osoby w wieku 64 lat niepracujące lecz deklarujące chęć podjęcia pracy. Różnica polega na tym, że projekt ten nie dotyczy Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki priorytetu VI, np. 6.1.1 – w którego ramach organizowane były kursy dla bezrobotnych, a priorytetu IX, mianowicie 9.6 upowszechnianie uczenia się dorosłych; 9.6.2 – upowszechnianie kompetencji osób dorosłych z zakresu ITC. Projekt ten trwa od jakiegoś czasu, cyklicznie „wypuszczając” osoby które dzięki temu po raz pierwszy zetknęły się z komputerem i oprogramowaniem i jakoś to przeżyły, wieszając sobie na ścianie swój certyfikat ECDL w złotych ramkach. Ma on duże zainteresowanie, bo jest dla uczestników absolutnie darmowy.

Czy to ma jakikolwiek związek z bezrobociem?
Wydaje się, że bezpośrednio – nie. Projekt ten nie ma na celu wpływać na stan bezrobocia. Być może firmy szkoleniowe zrozumiały już, że powodem bezrobocia w tej grupie wiekowej nie jest brak kompetencji a po prostu – nastawienie pracodawców by ludzi w tym wieku nie zatrudniać niezależnie od jakichkolwiek okoliczności, no może poza pokrewieństwem i koligacjami rodzinnymi.

Bardzo dobrze, że dba się o rozwój kompetencji tak zwanych „seniorów”, z punktu widzenia społecznego to świetnie, że ktoś taki może dzięki Europejskiemu Funduszowi Społecznemu odkryć całkiem nowe dla siebie obszary życia, choćby poprzez samodzielne korzystanie z komputera jako środka dostępu do informacji, wiadomości itp. Osoby 64-letniej po takim kursie komputerowym i tak dziś nikt nie zatrudni do żadnej pracy, dokładnie tak jak i przed takim kursem. Rozumiem więc, że beneficjentami mają być tu seniorzy posiadający jakieś źródła środków na podstawowe utrzymanie, np. pozostający na utrzymaniu swoich rodzin (dzieci).

Powtórzę tu jednak po raz kolejny: moim zdaniem sytuacja niedoboru powinna powodować koncentrację środków na celach najważniejszych, najtrudniejszych, najpilniejszych. Sytuacja w której są pieniądze na rozwój umiejętności seniorów, na budowę fontann, upiększanie miast, remonty parków miejskich, na wielkie przedsięwzięcia kulturalne dla elity a jednocześnie setki tysięcy bogu ducha winnych osób z powodu systemowej odmowy zatrudnienia walczy o przetrwanie każdego dnia, by jakimś cudem utrzymać dach nad głową, zdobyć schludną odzież i zjeść choć jeden posiłek dziennie – jest sytuacją skandalicznego wypaczenia, wynaturzenia – wywodzącego się z ideologii PO.
Nie czas teraz na "zabawianie" seniorów-emerytów, urozmaicanie im nudnego życia.
Jest teraz czas na stworzenie warunków dla powstania bardzo wielu potrzebnych miejsc pracy i to nie pracy czasowej i dotowanej.
Jest teraz czas na kierowanie gospodarką przez władze publiczne, stwarzające przedsiębiorcom właściwy i jak najbardziej korzystny klimat dla działalności i inwestycji, ale także i nie zapominających o elementarnych potrzebach społecznych.
Jest czas na wielki program szkolenia przedsiębiorców mający uświadomić im niezbędną konieczność przestawienia polityki kadrowej na zatrudnianie osób starszych bo taka jest przyszłość demograficzna Polski i całego świata.
Jest wreszcie najwyższy czas na stworzenie mechanizmu finansowego skłaniającego pracodawców do zatrudnienie osób starszych na wzór mechanizmu PFRON dotyczącego osób niepełnosprawnych.

Jednego nie wolno: milczeć i udawać, że „nie ma problemu”.

22/08/2013

Nie ma pracy, nie ma życia – dla bezrobotnych „50+”.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że prawo unijne a pod jego wpływem obecnie i prawo krajowe jednoznacznie i kategorycznie zabrania nierównego traktowania obywateli w związku z zatrudnieniem – z jakiegokolwiek praktycznie powodu.

Jednym z takich (zakazanych) powodów jest też oczywiście kwestia wieku kandydata do zatrudnienia lub wieku pracownika.
Wiek jest w zasadzie prywatną sprawą obywatela i nic do niego pracodawcy.
Jeśli chodzi o przydatność do określonej pracy oraz fizyczną możliwość jej wykonywania, to także nie jest sprawa pracodawcy a raczej własnego poczucia tej osoby zainteresowanej, która chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykonywanie jakiegoś zadania i sama najlepiej wie, czy jest to w stanie właściwie zrobić, czy podoła temu zadaniu, oraz lekarza medycyny pracy, który mu wydaje lub odmawia wydania orzeczenia o braku przeciwwskazań do wykonywania tej konkretnej pracy, biorąc pod uwagę stan zdrowia, stopień zużycia organizmu, czyli właśnie w konsekwencji także wiek, gdyż wcześniej wymienione elementy są często jego pochodną. Jest to też sprawa odpowiedniego badania i obiektywnego orzeczenia lekarza. Pracodawca ma się skupić na zadaniu którego wykonanie jest mu potrzebne a nie na osobie je wykonującej. W krajach zachodnich czy USA od dawna tak to funkcjonuje, szczególnie w dużych firmach. Oczywiście zasada jest wystarczająco elastyczna; są możliwe także rozwiązania skrajnie przeciwne – jeśli są uzasadnione (możliwe do wiarygodnego uzasadnienia); niektóre prace są ściśle związane z wiekiem, aparycją, wyznaniem itp.
W znakomitej większości przypadków pracodawca powinien chcieć jedynie, by jakieś konkretne zadania zostały prawidłowo wykonane i nic mu do tego, czy ten – kto je będzie wykonywał jest kobietą czy mężczyzną, katolikiem czy protestantem, osobą młodą czy starszą, Europejczykiem Amerykaninem, Australijczykiem czy Afrykaninem itp.

Mówienie w warunkach polskich o bezrobotnych „z grupy 50+” już samo w sobie niebezpiecznie zbliża się do granicy prawa, w aspekcie właśnie szykanowania czy nierównego traktowania w sprawach pracy ze względu na wiek. Taki „wyróżnik” po prostu nie powinien być w ogóle potrzebny w związku z tym o czym pisałem wyżej. Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że dopuszczalne jest co najwyżej definiowanie pewnych grup pracowników, jak na przykład ludzie młodzi do 24 czy 26 roku życia, albo ludzie starsi – po 50 roku życia (ale przed wiekiem emerytalnym) jedynie dla lepszego ukierunkowania i zdefiniowania pomocy państwa w przypadku ich problemów z zatrudnieniem. W pierwszym przypadku mamy umowną granicę „młodości” związaną pewnie z wiekiem w którym kończy się studia i wchodzi w okres pracy zawodowej. Skąd jednak 50 lat jako granica czy wyróżnik jakiejkolwiek grupy osób – nie mam pojęcia. I dlaczego akurat 50? Stosuje się też czasem jeszcze bardziej niekonkretny i irytujący wręcz swoim kolokwializmem termin „seniorzy” termin który w takim zastosowaniu w ogóle nie powinien być dopuszczalny.
Na koniec lutego 2013 roku w Polsce było 2.337.000 osób bezrobotnych, w tym prawie połowa to kobiety. Stopa bezrobocia wynosiła 14.4% czyli o 1pp więcej niż w lutym ubiegłego roku. Liczba ta obejmuje jedynie tych bezrobotnych, którzy deklarują gotowość do natychmiastowego podjęcia pracy i poszukują jej, czyli osoby określone ustawowo.
Prócz tego jest ogromna ilość osób, które już – na skutek długotrwałych i bezowocnych wysiłków znalezienia zatrudnienia – straciły zdolność wykonywania pracy, często straciły „dach nad głową” i wszystkie oszczędności czy zasoby materialne. Osoby te stały się często trwale nieaktywne zawodowo i znalazły się często już nieodwracalnie poza rynkiem pracy, zostały z niego trwale wypchnięte, wyrugowane przez społeczeństwo. Gdyby doliczyć te osoby do liczby bezrobotnych – okazałoby się, że w Polsce jest nieco ponad 2.890.000 osób w wieku produkcyjnym nieaktywnych, nie biorących czynnego udziału w życiu gospodarczym, nie zarabiających pieniędzy i nie wydających ich na rynku wewnętrznym, nie odprowadzających w związku z tym podatków itp. Wydaje się to ogromnym marnotrawstwem. Nie tylko materialnym.

Wzrasta stale liczba osób niezatrudnionych ze wspomnianej umownej grupy „50+”, pomimo że to z tej grupy najwięcej osób zostaje wyrugowanych na trwałe z rynku pracy. W ciągu 2012 roku liczba ta wzrosła o 8,3% natomiast grupa bezrobotnych osób młodych wzrosła w tym samym czasie o 1,2%. Na skutek „alarmu” podniesionego przez jednego z komisarzy w Komisji Europejskiej w sprawie „bezrobocia młodych” – uwaga decydentów skupiła się na młodych bezrobotnych, tymczasem właśnie grupa osób starszych znalazła się w dużo od nich gorszym położeniu.
Ma to związek ze zmianami demograficznymi; przybywaniem osób starszych – jako procesem demograficznym, starzeniem się społeczeństwa.

Jednak jeszcze obecnie ważniejszą przyczyną jest odmowa zatrudnienie osób starszych, jak już wspomniałem na początku – często ze złamaniem prawa. Niestety nie wiadomo dokładnie co jest tego powodem; nikt pracodawców o to poważnie nie wypytuje a też i oni nie podają rzeczywistych powodów – zmyślając jakieś mniej lub bardziej durne preteksty, wymieniane czasem przez rzeczników organizacji pracodawców. Jedynym więc logicznym wyjaśnieniem jest, że nie podają oni faktycznych powodów – bo w rzeczywistości mają świadomość , że powody te stanowią złamanie przepisów prawa. Wyjaśniając prawdziwe powody – przyznawaliby się publicznie co najmniej do wykroczenia zasługującego na wysoki mandat karny. Pracujące osoby starsze są też częściej niż młodsze zwalniane w przypadku konieczności redukcji zatrudnienia.

Kolejną przyczyną zwolnień jest… okres ochronny przed zwolnieniem z pracy, określony ustawą Kodeks Pracy: osoby którym pozostało nie więcej niż cztery lata do nabycia uprawnień emerytalnych nie wolno już pracodawcy zwolnić z pracy, dlatego zwalnia on tę osobę na wszelki wypadek tuż przed wejściem we wspomniany czteroletni okres ochrony stosunku pracy. Osoby starsze na skutek długiego stażu pracy często więcej niż młodzi zarabiają, dlatego też i zwolnienie takiej osoby daje pracodawcy większe oszczędności na kosztach pracy. Z całej grupy obywateli w wieku 55 – 64 lat pracuje obecnie tylko 39%, czyli o 10% mniej niż wynika ze średniej europejskiej.

Jednocześnie stale maleje i tak niezwykle niski odsetek bezrobotnych pobierających zasiłek dla osób bezrobotnych. Gdy w 2001 roku zasiłek otrzymywało nieco ponad 20% bezrobotnych co i tak jest skandalicznym rozwiązaniem w porównaniu ze średnią europejską, w ubiegłym roku (2012) zasiłek otrzymywało 16,7% a obecnie już tylko 16,1% To oczywiste, gdy przy niezmienionych, przestarzałych przepisach ustawowych wydłuża się znacznie statystyczny okres poszukiwania pracy, znacznie już przekraczając okres pobierania zasiłku. Ma to oczywisty wpływ na trwałe wyłącznie się osób początkowo bezrobotnych z poszukiwania pracy. Następuje tu znany i dostatecznie zbadany ale jednak zupełnie nie uwzględniany przez władzę efekt psychologiczny; utraty wiary we własne możliwości intelektualne, w posiadane kompetencje a w końcu – poczucie kompletnego braku wartości, narastająca depresja ogólna, związany z depresją i jednocześnie brakiem pracy – niedobór ruchu, wysiłku fizycznego powodujący choroby somatyczne, nadwagę, otyłość (co jeszcze bardziej utrudnia znalezienie pracy), braki materialne z czasem uniemożliwiające już poszukiwanie pracy przez utratę wiarygodności dla ewentualnych pracodawców, desocjalizacja, zanik zdolności podporządkowania się dyscyplinie zewnętrznej a nawet wewnętrznej, wyłączanie się z życia kulturalnego, społecznego, towarzyskiego, redukcja zainteresowań. To wszystko jest skutkiem bezrobocia a po przekroczeniu pewnej granicy – staje się tego przyczyną, czyli zamyka się koło zależności przyczynowo – skutkowej. To jakby samonapędzający się mechanizm destrukcji człowieka, porównywany czasami trafnie do równi pochyłej po której stacza się człowiek nieuchronnie „aż na dno” a ruch raz zapoczątkowany na jej szczycie często przez jakiś przypadek, jest trudny, prawie niemożliwy do powstrzymania i trwa nieuchronnie – aż do końca.

Bez zasiłku czy co najmniej równoważnych dochodów, poszukiwanie zatrudnienia staje się z konieczności fikcją. Zasiłek otrzymuje się (statystycznie 16 na 100 osób bezrobotnych) zasadniczo przez sześć miesięcy a w niektórych przypadkach przez 12 miesięcy. W krajach zachodniej Europy czy skandynawskich – zasiłki otrzymuje 70 – 80% bezrobotnych, pozwala on w zasadzie normalnie funkcjonować i efektywnie poszukiwać zatrudnienia.

Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć, ale też i prawie nikt nie pyta – za co żyją pozostali bezrobotni; tych statystycznych 84 na 100. Zresztą; – nie wszyscy żyją; wielu z tego powodu przestaje żyć, co nie jest objęte rzetelnym badaniem statystycznym a więc i umyka opinii publicznej. Tak sformułowane publicznie pytanie spotyka się co najwyżej ze wzruszeniem ramion…
Ale to jest właśnie jeden z powodów tak gigantycznego spadku zaufania i poparcia społecznego władzy. To odhumanizowanie władzy. Kompletna nieodpowiedzialność działań na skalę społeczną.
Premier nagle ocknął się ze swojego liberalnego snu w samoregulację i stwierdził, że władza zacznie wspierać inwestycje w polski przemysł, na początek w ramach Specjalnych Stref Ekonomicznych. Że chce zamienić Polskę w „raj inwestycyjny”. Że trzeba szybkiego przyspieszenia gospodarczego i realnych zachęt do inwestowania i tworzenia przez to nowych miejsc pracy w przemyśle – tu na miejscu coś produkującym i korzystającym przy tym z lokalnego, miejscowego rynku pracy.
W Zachodniopomorskim przedsiębiorcy już od miesięcy czekają, gotowi do rozpoczynania inwestycji w SSE, posiadając już nawet pozwolenia budowlane. Czekają na sygnał władzy. Sygnał jednak – to jeszcze zbyt mało. Niestety obawiam się, że to się stało zbyt późno i dalej będzie się „ciągnęło” w różnych instancjach administracji oraz w Parlamencie. Urzędnicy zawsze mają czas.

Wiele wskazuje na to, że działania na rzecz bezrobotnych „50+” muszą być skierowane do przedsiębiorców a nie jak dotychczas głównie do bezrobotnych, bo podstawową przyczyną problemu (abstrahując od braku miejsc pracy w ogóle) – są irracjonalne postawy przedsiębiorców. Jakiś idiota kiedyś wymyśli sobie, że „aktywizacja bezrobotnych” ma się dokonać poprzez oddziaływanie na bezrobotnych, a przecież oczywiste się wydaje dla każdego, kto miał z tym zagadnieniem bezpośrednio do czynienia, że bezrobotny – jest bezrobotny z powodu postawy pracodawców, którzy go nie chcą zatrudnić i nawet nie podają przyczyny, uzasadnienia (bo nie muszą). Owszem: jeśli bezrobotnemu brakuje jakichś kompetencji, to należy mu pomóc je uzyskać poprzez szkolenie, ale historia dowodzi, że szkolenia masowo w pewnym okresie czasu odbywały się, a bezrobotni w nich uczestniczący i tak w większości nie zostali zatrudnieni. To ewidentny przykład źle ukierunkowanego działania.
Działania muszą tu być różnorodne: kampania informacyjno-promocyjna wyjaśniająca wątpliwości pracodawców i informująca ich o skutkach ich nieprzemyślanych decyzji; promowanie tych którzy zaczynają zatrudniać osoby starsze, przestają to uzależniać od wieku czyli w pełni podporządkowują się prawu unijnemu. Niezbędne jest zasadnicze uproszczenie i uporządkowanie prawa pracy; ustawa obecnie obowiązująca dotycząca zwalczania bezrobocia jest podobnie jak kodeks pracy – dziwaczną pozostałością czasów „budowy ustroju socjalistycznego na wzór radziecki” i musi być zastąpiona całkowicie nowym, współczesnym rozwiązaniem prawnym. Także i postawy skrajnie przeciwne powinny moim zdaniem być rejestrowane i napiętnowane, powinny kształtować negatywny publiczny wizerunek firm obchodzących prawo, oszukujących pracowników i skarb państwa.

Osoby bezrobotne w większości muszą otrzymywać zasiłki oraz rzeczywistą pomoc w przekwalifikowaniu i poszukiwaniu zatrudnienia a źródło ich finansowania musi być zasilane wyłącznie przez przedsiębiorców, pracodawców. W razie konieczności trzeba w tym celu zmienić przepisy odpowiedniej ustawy oraz podwyższyć składkę na Fundusz Pracy lub ustanowić wręcz nowa składkę, tak by powstał nowy fundusz celowy utrzymania osób bezrobotnych 50+. Być może pracodawcy zechcą zatrudniać osoby starsze wówczas, gdy z powodu odmowy zatrudnienia – sami będą musieli te osoby utrzymywać; siła argumentu finansowego zawsze przemawiała do pracodawców, znacznie bardziej niż względy narodowe, społeczne, moralne czy polityczne. Tak czy inaczej, coś trzeba zrobić z tym problemem. Nie wystarczy pisanie „programów solidarności z 50+” – do szuflady.

Niestety tak tragiczna i nadal pogarszająca się sytuacja bezrobotnych z grupy wiekowej 50+ nie ma żadnego odzwierciedlenia w działaniach rządu ani samorządu. Mieliśmy już kilka programów „solidarności pokoleniowej” np. ministra Michała Boniego – które trafiły do szuflad gdyż okazały się wielką fikcją, ale nadal w sposób fikcyjny „obowiązują” i nawet są ponoć fikcyjnie realizowane. Wiąże się to także z tragicznym marnotrawstwem środków pomocowych z Unii. Wszystko to budzi po prostu obrzydzenie swoim odczłowieczeniem i cynizmem, obrzydzenie w sposób naturalny skierowane na „tych co rządzą” czyli głównie na Platformę Obywatelską i Donalda Tuska jako jej szefa. A najbardziej razi dziś to, że partia sprawująca władzę, odpowiedzialna za to – śmie się nazywać „obywatelska”. Coś co kiedyś dało impuls wielkiego poparcia na fali nadziei na właściwe zmiany – dziś już tylko irytuje. Dlaczego Platforma Obywatelska nie podejmuje żadnych działań zmierzających do naprawy swego wizerunku…?

„Wyrównanie szans” w wydaniu Platformy Obywatelskiej: całkowicie brak jakichkolwiek projektów dla grupy bezrobotnych „50+”(brak we wszystkich województwach).


09/06/2013

„Badylarz” się buntuje…

Zespół do spraw ubezpieczeń Komisji Trójstronnej, składający się z przedstawicieli pracodawców, Rządu i Związków Zawodowych podjął wspólną decyzję o rozpoczęciu prac przygotowawczych dotyczących projektu NSZZ „Solidarność” – objęcia składkami ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego wszystkich umów–zlecenia. Powstał projekt ustawy zmieniającej „Ustawę o systemie ubezpieczeń” obejmujący to zagadnienie, ma on być wkrótce skierowany do konsultacji społecznych.
Podstawą tego projektu są nowe przepisy, zaproponowane przez Solidarność.

Biorąc pod uwagę dotychczasowe nastawienie „anty” szeroko rozumianej „władzy” do wszystkiego co pochodzi od tego związku zawodowego – wygląda na to, że władza już zdaje sobie sprawę ze skali obecnej patologii, ale jeszcze nie ma na jej usunięcie żadnego pomysłu z którym mogłaby sama wystąpić – nie narażając na szwank swojego Prezia i jego notowań w badaniach poparcia społecznego. Jeśli bowiem skutek będzie zły – zawsze można powiedzieć: to „Solidarność” była pomysłodawcą a my dla dobra demokracji zgodziliśmy się na wypróbowanie ich propozycji, by opozycja nie miała argumentu o totalitarnych zapędach władzy i ignorowaniu głosu części społeczeństwa. Jeśli natomiast będzie dobrze – to jednak okaże się wówczas, że Solidarność jest tylko „pomysłodawcą” a cała zasługę władza przypisze sobie i swojemu Preziowi…

Ale mniejsza z tym: chodzi o skutek; jakby nie było – dobrze, że zajęto się wreszcie tym problemem.
Przypuszczam, że chodzi tu o stworzenie przeciwwagi dla tendencji pracodawców do uciekania od umów o pracę, w stronę jak najszerszego stosowania umów-zlecenia, nawet „balansując na krawędzi prawa” jak to nazywał nasz noblista Chłopek-Roztropek. Balansując a często – mając prawo po prostu w prozaicznej dupie. Przykładem są na to niedawne wypowiedzi Przewodniczącego Związku Przedsiębiorców i Pracodawców – Cezarego Kaźmierczaka.
Taka popularność umów zlecenia jest często związana z paranoicznym dążeniem do ograniczenia kosztów w celu maksymalizacji osobistego zysku – czyli wynika moim zdaniem ze skrajnego chamskiego pazerniactwa a nie z jakichś powodów ekonomicznych czy gospodarczych. Wynika ze słabości firm, głupio zaprojektowanej działalnoiści gospodarczej, zakladanej doraźności interesu, majacego szybko przynieść maksymalny zysk a następnie – likwidowanego.
Niemalże normą jest dziś wykorzystywanie wszystkich prawnych możliwości, by unikać odprowadzania składek na ubezpieczenie społeczne a nawet i zdrowotne na rzecz pracowników. Jest to społecznie szkodliwe, dlatego państwo występując w interesie społecznym musi podejmować przeciwdziałania. Bo państwo po prostu po to jest.

Jak wiadomo zleceniobiorca pracownikiem nie jest, dlatego w wielu wypadkach zamiast na umowy o pracę, zatrudniano wykonawców pracy na podstawie umów-zlecenia – wykorzystując wszystkie luki i „kruczki prawne”, a często po prostu bezczelnie prawem się zupełnie nie przejmując. Prawo pracy zabrania stosowania umów zlecenia tam – gdzie z charakteru wykonywanej pracy wynika iż powinna być zastosowana umowa o pracę. Umowa-zlecenie jest w rzeczywistości dość łatwo rozróżnialna, lecz w przepisach prawa nie ma dość jaskrawego sformułowania istoty tej różnicy, dokonanego w sposób wymuszający jednoznacznie legalność lub jej brak, stąd próby „kręcenia” przez usłużnych, aspołecznych, wyślizganych doradców zatrudnianych w tym celu przez przedsiębiorców.
Jest więc oczywiste, że zleceniem jest np.: (przykłady z aktualnych ofert, dostępnych w dniu dzisiejszym w Internecie).
Zlecę animację imprezy dla dzieci – Świnoujście. Witam. Impreza na boisku osiedlowym dla dzieci z okazji „Powitania lata” w Świnoujściu. Potrzebne są animacje i jakaś dmuchana zjeżdżalnia. Zainteresowanych proszę o kontakt. Pozdrawiam. [Dane kontaktowe].
Poszukuję iluzjonisty na komunię: Poszukuję iluzjonisty, który uatrakcyjniłby komunię dziecka w miejscowości Niedźwiady k. Kalisz (Wielkopolskie). Czekam na kontakt. [Dane kontaktowe]
(wyjaśniam, że tu potrzebne były jakieś cuda, ale prawdopodobnie nie chodziło o Jezusa).
Zlecę 5-6 osobowej brygadzie docieplenie budynku wełną mineralną w centrum Warszawy. Zainteresowanych proszę o kontakt. [dane kontaktowe].

Nie ulega tu wątpliwości, że chodzi o jednorazowe wykonanie pewnych czynności ewidentnie nie wymagających zawierania stosunku pracy ze zlecającym. Natomiast zatrudnianie murarza czy nawet kasjerki w hipermarkecie na umowę zlecenie – jest ewidentnym naciąganiem prawa, choć sprytny pracodawca może się cwanie zabezpieczyć przed odpowiedzialnością, nawet gdy ktoś zakwestionuje legalność takiej umowy. Przeważnie dziś nikt jednak nie zajmuje się tym, gdyż jest przyzwolenie polityczne na takie działania, wynikające z ideologii Platformy Obywatelskiej sprawującej rządy. Jest przyzwolenie polityczne na cwaniactwo, omijanie prawa, swoista „ideologia chciwości” wszystko to usprawiedliwiająca, pod dodatkowym płaszczykiem rzekomego „kryzysu”. Z tych samych powodów wynika praktyczny paraliż Państwowej Inspekcji Pracy, nie będącej w stanie kontrolować przestrzegania prawa pracy, a jeśli już ujawniającej wykroczenia – to nie posiadającej dostatecznych możliwości nacisku, wymuszającego podporządkowanie się przedsiębiorcy obowiązującemu prawu. PIP podlega jednak Sejmowi (Marszałkowi Sejmu) a więc w praktyce – większości parlamentarnej tworzącej rząd, czyli podlega też obecnie oddziaływaniu ideologii politycznej PO, zapewniającej dziś pracodawcom swoisty „parasol ochronny” w imię ideologii bogacenia się bez względu na cenę.

Kilkakrotnie już powtarzałem w moich felietonach i jeszcze raz powtórzę, że Państwo stworzone i zawładnięte przez przedsiębiorców, działające głównie w interesie przedsiębiorców – to w istocie ZAMACH NA PAŃSTWO. To zamach stanu – z punktu widzenia obowiązującej przecież Konstytucji.
Demokratyczne państwo ma być czymś w rodzaju „bufora” łagodzącego nieuniknione konflikty interesów, np. przedsiębiorców działających dla własnego dobra a pracowników – działających także dla dobra własnego. Narzędziem działania takiego państwa – jest tworzenie dobrego prawa i wymuszanie powszechnego przestrzegania go. A dobre prawo – to prawo zgodne z Konstytucją, jednoznaczne, proste i zrozumiałe dla każdego, godzące sprzeczności interesów na zasadzie powszechnych i nieuniknionych kompromisów podejmowanych podczas jego tworzenia (a nie podczas jego funkcjonowania!).
To zapewne z mojej strony uproszczenie motywowane emocjonalnie, ale ostatecznie nie jesteśmy tu na łamach jakiegoś biuletynu Akademii Nauk a w miejscu przeznaczonym na wygłaszanie emocjonalnych opiniin nie mających ambicji uporządkowanego, obiektywnego i uzasadnionego naukowo przedstawiania omawianych zagadnień. Poza tym, wspomniany już Przewodniczący ZPP Cezary Kaźmierczak dał powód do emocjonalnych reakcji swoimi wypowiedziami publicznymi na temat wspomnianego projektu. Mianowicie – jak tytułowy „zbuntowany badylarz” – wypowiadając się o przedsiębiorcach albo w ich imieniu, zaczął grozić władzy i szantażować państwo.

Celem pracy nad wspomnianą zmianą ustawy jest ograniczenie tzw. umów śmieciowych na rzecz zawierania „normalnych” umów o pracę a to z kolei ma związek z tak zwaną „reformą emerytalną” polegającą na podwyższeniu wieku nabycia uprawnień do emerytury do 67 lat. Chodzi o to, że ogromna masa ludzi nie opłaca dziś składek na ubezpieczenie emerytalne, to znaczy nie generuje ich opłacania poprzez fakt pozostawania w stosunku pracy – bo faktycznie utrzymują się z dochodów uzyskiwanych poprzez umowy śmieciowe, czyli „nieoskładkowane” i na dodatek nie jest to sprawa ich wyboru a jedynej dostępnej możliwości. Także – ogromna masa ludzi młodych pracując od kilku lat nie wygenerowała jeszcze żadnej, nawet jednej składki na swoim IKE – bo proponuje im się wyłącznie umowy śmieciowe a warunki materialne zmuszają ich do przyjmowania chocby takiej pracy – byle móc się utrzymać. Ludzie pracują i jakoś się utrzymują, ale ich sytuacja emerytalna stale się pogarsza, ze względu na IKE i brak wpływu składek lub ich nieregularność i wyłącznie minimalną wysokość.

Przewodniczący ZPP dopatrzył się tu jedynie podwyższenia kosztów pracy. Faktycznie – gdyby taka nowelizacja weszła w życie – zamyka ona pewne (ale bynajmniej nie wszystkie) furtki omijania prawa, jednak jest moim zdaniem zasadnicza różnica pomiędzy „podwyższaniem kosztów pracy” a „zapobieganiem ich obniżania kosztem sytuacji pracownika”.
Przewodniczący ZPP stwierdził, że „politycy powinni zrozumieć, że przedsiębiorców w Polsce już nie stać na wyższe pozapłacowe koszty pracy.” Straszy on władzę skutkiem w postaci pogorszenia sytuacji pracowników. Wygląda to wręcz na pospolity szantaż: jeśli decydenci uchwalą „składkowanie” wszystkich umów, to przedsiębiorcy zatrudniający odpowiedzą zwolnieniami, zmniejszaniem płac o wysokość dodatkowych składek, ucieczką w „szarą strefę” i zaprzestaniem opłacania jakichkolwiek kosztów pozapłacowych, zaczną zatrudniać wyłącznie osoby prowadzące działalność gospodarczą (same opłacające swoje składki), trwale zredukują zatrudnienie itp. Pan Przewodniczący Cezary Kaźmierczak wręcz straszy władzę… powrotem do praktyki z czasów PRL, gdy tak wówczas zwana „inicjatywa prywatna” – walcząc z politycznym nastawieniem i ograniczaniem warunkowanym ideologicznie, próbowała (z niezłym skutkiem) „rozmiękczać” przepisy, by pomimo wszystko „wyjść na swoje”. Oznaczało to wówczas głównie korupcję władzy, wszelkie metody omijania prawa.

Uważam, że pozapłacowe koszty pracy – pomimo że są w całości wypracowywane przez pracowników – są niepotrzebnie aż tak wysokie, jak to obserwujemy w praktyce. Wiąże się to z ogromną nieszczelnością systemu ubezpieczeń, zgodą władzy na masowe unikanie opłacania składek (tzw. „optymalizacja ZUS”), z ogromnymi kosztami własnymi ZUS czyli obsługi ubezpieczeń społecznych, z istnieniem KRUS i jego żerowaniem na systemie ubezpieczenia społecznego, w aspekcie budżetu państwa – z kolosalną nieszczelnością systemu podatkowego, z absurdami gospodarowania pieniędzmi publicznymi, z faktyczną dezaktywacją Państwowej Inspekcji Pracy.

Obciążenia pracodawców są niepotrzebnie tak wysokie i powinny zostać systemowo obniżone do możliwie najniższego poziomu. Polityką władzy powinno być więc zwiększanie zasobów budżetu państwa na cele społeczne w taki sposób, by można było zminimalizować obciążenia pracodawców i w ten sposób wpływać na rozwój gospodarczy. Gospodarka ma jednak charakter nadawany jej przez przyjęty model ekonomiczny a ten – może być bardzo różny, bo zależy od założonych celów, ma po prostu podłoże ideologiczne, polityczne. Wpływa to na sposób gospodarowania budżetem państwa, który bez założeń ideologicznych jest jakby ogromną walizką pieniędzy – bez instrukcji czy planu na co należy je wydać.
A dziś rząd PO nie potrafi zapanować ani nad pozyskiwaniem pieniędzy do budżetu ani nad rozsądnym gospodarowaniem tym co dało się pozyskać a nawet – nad wydawaniem wiele ponad to co zdołano zebrać.
Oczywiste jest więc, że obciążenia pracodawców powinny bym możliwie jak najmniejsze i to jakby nie podlega dyskusji, lecz mimo to nie można się zgodzić z postawą Cezarego Kaźmierczaka w tej sprawie.

Po pierwsze – niedopuszczalne jest szantażowanie władzy i straszenie jej „nieposłuszeństwem” czy jakimś „obstrukcjonizmem obywatelskim” przedsiębiorców. Straszenie redukcją działalności gospodarczej jest dziś śmieszne, bo działalności nie prowadzi się „w służbie dla narodu i społeczeństwa” tylko głównie „dla siebie”. Przedsiębiorcy nie zatrudniają pracowników w ramach jakiejś „misji społecznej” by mogli straszyć władzę zaprzestaniem wykonywania jej, a zatrudniają w związku ze swoją działalnością, dlatego ograniczając zatrudnienie – ograniczają swoją działalność, swój rozwój i swoją konkurencyjność a więc i swoje osobiste zyski. W wielu dziedzinach drobnej działalności (a chodzi tu o MSP) popyt ogranicza liczbę przedsiębiorców zajmujących się tą dziedziną, rezygnacja niektórych z nich natychmiast będzie powodowała wchodzenie innych w powstałą lukę, bo chętnych jest więcej niż możliwości wynikających z ograniczeń popytu. Najprawdopodobniej jednego przedsiębiorcę zamykającego działalność z powodu podwyższenia kosztów poprzez ograniczenie umów śmieciowych, zastąpi inny, który w swoim biznesplanie uwzględnił realne koszty i realną prawną możliwość ich optymalizacji.
Polska jest państwem prawnym, posiada Konstytucję i system prawa, który obowiązuje.

Po drugie – niedopuszczalne jest kwestionowanie prawa państwa do ustalania zasad i norm prawnych w tym państwie obowiązujących. A – jak stwierdził Cezary Kaźmierczak – „…mimo ponad 20 lat bezsilnych wysiłków, politycy nadal wierzą, że są w stanie kreować rzeczywistość ustawami. I mimo że cały czas przegrywają, bynajmniej nie studzi to ich regulacyjnego entuzjazmu”.
To kwestionowanie państwa jako takiego, postawa anarchisty. Politycy, posłowie i senatorowie „kreują rzeczywistość” jedynie za pomocą tworzenia „atmosfery prawnej” czy „otoczenia prawnego” w którym rozgrywa się całe życie gospodarcze, polityczne i społeczne. Mają takie prawo i wręcz po to istnieją. Jest wiele dziedzin w pozostałości po PRL zbyt dokładnie niepotrzebnie regulowanych szczegółowymi przepisami, co nie znaczy, że regulacje jako takie nie mają sensu czy są niepotrzebne. To państwo tworzy i ma tworzyć zasady, na jakich odbywa się działalność gospodarcza w Polsce, a także – na jakich funkcjonują ubezpieczenia społeczne.

Państwo nie jest przedsiębiorcą i nie służy tylko przedsiębiorcom a ma zapewniać równowagę pomiędzy różnymi interesami, szczególnie uwzględniając interesy najsłabszych.
Ciekawe i charakterystyczne, że pan Kaźmierczak nie domaga się zmniejszenia obciążeń pozapłacowych pracy poprzez uszczelnienie budżetu i uzdrowienie gospodarki funduszami publicznymi, np. by składki ZUS były powszechnie egzekwowane i z tego powodu nie musiały być powiększane a wręcz mogły być obniżone. Domaga się utrwalenia patologii – byle było taniej. Bo „taniej” – znaczy większy osobisty zysk i tylko to się liczy dla polskiego przedsiębiorcy.
Postawiłbym w tym miejscu tezę przeciwstawną niż Przewodniczący ZPP. Może w Polsce czas już skończyć z „równaniem w dół” poprzez obniżanie świadczeń, obcinanie płac, składek, podatków, poprzez dotacje, zwolnienia z obowiązków finansowych, dopłaty i upusty. Słowem – z całym tym „żebractwem” przedsiębiorców skierowanym do państwa i dorabianiem do niego mitu o „kryzysie”. Trzeba jednocześnie i zoptymalizować i uszczelnić przychody skarbu państwa i ubezpieczeń, ale z drugiej strony – może już czas skończyć z budowaniem gównianej gospodarki opartej na zwolnieniach z opłat, dotacjach i obniżkach wymuszanych jak widać nawet szantażem przez „gównianych” drobnych i średnich biznesmenów, bez dotacji zaraz straszących upadłością i likwidacją miejsc pracy. Może zamiast walczyć o obniżki składek, podatków i innych obowiązków finansowych – przedsiębiorcy zaczęliby walczyć o zwiększenie wpływów z działalności, efektywność, rozwój, ekspansję.

„Koszty pracy” określa się przecież jako wysokie lub niskie poprzez porównanie z dochodem firmy a nie z ceną najnowszego Mercedesa, który koniecznie natychmiast chce mieć żona właściciela tejże firmy…

24/03/2013

Fikcyjny bezrobotny – oszust czy ofiara oszusta?

Problem „fikcyjnych bezrobotnych”, a może należałoby powiedzieć wprost: oszustów wyłudzających nienależne świadczenia – wiąże się bezpośrednio z istnieniem i funkcjonowaniem a nawet rozrostem tak zwanej „szarej strefy” czyli zatrudnienia całkowicie nielegalnego.
Chodzi o osoby zgłaszające się do urzędów pracy i rejestrowane jako, bezrobotne na podstawie składanych fałszywych oświadczeń o swoim stanie – związanych z wymogami definicji osoby bezrobotnej.
Z punktu widzenia formalnego – są to osoby bezrobotne pozostające w ewidencji urzędu jako oczekujące pomocy w uzyskaniu zatrudnienia.
W rzeczywistości to osoby pracujące zarobkowo, tyle że w sposób całkowicie nielegalny.
Pisząc o legalności mam oczywiście na myśli standardowe obowiązki przedsiębiorcy zatrudniającego pracownika, dotyczące zgłoszenia tego do ZUS wraz z odprowadzaniem właściwych składek ubezpieczenia, do właściwego urzędu podatkowego wraz z odprowadzaniem za pracownika właściwych zaliczek na jego podatek dochodowy, ewentualnego zgłoszenia do PIP itp.
Spośród świadczeń związanych z pracą najbardziej istotna z punktu widzenia praktycznego jest składka do NFZ na ubezpieczenie zdrowotne, której zapłacenie daje prawo do korzystania ze "kontraktowej" służby zdrowia, np. lekarza rodzinnego, oraz refundacji na niektóre leki i usługi. Tu właśnie jest przyczyna rejestrowania się w urzędzie pracy pomimo świadomości niespełniania w rzeczywistości podstawowych wymogów definicji bezrobotnego; uzyskanie statusu osoby bezrobotnej powoduje automatyczne objęcie ubezpieczeniem zdrowotnym. Rejestracja taka następuje w wyniku złożenia oświadczenia niezgodnego z prawdą lub w wyniku zatajenia zmiany jaka nastąpiła już po zarejestrowaniu. Niewątpliwie jest to oszustwo, wyłudzenie nienależnych świadczeń. W ten sposób osoba taka ma pracę zarobkową a w niej stosunkowo wysokie wynagrodzenie, bo nie obciążone żadnymi odliczeniami, także nie opodatkowane i ma ubezpieczenie zdrowotne płacone nie przez pracodawcę a fundowane przez skarb państwa.
Niestety nie wiadomo, jaki jest zakres ilościowy tego zjawiska, tak przynajmniej twierdzą urzędy pracy a za nimi ministerstwo. Minister Władysław Kosiniak Kamysz wyznał niedawno w blogu Kancelarii Prezesa, że z pobieżnych analiz (a na czym opartych i z jaką metodologią?) dokonanych przez ministerstwo wynika, jakoby tych „fałszywych” bezrobotnych mogło być nawet 60% liczby wszystkich zarejestrowanych. Jeśli tak, to świadczy to o upadku całego systemu.
Skoro politycy domagając się władzy obiecywali społeczeństwu oparcie procedur załatwiania różnych spraw na oświadczeniach samych zainteresowanych z domniemaniem ich prawdziwości – to jest tego skutek.
W myśl ustawy i promocji zatrudnienia, Art. 119 ust. 2 – „Bezrobotny, który podjął zatrudnienie, inną pracę zarobkową lub działalność gospodarczą bez powiadomienia o tym właściwego powiatowego urzędu pracy, podlega karze grzywny nie niższej niż 500 zł”. Dużo wyższa ona też praktycznie nie może być. Ryzyko wykrycia oszustwa jest obecnie jeszcze niewielkie, może więc to poczucie bezkarności napędza ten proceder?
Mamy tu cały ciąg wzajemnych zależności różnych spraw. Oczywiście źródłem wszystkiego jest aspołeczna i anarchizująca ideologia Platformy Obywatelskiej. Istotne w tym przypadku jest gremialne przyzwolenie na bogacenie się i zarabianie przez przedsiębiorców „za wszelką cenę”, czyli pewna odmiana „róbta co chceta”. Stąd wszelkie metody zmniejszania kosztów, w swoistej mitomanii zrzucane na „kryzys” a w rzeczywistości służące wyłącznie MAKSYMALIZACJI WŁASNEGO ZYSKU NETTO i to za wszelką cenę.
W tej pogoni za „szmalem” pracodawcy domagają się wszelkiej swobody, idącej jednak w odwrotnym niż oczekiwany kierunku, cięcia kosztów – zamiast maksymalizacji przychodów. Ta „swoboda” – na pograniczu anarchii i bezprawia, korzystająca z nieformalnej ochrony politycznej, wyraża się w absurdalnych oczekiwaniach wobec pracownika, skandalicznym rozdźwięku pomiędzy wymaganiami a płacą, kompletnym bimbaniem sobie przedsiębiorców z prawa, w tym z prawa pracy, samowolą, sobiepaństwem i ciągłym narzekaniem na „wysokie koszty”. Pracodawcy poszukując pracowników publikują całkowicie bezprawne, łamiące prawo oferty zatrudnienia. Prywatne portale ogłoszeniowe przyjmują je do publikacji z zastrzeżeniem wyłącznej odpowiedzialności nadawcy (autora), jednak Urzędy Pracy tego robić nie mogą, gdyż bezpośrednio zabrania tego przedmiotowa ustawa, Art. 36, ust. 5e i 5f. Po prostu – Urzędy Pracy nie mogą przyjmować od pracodawców ofert zatrudnienia jawnie sprzecznych z wymogami ustawy Kodeks Pracy. A takich ofert jest większość, bo jak wspominałem – jest na to przyzwolenie polityczne. Dlatego Urzędy mają do dyspozycji zazwyczaj bardzo niewiele ofert.
Urząd ograniczany jest w przyznawaniu zasiłku dla bezrobotnych bardzo rygorystycznymi warunkami określonymi w ustawie. Dlatego statystycznie jedynie ok. 16% osób zarejestrowanych otrzymuje prawo do takiego zasiłku, najczęściej na 6 miesięcy, w niektórych przypadkach do 12 miesięcy. Statystyczny okres poszukiwania zatrudnienia wynosi obecnie ok. 20 miesięcy. W związku z tym bardzo trudno jest znaleźć ofertę pracy w Urzędzie Pracy, jeszcze trudniej jest otrzymać zasiłek dla bezrobotnych. Status osoby bezrobotnej wymaga spełnienia warunku nieuzyskiwania dochodów w postaci wynagrodzeń wyższych niż połowa najniższej ustawowo określonej płacy, co obecnie wynosi 600 zł brutto a za tyle nie da się utrzymać w gotowości do podjęcia pracy zawodowej.

Trudno się dziwić, że niektóre osoby, szczególnie mające na utrzymaniu dzieci, decydują się gdy mają okazję, na podjęcie takiej pracy nielegalnej, w której zyskują możliwość doraźnego utrzymania się, ale tracą możliwość składania na własną emeryturę, możliwość uzyskania zasiłku chorobowego itp. Można więc tu się zastanawiać i sprzeczać, czy osoby te są oszustami, czy też ofiarami antyspołecznego systemu. A może po prostu – i to, i to…
Osoba bezrobotna ma określone w ustawie obowiązki wobec urzędu pracy i są one niezależne od faktu otrzymywania bądź nieotrzymywania zasiłku dla bezrobotnych.
Przede wszystkim status osoby bezrobotnej jest ustalany drogą decyzji administracyjnej w czasie rejestracji a następnie przedłużany podczas kolejnych, obowiązkowych wizyt w z góry wyznaczonym terminie. Jeśli dana osoba do ustalonego terminu obowiązkowego stawienie się u pośrednika pracy nie znalazła zatrudnienia a urząd pracy także nie posiada dla niej propozycji odpowiedniej pracy – status osoby bezrobotnej jest przedłużany do czasu kolejnej obowiązkowej wizyty lub do chwili zatrudnienia, jeśli nastąpi ono wcześniej.
Konieczność stawiania się w urzędzie pracy w wyznaczonych terminach celem przyjęcia ofert pracy jest istotnym utrudnieniem dla tych nielegalnie pracujących, bo wymusza zwalnianie się z pracy, dojazd do siedziby urzędu z sąsiednich gmin itp. Urzędy Pracy twierdząc że wielu zarejestrowanych nie jest bezrobotnymi – powołuje się na liczne przypadki odmowy przyjęcia oferty zatrudnienia przedstawionej bezrobotnemu podczas takiej obowiązkowej wizyty. W wyjątkowych przypadkach odmowa może być uzasadniona, bo na przykład oferta nie dotyczy wymogu pracy „odpowiedniej” jak to definiuje ustawa, ale można przyjąć, że w większości przypadków to wykręt takich właśnie oszustów, którzy chcą zachować prawo do ubezpieczenia zdrowotnego na koszt społeczeństwa, ale nie są przecież w stanie przyjąć drugiej pełnoetatowej pracy i to gorzej płatnej.
Tyle, że to nie jest przecież żaden problem dla urzędów, bo ustawa daje w tym przypadku możność pozbycia się takiej nieuczciwej osoby z rejestru bezrobotnych na pewien czas a w konsekwencji na zawsze.

Chodzi mi o Art. 33 przedmiotowej ustawy, którego fragment zacytuję:

1. Powiatowe urzędy pracy rejestrują bezrobotnych i poszukujących pracy oraz prowadzą rejestr tych osób.
2. Rejestracja bezrobotnych i poszukujących pracy następuje po przedstawieniu przez te osoby dokumentów niezbędnych do ustalenia ich statusu i uprawnień.
3. Bezrobotny ma obowiązek zgłaszania się do właściwego powiatowego urzędu pracy w wyznaczonym przez urząd terminie w celu przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy proponowanej przez urząd lub w innym celu wynikającym z ustawy i określonym przez urząd pracy, w tym potwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W przypadku bezrobotnego będącego dłużnikiem alimentacyjnym, w rozumieniu przepisów o pomocy osobom uprawnionym do alimentów, wyznaczony termin nie może być dłuższy niż 90 dni.
4. Starosta, z zastrzeżeniem art. 75 ust. 3, pozbawia statusu bezrobotnego, który:
(…)
3) odmówił bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy lub innej formy pomocy określonej w ustawie lub poddania się badaniom lekarskim lub psychologicznym, mającym na celu ustalenie zdolności do pracy lub udziału w innej formie pomocy określonej w ustawie; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia odmowy na okres:
a) 120 dni w przypadku pierwszej odmowy,
b) 180 dni w przypadku drugiej odmowy,
c) 270 dni w przypadku trzeciej i każdej kolejnej odmowy;
4) nie stawił się w powiatowym urzędzie pracy w wyznaczonym terminie i nie powiadomił w okresie do 7 dni o uzasadnionej przyczynie tego niestawiennictwa; pozbawienie statusu bezrobotnego następuje od dnia niestawienia się w powiatowym urzędzie pracy odpowiednio na okres wskazany w pkt 3, w zależności od liczby niestawiennictw;(…) 


Nie widzę więc tu zgłaszanego przez urzędy problemu: bezrobotny bez wystarczającego uzasadnienia odmawia przyjęcia oferty pracy, więc zgodnie z ustawą jest automatycznie wykreślany z rejestru bezrobotnych na 4, 6, lub 9 miesięcy… Chodzi o to, że władza musi zdobyć rzetelną wiedzę, ilu w rzeczywistości miejsc pracy brakuje i mniej więcej jakich; aby taką wiedzę zdobyć trzeba uporządkować bałagan jaki powstał w tej sprawie.

Urzędy Pracy nie mają zastępować Pomocy Społecznej.
Z drugiej strony nielegalne zatrudnienie choć rozładowuje jednak praktycznie nieco problem bezrobocia, jest zjawiskiem bardzo szkodliwym dla całej gospodarki i całego społeczeństwa. Cóż z tego, że ktoś zostanie pozbawiony możliwości nielegalnego zarabiania na życie, gdy urzędy pracy nie mają mu do zaoferowania ani zasiłku, ani zatrudnienia z powodów o których już wspominałem. Z punktu finansowego nic to nie zmienia: składki ZUS nadal nie wpływają, podatek też nie, składkę na NFZ nadal finansuje skarb państwa… biedny człowiek domaga się zapomóg i zasiłków z pomocy społecznej, bo chce żyć, a tych nie dostanie w wysokości takiej jak mu to gwarantowała jego nielegalna płaca…
Obawiam się, że tu nie wystarczy jakaś nowelizacja ustawy przygotowywana przez ministra pracy, jakieś profilowanie bezrobotnych i inne zmiany kosmetyczne. Powinien się zmienić cały system a – by to było możliwe – musi się zmienić ideologia polityczna władzy.

24/06/2012

"Stara szkoła" informacji niejakiego dr Paula Josepha G.

Tu już nawet nie chodzi o to, że „klasyk” ów był głównym źródłem propagandy bałwochwalczego uwielbienia dla swojego „genialnego wodza” i w tym swoim zapędzie potrafił całkowicie przestać liczyć się z podstawowymi prawami nie tylko obcych, ale nawet swoich współobywateli – wprowadzając w służbie dla „wodza” 60-godzinny tydzień pracy albo powszechny zakaz wszelkich form rozrywki. Nie chodzi o to, że potrafił zdradzić swoje własne socjalistyczne przekonania, że gotów był wprowadzić nawet siłą nową dla siebie ideologię, przejętą od „wodza”.
Chodzi o to, że robił to niezależnie od ilości ofiar, czy cierpienia ludzi – także własnych współobywateli.

Skupmy się może tylko na anegdotycznej już dziś, wypracowanej przez niego zasadzie funkcjonowania „informacji” – zasadzie mówiącej, że jeśli największą nawet bzdurę (plotkę, przeciek kontrolowany, hasło propagandowe lub ideologiczne) wystarczająco długo i wystarczająco powszechnie powtarzać, to ostatecznie zostanie ona uznana za prawdę. Prawda jest więc nie sprawą widzialnej, sprawdzalnej rzeczywistości a pewnym „produktem”, wytworem któremu nadaje się potrzebne w danej chwili własności i kształt, na wzór kawałka gliny czy plasteliny. Dzięki odpowiedniej manipulacji i perswazji prawdą może stać się dowolne twierdzenie.

Zmory przeszłości dawno odeszły w ciemność – gdzie ich miejsce, ale zasada ta jest cały czas z lubością realizowana przez władzę, wszelką władzę – za pomocą swoich „przydupaśnych”, usłużnych propagandystów, funkcjonariuszy i pracowników.
Na przykład – na początku czerwca opublikowane zostały oficjalne dane na temat rejestrowanego w Polsce bezrobocia. Oficjalna propaganda natychmiast ukuła jedynie słuszną tezę: BEZROBOCIE SPADA – i zaczęła ją uparcie lansować, pracując mocno dla poprawy nadszarpniętych notowań swojego „wodza”.
Tymczasem twierdzenie takie jest kłamstwem, mającym jedynie w pewnym sensie nieco z prawdy. Inaczej – należałoby powiedzieć, że w chwili ogłoszenia takie stwierdzenie – odniesione do minionego miesiąca może być prawdą, ale jego uogólnienie, poprzez zatajenie faktu iż mówimy jedynie o minionym miesiącu – jest fałszem, kłamstwem propagandowym.

Nawiasem mówiąc – to także jest zgodne z metodyką dr Paula Josepha G.; ludzie nie są wbrew pozorom tak kompletnie głupi, potrafią rozpoznać oczywistą nieprawdę i wtedy tracą zaufanie do następnych, kolejnych podawanych im spreparowanych, nieprawdziwych wiadomości. Nie można więc niestety mówić ludziom dowolnych bzdur – chcąc odwoływać się do zaufania ludzi a nie do terroru, do siły. Sztuką jest zyskać i podtrzymywać ich zaufanie, a w tym celu trzeba od czasu do czasu podać im jakąś prawdziwą i łatwo sprawdzalną wiadomość na dowód własnej wiarygodności tego, kto jest jej źródłem. Nie da się manipulować „twardymi” danymi ale można manipulować ich kontekstem, niuansami znaczeniowymi, niedomówieniami, naciąganymi statystykami dopasowanymi do z góry założonej tezy.

Doskonale to rozumie także obecny minister pracy "z PSL rodem".

W tym przypadku także: faktem jest, że bezrobocie z końca kwietnia 2012 – w stosunku do końca maja 2012 – spadło o 0,3 punktu procentowego. Stopa bezrobocia w analogicznym okresie kolejnych lat zawsze nieco spada, gdyż jest to moment intensywnego samoczynnego rozruchu prac sezonowych np. związanych nie tylko z budownictwem i rolnictwem (pogoda, temperatura, sezon wegetacyjny roślin) ale i z obsługą ruchu turystycznego w rozpoczynającym się okresie urlopowym (wakacyjnym). W 2008 roku ten niewielki spadek związany z rozpoczęciem prac sezonowych wyniósł 0,5 punktu procentowego; w 2009 – 0,2 pp; w 2010 – 0,4 pp; w 2011 – 0,4 pp a w 2012 – 0,3 pp. To drobne, mało istotne zjawisko – choć powtarzalne. Po prostu: co roku na wiosnę na przełomie kwietnia i maja bezrobocie maleje chwilowo o kilka dziesiątych części punktu procentowego, po czym ponownie rośnie, jak dotychczas szybko przekraczając dotychczasowe wartości.
Natomiast bezrobocie obserwowane ogólniej – całościowo i w dłuższym okresie czasu niewątpliwie cały czas rośnie, patrząc na tendencję; dla przykładu wg stanu na dzień 1 maja – w 2010 roku było 1.907.900 zarejestrowanych osób bezrobotnych, w 2011 roku – 1.962.600 osób, w 2012 roku – 2.072.600 osób. Jak więc widać – liczba osób niezatrudnionych stale z roku na rok rośnie, z niewielkimi spadkami corocznie np. w okresie rozpoczęcia prac sezonowych, po czym następuje dalszy wzrost bezrobocia. W 2012 roku na przykład – z 2.072.600 osób na koniec kwietnia – liczba bezrobotnych spadła do 2.015.000 na koniec maja, ale nie zaprzecza to ogólnej stałej tendencji wzrostowej; poprzedni stan szybko powraca i jest przekraczany. Być może w danych za czerwiec wyjątkowo utrzyma się spadek bezrobocia gdyż chodzi o czas Mistrzostw Europy w Polsce przy których sporo szczególnie młodych ludzi znalazło jakieś odpłatne zajęcie i zrezygnowało chwilowo z rejestrowania się w PUP. To jest jednak wyłącznie incydentalny efekt, a tendencja ogólna jest nieubłaganie wzrostowa. Eksperci zapowiadają poważny i totalny wzrost bezrobocia, już nie w dziesiątych częściach punktu procentowego – na jesień br.

To rzekome „spadanie bezrobocia” które dziś się rozgłasza i eksploatuje propagandowo -to po prostu drobne coroczne załamanie linii – pnącej się od lat w górę, jakbyśmy to przedstawili graficznie, na wykresie.
W związku z tym – twierdzenie dziś, że „bezrobocie spada” – jest tylko bezczelnym chwytem propagandowym mającym sugerować opinii publicznej błędny obraz rzeczywistości i w domyśle – ogłasza (zmyślony) sukces a zasługę za to ma przypisać rządzącej koalicji i samemu premierowi osobiście.
To co najmniej nadużycie.

Nie poświęcałbym nawet i tych kilkunastu minut na napisanie tego co powyżej, gdyby chodziło tu o tzw. „politykę” to znaczy o to – co ci głupcy, nieudacznicy, złodzieje i cwaniacy rozumieją pod tym pojęciem.
Nie zajmowałbym się tym, gdyby chodziło tu jedynie o jakąś gówniarską wojenkę „ugrupowania Tuska” z „ugrupowaniem Kaczyńskiego” – co przecież z polityką sensu stricte nie ma nic wspólnego.
Chodzi mi o to, że tego typu zakłamania propagandowe, choć mogą mieć znaczenie doraźne dla zwalczających się ugrupowań – w efekcie zakłamują prawdę o rzeczywistej sytuacji społecznej. Zatajają prawdę o losie konkretnych, żywych jeszcze ludzi, szczególnie tych którzy wpadli w „pułapkę bezrobocia” – stając się zakładnikami w jakichś dziwacznych działaniach lub zaniechaniach „polityków” oraz „biznesmenów” – wyzutych z wszelkich ludzkich uczuć i odpowiedzialności. Trzeba uznać za „normalne” – że tzw. politycy polscy „grają” danymi statystycznymi, starając się oddziaływać nimi na potencjalnych wyborców. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, choć się na to nie zgadzamy. Ale dane, fakty i liczby – opisując stan gospodarki i co za tym idzie – stan społeczeństwa – nie są materiałem do walki propagandowej opartej na kłamstwach, manipulacji i przeinaczeniu – wzorem wspomnianego „klasyka” – a mają służyć za podstawę do podejmowania poważnych i trafnych decyzji mających służyć społeczeństwu, chronić ludzi a szczególnie najsłabsze choć wartościowe jednostki. To nie zabawa ani gra w ambicyjki buców ze wsi lub bufonów "ze stolycy"; tu chodzi o życie, o los konkretnych, żyjących ludzi.
Nie mam więc pretensji do propagandystów „sukcesu Tuska w zwalczaniu bezrobocia” – że tym kłamstwem osiągają przewagę nad opozycją, a mam do nich pretensje o to, że zakłamują prawdziwy obraz rzeczywistości, prowokując zaniechanie potrzebnych działań państwa lub jeśli nawet generują działania – to głównie zbędne lub szkodliwe.

Patrzę na to wyłącznie ze społecznego punktu widzenia, bo jestem przekonany, że wszystko – wraz z całym systemem politycznym i wszystkimi osobami w to zaangażowanymi – ma docelowo służyć społeczeństwu demokratycznie rozumianemu, czyli wszystkim ale i każdemu z osobna na zasadzie niezbędnego, demokratycznego kompromisu. Nie jest mi do niczego potrzebne, by „Tusk nie miał racji” a raczej – by osoby chcące pracować na swoje utrzymanie, mogły to robić. Stopa tak zwanego „bezrobocia naturalnego” odpowiada liczbie obywateli w wieku produkcyjnym i zdolnych do pracy – którzy pracy najemnej nie podejmują i nie szukają (bo mają własny „patent” na zdobycie środków niezbędnych do życia, choćby – „służą” swojej rodzinie i przez nią są utrzymywani). Stopa tego „bezrobocia naturalnego” została określona na 3,5 – 4% ogółu osób w wieku produkcyjnym. W Polsce jest obecnie trzy razy większa, co oznacza wyrugowanie z zatrudnienia i z rynku pracy ok. 8 – 9% liczby obywateli chętnych i zdolnych do pracy. Odebranie im środków do życia a więc i prawa do życia.

Tak więc – reasumując na zakończenie:

BEZROBOCIE NIE ZMALAŁO!
BEZROBOCIE JEST BARDZO WYSOKIE, UTRZYMUJĄC STAŁĄ TENDENCJĘ WZROSTU!

Tego nie można, nie wolno zakłamywać propagandowo. Trzeba to zmienić. Na przykład uruchomić środki z Funduszu Pracy – z założenia przeznaczone na walkę ze skutkami bezrobocia poprzez tworzenie nowych miejsc pracy.



Do tekstu dodałem prosty rysunek, po pierwsze dlatego, że uważam go za dość zabawny, po drugie - za dość złośliwy wobec autorów propagandy sukcesu a po trzecie i ostatnie - ilustruje on także do pewnego stopnia główną myśl tego tekstu...


17/09/2011

2.
Polska – państwo zawoalowanego bezprawia. Czy tak musi być?

Głównym filarem państwa jest Konstytucja. Przynajmniej – oficjalnie.
Dokładniej – powinna być, ale.
No właśnie: ale.
Ktoś się żachnie, że to truizm, lecz… obserwując zachowania polityków albo moich sąsiadów mam poważne wątpliwości, czy wiedza ta jest faktycznie tak powszechna. Na wszelki przypadek – napiszę nieco o tym, co takie „oczywiste, powszechnie znane i stosowane”.

Konstytucja jest ustawą, ale tak zwaną ustawą zasadniczą, – czyli ustawą najważniejszą, na podstawie której mają być kształtowane wszystkie inne ustawy. Jest ustawą decydującą o sprawach zasadniczych takich jak ustrój polityczny i społeczny Państwa, jego obowiązkach i prawach wobec obywateli, obowiązkach obywateli wobec państwa itp. Wszelkie inne ustawy uchwalane przez Sejm RP nie mogą być sprzeczne z tą właśnie ustawą zasadniczą a jeśli okazuje się, że są sprzeczne, muszą być niezwłocznie zmienione, dostosowane do zasad konstytucyjnych. Jedną z cech państwa – określoną w Konstytucji – jest zasada, iż Polska jest państwem prawnym, co znaczy, że wszystko opiera się na prawie stanowionym w formie ustaw zgodnych z Konstytucją. Obowiązuje tu zasady zgodności „pionowej – w górę” to znaczy, że ustawa sejmu musi być zgodna z ustawą zasadniczą, przepisy wykonawcze do ustaw wydawane przez ministrów na podstawie jedynie ustawowego upoważnienia – muszą być zgodne z tymi ustawami a więc i z ustawą zasadniczą, zarządzenia i okólniki wydawane przez administrację rządową i samorządową muszą być zgodne z przepisami wykonawczymi do ustaw i wszystkimi przepisami rangi wyższej itp. Obowiązuje też zasada „zgodności poziomej” to znaczy, że różne ustawy w jednej i tej samej sprawie nie mogą sobie zaprzeczać; zajmuje się tym zarówno Sejm jak i specjalne centrum legislacji – badające spójność prawa stanowionego. Najwyższą instancją zapewniającą utrzymanie powyższych zasad jest Trybunał Konstytucyjny, a także do pewnego stopnia – Sąd Najwyższy RP.

Zasady opisane powyżej, są oczywiście zasadami modelowymi, bezwzględnie obowiązującymi, ale stale narażonymi na ich nieprzestrzeganie przez Rząd bądź inne struktury państwa, dlatego do zapewnienia ich realizacji niezbędny jest pluralizm i wolność polityczna oraz wynikająca z tego – poważna, konstruktywna opozycja. Opozycja ma ujawniać błędy władzy w celu ich naprawy i zapobieżenia im w przyszłości, stanowić przeciwwagę dla tendencji do samowoli i pomijania prawa. Władza – wiedząc o tym – broni swojej „elastyczności” i dlatego stara się opozycję „zakneblować”, zamknąć jej usta i jednocześnie podważyć jej wiarygodność. Trzeba przyznać, że władza PO poradziła sobie z tym doskonale, metodą wyszydzania, prowokowania wręcz mody na szydzenie z Prezydenta RP i partii opozycyjnej. Powstawały pomówienia o „złośliwym, wrednym Lechu Kaczyńskim, który z zamiłowania do destrukcji wetuje wszystkie ustawy popierane przez PO, by torpedować pozytywne przemiany”. Tak jak w wojsku kiedyś zawsze musiała być wyznaczona „ciura batalionowa” , uniwersalna oferma, z której modne było się śmiać, kpić i podawać za uniwersalny negatywny przykład wszystkiego, co głupie i śmieszne – tak „ludzie Tuska” publicznie traktowali PiS i Prezydenta Kaczyńskiego. Oczywiście musiało to przynieść oczekiwane skutki. Pod tym wpływem, w poczuciu przyzwolenia nawet zagraniczne media czy politycy pozwalali sobie na debilne, kartoflane porównania, uzyskując pełen poklask i aprobatę władzy. Fakt, że nie trzeba było specjalnie polować na preteksty, bo Pan Prezydent, jaki i jego brat dość łatwo dostarczali materiału do wyszydzania przez swoje przejęzyczenia, pomyłki wynikające z nieuwagi czy emocji – natychmiast przechwytywane przez „piranie” anty-opozycyjnej bojowej propagandy. Przykład – niewinna pomyłka „… nikt mnie nie przekona, że czarne jest czarne a białe jest białe…”. W normalnych warunkach byłaby to świetna anegdota, przysparzająca właśnie sympatii Prezydentowi, nadająca mu ludzkich cech a więc zmniejszająca dystans, bo lubimy przecież tych którzy nie udają ideałów a mają wady, nasze wady… Prezydent także doskonale to rozumiał, miał wiele dystansu do siebie i jeszcze więcej pobłażliwości.

Z innych spraw, także i polityczna potrzeba posługiwania się poparciem politykującego Kościoła Katolickiego nie przysłużyła się PiS – jako partii politycznej.
Oczywiście muszę tu wyjaśnić dla formalności, że nie jestem członkiem ani funkcjonariuszem PiS, moim zamiarem nie jest wspieranie opozycji a raczej obnażenie metod władzy stosowanych do walki z nią: moim zdaniem cel nigdy nie uświęca środków i podłe, chamskie metody nawet gdyby były użyte w słusznej sprawie – pozostają nadal podłe i chamskie…

Władza nic sobie w rzeczywistości z tego nie robi; produkuje ustawy od etapu projektu niezgodne z Konstytucją a pasujące do aktualnych zapotrzebowań albo czyichś osobistych interesów, może trochę na zasadzie: „a nuż nikt się nie odwoła i nie zaskarży”… A gdy zaskarży – to trudno; poprawimy, albo i nie poprawimy… poprzeciągamy jak długo się da…
Tak zwana „władza ludowa” przyzwyczaiła obywateli przez okres ponad półwieczny do tego, że jest zasadnicza rozbieżność pomiędzy postanowieniami Konstytucji i stanowionymi na jej podstawie ustawami – a praktyką spotykaną w życiu. Konstytucja – to był najważniejszy argument władzy przeciwko obywatelom, ale w drugą stronę – to raczej taki zbiór szczytnych haseł, idealistycznych i nierealnych. Istniał zasadniczy rozłam pomiędzy Konstytucją i realizacja prawa – jak pomiędzy piękną i słuszną teorią mającą rolę ideologiczną i propagandowa na „zewnątrz” – a praktyką życia codziennego określaną doraźnie przez towarzyszy w różnych komitetach i radach (nie zawsze nawet w Polsce). Władza wiedziała, jakie jest prawo, było takie „jak trzeba” a obywatel nie musiał wiedzieć a nawet nie powinien… Jeśli się dowiadywał – to na Kolegium do spraw wykroczeń, w sądzie, albo w celi bezpieki.
Był to okres chaosu, tak zwanej „dyktatury proletariatu”, podbudowany propagandą rewolucji bolszewickiej opartej na dziełach naukowych Marksa i myśli rewolucyjnej Lenina, mający swoją ostoję w powstaniu Kraju Rad, a w rzeczywistości – na despotycznych rządach swoistej oligarchii partyjnej, niewielkiej „elity” instrumentalnie używającej wszystkich atrybutów siły i uprawnień państwa do utrzymania swojej uprzywilejowanej pozycji i władzy absolutnej.
To przeszłość, miejmy nadzieję, że nieodwracalna, jednak z tego ponad półwiecznego okresu wywodzi się przekonanie, które pozostaje nadal w umysłach wielu ludzi i to zarówno ludzi dawnej władzy jak i „maluczkich”, że konstytucja to coś w rodzaju oficjalnej „bajki” a codzienna praktyka nie musi mieć z nią nic wspólnego. Cechą charakterystyczną władzy „ludowej” było także i to, że występował swoisty dualizm o podłożu ustrojowym: oficjalnie obowiązywała wersja propagandowo-polityczna o „władzy ludu pracującego miast i wsi”, „dyktaturze proletariatu”, – w której to „lud”, czyli społeczeństwo miało „rządzić” a więc i decydować o wszystkim, natomiast praktycznie rządziła „elita” partyjna, – która jakoś musiała te sprzeczności pogodzić.
Wyprodukowano (niestety nie można tu użyć określenia „wykształcono”, bo efekt stanowi zaprzeczenie wykształcenia) wówczas specyficzną elitę tak zwanych prawników; adwokatów i radców prawnych, – których zadaniem było takie manipulowanie praktyką wykonywania prawa teoretycznie „słusznego”, aby zapewnić ciągłość władzy „elity”, ale i nie zaprzeczyć słuszności haseł propagandy politycznej pozorującej „władzę ludu”. Powstała wtedy tradycja faktycznej powszechnej bezprawności wynikającej z interpretowania przepisów przez każdego, kto się czuł „uprawniony” a czuł się prawie każdy, oraz zasada wymyślania biurokratycznych przeszkód w realizacji „słusznych”, choć przecież zupełnie nie realnych uprawnień obywateli.

Stąd wywodzi się biurokratyczna zasada piętrzenia wymagań i oczekiwań wobec „petenta” w taki sposób, aby nie zaprzeczyć jego uprawnieniu do tego, – czego się domaga, ale jednocześnie mu tego nie dać, – bo to akurat było po prostu ekonomicznie niemożliwe. Stąd właśnie wymagania niezliczonych załączników, zaświadczeń i poświadczeń, niesamowicie skomplikowane szczegółowe zasady „przydziału” i „należenia się” tego czy owego, z mnóstwem wyjątków i zależności; całe pokolenie „wyślizganych prawników” gwałcących prawo, aby wykazać, że „rządzi lud pracujący”, ale i jednocześnie, – że „obywatel nie otrzyma tego, co chce, – bo nie spełnia wymogów”. W ostateczności zawsze można było powiedzieć, że owszem to i to się obywatelowi należy zgodnie z prawem, ale obywatel tego nie otrzyma, bo by to było sprzeczne z „zasadami sprawiedliwości społecznej”, czyli w tym przypadku – z „widzimisię” lokalnego kacyka partyjnego!

Po co ja o tym piszę? Nie dla banalnych „wspominek”.
Po pierwsze – może to być nieznane osobom młodszym, którzy tego nie przeżyli i nie obserwowali osobiście. A wiedzieć i rozumieć to trzeba – wypadałoby, jeśli się chce komentować i wypowiadać się w sprawach z tym związanych. Trzeba o tym pisać i powtarzać to, jako przestrogę, także „na dziś”. „Dziś” – różni się doprawdy niewiele.
Po drugie – jestem przekonany, obserwuję to, że echa tego grubo ponad-półwiecznego okresu nadal są obserwowalne – na przykład w Urzędach Pracy, w Ministerstwach, w Sejmie.
Po prostu tak wychowanego społeczeństwa nie da się zmienić jedną polityczną deklaracją.
Po trzecie – chcę wykazać od czego p o d o b n o odeszliśmy. Symboliczne przywrócenie godła Polski sprzed 1939 roku, przemiany roku 1989 były deklaracją odejścia od tamtych praktyk i tamtych teorii. Bardzo wiele jednak z dawnej przeszłości funkcjonuje w życiu publicznym, w funkcjonowaniu instytucji Państwa.
Podobno więc w 1989 roku skończył się okres, w którym Konstytucja była jedynie „założeniem teoretycznym” w praktyce prawa nieobowiązującym. Tak jednak nie jest. Nadal władza usiłuje „przemycać” do ustaw rozwiązania jaskrawo sprzeczne z konstytucją, jest ogromna ilość przepisów prawa w ustawach obowiązujących, które zostały zakwestionowane przez Trybunał Konstytucyjny, jako sprzeczne z Ustawą Zasadniczą i wymagają pilnej zmiany, a zmiany nie następują. Za to Rząd coraz częściej wspomina o politycznym postulacie likwidacji… Trybunału Konstytucyjnego… Taki stosunek najwyższych władz do Konstytucji oczywiście przenosi się, – bo musi się przenosić – na stosunek urzędów do ustaw i rozporządzeń wykonawczych, a na końcu – do obywateli. Cóż się więc dziwić, że obywatele mają „gdzieś” ustawę o ruchu drogowym a pracodawcy – ustawę „Kodeks Pracy”.
Słowem – Platforma Obywatelska, jeśli nie stworzyła to przynajmniej utrzymała i rozwinęła „państwo bezprawia”, dotychczas przypisywane komunistom.

Konstytucja RP w swoim Art. 65. Ust. 5 stwierdza:
Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych.
Oznacza to, że obowiązkiem Państwa wobec obywateli jest zwalczanie bezrobocia i dążenie do jego likwidacji, poprzez „pełne”, czyli 100% zatrudnienie i to na dodatek zatrudnienie nie jedynie formalne, pozorne, ale zatrudnienie produktywne.
Uchwalona na bazie i w zgodności z Konstytucją – Ustawa z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy – stwierdza:

Rozdział 1 Przepisy ogólne:
Art.1.1.Ustawa określa zadania państwa w zakresie promocji zatrudnienia, łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej.
2. Zadania państwa w zakresie promocji zatrudnienia, łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej są realizowane przez instytucje rynku pracy działające w celu:
1) pełnego i produktywnego zatrudnienia;
2) rozwoju zasobów ludzkich;
3) osiągnięcia wysokiej jakości pracy;
4) wzmacniania integracji oraz solidarności społecznej;
5) zwiększania mobilności na rynku pracy.

Rozdział 2 Polityka rynku pracy:
Art.3.1. Zadania państwa w zakresie promocji zatrudnienia, łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej są realizowane na podstawie uchwalanego przez Radę Ministrów Krajowego Planu Działań na Rzecz Zatrudnienia, zawierającego zasady realizacji Europejskiej Strategii Zatrudnienia, zwanego dalej „Krajowym Planem Działań”, oraz w oparciu o inicjatywy samorządu gminy, powiatu, województwa i partnerów społecznych.

Ustawa potwierdza więc w sposób dobitny i zgodny z Ustawą Zasadniczą, że likwidacja bezrobocia, działania zmierzające w kierunku sprowadzenie stopy bezrobocia do tej minimalnej tzw. „naturalnej” wysokości – jest obowiązkiem państwa wobec obywateli.

Ale Państwo – po roku 1989 a nawet i po 2004 roku – zrobiło coś dokładnie odwrotnego niż nakazuje Konstytucja! Dla Władzy – Konstytucja to jest jedynie „coś, czego niestety nie damy rady chwilowo zmienić”. Państwo w imię jakichś ideologicznych bajań w postaci „niewidzialnej ręki rynku” , „samoregulacji gospodarki” i tym podobnych pojęć ideologicznych, stworzyło sytuację ogromnego bezrobocia, zniszczyło ogromną liczbę miejsc pracy, skazało na wykluczenie, nędzę i upodlenie całe pokolenie obywateli będące wówczas w wieku największej produktywności a zarazem największego doświadczenia. Do dziś wielu z nich – dzisiaj już w wieku 50+ nadal jest szykanowanych z powodu… no właściwie nie wiadomo, z jakiego powodu, być może bez powodu; jedynym powodem jest chyba to, że ktoś bezrobotny być musi… zgodnie z obecną ideologią.

Podkreślam to z takim naciskiem, bo jest bardzo wielu demagogów, tym razem „liberałów” a nie „komunistów”, – co w tej sprawie akurat „na jedno wychodzi”, którzy temu demagogicznie zaprzeczają, promując ideologię nie mniej od komunistycznej szkodliwą i destrukcyjną, ideologię w faktycznych skutkach zbliżoną do ideologii anarchistycznej. Jedną z doktryn „liberałów” jest twierdzenie akurat dokładnie przeciwne niż obowiązek Państwa wyrażony w Konstytucji:, że bezrobocie musi być i należy je sztucznie podwyższyć, podtrzymywać, bo jest to korzystne dla rozwoju „rynku” (czytaj – dla interesów przedsiębiorców). Jeśli uważnie przeanalizujemy sprawy tworzonej „ideologii” zatrudniania, widzimy że i formy zachowań, i specyficzne procedury i nawet język stosowany w sprawach zatrudniania pracowników – jest podporządkowany ideologii. Jest to język sztuczny, świadomie propagowanych pojęć mających utwierdzać człowieka w postawach mu narzuconych, podtrzymywanych presją sztucznie wywołanego bezrobocia. Do tego jeszcze cała ogromna dziedzina „nowej nauki” tak naprawdę będącej pretekstem do nowego biznesu; jak napisać podanie o przyjęcie do pracy (zwane nie wiedzieć dlaczego „Listem motywacyjnym”), jak oszukać pracodawcę, że to wykładanie towaru w hipermarkecie jest szczytem naszych marzeń, ambicji, czymś, o czym śniliśmy po nocach i dla czego ukończyliśmy nawet studia, jak nie powiedzieć prawdy, jak nie spodziewać się godziwej zapłaty… Do tego oczywiście sztuczne pojęcia wtłaczane ludziom do głów, jak na przykład „stracić pracę” – jakby to była rzeczywiście strata porównywalna ze śmiercią matki czy ojca… aż niedobrze się robi od prymitywnych metod manipulacji psychiką biednych ludzi, metod doskonalonych od dziesiątków lat i używanych przez tych samych nadal fachowców, (ale zweryfikowanych!). A wszystko dla dobra stosunkowo niewielkiej „elity” prawdziwych beneficjentów tych przemian. Widocznie każda rewolucja musi mieć swoją elitę, która po fali społecznego zapału, jak Lenin a potem Stalin – przechwyci ster i… Może nasz „chłopek-roztropek” znany z przeskoczenia przez płot – miał rację, mówiąc kiedyś w odniesieniu do nieadekwatnych skutków Solidarnościowej Rewolucji: „Proszę państwa: widocznie będzie musiała być jeszcze jedna rewolucja!”
Widocznie – będzie musiała być.

Uważam, że Państwo tej swojej konstytucyjnej roli nadal nie wypełnia a tylko – tak jak za dawnych lat – spełnianie tej roli pozoruje – i robi to na koszt obywateli, w dużej części też kosztem marnowania funduszy otrzymywanych z Unii Europejskiej. Przy obowiązującej ideologii – pieniądze te w części dotyczącej bezrobocia – praktycznie zaangażowane są jedynie do zarabiania sporych pieniędzy na pozorowaniu działań pomocowych dla bezrobotnych. I to w taki sposób, by nie pogarszały „interesu” i bezrobocia pod żadnym pozorem nie zmniejszyły…
Koszt obywateli, to cierpienie niepewności, niedostatku, borykanie się z codziennymi podstawowymi trudnościami życia zamiast realizowania swoich pasji, dążeń i zainteresowań twórczych, uszczęśliwianiem swoich bliskich i działalnością dla innych. Koszt obywateli – to mijające, bezpowrotnie marnowane, zmarnowane lata życia w trosce o chleb na jutro… przy jednoczesnym patrzeniu na idiotyczne marnowanie i roztrwanianie miliardów euro rzekomej „pomocy”, trafiającej jak zawsze nie do tych – co trzeba.

Parlament Europejski czy Europejski Fundusz Społeczny może o tym nie wiedzieć. Przynajmniej oficjalnie. Dlatego musi się to stać wiedzą dostępną publicznie.
Piszę o tym, jako osoba osobiście dotknięta tą patologią władzy Platformy Obywatelskiej, jako człowiek z nieznanego sobie powodu pozbawiany możliwości zarabiania na swoje potrzeby pracą, dlatego – walcząc o swoje prawo do zatrudnienia a więc w konsekwencji – prawo do życia, zwrócę się z odpowiednią petycją do Parlamentu Europejskiego w tej sprawie, oraz odpowiednią informacją o znanych mi mechanizmach marnotrawstwa do Europejskiego Funduszu Społecznego.

Odwiedziny: