BLOG PAWŁA ANTONIEGO BARANOWSKIEGO O PRZYCZYNACH I SKUTKACH BEZROBOCIA W CZASIE RZĄDÓW PO (TUSKA), ORAZ INNYCH WAŻNYCH SPRAWACH W OKRESIE 2011 - 2016
MOTTO: UCZCIWY CZŁOWIEK NIE MOŻE DZIŚ MILCZEĆ A MILCZĄCY CZŁOWIEK NIE JEST DZIŚ UCZCIWY.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anarchia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anarchia. Pokaż wszystkie posty

18/01/2013

Zakaz nierównego traktowania i dyskryminacji w zatrudnieniu – powszechnie nie jest przestrzegany.

Ponownie – o pewnym konkretnym, kolejnym już i jednym z wielu – szczególe, dotyczącym nieprzestrzegania prawa w „Tym Kraju”. Chodzi o Kodeks Pracy w jego przepisach dotyczących zakazu nierównego traktowania pracowników (i kandydatów do zatrudnienia).
Otóż prawo krajowe zmodyfikowane pod wpływem dyrektyw unijnych, zabrania nierównego traktowania obywateli w sprawach zatrudnienia, pod jakimkolwiek właściwie względem. Rozpatruję to w aspekcie procesu przyjęcia do pracy, procesu rekrutacji kandydatów do zatrudnienia. Kodeks wymienia literalnie informacje, jakich rekruter lub ewentualny pracodawca ma prawo żądać od kandydata. To zamknięta i krótka lista, konkretnie sformułowana w Art. 22 1 §1 Kodeksu Pracy. Oznacza to, że zakres pytań możliwych do zadania kandydatowi do pracy jest ściśle określony i jest on nawet węższy, niż dotyczący kogoś już będącego pracownikiem.
Wspomniane dane, to:
- imię (imiona – jeśli w dowodzie osobistym ma wpisane więcej niż jedno) i nazwisko;
- imiona rodziców;
- data urodzenia;
- miejsce zamieszkania, ewentualnie adres dla korespondencji, jeśli jest inny;
- wykształcenie;
- przebieg dotychczasowego zatrudnienia;
I to wszystko!
Lista jest kompletna i zamknięta.

Jest to ważne właśnie w aspekcie nierównego traktowania; prawo zabrania pytania kandydata o cokolwiek co by łatwo mogło stać się przedmiotem dyskryminacji lub zostać podane jako takie.
Trzeba tu wyraźnie zaznaczyć, że nie jest to kwestią kultury, dobrej woli, dobrego wychowania rekrutera czy kadrowca a kwestią przestrzegania prawa sformułowanego jednoznacznie. Oczywiście kultury nie da się nie docenić, czy zastąpić przepisami, ale jednak tu chodzi o przepis prawa, nie pozostawiający żadnego miejsca na różne cechy osobowościowe człowieka to prawo realizującego. Jest to ważne, gdyż przepis ten jest powszechnie lekceważony, pomijany podczas rozmów z kandydatami do zatrudnienia i prowadzenia rekrutacji. Winnym nie wystarczy więc tu zarzucić braku kultury a po prostu niepraworządność.
Pracodawcy oraz działające w ich imieniu, z ich upoważnienia i na ich koszt firmy rekrutacyjne powszechnie łamią prawo pracy, nie tylko pod względem zatrudniania całkiem nielegalnego, nierejestrowanego, nastawionego na oszukanie Skarbu Państwa, bezprawnego nadużycia umów-zlecenia do zatrudniania (patrz: "Zatrudniasz na umowę-zlecenia zamiast na umowę o pracę – płać grzywnę 30.000 zł!), ale także i w tym zakresie; ustalają własne sposoby rozmów z kandydatami, sprzeczne z powyżej przedstawionym przepisem obowiązującego powszechnie prawa. Często są to żenujące, niby-magiczne podchody, oparte na jakiejś pseudopsychologii, i nie byłoby ostatecznie takie ważne, gdyby miało dostateczną alternatywę oraz nie decydowało dzisiaj o być albo nie być konkretnego człowieka poddanego takim „procedurom rekrutacyjnym”.

Wszystko to zaczyna przypominać jakiś potworny sen wariata, coś w stylu Franza Kafki.
Kandydaci pytani są bez oporów o stan cywilny, stan zdrowia, stan rodziny i plany „rozrodcze” na przyszłość, stan majątkowy i posiadane oszczędności, nazwisko panieńskie matki, stan majątkowy rodziców, własną przynależność polityczną i związkową oraz przynależność rodziców, narodowość i pochodzenie rodziców, itp. a nawet inne wręcz intymne sprawy osobiste.

Równie nagminną choć nieuregulowaną prawnie praktyką, jest przeprowadzanie nieformalnych „wywiadów” czy czasem wręcz „dochodzeń” co do osoby kandydata i powodów jego odejścia – w poprzednich jego miejscach zatrudnienia wymienionych w cv.

Nie wystarczy, że prawo nie wymienia tych pytań czy spraw jako dopuszczalne podczas rekrutacji; Kodeks Pracy wyraźnie określa w Art. 183a §1 wszystkie te sprawy których może dotyczyć nierówne traktowanie, w następnym paragrafie stwierdza, że nakazane powszechnie równe traktowanie w sprawach zatrudnienia oznacza obowiązek niedyskryminowania w jakikolwiek sposób, bezpośrednio lub pośrednio, z przyczyn w poprzednim paragrafie literalnie wymienionych.
Tymi okolicznościami dotyczącymi nawiązywania i rozwiązywania stosunku pracy, warunków zatrudnienia, awansowania, dostępu do szkoleń podnoszących kwalifikacje – wymienionymi w ustawie są:
płeć, wiek, niepełnosprawność, rasa, religia, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkowa, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientacja seksualna, rodzaj umowy o pracę ze względu na czas jej trwania oraz wymiar czasu pracy (etatu).

Naruszenie zasady równego traktowania następuje wtedy, gdy jedna lub kilka wymienionych przyczyn spowoduje odmowę nawiązania stosunku pracy, rozwiązanie istniejącego stosunku pracy, wpływa na wielkość wynagrodzenia, warunki pracy, pominięcie przy awansowaniu, nieprzyznanie jakichś świadczeń związanych z pracą, odmowę skierowania na szkolenie podnoszące kwalifikacje zawodowe.
Sprawa jest więc w prawie jednoznacznie unormowana, to jednak nie powstrzymuje samowoli i sobiepaństwa pracodawców.
Ten jak i wiele innych przepisów prawa jest absolutnie przez nich pomijany. Często mamy tu do czynienia z jakimś dziwnym nastawieniem „antypaństwowym” czy „antyregulacyjnym”, co by można zobrazować dawnym szlacheckim zawołaniem: „Szlachcic na zagrodzie – równy wojewodzie!” Tak i przedsiębiorca-buc w sprawach zatrudniania – w jakimś „anarchistycznym” oszołomieniu nic sobie nie robi z obowiązującego prawa pracy, często nawet już w ofertach zatrudnienia udostępnianych publicznie podając sformułowania jaskrawo kolidujące z tymi przepisami Kodeksu Pracy. Jedynie Powiatowe Urzędy Pracy odmawiają przyjmowania i publikowania takich ogłoszeń i... być może dlatego mają tak mało ofert.

Jest to zjawisko które warto zauważyć i potępić publicznie. Być może to detal, ale włącza się to w całą masę podobnych zjawisk, tworząc obraz otaczającej nas rzeczywistości, obraz władzy, rządu, stanu państwa. To dziś obraz bardzo negatywny.

Nie znam żadnych przesłanek, które by mogły uzasadniać twierdzenie, że władza nie może nad tym zapanować, szczególnie, gdy szefem rządu jest przywódca największego ugrupowania politycznego, koalicji PO-PSL, posiadającego większość a obu izbach parlamentu. Dlatego przyjmuję za wyjaśnienie, iż taka jest wola władzy. Że to właśnie zostało zaplanowane i jest realizowane, przy współpracy sądów i odpowiedniej postawie Państwowej Inspekcji Pracy (podległej Sejmowi czyli większości parlamentarnej). Oczywiście nie sposób tego też nie łączyć ze sprawą absolutnej nierównowagi stron na rzekomym „rynku pracy”, który właśnie z powodu tej nierównowagi nie może być z definicji traktowany jak faktyczny rynek. To właśnie daje wraz z ogromnym bezrobociem (z którym władza nie walczy) okazję pracodawcom do zachowań bezprawnych, pozostających poza krytyką i praktycznie bezkarnych.

17/04/2012

Dlaczego baran nie beczy… !?

… oto jest pytanie! Niemalże Hamletowskie. Także chodzi przecież o "być albo nie być"...
Nie będę ukrywał, że mam na myśli tego przysłowiowego barana prowadzonego na rzeź. Idzie ale jakoś cicho, ni beknie...
Ale dlaczego? To raczej nie jest normalne zachowanie w takiej szczególnej sytuacji.
Może nie zdaje sobie sprawy, że na koniec „beknie” właśnie za to, że nie beczał, gdy należało… Zupełnie jak ludzie bezrobotni, dziś w wieku jeszcze przedemerytalnym, których nikt nie chce zatrudniać a którzy są zupełnie nieobecni w mediach z tym swoim problemem.
No może prócz jednego…

Wysłuchałem z uwagą całej debaty sejmowej na temat obywatelskiego wniosku o referendum w sprawie utrzymania dotychczasowego wieku emerytalnego. Od początku do końca. Oczywiście nieźle się ubawiłem, a nie stać mnie na kupowanie biletów na występy kabaretowe, więc jak było nie skorzystać z darmowej rozrywki. Dużo tam mówiono, bredzono i pyskowano, lecz nikt nie wspomniał o kilku sprawach dotyczących tej właśnie grupy osób.
Dożyliśmy ciekawych czasów, gdy rzeczywistość nas otaczająca ma pewną warstwę groteskową, chciałoby się powiedzieć – jest tak zła, że to aż zabawne.
Mam jednak na myśli humor raczej wisielczy… bo ani mnie ani co najmniej dwóm milionom Polaków zupełnie nie do śmiechu...

Otóż jest grupa osób w wieku – w którym nikt ich (zapewne z powodu wieku) nie chce zatrudnić. Czy z powodu wieku… właściwie nie wiadomo, a że nierówne traktowanie kandydatów do pracy ze względu na wiek, stan cywilny czy płeć jest prawnie zabronione, to też i nikt tego oficjalnie nie potwierdzi. Niejaki Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” twierdzi uparcie, że „pracodawcy się boją”. Właściwie wszystkiego się boją.
Pracodawcy się boją, że taki zatrudniony u nich człowiek "wejdzie im" w wiek, w którym podlega prawnej ochronie przed rozwiązaniem z nim stosunku pracy. Jak wiadomo w obecnym stanie prawnym osoba zatrudniona na umowę o pracę, na cztery lata przed osiągnięciem wieku uprawniającego do przejścia na emeryturę zaczyna być objęta ochroną stosunku pracy przed jego rozwiązaniem. Chodzi o nieszczęsny i przeklęty - najbardziej dziś chyba przez pracowników Art. 39 ustawy Kodeks Pracy, zmieniony przez Art. 13 ustawy z dnia 30 kwietnia 2004 roku o świadczeniach przedemerytalnych, który mówi, że pracodawca nie może wypowiedzieć umowy po pracę pracownikowi, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego, jeśli okres zatrudnienia umożliwiłby mu uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku.
Jeśli pominąć wymóg posiadania minimalnego stażu ubezpieczeniowego 20/25 lat którego po prostu trudno dziś nie posiadać w wieku przedemerytalnym (choć bywają sytuacje wyjątkowe), to uprawnienie do emerytury nie zależy dziś od stażu pracy a wyłącznie od wieku i o tyle ten przepis "ochronny" jest niczym nie uzasadniony. Ot po prostu jakaś grupa polityków chciała się widocznie wówczas przypodobać populistycznie swoim wyborcom i „dała im ochronę” a dziś wszyscy ją przeklinają, gdyż pracodawcy pozbywają się pracowników starszych właśnie tuż przed wejściem w ten okres ochronny, by nie dopuścić do zadziałania tego przepisu wobec pracowników. Tworzy to "studnię" na 4 lata przed emeryturą zamiast ochrony, czyli działa odwrotnie niż się wydawało projektodawcy.
Nie sposób zresztą zaprzeczyć, że z punktu widzenia przedsiębiorcy prywatnego przepis ten to jest absolutnie niedopuszczalne ograniczenie swobody prowadzenia działalności gospodarczej, bez uzasadnienia w zasadach funkcjonowania gospodarki.

Tyle, że jest na to sposób: przepis ów mówi o rozwiązywaniu stosunku pracy opartego na umowie, funkcjonującej na zasadach Kodeksu Pracy. A Kodeks przewiduje także umowy na czas określony, które rozwiązują się z terminem przewidzianym w treści umowy, bez żadnych warunków. Można więc zatrudniać starszych pracowników na odpowiednio przygotowanych umowach na czas określony, których data zakończenia przypada w odpowiednio dobranym dniu. Nie ma wówczas już kwestii "bania się" na kilka lat przed wejściem w wiek ochronny pracownika. Tyle, że pracodawcy, bardzo aktywni poprzez liczne swoje konfederacje, w tym przypadku dziwnie słabo optują za likwidacją tego fikcyjnego okresu ochronnego. Nasuwa to przypuszczenie, że wyjaśnienie to jest pozorne, fikcyjne, że to wyłącznie pretekst.
Z innych zgłaszanych czasem "powodów" spotyka się w wypowiedziach następujące: kwalifikacje tych osób nie odpowiadają potrzebom i wymagają uzupełniania, rozwijania – podobnie jak i ludzi młodych. Pracodawcy oczekują gotowych specjalistów z wysokim doświadczeniem za te proponowane 1700 złotych miesięcznie. Dalej – wśród pracodawców dominuje przekonanie, że osoby starsze mają wysokie oczekiwania płacowe. Może wystarczyłoby ich spytać? Po 2 - 3 latach wegetacji w nędzy wymagania płacowe bardzo spadają, a zresztą płaca wynika ze stanu "interesów" pracodawcy wobec czego i tak jest tylko taka, jaka może być... więc cóż tu mają do rzeczy czyjekolwiek oczekiwania?

Liczba osób starszych a bezrobotnych w ciągu ostatniego roku wzrosła o 13,2% w stosunku do roku ubiegłego. Na dodatek prawie 60 000 osób z tej grupy jest bezrobotnymi już ponad dwa lata (z powodu bezowocnego poszukiwania zatrudnienia) i ta liczba (długotrwale bezrobotnych) wzrosła w ciągu ostatniego roku aż o 31%. Po prostu powstaje ogromna grupa ludzi na trwałe wykluczanych z pracy, z aktywności i w konsekwencji – rugowanych z życia. Jestem pewien, że ludzie ci przyjmą z wdzięcznością każdą odpowiednią (*) pracę nawet za najniższą płacę określoną ustawowo. A jeśli nie przyjmą, muszą być wykluczeni z rejestru bezrobotnych. Wobec tego - ten powód niezatrudniania to także fikcja.
Dalej – pracodawcy są podobno przekonani, że ludzie starsi są mniej wydajni i trudniej im oswoić się z używaniem nowoczesnych urządzeń. To stereotyp i uogólnienie.
To także pogląd subiektywny, nie uwzględniający dużo większej fluktuacji kadrowej w grupie pracowników młodszych. Poza tym zawsze mówi się o „pracy odpowiedniej” - tak jak to definiuje ustawa, więc po co starszy człowiek ma obsługiwać supernowoczesne urządzenia sterowane cyfrowo, skoro są prace pomocnicze, biurowe, administracyjne, kancelaryjne, także lekkie prace manualne wykorzystujące atuty doświadczenia życiowego i zawodowego osób starszych bez potrzeby zmuszania ich do akceptacji zbytnich "nowości".
Kolejnym spotykanym często wytłumaczeniem, jest błędne przeświadczenie, że tylko ludzie młodzi dobrze kreują wizerunek firmy. Czas durnej, prostackiej mody na „młode, dynamiczne zespoły” na szczęście powoli już mija wraz z napływem z zachodu jakiejś zasadniczej kultury organizacyjnej o niepolskich tradycjach i podstawowej ogłady managerskiej. Dziś firmy zatrudniające ludzi starszych na odpowiednich stanowiskach są uważane za bardzo nowoczesne, jak choćby świetne delikatesy sieci "Alma"... i wiele innych.

Niestety; jestem przekonany o pozorności wszystkich tych powyżej przytaczanych powodów. Prawdziwy powód leży w kosztach pracy. Podstawową zasadą stosowaną do zatrudniania, jeśli oczywiście pominiemy nepotyzm, kolesiostwo, prywatę, znajomości i swoisty handel miejscami pracy i pracą jako „przysługą” świadczoną ważnemu znajomemu z nadzieją na powstanie „długu” który będzie można kiedyś odebrać – są koszty pracy, głównie odnoszące się w tym przypadku do składek na ubezpieczenie społeczne, zdrowotne, PFRON. A pod tym względem są grupy „tańsze” czyli zwalniające pracodawcę od pewnych obciążeń finansowych, oraz droższe – wymagające pełnej ustawowo określonej płatności i to w określonych ściśle terminach. Ma się rozumieć że ci ostatni zawsze przegrywają z tymi „tańszymi” i to jest cała „tajemnica” polityki zatrudniania, do której dorabiane są różne przykrywki by ukryć prozaiczną prawdę.

Nie wiem, czy gdyby istniało nadal – niedawno powołane i równie szybko zlikwidowane – stanowisko doradcy czy pełnomocnika Premiera do spraw zapobiegania zjawisku wykluczenia społecznego, sytuacja byłaby lepsza.
Faktem jednak jest, że powstała i nieodwołalnie rośnie grupa osób spychanych w kierunku całkowitego wykluczenia społecznego. To ludzie w wieku 45 – 60 czy 50 – 65 lat, a więc starsze osoby w wieku przedemerytalnym, które zostały wyrugowane z rynku pracy i często od 2 – 3 lat nie mogą znaleźć żadnego zatrudnienia a więc tym samym – zdobyć jakichkolwiek środków pochodzących z zapłaty za pracę. W całej „dyskusji” o reformie wieku emerytalnego nie zostało to zauważone. Osoby te – jeśli miały prawo do zasiłku dla bezrobotnych - obwarowanego tak restrykcyjnymi warunkami, że spełnia je nie więcej jak 20% bezrobotnych – szybko go utraciły, bo przecież zasiłek dla bezrobotnych ma charakter przemijający i krótkoterminowy (maksymalnie 12 miesięcy) a nam błyskawicznie rośnie grupa osób bezowocnie poszukujących pracy od 24 i więcej miesięcy.
Pomijając już dramatyczną sytuację materialną tych osób, trzeba w aspekcie uprawnień do ewentualnej projektowanej emerytury cząstkowej stwierdzić, że okres bezrobocia bez pobierania zasiłku nie liczy się do okresów składkowych od których może być uzależnione to prawo. A są osoby z tek grupy, które już ponad trzy lata bezskutecznie poszukuję zatrudnienia bez pobierania zasiłku. Osoby te więc bez swojej winy nigdy mogą nie osiągnąć wymaganego okresy stażu niezbędnego dla nabycia prawa do emerytury cząstkowej, już nie wspominając o wpływie okresu bezrobocia na stan IKE tych osób - bez ich winy. Z tego powodu z emerytur cząstkowych nie będą mogły skorzystać osoby najbardziej tego potrzebujące, by jakkolwiek przetrwać jeszcze te dwa lata dłużej – do wieku emerytalnego.
Dla osób z tej szczególnej a zapomnianej przez Rząd grupy bezrobotnych – przesunięcie wieku nabycia uprawnień do emerytury na 67 lat będzie często oznaczało jedynie konieczność dwa lata dłuższego oczekiwania na to prawo, tułania się na zapomogach, zasiłkach z opieki społecznej, korzystania z ewentualnej pomocy rodziny – by dożyć do swojego wieku emerytalnego, a otrzymana po latach bezrobocia emerytura także będzie głodowa z powodu małej kwoty uzbieranej na IKE.
To nic innego, jak poświęcenie przez władzę grupy obywateli w imię „kryzysu” i na koszt ofiar reformy emerytalnej. A chodzi tu o osoby które często były aktywne w walce z władzami PRL o wolność polityczną i gospodarczą. Osoby zasłużone dla walki o wolność Polski.
Jednak powracając do wstępu tego felietonu, zapytam jeszcze raz: jeśli można porównać tę dużą przecież grupę obywateli, co najmniej kilkudziesięciotysięczną, prowadzoną dziś „jak barany na rzeź” przez władzę z Platformy Obywatelskiej, to trudno zrozumieć, dlaczego nie protestują. Dlaczego milczą. Władza reaguje dziś wyłącznie na argument siły. Kieruje się dziś wyłącznie interesem wyborczym mierzonym w prognozach poparcia społecznego. Zasady etyki, sprawiedliwości, moralności, solidarności społecznej są tylko na papierze na którym wydrukowano Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej, zaczynającą się od słów: RZECZPOSPOLITA POLSKA JEST DOBREM WSPÓLNYM WSZYSTKICH OBYWATELI, (…) DEMOKRATYCZNYM PAŃSTWEM PRAWNYM URZECZYWISTNIAJĄCYM ZASADY SPRAWIEDLIWOŚCI SPOŁECZNEJ…

(*) określenie "odpowiednia" stosowane wobec propozycji pracy oferowanej bezrobotnym przez PUP zostało dodane do ustawy już jako poprawka na etapie jej procedowania i jest zdefiniowane w treści "ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy".

27/01/2012

25.
Dewastacja gospodarki jest jedną z przyczyn bezrobocia.

Zadania państwa w zakresie "promocji zatrudnienia", łagodzenia skutków bezrobocia oraz aktywizacji zawodowej społeczeństwa są realizowane przez tzw. instytucje rynku pracy, działające w celu stworzenia w gospodarce stanu pełnego i produktywnego zatrudnienia. Tak wynika z Konstytucji RP oraz na jej podstawie uchwalonej ustawy Sejmu RP, regulującej zadania tzw. służb zatrudnienia.
Tu jednocześnie może być sedno problemu bezrobocia. Władza robi coś dokładnie odwrotnego.

Władza nigdy nie przejmowała się Konstytucją ani nawet prawem w ogóle i nauczyła takiej postawy także obywateli. Nauczyła poprzez przykład własny, bo jeśli władza nie szanuje prawa, jeśli sądy i prokuratury stają się synonimem bezprawia, dyspozycyjności, krętactwa i służalczości, jeśli każdą zasadę można wobec obywatela zanegować albo każdej chwili zmienić z działaniem tej zmiany wstecz w czasie nawet o dziesięć lat – to i obywatel nie będzie się wychylał a co bardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów moralnych – zaczną to wykorzystywać do swoich celów.
Reszta - po prostu nie wierzy w prawo, w praworządność.
Z drugiej strony prawo było domeną reżimu utrzymywanego przez dominującego wrogiego sąsiada, bezwzględnego okupanta z anielską maską przyjaciela i "brata Słowianina".
Jeśli tak – to obcemu, narzucanemu prawu należało się przeciwstawiać, stanowiło to niemalże obowiązek patriotyczny. W pewnym momencie określanym umownie jako rok 1989, władza nie potrafiła przekonać, że oto już jest inaczej, teraz już to jest wreszcie ta nasza, wolna polska i prawo także jest przez nas stanowione, więc obowiązkiem patriotycznym zaczyna być od tej pory przestrzeganie prawa a nie jego „obchodzenie”. Normą miało być współtworzenie prawa i poddanie się mu, jak to jest w każdym normalnym, wolnym państwie.

Jeśli nawet jakieś ośrodki propagandowe tak twierdziły, to prosta obserwacja życia zaprzeczała temu, podając niezliczone przykłady „dzikich” prywatyzacji, bezwzględnego niszczenia przedsiębiorstw byle tylko grupka kolesiów, bardzo często jeszcze ze śladami styropianu na dupie mogła na tym zarobić, zadziwiających upadłości firm które wcale nie musiały upaść. Tu mieliśmy jako przykład praworządności wolnego państwa od 2002 roku przejęcie „Optimusa” i "Onetu" pana Romana Kluski, kolejne kryminalne afery prywatyzacyjne - jak "Dom Książki", afery lobbingowe, dziwne zjawiska mające charakter niemalże wymuszeń przestępczych, porwania… W takich warunkach trudno by nie powstały doskonałe warunki dla działania agresywnego lobbingu czy wręcz agentury wielkich koncernów zagranicznych, zainteresowanych zdobyciem nowych rynków zbytu dla swojej nadprodukcji, albo szansy rozwoju gospodarczego poprzez „pomoc” w przejęciu nowych rynków zbytu.

Chodzi tu o to, że łatwo było wykorzystać pazerność, prostactwo, chęć szybkiego dorobienia się za wszelką cenę oraz słaby związek z Ojczyzną, dominujący wśród ludzi „mających coś do powiedzenia”, dla niszczenia polskich firm, polskiej gospodarki – po to by tu właśnie wkroczyć ze swoimi wyrobami gotowymi. Wówczas, już na początku „transformacji” w Szczecinie dla przykładu słyszało się stwierdzenia, że by miasto to w niczym nie zagroziło odległej zaledwie o 120 km stolicy Niemiec, podjęto decyzję o likwidacji przemysłu w tym miejscu, z przeznaczeniem Szczecina jako ośrodka usługowego dla Berlina i zaplecze taniej siły roboczej w sektorze usług.
Późniejszy rozwój wypadków w ciągu minionych 20 lat bardzo uprawdopodobnił prawdziwość tych ówczesnych „przecieków”. Zniszczono i zlikwidowano wszystkie duże zakłady pracy (Huta Szczecin, Cementownia, Cukrownia, Papiernia, przemysł odzieżowy – Dana, Odra, Trykot, Luxpol; przemysł połowowy – PPDiUR Gryf; Stocznia, itd.).

Tu dochodzimy do sedna sprawy; brak miejsc pracy, bo gospodarka polska została zrujnowana. Oczywiście; musiały przecież nastąpić przekształcenia zarówno organizacyjne jak i strukturalne, tak jak było - nie mogło już być, ale nie musiało to oznaczać takich strat i aż takich kosztów społecznych. Zabrakło rozwagi, uczciwości, patriotyzmu, odpowiedzialności i solidarności.
Trudno się dziwić "obcym", że wykorzystali głupotę durnych i chciwych „polaczków”; w polityce oraz w wielkiej gospodarce nie ma sentymentów ani skrupułów a decydują prawa silniejszego. Silniejszy jest ten, kto ma motywację, jest zorganizowany, bezwzględny, wie co chce i ma środki by to dostać. Jak Niemcy. Zjednoczone Niemcy. Zjednoczone również dzięki nam.

Bezrobocie w Polsce ma dziś kilka zasadniczych przyczyn, a jedną z nich jest brak miejsc pracy. Tak naprawdę - "bezrobocie" to oznacza "brak miejsc pracy" - to synonimy. Gospodarka jest otwarta, zredukowana, nastawiona na obcy kapitał, który raczej rzadko coś tu produkuje posługując się miejscową siła roboczą. Często są to jedynie firmy dystrybucyjne sprowadzające tu cudze wyroby i organizujące ich zbyt, dzięki czemu powstaje niewiele miejsc pracy dość prymitywnej i słabo opłacanej a gospodarka dostawcy tych wyrobów kwitnie. Brak miejsc pracy dla około dwóch milionów zdolnych do pracy osób nie da się niczym zrekompensować. Na dodatek usługi nie mają takiego potencjału rozwojowego by wchłonąć tak wielką liczbę ludzi. Miejsca pracy dla bezrobotnych muszą powstać w sferze produkcji lub choćby przetwarzania półproduktów do wyrobów gotowych. Jest to zadanie władzy, zadanie Państwa.

Bez odtworzenia tak barbarzyńsko zniszczonych miejsc pracy, cała ta gadanina o "walce z bezrobociem" będzie tylko bełkotem intelektualnym w stylu Michała Boniego, powtarzanym bezmyślnie przez pracowników „służb zatrudnienia” pod kontrolą wszelkich innych służb.

16/01/2012

23.
Konstruktywna krytyka jest nie tylko uprawniona ale wręcz niezbędna !

Kiedy przychodzi chwila prawdy, świadcząca o klęsce władzy, niepowodzeniu jakiejś koncepcji rządzenia, wówczas nieodmiennie pada argument, kiedyś - pierwszego sekretarza KC PZPR który odpowiadał przed społeczeństwem, a dziś – Premiera-Szefa Platformy Obywatelskiej, który jeszcze całkiem nie popadł w arogancję: myśmy nic nie wiedzieli, urzędnicy ukrywali przed nami prawdę, alarmujące sygnały nie docierały do władz, władza chciała dobrze… a wyszło – jak zawsze.
Władza szuka w tym zawsze usprawiedliwienia; brak informacji zwrotnej.
Jednocześnie jednak władza najchętniej otacza się tymi, którzy nie dopuszczają do niej informacji prawdziwych, szczególnie tych niekorzystnych, złych ale prawdziwych. Woli zawsze dobre wieści – choćby i nieprawdziwe. Tym bardziej woli je średni personel administracji, bo ich premie od tego zależą, awanse...

To nielogiczne, że każda władza ma swoich parszywych propagandystów na usługi, jakieś obserwatorki medialne, pilnie czytające wszystko co uczciwi ludzie piszą, szczególnie prawdę - nieraz krytyczną, jaką starają się w dobrej wierze przekazać władzy z intencją informacyjną, konstruktywną, by władza wiedziała co wymaga ulepszenia, zmiany. Bo władza nie potrzebuje laurek codziennych, kwiatów i podziękowań, To potrafi sobie sama zorganizować. Władza potrzebuje informacji, zakładając że ma jeszcze choć odrobinę dobrych intencji.

Z drugiej strony – jak świat światem, kasta wszelakiego „urzędactwa” zawsze blokuje informacje niekorzystne, świadczące o własnych niepowodzeniach i zaniedbaniach, a więc najczęściej niestety – blokuję prawdę.
Jeśli gdzieś publicznie pojawia się jakakolwiek informacja negatywnie mogąca świadczyć o władzy – natychmiast jest ona przykrywana innymi informacjami, mającymi po pierwsze zepchnąć prawdę z "czołówek", zamącić w głowach ludziom, by już nie byli pewni o co chodzi, postraszyć jak źle jest w innych miejscach, krajach czy środowiskach no i roztoczyć wspaniałe wizje najbliższej przyszłości – oczywiście wyssane w najlepszym przypadku z palca. Nie jestem naiwny i wiem, że to działanie zorganizowane, bo zawsze znajdują się usłużni komentatorzy lub partyjniacy – gotowi zakłamać każdą prawdę. Nie rozumiem jednak; jak można do tego stopnia wyzbyć się uczciwości, godności osobistej, jakiegoś wewnętrznego głosu sumienia który w każdym jest, w każdym się odzywa, choć niektóre obserwatorki medialne potrafią go w sobie jakoś zagłuszyć. Czego ci ludzie się spodziewają; awansu w pracy, nagrody za słuszną przynależność, podwyżki...? Ile jest warta prawda.
Jedno jest charakterystyczne; że gęby swojej nigdy nie pokazują, tylko jakiś paskudny ryj zwierzęcy... najczęściej są anonimowi...
Ja wiem, że każdy dziś może pisać blog - bo są takie portale darmowe. Ja wiem, że niektórzy nawet muszą pisać blog - bo dostali takie polecenie od swojego oficera prowadzącego, takie jest ich zadanie: przykrywać wszelką krytykę - bełkotem, bzdurą, lamerstwem, kłamstwem. Ja wiem, że jest wolność słowa gwarantowana jak za „komuny” - Konstytucją. I bardzo dobrze że można, że wolno. I tu nie chodzi o jednego z drugim gówniarza z Młodzieżówki Platformy Obywatelskiej ani z Młodzieżówki PiS. Trollującego na blogach czy forach publicznych gówniarza zawsze można rozpoznać i po prostu zbagatelizować, nie ma on znaczenia a "swoje zasługi" dla swojej partii jakoś tam sobie zdobywa; może zostanie radnym, może zostanie Posłem bo osłem to już jest od urodzenia, ale można go potraktować tak jak zasługuje, czyli ominąć - jak psią kupę na chodniku. Ale dlaczego takie indywidua nie rozumieją, że szkodzą społeczeństwu, kadząc władzy tylko po to, by stłamsić jedyną nadzieję tego społeczeństwa - jaką jest odpowiedzialna i konstruktywna krytyka władzy. Te resztki konstruktywnej krytyki na jakie coraz bardziej nieliczni się zdobywają wobec totalitaryzmu władzy.
Zresztą zawsze twierdziłem, że robić błędy każdy może, słuchać rad też każdy może, ale posłuchać kogoś dobrze radzącego, zastosować się do jego uwag i osiągnąć korzyść, a jednocześnie nie przyznać doradcy tej jego racji, nie podziękować za pomoc tylko zwalczać go jako krytykanta - to największa podłość jaką można sobie w tej sprawie wyobrazić.

Władza potrzebuje informacji. Władza potrzebuje krytyki. Niestety w naszym społeczeństwie powstała zadziwiająca maniera: nie ma zainteresowania sytuacją społeczeństwa, nie ma postawy służenia tym, którzy powierzyli władzę, niejako delegowali swoją władzę na poszczególne osoby wybrane w demokratycznych wyborach. Nie ma partii z jawnym, spójnym i całościowym programem politycznym i społecznym. Są „bandy” pod wodzą swoich hersztów, walczące o władzę, o dostęp do publicznych pieniędzy, jakieś niby-partie utożsamiane z osobami liderów, obrzucające się nawzajem oskarżeniami i nieczystościami.
Całkowicie brak opozycji politycznej, która w normalnej demokracji ma właśnie rolę wykazywania błędów, niedoróbek, szkodliwych skutków i zagrożeń, czego partia rządząca we własnym interesie nigdy nie ujawnia.
Tak rozumiana krytyka, nastawiona na samo „przechwycenie władzy” i tylko to, ponad społeczeństwem – jest szkodliwa. Ale to jest przecież wielkim wypaczeniem demokracji, polityki czy państwa. Trzeba rozumieć czym się różni obecna bezwzględna walka hersztów i ich band – od konstruktywnej, niezbędnej krytyki.
Istnienie niehamowanego przepływu informacji, między innymi w formie krytyki konstruktywnej – jest nadzieją i jedyną szansą tego społeczeństwa.
Kneblowanie głosu społeczeństwa jest działaniem haniebnym i szkodliwym.

26/12/2011

18.
Chory kraj… Polska.

Twierdziłem w kilku wcześniejszych felietonach, że głównym - moim zdaniem oczywiście - powodem sporego zainteresowania pieniędzmi ze składek przedsiębiorców, będącymi w dyspozycji Funduszu Pracy oraz pieniędzy z funduszy unijnych przeznaczonych na walkę z bezrobociem – jest możliwość zarobienia na samym fakcie uruchomienia i wykorzystania tych funduszy.
Po prostu; tam gdzie jest jakiś przepływ pieniędzy, tam pojawiają się „zainteresowani”, zwracający uwagę jedynie na to, co ewentualnie może dla nich przy okazji „skapnąć”…

Nie będę ukrywał, że uważam to za ohydne, niegodne, podłe, małostkowe, prostackie i barbarzyńskie.
Tak jak pojawienie się „nadzianego gościa” w okolicy stawia w stan ekscytacji wszystkie okoliczne jawne i ciche „amatorki”, doskonale wiedzące o tym, że tam gdzie jest dużo pieniędzy – łatwiej o ich wydawanie „na przyjemności” a i kwoty bywają „umownie atrakcyjne” – tak i pojawienie się pieniędzy z Europejskiego Funduszu Społecznego i funduszy przeznaczonych na zmniejszanie skutków bezrobocia, przyciągnęło osoby o podobnej mentalności, sposobie myślenia… tym razem odniesionego jednak do "biznesu".

Pisałem o tym choćby we wcześniejszym tekście pt. „Pasożytowanie na funduszach przeznaczonych dla bezrobotnych”.

Obecnie, gdy pieniądze Funduszu Pracy zostały w równie barbarzyński sposób „zamrożone” przez ministra rządu PO - Vincenta Rostowskiego, całkowicie znikły jakiekolwiek oferty zorganizowanej działalności typu szkoleniowego lub dotowania zatrudnienia – co bezpośrednio dowodzi trafności mojego wcześniejszego spostrzeżenia. Nie chodziło o ludzi, o egzystencję dwóch milionów obywateli w wieku produkcyjnym, pozbawionych obecnie możliwości pracy zarobkowej. Chodziło o przepływ „łatwego” pieniądza i możliwość „uszczknięcia” z niego pod pozorem pomocy, ale w rzeczywistości tak, aby nie pomóc a tym samym nie zlikwidować tej „żyły złota”, jaką dla nieuczciwych jest bezrobocie; oczywiście bezrobocie innych. Była szansa na "biznes szkoleniowy" dlatego jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się różne instytucje "szkoleniowe"...
Z jakiegoś powodu zaczęło opłacać się zakładanie "Agencji zatrudnienia", to też masowo one zaczęły powstawać, a nawet firmy od dawna zajmujące się zupełnie czym innym, stawały się także zarejestrowanymi agencjami pracy, które... nikomu pracy nie załatwiały, może kilka osób rocznie, byle tylko spełnić minimum wymogów rejestracyjnych... mieć co napisać w obowiązkowym sprawozdaniu.
W powiatowych Urzędach Pracy panuje całkowity marazm. W okresie kwiecień – czerwiec skończyły się pieniądze na działalność inną niż wypłacanie zasiłków nielicznym „szczęściarzom”, fundusze na działania na rynku pracy - radykalnie obcięte (o 70% w stosunku do roku ubiegłego) przez rząd Donalda Tuska. Ludzie pozbawieni pracy zostali praktycznie bez pomocy...

Sytuacja staje się dramatyczna. Pocieszające jest, że dzięki owemu „zamrożeniu” – przynajmniej pieniądze te jeszcze są, jeszcze nie zostały zmarnowane na fikcyjne, nic nie dające osobom pozbawionym pracy – działania.

Wydaje się, że ich ponowne udostępnienie jest sprawą kilku decyzji; kiedy je uruchomić i czym je zastąpić - w działaniach ukrywających faktyczny stan długu publicznego państwa. Wiadomo przecież, że zablokowanie pieniędzy pracodawców (ze składek) stanowiących Fundusz Pracy przeznaczony na walkę z bezrobociem, miało służyć biurokratycznemu poprawieniu statystyk finansowych Polski w ocenie unijnych instytucji kontrolnych. Ratuje się finanse państwa kosztem tych najsłabszych, najbiedniejszych, tym których to państwo doprowadziło do takiej sytuacji i którym można pomóc - gdyby ktoś rzeczywiście chciał.

Aby to miało sens, musi nastąpić bardzo szybka nowelizacja ustawy „O promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy”. Nowelizacja aktualizująca „instrumenty rynku pracy” oraz sposoby oceny ich skuteczności. Dotychczasowe instrumenty "nie zagrały", zostały wypaczone, użyte do niewłaściwych celów.

Obecna sytuacja zaskoczyła wiele „instytucji szkoleniowych”, które dotychczas pozorowały pomoc dla bezrobotnych – nieźle sobie przy tym żyjąc. Obecnie nie ma żadnych programów przekwalifikowań ani szkoleń dla osób niezatrudnionych. Tego typu instytucje, prowadzące szkolenia w roku bieżącym – mają ogromne kłopoty ze spełnieniem wymogu ich skuteczności; wymogu, jaki pojawił się już po zaplanowaniu tych działań i nie był w planach uwzględniony. Bo jeszcze do niedawna nikogo w ogóle nie interesowała skuteczność wydawania pieniędzy na pomoc w zmniejszaniu bezrobocia. To wina rządu PO. Przez minione 4 lata zmarnowano straszliwe kwoty, pozorując pomoc w zwalczaniu bezrobocia. A bezrobocie rosło.

Nadzieja dla urzędników jest więc jeszcze w manipulacjach danymi statystycznymi.

Odwiedziny: